...rozejrzyj się starannie mymi oczami i ujrzyj świat, w którym nie zawsze wszystko ma barwy takie, jakimi Ty je dostrzegasz...
Nudny, nieciekawy, pozbawiony haryzmy, taki jakiś niekolorowy. Gruby, niski, mocno łysiejący. Lecz jest w nim coś inspirująco pociągającego, co zmienia nieco wizerunek jego w oczach tych, którzy starają się widzieć więcej, z perspektyw kilku
O zdjęciu
“ Zdjęcie moje nie jest może zbyt aktualne, jednak patrzę na nie z sentymentem ogromnym... ”
O też dusz i serc lekarzu...
“ ty Czytaczu ani się obejrzysz jak za chwil kilka, miesięcy lub lat nawet .. przyznasz mu berło prawdy niepodważalnej i ukłonisz przed wizerunkiem jego – do bycia świętym zostało mu już tylko umrzeć – listę cudów ma juz wypełnioną. Howgh ”
W życiu Tenskwatawy, jak to w życiu szamana,zachodziły często zarówno większe, jak i te mniejsze, zmiany. Nie chodzi tu jedynie o fryz, czy sposób ubierania się, ani zmianę sylwetki pod wpływem obżarstwa, ani nawet o wybór czapeczki, a raczej o zmianę poglądów, niekiedy filarów jego filozofii. Musicie wiedzieć i zdawać sobie sprawę z tego, że zmiana punktu widzenia świata nie jest żadną słabością, a jedynie efektem lepszego poznania materii. A jak doszło to jednej z największych przemian Tenskwatawy poczytajcie poniżej…
Ta metamorfoza nastąpiła podczas jednego z wykładów na „Oslo Universitetet”. Kiedy to po przedstawieniu i przybliżeniu postaci Tenskwatawy, przez jednego z tamtejszych profesorów katedry Filozofii Wyłamujących, doszło do niesamowitego wydarzenia. Szaman jak zwykle przystąpił do wykładu. Ściągnął pióropusz, kładąc go na podłodze z namaszczeniem. Usiadł, jak to miał w zwyczaju, na blacie ogromnego stołu jednej z wielkich sal wykładowych. Przymrużył oczy i ni to recytując ni śpiewając przybliżał tajniki jednego z fundamentalnych, naówczas, aksjomatów dotyczących braku ważności wypowiadanych słów w odniesieniu do czynów. I kiedy tak prawił, wzbudzając nie tylko co zachwyt, ale i uwielbienie wśród wsłuchanych, bardziej w tembr jego głosu niż wypowiadanych myśli, studentek, nagle wśród natłoku słów i myśli urwał melorecytację. Jego oczy pogrążyły się we mgle, która po chwili zmieniła się w łzy1Z tego co pamiętają naoczni świadkowie tych wydarzeń, nawet jedna z jarzeniówek zaczęła mrugać z taka częstotliwością, że w końcu detonowała z hukiem, rozbijając się na tysiące kawałków. Lecz nie to stanowiło o podniosłości chwili i nie to było w tychże wydawałoby się trwających nieskończoność sekundach, najistotniejsze. Tenskwatawa zaczął się jakby unosić, niczym braciszek w Jaśminum, bełkotał coś w niezrozumiałym języku, by w zatopionej w ciszy sali wypełnionej przez setki studentów, ryknąć z całego gardła - Słowa, a nie jeno czyny, ważne są!
Otworzył oczy i kontynuował wpatrzony w przestrzeń, jakby czytając z kart tajemnej księgi
- Słowami budujemy i słowami niszczymy. Słowa przenikają i pobrzmiewają w naszych myślach. To za ich pomocą właśnie do Was przemawiam. To one zmieniają nasze życie i stanowią o nim. Wypowiadane mogą być źródłem dobra jak i zła. Miłości i nienawiści. Nawet sposób ich wypowiadania oraz ich dobór jest istotniejszy czasem, niż treść sama.
W taki właśnie sposób dokonał się przełom w świadomości wszystkich przebywających na wykładzie, którzy przez kolejne godziny dni i miesiące przekazywali innym ta prawdę wiekuistą, którą Wy dziś też poznaliście.
Oto przykładowe słowa, które wywarły niemały wpływ na żywot szamana (kolejność nie jest przypadkowa)
Kocham Cię Jestem w ciąży Tato jesteś bohaterem Przegraliśmy ten mecz Więcej nic nie mów Czarujesz szamanie Nie potrzebuje Twojej miłości Nudny jesteś Poznaj moją koleżankę Zrobimy to we trójkę
W komentarzach możecie wpisywać słowa, które zmieniły Wasze mikroświaty i życia, w ten sposób powstanie wielotony słownik, który zostanie złożony jako hołd pod pomnikiem słowa mówionego, projekt którego wykona jakiś utalentowany student ASP, a najlepiej studentka, z polotem i wyobraźnią niemałą.
---------------------------- 1 łzy te, przechowywane w jednym z kościołów w południowej Francji były dowodem w procesie beatyfikacyjnym Tenskwatawy. Niestety w niewyjaśnionych okolicznościach wyparowały.
Dziś będzie poradnik, jak można w atmosferę wprowadzić niewiasty, językiem sprawnym, co nie tylko opowieści snuć potrafi.
Najlepiej opowieść zacząć już nocą ciemną, kiedy słychać jedynie świerszczy cykania i ogniska dogasanie. Dokładasz wtedy kilka polan do ogniska, wcześniej odkładając na bok gitarę, graniem na której zanudziłeś już gawiedź. Ważne jest, aby ton Twój był spokojny acz bardzo zaangażowany. Pełen przeżyć i tajemnej atmosfery.
