Dzień pierwszy – w poszukiwaniu tropu węża
2010-08-23 10:58:58
Jak pewnie ku uciesze, niektórzy, spodziewali się, po tym wpisie iż brat mój skończy w śmiertelnych objęciach grizzly. Zaś inni ku rozpaczy, że już nigdy nie będą mogli obcować z tak wiele wnoszącymi zapiskami, zaczęli wysyłać do Watykanu wnioski beatyfikacyjne o ustanowienie samozwańczego Tenskwatawy Świętym. Bo oni tylko wiedzą, że listę cudów ma już zaliczoną, a to dlatego, gdyż sami byli tych cudów świadkami i orędownikami.
Pragnę jednak Wam powiedzieć, że szaman nasz wciąż żyje, oddycha, i posiłki strawia w całości. Ogólnie rzecz biorąc. daje świadectwo swojej egzystencji w każdej chwili, nawet teraz kiedy siedząc w pozycji Stańczyka, rozważa nad losami swojej Rozczary, w którą po raz kolejny musiał przywalić podczas swoich ostatnich wędrówek, kiedy to ślady Niedźwiedzia i Orła doprowadziły go do, wydawałoby się, krain nowych jeszcze nieodkrytych. I gdy stąpając po miejscach, w których nie spodziewał się spotkać głupoty, dziwów wszelakich, arogancji i braku wiary w jego filozofię, staczał walkę wewnętrzną, której wynik wcześniej czy później stanie się nowymi prawami i wzorami zachowań w świecie współczesnym.. A jak do tego doszło i co się wydarzyło przeczytacie za chwilę - poniżej spisane jego ręką wspominki oraz niedbale wklejone zdjęcia. Ze względu na ich ilość podzielone zostana na części, bo nie dacie rady w jednym kawałku gniota takiego przełknąć.
Dzień pierwszy – w poszukiwaniu tropu węża
Kiedy pożegnałem się w milczeniu i po cichu wczesnym rankiem wjechałem swoim dyliżansem na łódź, która przez Wielką Wodę miała mnie przewieźć do kraju przodków, pierwsze co dało się odczuć to panujący na statku chaos i rozgardiasz emocjonalny. Wszyscy, których dostrzegłem, biegali w pospiechu, cmokali, gwizdali, nawoływali, a nawet nerwowo spoglądali na innych i coś tam gestykulowali. Spokojnie wysiadłem trzaskając drzwiami z hukiem – jak to mam w zwyczaju chcąc uwagę na swojej osobie skupić. Niemalże w tej samej chwili ktoś przebiegł tak blisko mnie, że nieomal wytrącił mi z ręki mój worek marynarski, z którym od lat podróżuję, i z którym nigdy się nie rozstaje. Ruszyłem przed siebie. Szedłem powoli, dokładnie obserwując to co działo się dookoła. To pozwalało mi niejednokrotnie uniknąć nieprzewidzianych sytuacji. Pierwsze kroki postanowiłem pokierować w kierunku kajuty kapitana, którego wprawdzie nie znałem, ale przecież kultura i dobry zwyczaj zobowiązuje aby z osobą, która przez najbliższe godziny będzie odpowiadać za całą tą łajbę jakiegoś dżojnta wypalić. Szybko znalazłem jakieś schody, które wydawało się że poprowadzą mnie na wyższe pokłady. Wspinając się po ich stromych, metalowych krawędziach, zauważyłem, że pod nimi w samym rogu, siedzi pies rasy mi nieznanej. Patrzy się na mnie ślepiami, mówiąc niejako, „ale mam ubaw”.
- Ej! Tego szukacie?! – zawołałem nie przerywając wspinaczki po schodach
Tłum cmokających, których widziałem wcześniej zamarł w bezruchu, aby później zacząć wykrzykiwać coś w innym języku, a sekundę później inni poszukiwacze zbiegając z góry, niemalże mnie stratowali galopując do psiego znaleziska.
