Łódź i ona
2010-03-03 09:10:57
Miałem dziś sen! No wiem, że to nic nadzwyczajnego! I co z tego? Ja i tak się z Wami sie nim podzielę. To znaczy jak zwykle miałem tych snów dużo więcej, ale chodzi mi o ten jeden, ten jedyny co został po odrzuceniu wszystkich erotycznych. I już odpowiadam na pytania, które znów, Was znając, się pojawią: Tak, jak znajdę chwilę to o tych snach też napiszę. Tak ze szczegółami. Tak, będziecie mogli sie wielu technik nauczyć. Nie…, obrazków nie będzie, na wyobraźni będziemy polegać. Nie, nie organizuje żadnych prelekcji z praktycznym zastosowaniem poznawanych technik…
Ale do rzeczy… nie chwaląc się mam kilka sennych światów. Miejsc i wydarzeń, do których zawsze powraca moja senna świadomość. Sen zaczyna sie zawsze w tym samym miejscu jednego ze światów. A później można podążać wbranymi przez siebie drogami. Z każdym snem coraz bardziej poznaję towarzyszącą rzeczywistość i klimat. Dzisiejszy świat był zupełnie nowy, pojawił się po raz pierwszy. Świat, który przyszło mi zwiedzać był, wydawaloby się światem nieprzyjaznym, ale uczucia, które towarzyszyły jego poznawaniu były przepełnione ciepłem, swego rodzaju zmysłowścią, były, uwierzcie mi - cudne. A śniło mi się tak …
bagna, ogromne rozlewsika, gdzieniegdzie kępki traw stanowiące małe grząskie wyspy. Bezlistne drzewa dajace dlugie cienie. Jestem na starej drewnianej łodzi, stoję na jej rufie w dłoniach trzymam wiosło., a właściwie długi kij, którym odpycham się od płytkiego dna. Na dziobie siedzi moja ukochana. Ma podwiniete nogawki spodni i jej nagie stopy, lecąc jakby nad wodą, przecinają gladką jej taflę zanim zrobi to dziób naszej łodzi. Ona opiera się na rękach, które trzyma za plecami. Nie mówimy nic. Ja staram się utrzymać łodź w ruchu, ona stara się rokoszować tą chwilą. Co jakiś czas spłoszymy jakieś ptactwo, które wzbijając sie wysoko, znika gdzieś w oddali, zostawiając po sobie jedynie echo swoich krzyków. My nawet nie obserwujemy tego zjawiska, jesteśmy jakby obok, nie interesuje nas to co dzieje się wokół.
Wszystko wydawałoby się stanowiłoby piękne, tajemnicze miejsce, poza jednym szczegółem – nie ma tu żadnych kolorów, wszystko jest szare, stalowe, zimne. Nie ma praktycznie żadnego światła, wszystko oblane jest półmrokiem. W tle widać zarys pasm górskich, też ciemnych i niedostępnych. Poza chwilami kiedy słychac plusk wody, panuje tu dudniąca cisza. I pomimo tego bezkolorowia jesteśmy szczęśliwi, nic nam nie przeszkadza, nic nie istnieje poza nami, nic poza naszą starą łodzią i wiosłem - kijem co wciąż nam służy…
I tak rano się budzę i myślę w zawiłościach mózgu mego odmętach i czeluściach przepastnych - o co chodzi w śnie owym? Co poruszyć on pragnie,? Co przekazac mej duszy rubasznej? ...
Czyżby to, że w szarej, niedostepnej, czasami niezrozumiałej rzeczywistości, wystarczy mieć jeden punkt zaczepienia, aby szczęsliwym być w istocie samej? By płynąć, nawet i w nieznane, nie znając kresu wędrówki, ani być może jej celu. Być może czując głód poszukiwań, lub też będąc sytym widokiem ścieżek już przebytych. Być tu, i teraz. A stara łódź jest w stanie dać nam poczucie bezpieczeństwa i spełnienia. Hm?