Pełen powagi zaczynasz „Wiecie co? Muszę to komuś powiedzieć, bo noszę to w sobie od kilku lat, jednak wciąż budzę się czasem zlany potem i sam nie wiem jak z tym sobie poradzić. Było to już kilka lat temu, kiedy wakacje spędzałem u cioci w malutkiej miejscowości na Mazurach. Pewnego dnia, kiedy już zwiedziłem najbliższą i trochę dalszą okolicę, poznałem sąsiadów i tak dalej, kuzyn zaproponował, żebyśmy pojechali, na taką wiecie, wiejską dyskotekę. Stwierdziłem, czemu nie, w końcu i tak nie ma co robić. Mówił, że jest tam fajna zabawa i świetni ludzie. Mieliśmy tam się dostać jakimiś skrótami i pojechać jego motorem. Mówił, że ta impreza jest w takiej małej, blisko położonej wiosce, do której najlepiej podjechać polną drogą, przez las, niż tłuc się ja mówił asfaltem. Pod sam wieczór, kiedy byłem już gotowy do wyjazdu, podjechał swoim starym, właściwie już wiekowym motocyklem. Wręczył mi kluczyki i powiedział, że niestety nie może ze mną jechać, ale mi powie jak tam dojechać, i że trafię bez problemu. Trochę się wahałem i chyba to zauważył. - Słuchaj będzie tam jeszcze Andrzej z dziewczyną i mój dobry kumpel Zbyszek, którego wczoraj poznałeś – już im powiedziałem, ze przyjedziesz sam, także będą na Ciebie czekać. Nie chciałem wypaść na frajera więc odpaliłem motor i pojechałem opisaną przez niego drogą. Było jasno także bez problemu trafiłem na miejsce. Droga nie była może tak krótka jak się spodziewałem jednak prowadziła przez urokliwe miejsca, stary bukowy las i kilka rozlewisk, chyba zapomnianych przez świat. Na miejscu cała trójka rzeczywiście na mnie czekała. Rozmowy, trochę alkoholu, tak żeby wytrzeźwieć do wyjazdu za kilka godzin i Ona. Kurcze jaka piękna dziewczyna. Przyszła sama. Wydawało się, że nikt jej nie zauważał. Jakaś trochę obok, jednak tak zmysłowo piękną, że nie zawahałem się do niej podejść i zagadać. No cóż później rozmawialiśmy długo o tym, gdzie mieszka, czym się zajmuje. Ja nie odrywałem wzroku od jej oczu, ust, bioder i nóg. Była cudna, opowiadała z taką lekkością. W tańcu wręcz przytulała się do mnie. Myślałem, że to nie może dziać się naprawdę. Że zaraz przyjdzie jakiś tutejszy i mi wypali w szczękę, że zabieram się za jego dziewczynę. Kiedy już było grubo po północy, poprosiła mnie, abym ją odwiózł do domu. Właściwie na to czekałem. Zabrała z krzesła swoją czarną, skórzana kurtkę, taką z zamkami - wiecie w stylu heavy metal. Ubrała ją. Jakoś nie pasowała do dość krótkiej obcisłej czerwonej sukienki. Choć całość wyglądała intrygująco. Wyszliśmy na zewnątrz, odpaliłem motocykl, dosiadłem go, aby ona za chwilę wsiadła na tylne siedzenie. Gdzieś w połowie drogi, zawołała abym się zatrzymał, bo musi do lasu, że chce jej się siku. Zatrzymałem stary motocykl, wyłączyłem silnik, żeby niepotrzebnie nie warkotał. Weszła w ciemny las, słychać było tylko szum drzew i jej kroki. Co jakiś czas łamiąc jakiś patyk pod stopami, chyba doszła na tyle daleko, aby nie było jej już widać. Czekałem, z tego co pamiętam nawet położyłem się obok drogi, aby delektować się ta chwilą. Powoli wstawał świt. Czekałem. Słyszałem tylko szum drzew poruszanych wiatrem, rechot żab dobiegający z rozlewiska, i poranne śpiewy ptaków. Czułem się wyśmienicie, taka dziewczyna, takie okoliczności, chyba coś z tego będzie – myślałem. Nagle w jednej chwili wszystko ucichło. Mówię Wam grobowa cisza. Przyznam szczerze, że troszkę mnie to przeraziło. Trwało to może kilka, kilkanaście sekund i później znów wszystko odżyło. Tak jakby ktoś wcisnął pauzę na odtwarzaczu, a później na powrót start. Poczułem się nieswojo. - Juztyna?! Jesteś tam? – zawołałem – Justyna?! Odezwij się – zawołałem jeszcze głośniej niż przedtem. Nikt nie odpowiadał. Słońce powoli wznosiło się nad horyzontem. Wszedłem kilkanaście metrów w las. Wołałem. Na próżno. Szedłem coraz dalej. I zatoczyłem krąg. Nigdzie jej nie było. Zaczęło widnieć. Nagle dostrzegłem, że na jednym z drzew wisi jej kurtka. Podbiegłem, zerwałem ją z drzewa. Rozejrzałem się dookoła. Żywej duszy. Powąchałem, pachniała jej perfumami i wydawał mi się jeszcze ciepła w środku Nie wiedziałem co robić. Kurcze naprawdę byłem zdruzgotany jej tajemniczym zniknięciem i tą cała sytuacją.” Tu musicie zdobyć się w opowiadaniu, na rozżaloną i wciąż poważną minę, kto może niechaj i łezkę upuści. I lecicie dalej „Wziąłem tą kurtkę i postanowiłem podjechać do jej domu, mówiła dokładnie gdzie mieszka, choć nawet te kilka godzin temu kiedy siedzieliśmy razem przy barze, wcale jej o to nie pytałem Idąc modliłem się w duszy, żeby tylko motor odpalił. Uruchomiłem silnik za pierwszym razem. Odetchnąłem. Podjechałem pod dom, który pasował do jej opisu. Była chyba szósta nad ranem. Zapukałem. Po kilku chwilach otworzyła mi starsza pani. - Czy jest Justyna? – zapytałem troszkę głupio pewnie wyglądając. Szósta rano, a tu jakiś amant. - Co to jest? – zapytała staruszka wyrywając mi kurtkę z ręki – Skąd to masz? Kim jesteś? - Adam, byłem z nią dziś na dyskotece, ale gdzieś mi zniknęła w lesie - Głupie żarty, wynoś się, Justyna jest tam pod tym dużym bukiem Wskazała palcem na pobliski cmentarz i ogromne drzewo w jego centrum. Zatrzasnęła drzwi i przekręciła zamek. Waliłem w drzwi. Na próżno. Nie wsiadając na motocykl poszedłem na cmentarz. Po kilku minutach stałem już pod bukiem. Usypany grób, na nim krzyż i epitafium z jej imieniem i nazwiskiem. Nie wiedziałem czy ja śnię czy to dzieje się naprawdę. Podszedłem bliżej. Kiedy kucnąłem przy grobie podniosłem do góry wzrok. Na drzewie wisiała podobna kurtka, niby ta sama, lecz w dużo gorszym stanie. Poobcierana, ze zwisającym, oderwanym do połowy zamkiem, wydawało mi się, ze widzę na niej zaschniętą krew lub coś co ja przypomina. I kiedy wyciągnąłem rękę by ją ściągnąć, kiedy już niemalże ją dotykałem - Zostaw to!!!” – tu musicie wyraźnie krzyknąć, jak jest ktoś przy Tobie nawet go chwycić za ramię, a najlepiej, szybko wstać. Nie biorę odpowiedzialności za efekt tego opowiadania. Możecie go używać na własną odpowiedzialność, którą jeszcze niektórzy w naszych czasach mają.
Już po pamiętnym artykule Zazdrość - grobowiec miłości, dziś chciałbym dodać coś na temat wsparcia. Czym, że jest? Co dla nas znaczy? I dlaczego kiedy ma ktoś Cię w dupie, ty musisz zacząć tez go w dupie mieć – i nie mowa tu o seksie. Jeszcze dziś pamiętam mając wykłady na temat technik utrzymania związków, bodajże w University of Toronto, zaraz po zajęciach podeszła do mnie jedna z piękniejszych studentek wydziału Związków Beznadziejnych i Toksycznych. Stałem akurat na korytarzu oparty o automat do kawy i czytałem jakiś „świerszczyk”. - Tenskwatawo! Czy wsparciem jest również nieprzeszkadzanie? – zapytała, zalotnie się uśmiechając. Dokładnie pamiętam co wtedy jej odpowiedziałem na to, wydawałoby się, proste pytanie. - Drogie dziecko, oczywiście, że nie! Wsparcie jest wykazywaniem zainteresowania i pomocy drugiej osobie. Zawsze wiąże się z jakąś akcją z naszej strony. Nie przeszkadzanie jest jedynie obojętnością, wobec potrzeby drugiego człowieka, partnera. Jest bezczulnym przejściem obok jego pragnień i celów, które sobie obrał. Dziś kiedy zadzwoniła do mnie i zadała ponownie to samo pytanie co wtedy, przed wielu laty, wyczułem w jej głosie nutkę niepewności. Mówiła, że na tamtejszej mojej odpowiedzi zbudowała sobie system wartości i terapeutycznie, na kozetce, wpajała go parom zagrożonym rozejściem. Dziś jedynie chciała potwierdzić, czy nadal jej wyrocznia i ostoja mentalna, podtrzymuje wypowiedziane słowa, gdzieś, dawno temu na korytarzu, jednego z Uniwersytetów. - Bratku, to prawda stara jak i ja, a zatem we współczesnych czasach, już niestety nieaktualna i często niestawialna. Sam prowadząc kursy na klatkach schodowych i przy śmietniku, lub też wygłaszając drobne prelekcje w zakładach pracy chronionej, muszę powiedzieć, że porzuciłem tą teorię. W wielu przypadkach klinicznych samo nieprzeszkadzanie partnerowi, powoduje rozwiązanie wielu problemów. Należy przenieść tą granicę o jeden stopień, a mianowicie dopiero jeśli ktoś robi Ci na złość i wbrew Tobie stając Ci na drodze, mamy do czynienia z brakiem wsparcia. - Dziękuję mistrzu! Dziękuję, że ponownie nadałeś mi punkt odniesienia. Że pozwoliłeś na nowo zbudować mój system terapeutyczny. Zatem nie przeszkadzam i do wieczora! Wieczorem potwierdziliśmy tą teorię kilkukrotnie zarówno na kozetce jak i w salonie! I przekazują ją Wam tak szybko jak tylko mogę. Pamiętajcie już samo nieprzeszkadzanie może być rozwiązaniem problemów, wydających się nie do przejścia.
Howgh
P.S. A Wy, którą z wersji wsparcia wspieracie? Tą z dni wykładów, czy tą potwierdzoną na kozetce i w salonie? Hm?
