Posty z kategorii: "praca"


projekty muzyczne :)))

2010-07-22 23:03:49

Ciągnąc problematykę remontową zahaczę o tak zwany projekt, czyli... najważniejszą rzecz w całej imprezie. Dobrze zrobiony jest niezaprzeczalnie podstawą tworzenia dobrej formy. Ten wykonany niedbale lub przez osobę nie mającą pojęcia o realiach związanych z użytkowaniem danej przestrzeni - fatalnie może się skończyć dla całości inwestycji. A gdy do tego dołączy się nieprzemyślane zmiany koncepcji wnętrz i przeróbki istniejących aranżacji - toż to kompletna klapa. I dla wyglądu i dla użytkowania pomieszczeń. Nagle bowiem, po dokonaniu tychże przeróbek okazuje się, że urządzenia, meble i inne sprzęty nie współgrają swymi wymiarami do wcześniejszych koncepcji lub, co gorsza - nie można ich w żaden sposób zainstalować w "zmienionej przestrzeni". Niekorzystny w wyglądzie kolor ścian można przemalować, ale już zmiana ich ustawienie nie jest takim łatwym zadaniem. Stąd dobry projekt to podstawa.

 

Widziałem ostatnio dwa projekty. Jeden przemilczę, bo czekam na efekt, a o drugim powiem tak - za mało pieniędzy na realizację, zbyt dużo dodanych kiepskich poprawek, zbyt wiele osób się wtrąca, zbyt wiele osób uważa że ma zdanie przewodnie... Też czekam na efekt. Ale łatwo można przewidzieć końcową formę...

 

Od wczorajszej nocy (wszak spędzona w szpitalu na dyżurze) chodzi za mną Maanam. I nie jest to bynajmniej związane z wizytą Kory Jackowskiej w SOR, choć mogło by to być całkiem interesujące, lecz z ciekawym zderzeniem pokoleniowym mającym miejsce właśnie w trakcie pełnienia dyżuru. W wolnej od pacjentów chwili porozmawiałem sobie z jedną ze współdyżurnych osób (jakieś kilkanaście lat różnicy) na tematy muzyczne. Rzeczywiście bardzo różniły się nasze gusta muzyczne. Jak i wiedza o muzyce. Dwa światy. Dwa pokolenia. Ale między innymi dzięki dobrodziejstwu internetu dało się zapuszczać różną muzę. Ja oczywiście tę przyprószoną siwizną - Deep Purple, Thin Lizzy, Dire Straits, Marillion, Alphaville z tych spoza układu warszawskiego, ale i polskie także. Między innymi Maanam i głównie kawałki z "Nocnego patrolu". To tytułowa piosenka albumu miała się znaleźć w poście (wszak związek z dyżurem jasny jak słońce), ale wybrałem zupełnie inny utwór, który bardzo dobrze koreluje z obecną rzeczywistością szpitalną...

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka , varia | Komentarze 1 , zobacz komentarze

upór

2010-07-16 23:23:44

Upór nie zawsze jest dobrym doradcą. Nie znaczy to, że trzeba być uległym i zawsze nadstawiać drugi policzek. A tym bardziej być zgodnym we wszystkim co nam wmawiają! Życie pokazuje, że całkowita uległość także nie jest dobrym doradcą. Zwłaszcza w medycynie...

 

Od dawien dawna twierdzę, że w medycynie jak w kinie - najlepsze scenariusze nie mogą się równać z tym, co spotyka nas na drodze naszej kariery zawodowej.

Ileż to razy opinie tak zwanych "specjalistów"okazywały się być w końcowym efekcie błędne? Ileż to razy wyniki badań obrazowych nie ujawniały tego, co naprawdę dolegało pacjentom? Ileż to razy chory z prawidłowym panelem badań umierał z nieznanej przyczyny? Ileż to razy osoba praktycznie skazana na śmierć (sądząc po całokształcie badań i stanu klinicznego) wychodziła z tego cało? Ileż to można mnożyć tych ileż?

A wniosek jest prosty. Medycyna nie jest tak łatwa i poukładana jak matematyka, która królową nauk jest i basta! W medycynie zwykle równanie ma więcej niż jedną niewiadomą, a proste wydawałoby się działania nie zawsze dają ten sam wynik końcowy!