- Wybacz bracie - rzuciłem mu na odchodne. Jego oczy już nie były takie radosne. Były jak moje.
Jak się okazało kapitan nie miał dla mnie czasu. Ale już samo pytanie o niego i o propozycje wypalenia z nim lub w jego towarzystwie kilku skrętów wzbudziło podejrzliwość załogi. Do końca rejsu byłem pod ich czujnym okiem. To nowe, ciekawe uczucie.
--------------------------------
Trzeba tutaj zwrócić uwagę, szczególnie tym co z twórczością i misją Tenskwatawy spotykają się po raz pierwszy, że Tenskwatawa jest twórcą wielu teorii w tym m. in. teorii poznawania ludzi poprzez stawianie ich w sytuacjach dziwnych, niecodziennych wprawiających ich w zakłopotanie lub niezręczność. Teoria ta oczywiście została spisana i jeszcze kilka lat temu była dostępna w czytelni Biblioteki Narodowej. Jednak pewnego dnia zniknęła w dziwnych okolicznościach. Mówi się, że pojawiła się jeszcze na pewnej aukcji w Houston lub Los Angeles po czym ślad po niej zupełnie zaginął. Teoria ta dała również podwaliny innym nurtom w behawioryzmie, dlatego właśnie warto o niej tutaj wspomnieć. Jej początek datuje się na lata 80-te poprzedniego wieku, kiedy to mający jeszcze małe piórka w pióropuszu Teni na lekcji z języka obcego, po otrzymaniu oceny niedostatecznej powiedział do nauczycielki
- I tak Panią kocham
- Ja też Cię kocham Teni
- Tak, nasza miłość jest trudna, a Pani jej nie ułatwia
Po tym jakże pięknym w wymowie wyznaniu, jego nauczycielka już nigdy nie odważyła się zwątpić w jego wiedzę i umiejętności. A Tenskwatawie dała wiele do myślenia i wzbudziła w nim chęć zagłębienia się w tajniki nowej teorii aby wyssać z niej nektar wiedzy.
Z innych przykładów tej metody wypracowanych przez Szamana, które można stosować na własnym podwórku i które pojawiły się jako szablony i wzorce można wyniemić np.
A. Sytuacja kiedy, ktoś uśmiecha się do Ciebie pokazując swoje zęby, mówisz:
- O jedynka Ci się psuje
B. Kiedy Twój znajomy chwali się nowo zakupionymi butami, mówisz:
- Ładne, super. A męskich nie było?
Lub w tej samej sytuacji
- Fajne super! Ile dałeś
- Stopiećdziesiąt
- Łe to za tą cena mogłeś nowe kupić
Itd.
--------------------------------
Po labiryncie korytarzy, kiedy mój nieomylny w terenie nos, okazał się mało przydatny w ich zawiłościach oraz mnogości przejść między pokładami, dotarłem do kajuty. Przechodząc jej próg zauważyłem, że nie różni się ona niczym szczególnym od dziesiątek innych, którymi wcześniej Wielką Wodę przemierzałem. Rzuciłem w kąt żeglarski wór, wcześniej wyciągając z niego zwitek banknotów. Wychodząc po raz kolejny w swoim życiu spojrzałem na instrukcję mówiącą obrazkami co robić w razie tonięcia statku i już wiedziałem, że może nie być łatwo. Robię to zawsze jedynie z powodu spełnienia obowiązku, a nie potrzeby zrozumienia.
Gdy, po kilkunastu minutach spaceru, siedziałem przy barze i popijałem Jacka Danielsa podawanego przez nieźle wyczesanego stewarda usiadła przy mnie nienachlanej urody niewiasta. Spoglądając na mnie niby przypadkiem i łypiąc to na mój zegarek, a to na serdeczny palec, rzuciła w przestrzeń, nawet na mnie nie spoglądając.
- Czy my się nie znamy?
- Tak! Nie znamy się! I tak zostanie. A! I nie jestem tu sam – odpowiedziałem zanim, zaczęłaby przede mną opowiadać, a tym, że niedawno zostawił ją jakiś frajer itd.
