Kolorytów istota
2010-03-09 11:22:40
Pamiętam jak jeszcze sam byłem małym Indianinem, i mieszkałem gdzieś w małej wiosce pod wzgórzami ukrytej. Jak świat widziałem kolorowym. Sam w ręku trzymając paletę barwną okapującą od kolorów nieskończoności. Wyglądając ze swojego tipi, na świat zauroczony zerkałem, i go na własne wtedy możliwości i umiejętności, których uczyłem się z dnia na dzień, kolorowałem. Świat wydawał mi się piękny i piękniał z każdym pędzla pociągnięciem. Niewypełnione barwami zakątki ciekawiły bardzo, wszystko zdawało się być nieskończonością, niemożliwe do zdobycia, zobaczenia, okiełznania. Była przy mnie też dłoń, która często trzymając moja rękę w swojej, nadawała gładkości ruchów mojego pędzla. Z biegiem lat ręką z sił opadła, a ja sam częściej zadowalałem się obrazem nieskończonym, często malowidłem niecałym, później szkicem węglem, a na końcu już nawet blejtramy na sztaludze nie stawiałem. Jednak do czasu! Do chwili kiedy moja ręka zaczęła inną prowadzić. Pokazywać świat malując na nowo. Odkryłem, że to nie życie, ani świat jest kolorowym, tylko samo kolorowanie jest najpiękniejsze.
A im więcej technik malowania poznamy tym łatwiej nam szarości się pozbyć - tak ja myślę
Howgh