I przede wszystkim - ta sama choroba może przybrać zupełne inne postacie u każdego ze spotkanych na swej drodze pacjentów. "Typowe objawy" są ważne - około 80, nawet 90% populacji je zaprezentuje. Ale, sądząc z autopsji, jakiś jeden na dziesięciu chorych "typowych objawów" miał nie będzie.

I odwrotnie "typowe" dla danej jednostki chorobowej objawy mogą okazać się tylko "maską" zakrywającą oblicze zupełnie inne schorzenie.

I bądź tu mądry i pisz wiersze... Medycyna jest jak detektywistyka - zwykle szukamy "przestępcy" zatruwającego życie ludzkie. Najtrudniejsze to wytropić "drania". Cala reszta zależy już od odporności organizmu i wdrożenia odpowiedniego leczenia.

 

A teraz o uporze. Wczorajszy dyżur to kolejna walka z najazdem przewoźników. Podobno były problemy w całym mieście, podobno kilka szpitali zamknęło swe podwoje dla pacjentów internistycznych, podobno gdzieś nie byłą prądu (to możliwe - sami niedawno to przeżyliśmy), podobno windy w którymś ze szpitali stanęły (to też możliwe), "podobno" w ustach dyspozytora pogotowia mnożyło się w tempie zastraszającym... To "podobno" wiązało się z przywozem do SOR pacjentów, którzy na moje niedoświadczone oko wymagali natychmiastowej hospitalizacji w oddziale internistycznym, czyli tam gdzie łóżek już nie było. Podwieszać na hamakach pod sufit? Koordynator pogotowia nie potrafił mi na to pytanie odpowiedzieć :))) Z jednego mogę się tylko cieszyć - liczba pacjentów na początek dzisiejszego dnia przekraczała tę założoną jako podstawa do utrzymania drugiego dyżurnego. Fajno, a że się napracowaliśmy (notabene w doborowym towarzystwie - niejaki Przenitek i doktor Mandżurski), to nic.

 

Właściwie mógłbym skończyć - upór w zapełnianiu oddziału chorymi wynikał jedynie z liczby tychże pojawiających się w SOR. Za sprawą skierowań od lekarzy POZ jak i tych przywożonych tzw. "transportem ratowniczym". Jedna z chorych - młoda kobieta (patrzę przez pryzmat swojego wieku) zgłosiła się ze skierowaniem z powodu uporczywych bólów brzucha. Prawy dolny kwadrant. Od jakiś 2 dni. Na poprzednim dyżurze badana - laboratorium, chirurg, USG jamy brzusznej - nie wydaje się, żeby był to ostry wyrostek - uwidoczniono torbiele prawego jajnika, więc odesłana na ginekologię do jednego ze stołecznych szpitali. Tam a jakże zbadana, nawet USG TV wykonane - i nic. To nie ich sprawa. Do domu.

Jak już wspomniałem trafiła ponownie. Na mój dyżur. Wiecie - z wyrostkiem to czasem śmierdząca sprawa. Jest to najczęściej nierozpoznawalna choroba z zakresu chirurgii, ale także często pacjenci zupełnie niepotrzebnie zostają z tegoż powodu zoperowani... Powtarzam więc drogę - badania, USG, chirurg - to samo - torbiele w prawym jajniku, poza tym nic. Dla pewności kieruję jeszcze do ortopedy - może jakieś uszkodzenie lub zwyrodnienie stawu biodrowego? Prześwietlenie, konsultacja - nic. Zdrowa na badania, zdrowa na konsultacje, jedynie torbiele jajnika. Namawiam na pozostanie w oddziale (znaczy się pod sufitem na hamaku), choć nie do końca mam przekonanie, a i sama pacjentka nie napiera. Ale stało się. Jest w szpitalu. Rano CT jamy brzusznej i miednicy małej (wybłagany termin na 12.00) - jedynie to pozostało do zrobienia, ewentualnie neurolog... Wynik badania (ustna informacja - choć osobliwie zaszedłem do radiologów, bo przecież już po pracy jestem - jak powiedziała mi jedna z pań opisujących...) neguje zapalenie wyrostka robaczkowego, jedynie te torbiele jajnika. Badań laboratoryjnych jeszcze nie ma, choć minęło parę godzin od pobrania (cóż za szybkość pracy laboratorium!). Nic - podejmuję decyzję - pomimo jednej już wizyty u ginekologa namawiam na kolejną w ośrodku, który wydaje się być dla nas (czytaj Kliniki) z różnych powodów zaufanym. Szybka akcja ze zgodą dyrekcji na badanie i chora jedzie na ginekologię. I co? Zostaje tam właśnie, choć przed kilkunastoma godzinami ginekolog dyżurujący w jednym ze stołecznych szpitali powiedział - NIE! Co jest grane? Nie za bardzo mam ochotę się w to zagłębiać.

