Powołania - Zegarmistrz

2010-02-25 10:38:09

Ja pamiętam, jeszcze dzisiaj, zegarmistrza z powołania. Co w zakładzie jego małym, wiele lat już temu z goła, całe tłumy ludzi były. Każdy stał z zegarkiem w dłoni, albo z torby go wyciągał, lub też z ręki bezpośrednio, pasek wcześniej rozpinawszy, do rąk jego wkładał czule. Gdy rzecz jasna, kolej była jego. Uczniów miał ze dwóch, trzech może, czeladników, i zegarów to tysiące, wszędzie były, i na ścianach, i na stołach, na półeczkach i na półkach, i gdzieś nawet na podłodze.  Ja też często tam bywałem, bo zegarki rzecz wiadoma, mechanizmy miały, co i psuć się potrafiły. Mały byłem, znaczy młody, lecz widziałem bardzo wiele. Wszyscy byli tam skupieni, cisza była nieśmiertelna, nikt nie ważył się rozmawiać, kichnąć, krzyknąć, kaszlnąć, prychnąć. To świat inny był, tam środku, świat zegarów i mistycznej wręcz zadumy.

Słychać jeno było, tych zegarów wciąż tykania, coraz który się obudził i budzikiem przypominał, że już działa jak powinien, albo jak to wszystko, o godzinie pełnej, zaczynało bimbać, bombać, kukać, stukać, dryndać. To się gwarniej i robiło, ale tylko przez tą chwilę. W małej głowie mojej wtedy, nawet myśl się zrodzić dała, że gdy skończę szkołę swoją, to też chciałbym być jak on, naprawiaczem tych zegarów i mistrzowski dyplom mieć.

I po latach już dwudziestu z hakiem, wchodzę dzisiaj do zakładu, który od lat wciąż tu stoi. Choć wokoło to już wszystko się zmieniło i przez ręce właścicieli wielu przejść zdołało. Znany szyld przez okna widzę, i naciskam starą klamkę, i mosiężny dzwonek, co nad drzwiami wciąż kołysze, daje znać, że właśnie wszedłem. No i widzę zegarmistrza, tego właśnie sprzed lat wielu, co za swoim kontuarem, siedzi cicho i dostojnie, no i mu

- Dzień dobry - mówię
- Witam Pana – odpowiada – bateryjka czy też pasek? – pyta szybko, zaraz potem
- Ja zegarek mam, prawdziwy, i tu nie o bateryjkę biega – mówię lekko zaskoczony tym pytaniem już w przedbiegach
W oczach jego błysk dostrzegam
- Niech Pan siada – mówi do mnie
- Nie ja, wie Pan, siedzę ciągle, w pracy, w samochodzie, ja postoję – i zegarek mu przez dziurkę w dole szyby już podaję
- Ale cudo – mi powiada – co się dzieje?
- No nie chodzi, znaczy stoi wciąż uparcie
On go bierze z namaszczeniem, szmatką go oczyszcza, i na płótno swe zielone, delikatnie kładzie. Lupę starą swoją czarną, co klejona nie raz była, na swą głowę nakładając mówi do mnie
- Ładna gratka, przedwojenny, niech Pan siada
- Nie postoję
- A tak, tak, ... już Pan mówił, piękna sztuka, ten zegarek, ładne cacko, mówię Panu