W odpowiedzi na liczną korespondencję, za którą dziekuję. Oraz po niewątpliwym spektakularnym sukcesie, wpisów o zazdrości, obrączkach oraz m.in. miłości Dziś poslugując się badaniami i publikacjami mego brata szamana, odpowiem na Wasze liczne pytania w rodzaju:
Czy można zaufać1 ponownie osobie, która już raz zawiodła nasze zaufanie2 i odbudować wiarę w jej bezinteresowność3?
Odpowiedź brzmi: Nie, nigdy! Inaczej przywalisz w Klielich Rozczary4
--------------------
1 zaufać w potocznym znaczeniu wydanie paszczą jęku "ufff!!!", w tym kontekście powierzyć swoje największe tajemnice nawet po pijaku.
2 za WET (Wielka Encyklopedia Tenskwatawy wyd. XII poprawione i uzupełnione:
zaufanie - dar jednorazowego użyku, nieodnawialny, przypadający jedno na człowieka od jednego człowieka. Patrz również: mąż zaufania, votum zaufania no i telefon zaufania. W WET znajdziesz również mail zaufania, SMS zaufania i żona zaufana
3 nie chodzi tu o brak interesu. Za WET:
bezinteresowność - pożyczyć komuś kilka stów i nie chcieć zwrotu lub na zwrot nie liczyć
4 Kielich Rozaczry i jego definicja będzie się pojawiać w kolejnych artykułach. Tenskwatawa w swym zyciu przywalił w niego wielokrotnie spijając gorycz w nim zawartą
Znów postanowiłem coś napisać! Mam trochę czasu a i rzeczy kilka co cisną sie na ustka moje wardżączkami zwanymi. A może i nawet pytań wiele we mnie się przewraca, które bez odpowiedzi zaszyte pozostając przez wiele lat światła dziennego, a nawet i nocnego zobaczyć nie zdołają. A słowa Horacego za motto życiowe sobie wziąwszy nie mogę w bezczynności trwać i wszystek umrzeć – ot tak trach - a fajny chłop z niego był, stypa, jakieś żarcie i do roboty na drugi dzień. Dziś chciałbym o zabiciu dziecka napisać! To, jak dobrze pamiętam, przytrafiło się mi pod koniec lat 80-tych zeszłego wieku, a więc wiele lat temu. Lecz prawda i doświadczenie będące owocem tych zajść do dziś we mnie czujnie drzemią i budzą się w potrzebie. A nauka życiowa z tego wypływająca wciąż karmi mnie i pozwala sprawnie omijać wilcze (czyt. ludzkie) doły.
Dziś właśnie będzie o tym naszym dziecku, któremu wcześniej czy później sztylet życia wepchną bez namysłu i rozumu nawet. Może nie tyle co z głupoty ile z niedojrzałości. W najmniej spodziewanym miejscu i czasie! Właściwie ... z drugiej strony ... może to i lepiej zawczasu, aby zgon szybciej nastąpił, niż trwać w takiej maligmie - tego jeszcze nie wiem, wciąż badam zjawisko. Chodzi tu o dziecko, będące w nas. To takie ufne. Wierzące w latające anioły, Bozię i diabły. Łase na słodycze niezależnie od tego kto je ofiaruje. Nie myślące o śmierci. Wierzące w przebierane postacie z bajek, klaunów, gadające zwierzęta. Nie rozumiejące, dlaczego tyle w życiu nie można lub nie wolno, jak przecież da się i to jeszcze się przy tym nieźle bawić. Cieszące się ze znalezionego na plaży zielonego kamyka w białe paski, z którego zdmuchiwało ziarnka piasku, mające mech w kartoniku przyniesiony z lasu, pamiątkę z gór w postaci wystruganego Jelonka na tle Giewontu, czy z obawą wchodzące do jaskini smoka. Kupujące sobie dużego loda za kieszonkowe, prowadzone przez ulice za rękę. O babajagach, czarnoksiężnikach nie wspominam, bo to akurat prawda.
Moje dziecko dostało tzw. strzała w pewien czwartek. W moim życiu najciekawsze rzeczy zawsze się dzieją w ten dzień tygodnia.1 Ów czwartek jak zawsze zaczął się w szkolnej ławie chyba klasy pierwszej lub drugiej, natomiast najciekawsze i najokrutniejsze jest to jak tragicznie się skończył. Z tego co pamiętam wraz dwoma innymi młodymi wojownikami późnym popołudniem zawędrowaliśmy na cmentarz. Nie pytajcie dlaczego, ani po co - tego już nie pomnę. Zobaczyliśmy tam coś co wzburzyło naszym poglądaniem świata i wpajanych nam wartości, dziecięcej wiary w świętość. Otóż gawiedź jakaś wesoła urządziła sobie tam super/ekstra/czadowy2 piknik, który wzbogacił ich emocjonalnie. Otóż sobie wzięli i krzyże przygrobne Jezusem do góry nogami w ziemie powbijali. Pycha myśleli oni, ale jesteśmy twardzi, odważni niczego się nie boimy, mamy Bozię w dupie, wznosimy sie ponad ten cały mistycyzm. Okropne - pomyśleli przerażeni chłopcy, musimy coś z tym zrobić. Naprawmy to! Jak pomyśleli tak zrobili a czując się w obowiązku zrobienia czegoś więcej postanowili, umorusani, zmęczeni do księdza z tym pobiec o zajściu poinformować. Dumni z siebie i spełnieni. I co? I wtedy ten ksiądz miłościwy zobaczywszy ich – pomyślał, że to ściema jakaś, chińska podróbka, kamuflaż i ich oskarżyć próbował o czyn niegodny, a przyjście do niego jako przykrywkę traktować. To właśnie wtedy moje dziecko dostało piękny strzał, wtedy dotarło do mnie, że świata nie ma co naprawiać, łatać, potrzebującemu pomagać, lub litować się nad czyimś nieszczęściem, rzek regulować, włosa z klapy marynarki komuś ściągać, ufać komuś, kto rękę do Ciebie wyciąga, a wierzyć w ludzi też nie bardzo, a ciosów spodziewać się w najmniej oczekiwanych momentach i ze stron wszystkich. I to właśnie wydarzenie o niechodzeniu na religię przez lat wiele, brzemieniem we mnie tkwiło3.