Wiem jedno. Powinienem po dyżurze wyjść bezpośrednio po odprawie do domu - znaczy się w warunkach wakacyjnych około 8.30. Opuściłem Klinikę o godz. 14.30. Ale warto było. Tak jak i te parę innych razy spędzonych ponadwymiarowo w szpitalu (czytaj - rzadko kiedy po dyżurze wychodzę przed 12.00).

A upór czasami jest ważny. Przecież chora już była konsultowana przez ginekologa...

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 15 , zobacz komentarze

carpe diem po raz nie wiem który...

2010-07-12 23:52:23

Wczorajszy dzień zmusił mnie do refleksji. Niby nic nowego - dla większości dzień wolny, dla lekarza szpitalnego często dzień pracy. Niby fajnie od rana, bo i korków w mieście nie było (niedziela i wakacje przecież...), zgłaszalność do SOR też jakby mniejsza w porównaniu z innymi dniami (myślę, że z tych samych powodów co brak korków na ulicach, no i remont przecież...). W oddziale te same problemy - głównie kręciło się dookoła posiłków, wypróżnień i odpoczynku (takie 3S - spożywanie, spanie i sra...) - czyli nic nowego. Jedynie upał niemiłosierny, z którym nawet "Sinobrody", znaczy się oddziałowy klimatyzator (notabene zakupiony ze wspólnej składki) nie za bardzo sobie radził, a i chorzy w związku z tym bardziej poddenerwowani, gorzej znoszący swą chorobę. Nic nowego - kolejna doba w pracy. No może jeszcze jedno odbiegało od normy - finał mistrzostw świata w piłce nożnej i mecz o złoto. Choć wynik był z góry wiadomy (przecież ośmiorniczka Paul przepowiedziała zjadając małże z koszyka opatrzonego hiszpańską flagą), to i tak miałem nadzieję, że uda się jakoś ten mecz obejrzeć, co niestety okazało się być płonną nadzieją - ilość interesantów w SOR nasiliła się właśnie podczas finałowego spotkania. Mogłem obejrzeć w spokoju jedynie ostatnie 20 minut piłkarskich zmagań, co i tak okazało się być najlepszym kawałkiem gry - wszak Hiszpanie strzelili wtedy bramkę na miarę mistrzostwa świata!

 

Ale, jak zwykle nie o tym miałem pisać. Refleksje. Nad życiem, jego wartością, kruchością i ulotnością. Co takiego mogło mnie do tego skłonić w tak senny i upalny dzień? Otóż czasem wystarczy jedno zdarzenie, informacja, uśmiech nieznanej osoby lub jej płacz. Wczoraj było wszystko wymieszane ze sobą na jednym talerzu:

Informacja - tragicznie zginął syn jednej z naszych rejestratorek w SOR. Młody facet - jakieś 35 lat, porażony prądem podczas użytkowania lub naprawy kompresora. Na domiar nieszczęścia stało się to w dniu jego urodzin...

Uśmiech - było całkiem sporo, zwłaszcza osób które nie musiały w szpitalu pozostawać...