A ja widzę, że on przeniósł się gdzie indziej, już go w moim świecie nie ma. Juz otwiera mój zegarek, i do środka w swym zapale, patrzy w niego jak w obrazek. Więc rozglądam się dokoła. Co ja widzę. Dyplom jego, poszarzały, Mistrza Zegarmistrza, w starej ramce wisi, tam gdzie wisiał, no i piec ten sam co wtedy, no i stół, no i na nim wciąż te same zdjęcia, tych zegarów różniusieńkich, co wciśnięte są pod szybę, która na tym stole leży. Tylko jakoś dziwnie pusto, gdzie zegary, się podziały? Co tu kiedyś tak tykały, na tych ścianach co wisiały?
- A tu przyczyno jesteś! – to głos jego, z zadumania mnie wyrywa – tu Cie mam!
- I co? Chodził będzie? – się zapytam
- Pewnie Panie, jak zegarek to zegarek, niech Pan jutro przyjdzie – ja się jeszcze nim nacieszę
- Przyjdę za dni siedem, niech Pan dobrze go opatrzy, i pytanie mam ja jeszcze?
- Niech Pan pyta, śmiało, proszę
- Czy Pan już, tak od dziecka, zegarmistrzem chciał być zawsze?
- O tak, i z pewnością, i pamiętam ja dokładnie, kiedy właśnie się zrodziła we mnie myśl takowa. Ano byłem wtedy w mieście, z ojcem moim, bo my na wsi mieszkaliśmy, i był taki starusieńki Pan Kazimierz, co zegary tam naprawiał i pokazał mi to wszystko, jak legendy opowiadał, zaczarował mnie niemalże, później spać to ja nie mogłem, i myślałem o tym świecie, mechanizmów i wskazówek, czarodziejskiej czasu magii. Byłem razem w nim w ratuszu, i widziałem zegar wielki, to jest nie do opisania, jaki wtedy byłem dumny, wręcz ja nieba dotykałem.
- Piękne bardzo co Pan mówi, ja zazdroszczę. A czy teraz, kiedy już ten rynek z kwarcowymi, z bateryjką to nie myślał Pan, by zawód zmienić, by się zając czymś że innym, a nie jeno bateryjki zmieniać, i te paski ciągle skracać?
- No, a po co mi to, Panie? Przecież jestem zegarmistrzem, tego Pan wciąż nie rozumie? To jest moje powołanie, życie moje, w niczym innym się nie widzę i niczego robić nie chcę prócz zegarów doglądania. Pan tu przyszedł dziś z zegarkiem, a nie paskiem do skrócenia. Czy odpowiedź ta wystarczy?
- Tak dziękuję, jestem kontent. Do widzenia Panu zatem, do widzenia Mistrzu Wielki! Mój zegarek jestem pewen w dobrych rękach jest zaprawdę.

Już drzwi cięzkie chcę otworzyć, aby wyjść z tej czasu czarodziejni, ale rzucam odwracając
- No i jeszcze jedno się zapytać dziś pozwolę, co Pan czuje, gdy zasypia, kiedy w łóżku Pan już leży, zasnąć pragnie jak należy?
- Co ja czuje? O mój drogi! Że na świecie jest zegarów, setki może niezliczone, co przez moje przeszły dłonie, co to innym czas już mierzą i im w ciszy wciąż tykają.
- A czy Panu też coś tyka? Co Pan słyszy, w ciszy, z rana?
- Moje serce proszę Pana, moje serce słyszę z rana! Ono moim jest zegarem, co jest ponad moją miarę, go naprawić jakimś czarem

I wychodzę, i nad drzwiami dzwonek dzwoni, a tu pada, wieje, jak ja lubię taką aurę, znów tu przyjdę, po niedzieli, by odzyskać w ludzi wiarę. By odebrać mój zegarek.



Dodane w powołania

Komentarze: 3

tecumseh 01.03.2010 r., 16:31
Terenia - Dziękuję... A ten Zegarmistrz Światła - to niech na razie się wstrzymuje, nie spieszno mi się tam gdzie nie wiem, na zawsze...
terenia 28.02.2010 r., 23:57
Piekny tekst :-)))))))))
misiek 26.02.2010 r., 00:24
A kiedy przyjdzie także po mnie Zegarmistrz Światła Purpurowy, by mi zabełtać błękit w głowie, to będę jasny i gotowy... Spłyną przeze mnie dni na przestrzał, zgasną podłogi i powietrza, na wszystko jeszcze raz popatrzę i pójdę nie wiem gdzie - na zawsze...

Dodawanie komentarza