Ta ostatnia niedziela...
2009-09-28 21:01:54
Czy ktoś, kto wymyślił ostry dyżur ortopedyczny dla całej Warszawy i okolic w jednym jedynym szpitalu każdej doby zamienił się z kimś na głowy?
Ilość ludzi na własnych nogach, podpartych przez rodziny, skaczących na jednej nodze, ciągniętych i pchanych na wózkach siedzących, wwożonych na wózkach leżących, wnoszonych na kocu, na rękach, na desce a nawet na ramie roweru przekroczyła ostatniej niedzieli moje... czyli ludzkie pojęcie... Krzyk, wrzask, kłótnie, zapach krwi, potu, zapach żądzy mordu poprzedzającego w kolejce pacjenta, pozbawiał mnie poczucia rzeczywistości przez 24h... w pewnym momencie zabrakło miejsc leżących i zastanawialiśmy się nad zorganizowaniem legowisk na podłodze... zmieniający się co kilka godzin koledzy ortopedzi padali na przysłowiowy pysk, nie byli w stanie opanować agresji tłumu, co chwilę wzywano straż miejską i policję... motocyklistów roztrzepanych w miał nie policzę... i w tym ja - starszy dyżuru, przestałam to w pewnym momencie kontrolować... nie ukrywam, że nagabywana non stop przez oczekujących chorych o wstawiennictwo w przesunięciu się bliżej drzwi w kolejce, czułam się tak fatalnie bezsilna... sporo zaś interwencji internistycznych polegało na podźwiganiu ciśnienia zasłabiętych i żle-się-poczutych pacjentów pro-ortopedycznych...
...szaleństwo jakieś na Boga...
...tak nie może być dalej, bo w końcu ktoś umrze w tej Izbie czekając albo kogoś zabiją z zazdrości o jeden wcześniejszy numerek...
Ostatnia niedziela sprawiła, że powróciły do mnie wspomnienia o tym, że już kiedyś tak było...