Jak zwykle nie generalizuję i nie szufladkuję, jak można byłoby pochopnie wnioskować - chcę Wam jedynie tą historią przekazać jedną z najważniejszych prawd, zasad Tenskwatawy, podwalinę jego filozofii:
Spodziewajcie się niespodziewanego, wtedy nic Was nie zaskoczy!
- tak jak wtedy, w czwartkowy wieczór - wierzącego w Ducha Świętości, młodego jeszcze wojownika, z małym pióropuszem, w którym zabito dziecko!4
To pisałem, gościnnie na kanu (czyt. blogu) mego brata, ja Tenskwatawa – coraz rzadziej dający drugą szansę
Howgh
A Wasze dzieci kiedy i jak strzała dostały?
-------------------
1 przyp. autora 2 nic nie skreślać - wszystko potrzebne 3 wspomnę o tym w "Efekt motyla, to nie żadna ściema jest" - już wkrótce 4 w miejscu tym stoi dziś, mały obelisk przedstawiający klęczącego szamana, obejmującego w geście pożegnania, małego konającego wojownika, którego serce przebite jest strzałą – miejsce pielgrzymek i kultu objęte całkowitą ochroną i tajemnicą, którą dziś poznaliście. Pomnik jest alegorią chwili, w której dziecko przestaje wierzyć w swój świat, pełen marzeń i ideałów, a zaczyna dostrzegać zasady nowej gry, w której dawanie dobra nie zawsze spotyka się z jego dobrym przyjęciem.
Pamiętam lampkę na parapecie, starą, która zawsze się świeciła. Regał z książkami, do których czasem sięgaliśmy. Wieczny bałagan na stole. Zapach tytoniu. Czasem alkohol. Tematy tamtych rozmów, o tym jak to będzie, co z nami się stanie. I snucie marzeń, planów na przyszłość. Kanapa i fotel, w kuchni pusta lodówka. Muzyka, której jeszcze wtedy do końca nie rozumieliśmy. Elektryczna gitara z piecem do której dźwięków, wydawało nam się, że tworzymy. Kasety VHS w kartonowym pudle i wypożyczalnia za rogiem. Nie raz do słońca wschodu gapienie się w stary, czarno-biały, jeszcze lampowy, który swego czasu później, z okna wyleciał. W karty zapamiętałe granie, ubawianie się z przywar ludzkich i samych siebie. Szukanie na powrót czegoś, co już odkryte zostało. Bo może warto. Dziś mieszkamy już w innych miastach, krajach nawet. Mamy inne żony i dzieci inne. Czasem coś napiszemy, o coś się zapytamy, Wciąż łączy nas coś, co trwa jeszcze, i wciąż żyje. Może nie jest to lina stalowa dwa przęsła mostu łącząca, może nawet nie jakaś więź szlachetna. Lecz nić cienka i drobna, napięta czasem do granic wytrzymałości, a siła jej bierze się z tej jej kruchości. Myślę, że jeszcze wiele przetrzyma. Taką mam nadzieję. Bo nie zawsze to co wydaje Ci się tą prawdziwą przyjaźnią przetrwa próbę czasu i charakteru! Nić słaba i krucha, potrafi często być mocniejsza zaprawdę, i choć jej nie widać, trzyma i trwa, choć nierzadko w zapomnieniu.
Jak pewnie ku uciesze, niektórzy, spodziewali się, po tym wpisie iż brat mój skończy w śmiertelnych objęciach grizzly. Zaś inni ku rozpaczy, że już nigdy nie będą mogli obcować z tak wiele wnoszącymi zapiskami, zaczęli wysyłać do Watykanu wnioski beatyfikacyjne o ustanowienie samozwańczego Tenskwatawy Świętym. Bo oni tylko wiedzą, że listę cudów ma już zaliczoną, a to dlatego, gdyż sami byli tych cudów świadkami i orędownikami.
Pragnę jednak Wam powiedzieć, że szaman nasz wciąż żyje, oddycha, i posiłki strawia w całości. Ogólnie rzecz biorąc. daje świadectwo swojej egzystencji w każdej chwili, nawet teraz kiedy siedząc w pozycji Stańczyka, rozważa nad losami swojej Rozczary, w którą po raz kolejny musiał przywalić podczas swoich ostatnich wędrówek, kiedy to ślady Niedźwiedzia i Orła doprowadziły go do, wydawałoby się, krain nowych jeszcze nieodkrytych. I gdy stąpając po miejscach, w których nie spodziewał się spotkać głupoty, dziwów wszelakich, arogancji i braku wiary w jego filozofię, staczał walkę wewnętrzną, której wynik wcześniej czy później stanie się nowymi prawami i wzorami zachowań w świecie współczesnym.. A jak do tego doszło i co się wydarzyło przeczytacie za chwilę - poniżej spisane jego ręką wspominki oraz niedbale wklejone zdjęcia. Ze względu na ich ilość podzielone zostana na części, bo nie dacie rady w jednym kawałku gniota takiego przełknąć.