Zdarzenie - reanimacja 21-letniego studenta medycyny. Do tej pory zdrowy, bez specjalnych nałogów. Przywieziony z pubu po utracie przytomności... Radość (przynajmniej moja ogromna) bo udało się go wyrwać ze szponów Kostuchy, ale co dalej... Widziałem dziś jego rodziców... Musiałem z nimi zamienić parę słów... Matka stwierdziła, że od urodzenia musiała o niego walczyć...

Płacz - łzy nie lały się strumieniami, ale widoczne były w oczach znajomych chłopaka, a przede wszystkim jego matki... No i wyobraziłem sobie łzy matki nieszczęśnika porażonego prądem...

 

Roztkliwiam się za bardzo. Starość nadchodzi, czy co? Chyba najwyższy czas zmienić zawód skoro takie rzeczy mnie ruszają. Powinienem być już uodporniony na tego typu zdarzenia, ale młody wiek obu ludzi naprawdę daje dużo do refleksji nad tym jak żyjemy...

I choć powtórzę się po raz nie wiem który, to dochodzę do jednego tylko wniosku - cieszmy się dniem, chwytajmy wydawać by się mogło ulotną chwilę, czerpmy z życia garściami ile się tylko da, bo nie wiadomo co nam przyniesie najbliższa przyszłość, nie wiadomo co nas czeka za rogiem...

 

Zatem zapuszczę teraz kawałek, który według mnie jest niezaprzeczalną pochwałą życia!

 

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 9 , zobacz komentarze

drzwi lekko uchylone

2010-07-09 23:35:40

Było pięknie - wszystkie "służby medyczne" w stolicy wiedziały, że się remontujemy, wszystkie "służby " wiedziały że nie dysponujemy łóżkami, wszyscy (łącznie z lekarzami dyżurnymi) mieli spokój z racji braku zespołów pogotowiarskich w SOR-ze. I wydawało się, że wszystko to z racji "dobroci" naczelnego dowództwa szpitala. Do czasu...

 

Wczoraj stało się jasne, że nie wszystko złoto co się świeci. Otóż związane z toczącym się remontem zmniejszenie liczby łóżek pociągnęło za sobą decyzję o zmniejszeniu liczby dyżurujących lekarzy. Nikogo, a zwłaszcza władz zwierzchnich, nie obchodzi,za bardzo to że jesteśmy rozrzuceni na dwóch piętrach (znaczy się trzech licząc wszystkie kondygnacje), że konsultujemy wszystkie pozostałe oddziały (wliczając w to OIOM, który wydaje się że bez internistów nie radzi sobie z problemami pacjentów, wychodzi okrągła liczba sześć), że specyfika oddziału chorób wewnętrznych, ciężkość schorzeń, czy przekrój wiekowy pacjentów różnią się nieco od problematyki pozostałych oddziałów szpitalnych. Założenia są proste: albo utrzymujecie liczbę 50-ciu pacjentów w Klinice, albo jeden lekarz wypada z obsady dyżurowej! Nikt nie liczy się z człowiekiem, nikt nie zapyta nawet czy to moralne i humanitarne z dnia na dzień dowiedzieć się o braku możliwości zarobkowania. I to w instytucji jeszcze figurującej jako państwowa. Wiele osób ma zobowiązania finansowe, które tak naprawdę pokrywa z pensji "dyżurowej", bo nędzne wynagrodzenie podstawowe wystarcza jedynie na realizację świadczeń koniecznych i niezbędne potrzeby życiowe. A patrząc po dotychczasowych ruchach "nacialstwa" ważniejsza jest instytucja, nie człowiek.

 

W związku z tym, po rozmowie z zespołem lekarskim, ustalono że trzeba jednak zapomnieć o wakacyjnym leniuchowaniu (czemu sprzyjał brak przyjęć) i wziąć się intensywnie do roboty. Raptem jedna doba wystarczyła, by przekonać się jak mało jest stolicy łóżek internistycznych. Ujawnienie dla miasta wolnych miejsc internistycznych zaowocowało intensywnym napływem pacjentów, także tych wożonych przez tzw. taksówki medyczne, czyli pogotowie ratunkowe. Nie trzeba było specjalnie się wysilać, by zapełnić wszystkie (łącznie z tymi wydzierżawionymi przez neurologię) miejsca. I gdyby nie śródnocna ingerencja lekarza dyżurnego SOR (nie chwaląc się, jam to uczynił!) z rozgłoszeniem informacji do wszystkich przewoźników o całkowitym już braku miejsc, to do rana mógłbym zapełnić pacjentami nie tylko internę, ale i wszystkie pozostałe wolne miejsca w szpitalu, których notabene koło północy nie było wcale tak wiele. W ciągu raptem kilku godzin osiągnęliśmy upragniony stan "obłożenia pacjentami" mając nadzieję na uratowanie wcześniej (znaczy się sprzed okresu remontu) ustalonej ilości dyżurantów, radując tym samym nie małą rzeszę pracujących w Klinice lekarzy :)))

