Walenie w lekarzy jak w bęben znów święci nowe triumfy
2010-08-17 01:37:53
Obelgi, groźby, przemoc fizyczna. Mamy tego dość – krzyczą lekarze, coraz częściej narażeni na agresję ze strony pacjentów. Ciężkie i pracochłonne studia, opóźniony start w dorosłe życie, długie lata dochodzenia do perfekcji i samodzielności w zawodzie, miesiące i lata spędzone na dyżurach, które są ich drugim domem. I za to wszystko nagroda ma być stek wyzwisk, urojonych pretensji i rękoczynów pacjentów zirytowanych niedostatkiem w służbie zdrowia, niezawinionym przez lekarzy. Nie pomaga odwoływanie się do solidarności i przyzwoitości, ba nawet Biblii. W Księdze Mądrości Syracha znalazł się nawet prawdziwy hymn na cześć sztuki lekarskiej. Wzywa się tam do poszanowania lekarza ze względu na pełnioną przez niego posługę i podkreśla jednocześnie, że jest on darem Boga dla człowieka chorego: „Czcij lekarza czcią należną z powodu jego posług – czytamy w (Syr 38, 1-14) – albowiem i jego stworzył Pan”. W Biblii, co prawda mówi się także o lekarzach szarlatanach, którzy „zmyślają oszustwa i nic nie są warci". W Księdze Syracha spotykamy nie pozbawioną ironii przestrogę, która głosi: „Grzeszący przeciw Stwórcy swemu niech wpadnie w ręce [takiego] lekarza”.
Ponad połowa polskich lekarzy doświadczyła agresji słownej albo fizycznej ze strony pacjentów lub ich rodzin. Izby lekarskie mówią: dość i powołują kolejnych rzeczników praw lekarza. Za przykładem Krakowa, ruszył Olsztyn, Lublin i Toruń. Wyzwiska, przekleństwa, naruszenie nietykalności osobistej, podważanie kompetencji i groźby – to najczęstsze formy przemocy spotykane w szpitalach i przychodniach, najczęściej w szpitalnych oddziałach ratunkowych (SOR). Ludzie awanturują się między sobą, z rejestratorkami, pielęgniarkami i już nabuzowani trafiają do gabinetu, gdzie siedzi lekarz obsługujący 45. pacjenta tego dnia.
Personel SOR-ów, nie składający się bynajmniej z mięczaków ani ułomków przyznaje, że jest kopany, szarpany, popychany lub uderzany przez pacjentów lub ich rodziny. A w jednym przypadku nawet grożono lekarzowi bronią. Wielkonakładowe tabloidy zagrzewają wręcz do odegrania się na lekarzach. Wszystko w imię ochrony praw pacjenta. Co ciekawe, blisko połowa tych ośmielonych to nie żadne ćpuny, kloszardzi spod mostu i tuneli drogowych, ale trzeźwi współrodacy. Irytują ich, jak każdego zbyt długie kolejki. Kiedy więc trafią do szpitala, odreagowują. Agresja słowna ze strony rodziców małych pacjentów to kolejne powszechne zjawisko, które nasila się i trzeba znaleźć szybko jakieś rozwiązanie, bo jak pokazują badania 40 procent ankietowanych przyznało, że rozważa zmianę pracy.
Ledwie co piąty incydent kończy się interwencją policji. Zaczyna panować przyzwolenie na danie lekarzowi w mordę. Ale i lekarze nie wierzą w skuteczność wymiaru sprawiedliwości. Tylko nieliczni zgłaszają się na obdukcję. Na drobniejsze incydenty większość po prostu nie zwraca uwagi. – Gdybyśmy mieli procesować się o każde złe słowo skierowane w naszą stronę, to nie wychodzilibyśmy z sądów – mówią, prosząc o anonimowość. Policja kojarzy im się z rosłymi jegomościami w kominiarkach, wyprowadzających w sześciu ordynatora w kajdankach. A to zaufania nie buduje.
Prawnicy przekonują zaś, że lekarze mają podstawy, by bronić się przed agresją. - Jeżeli to są inwektywy, to doszło do zniewagi – mawiają adwokaci, którzy wietrzą tu swój interes finansowy. Jednym ze sposobów obrony może być wpisanie zawodu lekarza do ustawy o funkcjonariuszach publicznych, co zresztą postuluje samorząd lekarski. Jednak dla wielu lekarzy to wciąż za mało.– Bo co w praktyce co mogą zrobić? Postawić policjanta na oddziale, żeby pilnował ich bezpieczeństwa? Tak czy owak lekarz może odmówić leczenia agresywnemu pacjentowi tylko w przypadku, gdy zwłoka w udzieleniu pomocy nie spowoduje niebezpieczeństwa utraty życia, ciężkiego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia. Żadne tam aroganckie wywieszki na drzwiach lekarskich gabinetów niczego w tej sprawie nie zmienią.
Tymczasem agresja niejedno ma imię. Lekarze są też świadkami przemocy : gdy do szpitala trafia dziecko z obrażeniami lub notorycznie katowana kobieta, która rzekomo nie dosmaczyła zupy swemu panu. Molestowanie i fizyczne znęcanie się dorosłych widzą na własne oczy. Są często obiektami szantażu i gróźb ze strony różnych oprychów, w razie nietrzymania języka za zębami. Gdzie więc przebiega granica pomiędzy obowiązkiem zachowania tajemnicy a obowiązkiem zgłoszenia prokuraturze podejrzenia popełnienia przestępstwa? Jak skutecznie mogą stawać po stronie skrzywdzonych, kiedy rozgadane społeczeństwo nie chce im samym dać stosownej ochrony?
Wasz Marek Stankiewicz