Dzień pierwszy – w poszukiwaniu tropu węża
Kiedy pożegnałem się w milczeniu i po cichu wczesnym rankiem wjechałem swoim dyliżansem na łódź, która przez Wielką Wodę miała mnie przewieźć do kraju przodków, pierwsze co dało się odczuć to panujący na statku chaos i rozgardiasz emocjonalny. Wszyscy, których dostrzegłem, biegali w pospiechu, cmokali, gwizdali, nawoływali, a nawet nerwowo spoglądali na innych i coś tam gestykulowali. Spokojnie wysiadłem trzaskając drzwiami z hukiem – jak to mam w zwyczaju chcąc uwagę na swojej osobie skupić. Niemalże w tej samej chwili ktoś przebiegł tak blisko mnie, że nieomal wytrącił mi z ręki mój worek marynarski, z którym od lat podróżuję, i z którym nigdy się nie rozstaje. Ruszyłem przed siebie. Szedłem powoli, dokładnie obserwując to co działo się dookoła. To pozwalało mi niejednokrotnie uniknąć nieprzewidzianych sytuacji. Pierwsze kroki postanowiłem pokierować w kierunku kajuty kapitana, którego wprawdzie nie znałem, ale przecież kultura i dobry zwyczaj zobowiązuje aby z osobą, która przez najbliższe godziny będzie odpowiadać za całą tą łajbę jakiegoś dżojnta wypalić. Szybko znalazłem jakieś schody, które wydawało się że poprowadzą mnie na wyższe pokłady. Wspinając się po ich stromych, metalowych krawędziach, zauważyłem, że pod nimi w samym rogu, siedzi pies rasy mi nieznanej. Patrzy się na mnie ślepiami, mówiąc niejako, „ale mam ubaw”.
- Ej! Tego szukacie?! – zawołałem nie przerywając wspinaczki po schodach
Tłum cmokających, których widziałem wcześniej zamarł w bezruchu, aby później zacząć wykrzykiwać coś w innym języku, a sekundę później inni poszukiwacze zbiegając z góry, niemalże mnie stratowali galopując do psiego znaleziska.
- Wybacz bracie - rzuciłem mu na odchodne. Jego oczy już nie były takie radosne. Były jak moje.
Jak się okazało kapitan nie miał dla mnie czasu. Ale już samo pytanie o niego i o propozycje wypalenia z nim lub w jego towarzystwie kilku skrętów wzbudziło podejrzliwość załogi. Do końca rejsu byłem pod ich czujnym okiem. To nowe, ciekawe uczucie.
--------------------------------
Trzeba tutaj zwrócić uwagę, szczególnie tym co z twórczością i misją Tenskwatawy spotykają się po raz pierwszy, że Tenskwatawa jest twórcą wielu teorii w tym m. in. teorii poznawania ludzi poprzez stawianie ich w sytuacjach dziwnych, niecodziennych wprawiających ich w zakłopotanie lub niezręczność. Teoria ta oczywiście została spisana i jeszcze kilka lat temu była dostępna w czytelni Biblioteki Narodowej. Jednak pewnego dnia zniknęła w dziwnych okolicznościach. Mówi się, że pojawiła się jeszcze na pewnej aukcji w Houston lub Los Angeles po czym ślad po niej zupełnie zaginął. Teoria ta dała również podwaliny innym nurtom w behawioryzmie, dlatego właśnie warto o niej tutaj wspomnieć. Jej początek datuje się na lata 80-te poprzedniego wieku, kiedy to mający jeszcze małe piórka w pióropuszu Teni na lekcji z języka obcego, po otrzymaniu oceny niedostatecznej powiedział do nauczycielki
- I tak Panią kocham - Ja też Cię kocham Teni - Tak, nasza miłość jest trudna, a Pani jej nie ułatwia
Po tym jakże pięknym w wymowie wyznaniu, jego nauczycielka już nigdy nie odważyła się zwątpić w jego wiedzę i umiejętności. A Tenskwatawie dała wiele do myślenia i wzbudziła w nim chęć zagłębienia się w tajniki nowej teorii aby wyssać z niej nektar wiedzy.
Z innych przykładów tej metody wypracowanych przez Szamana, które można stosować na własnym podwórku i które pojawiły się jako szablony i wzorce można wyniemić np.
A. Sytuacja kiedy, ktoś uśmiecha się do Ciebie pokazując swoje zęby, mówisz: - O jedynka Ci się psuje B. Kiedy Twój znajomy chwali się nowo zakupionymi butami, mówisz: - Ładne, super. A męskich nie było?
Lub w tej samej sytuacji
- Fajne super! Ile dałeś - Stopiećdziesiąt - Łe to za tą cena mogłeś nowe kupić
Itd.
--------------------------------
Po labiryncie korytarzy, kiedy mój nieomylny w terenie nos, okazał się mało przydatny w ich zawiłościach oraz mnogości przejść między pokładami, dotarłem do kajuty. Przechodząc jej próg zauważyłem, że nie różni się ona niczym szczególnym od dziesiątek innych, którymi wcześniej Wielką Wodę przemierzałem. Rzuciłem w kąt żeglarski wór, wcześniej wyciągając z niego zwitek banknotów. Wychodząc po raz kolejny w swoim życiu spojrzałem na instrukcję mówiącą obrazkami co robić w razie tonięcia statku i już wiedziałem, że może nie być łatwo. Robię to zawsze jedynie z powodu spełnienia obowiązku, a nie potrzeby zrozumienia.