 

Dyżur ten, bo okazał się być całkiem ciekawym pod względem zdarzeń medycznych, pokazał także że obecność łącznie trzech internistów w szpitalu (jeden w SOR, dwóch w oddziale) to tak naprawdę minimum, które niestety może być zredukowane. Oczywiście z dobrem pacjenta nie ma to nic wspólnego. Bowiem jak przyjrzeć się temu dokładniej, to w całym tym remontowym interesie liczą się jedynie pieniądze. Czyli, jakby to powiedzieli starożytni Rzymianie - "nihil novi"...

 

A na początku zapowiadało się tak pięknie - wszystkie "służby medyczne" w stolicy wiedziały, że się remontujemy, wszystkie "służby " wiedziały że nie dysponujemy łóżkami, wszyscy (łącznie z lekarzami dyżurnymi) mieli spokój z racji braku zespołów pogotowiarskich w SOR-ze. I wydawało się, że wszystko to z racji "dobroci" naczelnego dowództwa szpitala. Do czasu, gdy z racji postanowień tegoż dowództwa, drzwi do SOR-u zostały lekko uchylone... 

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 16 , zobacz komentarze

remontu czas start

2010-07-01 19:52:15

Bardzo dobrze, że w końcu doszło do zapowiadanego od lat remontu (niestety tylko części oddziału).

Bardzo dobrze, że przypada to na okres urlopowy (swobodnie wytrzymamy czas nieobecności kolegów).

Bardzo dobrze, że ograniczono liczbę przyjęć do szpitala (co znacznie poprawia komfort pracy).

Bardzo dobrze, że i miasto wie o tych ograniczeniach (inaczej byśmy stracili nogi w biegach po szpitalu).

Bardzo dobrze, ale...

 

Źle, bo nagle prawie 30 osób stłoczyło się w pokoju przeznaczonym góra dla osób dziesięciu (no, może piętnastu)!

Źle, bo niestety zrobiło się bardzo tłoczno i zaczynamy uprawiać "ocieractwo" zupełnie bezkarnie (choć nie wszyscy przecież mogą tolerować przestrzeń "pomiędzy" mniejszą niż pół metra!). Czasem może być to miłe, ale nie w każdym przypadku (przecież działa w obie strony!)...

Źle, bo wszystkie papierzyska, rzeczy osobiste i inne tego typu szpargały znalazły się także w tym pomieszczeniu, co niestety sprawia ogólne wrażenie magazynu a nie pokoju lekarskiego (mamy przecież do czynienia z jednostką medyczną a nie hurtownią!).

Źle, bo wszystkie oddziałowe komputery znalazły się w tymże pokoju, co w warunkach ciepłoty tego pomieszcznia (pisałem już o tym wielokrotnie), sprawia że łączne działanie tych urzadzeń porównać można do włączenia przynajmniej 40 żarówek 100 watowych, co stanowczo tę ciepłotę zwiększa! Plus te dodatkowe dwadzieścia osób wydzielających w lato równie dużą porcję ciepła... Piekarnik jak nic!

Źle, bo i tak musimy biegać po szpitalu (co prawda tylko jedno piętro dodatkowo dwie kondygnacje wyżej, ale jednak).

Źle, bo nie może być mowy o jakimkolwiek skupieniu (no chyba, że mówimy o skupieniu szeroko pojętego materiału!).

Źle, bo prowadzony nad głową remont (czytaj piętro wyżej) rozsadzał będzie niewątpliwie uszy i czaszkę dochodzacymi z góry dźwiękami młotów i kilofów (dosłownie i w przenośni).