- Dupek – fuknęła i tyle ją widziałem
Niestety, jak się później okazało, to nie był ostatni raz kiedy tego wieczoru, jak i całej późniejszej wyprawy miałem się z nią spotkać. Ale o tym za chwilę.
Po przyglądnięciu się rzece ludzi i obrazów wyłaniających się zza panoramicznych okien postanowiłem poznać statek bliżej i lepiej. Po kilku chwiejnych już krokach (kiedy odnalazłem trop węża) do moich uszu dobiegła muzyka. Słyszałem męski głos i granie na gitarze. No cóż, pomimo tego, że śpiewał i grał przeciętnie, to i tak dużo lepiej niż ja sam w latach swojej największej świetności. Nie polubiliśmy się. Po chwili moje oczy ujrzały jak na parkiecie pojawili się emeryci z Danii, to przelało moje poczucie estetyki. Wyszedłem na zewnętrz, zrobić Titanica, czyli jak każdy z Was wie, stanąć na dziobie i rozłożyć ręce, czując silny wiatr, wdychać z trudem zapach morza, tak jak czynili to moi przodkowie.
- Co Pan robi! – to jeden z obserwujących mnie członków załogi, zaczął biec w moim kierunku, zaraz po tym jak wdrapałem się na przedostatni szczebel barierki.
Po krótkiej rozmowie, doszliśmy do tego, że on nie wie co to „robić Titanica”, ale doskonale wie, gdzie jest ochrona i jakich ona metod używa. Nie miałem więcej argumentów. Po raz kolejny w życiu nie mogłem znaleźć swojego miejsca. A kiedy zrobiło się ciemno, i na leżakach obok pustawo, postanowiłem powrócić z otwartego pokładu. W drzwiach spotkałem Panią z baru. Gdy ściągałem wchodząc do środka z głowy kaptur mojej bluzy poznała mnie od razu
- A to Ty? – uśmiechnęła się krzywo - Minęło Cię dziś bzykanko – powiedziała opierając swoją dłoń na ramieniu dużego jegomościa, wobec mięsni i gabarytów, którego nie mogłem zdobyć się na szczyty ironii i sarkazmu. Mogłoby być zbyt niebezpiecznie dla mnie jeśli by takowej nie zrozumiał, albo co gorsza zrozumiał.
- Tego nigdy się nie dowiesz! – odpowiedziałem
- Teni czy Ty znasz tą Panią – zapytała Bratek pojawiając się, jak zawsze, znikąd.
- Przecież wiesz
- No to chodźmy, mam dla Ciebie coś, o co prosiłeś – chwytając mnie za rękę zabrała do innych wymiarów
--------------------------------
Tu należą się wyjaśnienia dotyczące Bratka. Bratek jest Tenskwatawy dobrym duchem, natchnieniem. Bratek zawsze pachnie tym, co sprawia, że czuje on się w domu niezależnie od tego gdzie jest. Bratek to jedyna miłość Tenskwatawy. Pierwsza i ostatnia – jak mawia niejednokrotnie na swoich wykładach. To w Bratka oczach Tenskwatawa widzi swoje marzenia.
--------------------------------
Cdn jeśli tylko chcecie
A morze tego dnia w oczach szamana wyglądało tak:

Dla lubiących klimat, duży format powyższego dzieła klasy średniej jest tutaj
czytaj resztę »
Wyprawa na grizzli (nie mylić ze szczypali)
2010-07-12 09:49:53
Od jutra tenskwatawa - brat mój, moje alter ego, przebywać będzie w miejscach dla siebie dotąd nieznanych. Będzie starał się je eksplorować, ale też dokumentować, aby na kilka jeszcze wpisów starknęło lub styknęło (nie pamiętam jak się pisze –może stykło?).