Gdy, po kilkunastu minutach spaceru, siedziałem przy barze i popijałem Jacka Danielsa podawanego przez nieźle wyczesanego stewarda usiadła przy mnie nienachlanej urody niewiasta. Spoglądając na mnie niby przypadkiem i łypiąc to na mój zegarek, a to na serdeczny palec, rzuciła w przestrzeń, nawet na mnie nie spoglądając.
- Czy my się nie znamy? - Tak! Nie znamy się! I tak zostanie. A! I nie jestem tu sam – odpowiedziałem zanim, zaczęłaby przede mną opowiadać, a tym, że niedawno zostawił ją jakiś frajer itd. - Dupek – fuknęła i tyle ją widziałem
Niestety, jak się później okazało, to nie był ostatni raz kiedy tego wieczoru, jak i całej późniejszej wyprawy miałem się z nią spotkać. Ale o tym za chwilę.
Po przyglądnięciu się rzece ludzi i obrazów wyłaniających się zza panoramicznych okien postanowiłem poznać statek bliżej i lepiej. Po kilku chwiejnych już krokach (kiedy odnalazłem trop węża) do moich uszu dobiegła muzyka. Słyszałem męski głos i granie na gitarze. No cóż, pomimo tego, że śpiewał i grał przeciętnie, to i tak dużo lepiej niż ja sam w latach swojej największej świetności. Nie polubiliśmy się. Po chwili moje oczy ujrzały jak na parkiecie pojawili się emeryci z Danii, to przelało moje poczucie estetyki. Wyszedłem na zewnętrz, zrobić Titanica, czyli jak każdy z Was wie, stanąć na dziobie i rozłożyć ręce, czując silny wiatr, wdychać z trudem zapach morza, tak jak czynili to moi przodkowie.
- Co Pan robi! – to jeden z obserwujących mnie członków załogi, zaczął biec w moim kierunku, zaraz po tym jak wdrapałem się na przedostatni szczebel barierki.
Po krótkiej rozmowie, doszliśmy do tego, że on nie wie co to „robić Titanica”, ale doskonale wie, gdzie jest ochrona i jakich ona metod używa. Nie miałem więcej argumentów. Po raz kolejny w życiu nie mogłem znaleźć swojego miejsca. A kiedy zrobiło się ciemno, i na leżakach obok pustawo, postanowiłem powrócić z otwartego pokładu. W drzwiach spotkałem Panią z baru. Gdy ściągałem wchodząc do środka z głowy kaptur mojej bluzy poznała mnie od razu
- A to Ty? – uśmiechnęła się krzywo - Minęło Cię dziś bzykanko – powiedziała opierając swoją dłoń na ramieniu dużego jegomościa, wobec mięsni i gabarytów, którego nie mogłem zdobyć się na szczyty ironii i sarkazmu. Mogłoby być zbyt niebezpiecznie dla mnie jeśli by takowej nie zrozumiał, albo co gorsza zrozumiał. - Tego nigdy się nie dowiesz! – odpowiedziałem - Teni czy Ty znasz tą Panią – zapytała Bratek pojawiając się, jak zawsze, znikąd. - Przecież wiesz - No to chodźmy, mam dla Ciebie coś, o co prosiłeś – chwytając mnie za rękę zabrała do innych wymiarów
--------------------------------
Tu należą się wyjaśnienia dotyczące Bratka. Bratek jest Tenskwatawy dobrym duchem, natchnieniem. Bratek zawsze pachnie tym, co sprawia, że czuje on się w domu niezależnie od tego gdzie jest. Bratek to jedyna miłość Tenskwatawy. Pierwsza i ostatnia – jak mawia niejednokrotnie na swoich wykładach. To w Bratka oczach Tenskwatawa widzi swoje marzenia.
--------------------------------
Cdn jeśli tylko chcecie
A morze tego dnia w oczach szamana wyglądało tak:
Dla lubiących klimat, duży format powyższego dzieła klasy średniej jest tutaj
Od jutra tenskwatawa - brat mój, moje alter ego, przebywać będzie w miejscach dla siebie dotąd nieznanych. Będzie starał się je eksplorować, ale też dokumentować, aby na kilka jeszcze wpisów starknęło lub styknęło (nie pamiętam jak się pisze –może stykło?).
A konkretnie - wyrusza na kolejny podbój ojczyzny swych praojców, a może bardziej jego krajanek - zdania co do tego wśród wielu jego współplemieńców są na tą chwilę podzielone. Mało tego, doprowadziły nawet do kilku, co prawda niegroźnych, acz niebezpiecznych incydentów. I pomimo faktu, że były to zwyczajne burdy i bijatyki, z elementami balangi i orgii, odbiły się piętnem na samym tenskwatawie, który porzucając swoje obowiązki, Tańcem Orła wprowadził wszystkich w trans hipnotyczny, a tym samym doprowadził do zakopania toporów wojny, zbyt pośpiesznie, pod wpływem whiskey, wykopanych.
Dziś jeszcze przed samym wschodem słońca , gdy bohaterowie ekscesów z nocy poprzedniej spali, sam szaman udał się do swojej samotni, aby jeszcze raz zetknąć się z siłą natury i przeznaczenia. Aby jeszcze raz pytając Ducha Skał o swoją wyprawę, upewnić się o słuszności decyzji, które podjął na Radzie Starszych. A które będą miały wpływ na losy jego i jego współbraci.