Źle, bo szykuje się także remont w mym mieszkaniu (a cholernie nie znoszę remontów!!!).

Źle, ale...

 

Może jednak dobrze, bo niemalże wszystko dzieje się w jednym miejscu.

Może jednak dobrze, bo sztuczny podział "góra-dół" przestanie istnieć.

Może jednak dobrze, bo w końcu zaczniemy pracować w warunkach dobrych zarówno dla pacjenta jak i lekarza.

Może jednak dobrze, bo mam nadzieję że zaraz potem nastąpi remont "dolnej" części Kliniki :)))

 

Reasumując "za" i "przeciw" wychodzi remis, choc opisowo chyba jadnak przewaga "nie".

Ciekawe jak będzie po remoncie...

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 23 , zobacz komentarze

zajefajny dyżur

2010-05-20 22:31:00

Wczoraj spotkała mnie kolejna "wielka medyczna przygoda". Z gatunku tych "wielkich", w trakcie których człowiek zastanawia się dlaczego wybrał właśnie ten zawód.

 

Środa generalnie obfituje w same przyjemności - oprócz codziennych obowiązków dodatkowo w ten właśnie dzień "załatwiam" swoją część poradnianą. Oczywiście bardzo mi miło, że pacjenci przychodzą właśnie do mnie, że chcą wrócić na kolejny umówiony termin, że wypowiadają sympatyczne teksty pod moim adresem w trakcie wizyt, że starają się stosować do mych zaleceń (nie wszyscy oczywiście, ale jednak)... Ale. No właśnie, ale. Muszę się przyznać że urzędowanie w poradni to jedna z najmniej lubianych przeze mnie czynności. Wolę pracę w oddziale, wolę już nawet SOR, choć czasami mam go serdecznie dosyć 

 

A propos wczorajszej mej bytności w SOR. Niby nic specjalnego się nie działo, ale dyżur zapadł mi w pamięć. Gdzieś koło południa zostałem poproszony na pomoc do, niemalże przygniecionego przez stertę kart SOR-owskich, niejakiego brata Wacława który z szaleństwem w oczach starał się rozładować tłum oczekujących przed gabinetem "petentów" Na domiar złego pacjent aktualnie wymagający natychmiastowej koronarografii zdecydował, że się na nią nie zdecyduje. Wielokrotnie zastanawiałem się jak to jest - ci naprawdę wymagający hospitalizacji często się na nią nie godzą, odmawiają też wykonania różnych specjalistycznych procedur (w tym przypadku była to koronarografia), natomiast osoby bez wyraźnych wskazań do udzielenia jakiejkolwiek pomocy starają się wymusić na lekarzu wykonanie wszelkich badań i przyjęcie do szpitala. Niesamowite, ale tak jest. Jak dla mnie konieczność hospitalizacji określa ciężkość stanu pacjenta lub powaga choroby z którą mam do czynienia. Błahostki powinny być leczone ambulatoryjnie, ale niestety w naszym kraju tak się nie dzieje. Trochę odbiegłem od tematu, ale związek jest. Wracając zatem do pacjenta, który postanowił nie zawracać nam głowy swoją chorobą - po kilkunastominutowej rozmowie z dokładnym wyjaśnieniem na czym polega zabieg, co w trakcie niego można uzyskać a czym grozi jego niewykonanie - chory zgodził się na przejazd do pracowni hemodynamiki i podpisał zgodę na koronarografię. Uff! Ale to dopiero połowa sukcesu. Druga runda to kolejne rozmowy, tym razem prowadzone za pośrednictwem wynalazku niejakiego Alexandra Grahama Bella, z kardiologami i przewoźnikiem. Zwykle ten etap "udzielania pomocy" zabiera najwięcej czasu i energii. W tak zwanym międzyczasie wypisuje się tysiąc "niezbędnych formularzy" i przystawia się jeszcze większą ilość pieczątek na tychże "koniecznych drukach medycznych". Hurra! Pacjent może jechać. Oczywiście w chwili gdy zjawi się po niego zespół pogotowiarski. A to, pomimo rzekomo używanych przez nich sygnałów świetlnych i dźwiękowych, potrafi trwać wieczność. Jeden, wymagający różnych czynności i procedur, "ciekawy" przypadek może zatem zająć lekarza na długie godziny. A co z całą rzeszą oczekujących na pomoc pod drzwiami?