A konkretnie - wyrusza na kolejny podbój ojczyzny swych praojców, a może bardziej jego krajanek - zdania co do tego wśród wielu jego współplemieńców są na tą chwilę podzielone. Mało tego, doprowadziły nawet do kilku, co prawda niegroźnych, acz niebezpiecznych incydentów. I pomimo faktu, że były to zwyczajne burdy i bijatyki, z elementami balangi i orgii, odbiły się piętnem na samym tenskwatawie, który porzucając swoje obowiązki, Tańcem Orła wprowadził wszystkich w trans hipnotyczny, a tym samym doprowadził do zakopania toporów wojny, zbyt pośpiesznie, pod wpływem whiskey, wykopanych.
Dziś jeszcze przed samym wschodem słońca , gdy bohaterowie ekscesów z nocy poprzedniej spali, sam szaman udał się do swojej samotni, aby jeszcze raz zetknąć się z siłą natury i przeznaczenia. Aby jeszcze raz pytając Ducha Skał o swoją wyprawę, upewnić się o słuszności decyzji, które podjął na Radzie Starszych. A które będą miały wpływ na losy jego i jego współbraci.
Za wzór panującej mody, trendów oraz styli obrał sobie, jako motto słowa z poniższego utworu. Dzięki, któremu przebudował swój staroświęcki, trącący myszką, stetryczały już, system wartości.
I tak właśnie rano przed tym solarium (jak również poranna toaletą), o którym mowa w utworze, oraz przed założeniem łańcucha, wyglądał właśnie tak - specjalnie dla Was poniżej jedno z wykradzionych z archiwum plemienia, zdjęć, które z pewnością niedługo obiegnie cały świat. Na uwagę wskazuje fakt, że nie widzimy na zdjęciu z insygni szamańskimi, co czyni zdjęcie wręcz unikalnym.

Tak, właśnie po raz kolejny żegnał się na tygodni kilka, z ulubionymi miejscami, w zadumie, ale i z wypełniającą serce radością. Zapewne niedługo stanie w tym miejscu obelisk upamiętniający tą chwilę, ale nie wyprzedzajmy faktów.
Z tego co usłyszałem podczas porannej konferencji jego szlak będzie znaczyć liczba zakładanych na prędce kół złamanych serc niewieścich. Choć zastrzegł sobie, że tegoroczna wyprawa nie będzie skupiała się jedynie na tym. O czym pewnie dowiecie się niedługo.
Aby dobrze odpierać rzucające się na niego squaw (po naszemu będzie to białki) i mieć czas na zgłębianie tajników duchowych, stosował będzie, już niejednokrotnie wypróbowaną oraz całkiem skuteczną metodę „na księdza”. Metoda ta była już opisywana w jednym z tryptyków pisanych jego ręką. Tryptyk nosi tytuł „O zachowaniach godowych”, a metoda ta szczegółowo opisywana jest w ostatnim, trzecim tomie, na stronie numer 561 kolumna 4. Mając na uwadze, że wszystkie egzemplarze są już wysprzedane, a i równie mu przystojnych i atrakcyjnych jest niewielu przekażę Wam pomimo wszystko, ją skrótowo. Otóż, w momencie kiedy spokojnie sobie siedzisz, popijasz drinka, a pomiędzy palcami obracasz platynową kartę kredytową (mogą być kluczyki do auta w miarę wysokiej klasy), a nieznana Ci dotąd niewiasta, pochodząc do Ciebie zagaduje, zakładając kosmyk włosów na ucho, słowami:
- Cześć jestem Ania trochę jestem tu samotna, a Ty jak masz na imię?
Wtedy odpowiadasz
- Ksiądz Adam, duszyczko!
Niniejszym chcę wszystkim życzyć miłych wakacji!!!
Narka, jak mawiają małolaty i ludzie prości – czyli ja
Howgh!
P.S.
Jeśli w przeciągu następnego miesiąca nie pojawi sie tu żaden wpis pisany mą ręką, znaczy to tyle, że zginąłem w objęciach mego przewodnika po bezkresnych życia ścieżkach - niedźwiedzia grizzli, który nie zna litości.
czytaj resztę »