Za wzór panującej mody, trendów oraz styli obrał sobie, jako motto słowa z poniższego utworu. Dzięki, któremu przebudował swój staroświęcki, trącący myszką, stetryczały już, system wartości.
I tak właśnie rano przed tym solarium (jak również poranna toaletą), o którym mowa w utworze, oraz przed założeniem łańcucha, wyglądał właśnie tak - specjalnie dla Was poniżej jedno z wykradzionych z archiwum plemienia, zdjęć, które z pewnością niedługo obiegnie cały świat. Na uwagę wskazuje fakt, że nie widzimy na zdjęciu z insygni szamańskimi, co czyni zdjęcie wręcz unikalnym.
Tak, właśnie po raz kolejny żegnał się na tygodni kilka, z ulubionymi miejscami, w zadumie, ale i z wypełniającą serce radością. Zapewne niedługo stanie w tym miejscu obelisk upamiętniający tą chwilę, ale nie wyprzedzajmy faktów.
Z tego co usłyszałem podczas porannej konferencji jego szlak będzie znaczyć liczba zakładanych na prędce kół złamanych serc niewieścich. Choć zastrzegł sobie, że tegoroczna wyprawa nie będzie skupiała się jedynie na tym. O czym pewnie dowiecie się niedługo.
Aby dobrze odpierać rzucające się na niego squaw (po naszemu będzie to białki) i mieć czas na zgłębianie tajników duchowych, stosował będzie, już niejednokrotnie wypróbowaną oraz całkiem skuteczną metodę „na księdza”. Metoda ta była już opisywana w jednym z tryptyków pisanych jego ręką. Tryptyk nosi tytuł „O zachowaniach godowych”, a metoda ta szczegółowo opisywana jest w ostatnim, trzecim tomie, na stronie numer 561 kolumna 4. Mając na uwadze, że wszystkie egzemplarze są już wysprzedane, a i równie mu przystojnych i atrakcyjnych jest niewielu przekażę Wam pomimo wszystko, ją skrótowo. Otóż, w momencie kiedy spokojnie sobie siedzisz, popijasz drinka, a pomiędzy palcami obracasz platynową kartę kredytową (mogą być kluczyki do auta w miarę wysokiej klasy), a nieznana Ci dotąd niewiasta, pochodząc do Ciebie zagaduje, zakładając kosmyk włosów na ucho, słowami:
- Cześć jestem Ania trochę jestem tu samotna, a Ty jak masz na imię?
Wtedy odpowiadasz
- Ksiądz Adam, duszyczko!
Niniejszym chcę wszystkim życzyć miłych wakacji!!!
Narka, jak mawiają małolaty i ludzie prości – czyli ja
Howgh!
P.S. Jeśli w przeciągu następnego miesiąca nie pojawi sie tu żaden wpis pisany mą ręką, znaczy to tyle, że zginąłem w objęciach mego przewodnika po bezkresnych życia ścieżkach - niedźwiedzia grizzli, który nie zna litości.
Zgodnie z duchem i jak widzę niejednokrotnie koniecznością (czyt. potrzebą) podpierania się muzyką, dziś chciałbym Wam, (wiernym i niewiernym) moim czytaczom, utworami grupy, której jestem już wierny od lat wielu, się podzielić. Wierny, podobnie jak mej pierwszej miłości, wbrew powszechnym trendom i modom, zdrad i bzykania na boku. Grupa, o której mowa, a dokładniej jej utwory również niejednokrotnie dały się słyszeć, w wielu produkcjach filmowych. Ci którzy nie zdawali sobie z tego sprawy, a których te nuty uwiodą, jak zwiewna moja, uwieczniona w rzeźbach wielu tęsknota, z pewnością dadzą sobie radę w wyszukaniu wszystkich ciekawych odsłon. Dodam jedynie, że muzyka ta będąca niesamowitym zlepkiem uczuć, jakich tylko jesteśmy w stanie doświadczyć, przenosi nas trochę poza nasz mikroświat – bo czymże jesteśmy na tle nieskończoności rozgwieżdżonego nieba? He? – zapytam rubasznie, bom zaiste taki, zatem pytać inaczej nie potrafię.
A i jeszcze na koniec, zanim kurtynę teatrzyku mojego podupadłego, w wiosce na krańcu świata, pod wzgórzem niepewności, odsłonię, dopiszę, żę jest to muzyka, którą albo pokocha się od razu, albo odrzuci i do niej nigdy nie powróci. To dla tych, którzy wierzą w miłość od pierwszego wejrzenia. Reszta i tak nie zrozumie – bo resztą i tak nikt i nigdy się nie przejmie. Od tej muzyki, ważniejsze są tylko słowa utworów, nie do końca proste i zrozumiałe za pierwszym czytaniem, podobnie jak pewnie i teksty moje.
Howgh
Przed Wami Dead Can Dance i ich odsłon kilka, moich najulubieńszych.
W poszukiwaniu wiary, nadziei* i miłości, a tak naprawdę, ciszy, spokoju i przestrzeni, moje sciezki, niejednokrotnie kręte, doprowadziły mnie do oazy, której nazwę jak na razie dla siebie tylko zostawię, aby innych nie przyciagac i miejsca wskazywać na tyle uroczego co i bezludnego. Oto zdjec kilka utrwalonych, nie jak drzewiej bywało na kliszy formatu 4:3, a matrycy, która sporo juz widziała i gdyby mówić jeno mogła... zaprawdę powiadam Wan niejedno by...