 

To była jedynie koleżeńska pomoc. Moja "medyczna przygoda" miała się dopiero zacząć. Oczywiście dominowały porady typu wzrostu ciśnienia tętniczego, gorączki, bólu gardła, bólu placów, czy osłabienia. Kilka osób wszak trafiło do oddziału - zaostrzenie niewydolności serca, uogólniona reakcja uczuleniowa, ostre zapalenie trzustki... Jeden "przypadek" wymagał więcej niż tylko porady, czy prostego przyjęcia do szpitala. Jedna z "ulubionych" lekarek pogotowia przywiozła do SOR (oczywiście niezgodnie z rejonizacją - złośliwi powiedzą, że nie ma rejonów) młodą, zakażoną wirusem HIV i HCV narkomankę, dodatkowo w 4 stadium przewlekłej niewydolności nerek, z padaczką skroniową, po przebytej niedawno infekcji Clostridium difficile i Pseudomonas aeruginosa. Chora, nie muszę chyba mówić, w stanie daleko odbiegającym od dobrego - nieprzytomna (GCS 4-5), z gorączką 40,5 stopnia Celsjusza, glikemią mierzoną przez pogotowie 40 mg/dl, prawdopodobnie po nadużyciu benzodwuazepin - przywieziona do tutejszego OIOM, który od samego rana zgłaszał w cały świat brak miejsc! Rozmowa z lekarką pogotowia nie należała do najprzyjemniejszych, jednakowoż mam wrażenie że takie rozmowy nie do końca trafiają do jej świadomości, bowiem nie pierwszy raz miałem "przyjemność" wymienić z nią poglądy na temat celowości i zasadności przywozu pacjenta do SOR-u w którym pracuję. Pacjenci ci bowiem najczęściej wymagają pomocy ze strony specjalistycznych oddziałów, które nie figurują w spisie jednostek mojego szpitala, bądź (według słów tej lekarki) "zostali przywiezieni do najbliższej placówki medycznej". Nie mam siły na komentarz do tych sytuacji, a zdarzają się niestety w wykonaniu pani doktor nagminne. Wracając jednak do pacjentki. Gotowość do przyjęcia jej przez zespół OIOM była wielka, jednak stan pacjentów tamże przebywających nie za bardzo pozwalał na przenosiny gdziekolwiek. Cóż zatem dalej? Poza brakiem świadomości stan pacjentki był stabilny - wydolna oddechowo, krążeniowo, gorączka po przetoczeniu płynów i podaniu perfalganu zmniejszyła się do 38 stopni, glikemia uległa normalizacji. Z niejakim Głosem zza Ściany ustaliliśmy, że próba telefonicznej konsultacji z lekarzem Szpitala Chorób Zakaźnych (gdzie chora przebywała w lutym bieżącego roku) nie powinna zaszkodzić. Zatem znów trzeba się posłużyć wynalazkiem Bella. Znając me poprzednie doświadczenia w podobnych przypadkach spodziewałem się z drugiej strony prób wykręcenia się od problemu. I... tym razem pomyliłem się. Bardzo konkretna, rzeczowa i w dodatku miła rozmowa z dyżurną lekarką została sfinalizowana przekazaniem chorej do tamtejszej placówki (za co dziękuję w tym miejscu serdecznie). Oczywiście nie od razu - parę rzeczy w międzyczasie trzeba było wykluczyć. CT głowy czyste, wiec zaburzenia świadomości nie wynikały z krwawienia do OUN, RTG klatki piersiowej - bez zagęszczeń miąższowych, glikemia - jak już pisałem - uległa szybkiej normalizacji, parametry wydolności nerek (jak u osoby w 4 stadium niewydolności nerek) całkiem zadowalające (kreatynina 1,9 a mocznik 57 mg/dl), niewielka niedokrwistość mikrocytarna, bez zaburzeń elektrolitowych, bez cech infekcji układu moczowego. Co prawda obecność benzodwuazepin w moczu została potwierdzona (niestety tylko jakościowo, nie ilościowo), ale uprzedzałem o tym lekarkę ze Szpitala Chorób Zakaźnych. Tak więc po jakichś 2 godzinach (około pierwszej w nocy) chora trafiła do placówki, w której mogłaby się znaleźć dużo, dużo wcześniej.

Później było już spokojnie, co nie znaczy że odpoczywałem :)))

 

 I choć jest cholernie ciężko, głównie ze względu na kompletny brak współpracy ze strony kolegów po fachu (choć wyjątki od reguły zdarzają się) i niestety ogólnie spotykany brak szacunku dla drugiego człowieka (wszak jesteśmy wszyscy traktowania jak służba - mamy to w swej nazwie), to jednak po krótkim wypoczynku dochodzę do wniosku, że nie mógłbym robić w życiu nic innego.

Może jednak za krótko spałem :)))

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 4 , zobacz komentarze

eponimy

2010-05-12 00:28:38

Zastanawiałem się wielokrotnie nad ogromnym trudem, do jakiego zmuszani są adepci sztuki medycznej. Ilość wiedzy, która muszą posiąść jest ogromna. I na nieszczęście (lub jak kto woli na szczęście) nie kończy się na jednorazowym jej przyswojeniu. Jako że jest to jedna z bardziej dynamicznie rozwijających się dziedzin nauki, więc i obserwowany postęp zmusza już wykształconych medyków do poszerzania swych horyzontów naukowych. Nie chciałem jednak wychwalać (?) swego zawodu w tym względzie. Praktycznie rzecz biorąc niemalże wszystkie zawody w jakiś tam sposób podążają za rozwojem nauki. I w każdym niemalże zawodzie dokształcanie jest "conditio sine qua non" dobrego jego wykonywania. 

 

Nie wiem jak to w tych innych profesjach bywa, lecz medycy muszą w swym życiu zawodowym wykazać się przynajmniej niezłymi zdolnościami lingwistycznymi. Ilość eponimów powala wręcz na kolana. Tych anatomicznych, histologicznych, nazw objawów klinicznych jak i poszczególnych jednostek chorobowych są setki. Weźmy na tapetę chociażby literę "A". Z tych najbardziej znanych mamy więc ścięgno Achillesa, jabłko Adama, tętnicę Adamkiewicza, węzeł Aschoffa-Tawary, splot Auerbacha, skalę Apgar, szmer Austina Flinta,  liczbę i triadę Addisa, guz Abrikosowa, chorobę d’Acosty, chorobę Addisona, zespół Albrighta, zespól Alporta, chorobę Alzheimera, czy zespół Aspergera. To tylko wierzchołek góry lodowej. Świadczy to oczywiście o szacunku dla "przeszłych odkrywców", ale język można połamać na niektórych. A co tu mówić o ich zapamiętaniu. 

Przytoczę tu, jako komentarz, treść jednego z sms-ów Muminy znad książki podczas nauki do egzaminu: "Co ja, k... , na japonistykę się dostałam, czy medycynę? Właśnie czytam o chorobie Takayasu. Ma cztery typy, z czego trzy to: Shimizu-Sano, Kimoto i Inada".

 

Tyle na dziś. No, może jeszcze jedno. List twórców "Paracetamoxyfrosebendroneomycin", czyli Amateur Transplants. Krótka informacja do lekarza POZ. Bez eponimów!

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , praca | Komentarze 6 , zobacz komentarze

nieświąteczny lany poniedziałek

2010-04-07 21:54:23

Pozwolę sobie na reminiscencje przeszłych już niestety Świąt Wielkanocnych. Choć jak zwykle przygotowań było co niemiara - znaczy się i sprzątanie, i zakupy, i szykowanie jedzenia - to jak zwykle przeleciały tak szybko, że obecnie jedynie resztki wiktuałów w lodówce przypominają o tym że było świątecznie.

 

Ale nie o tym, choć trochę i także o tym. Była nie do końca palmowa niedziela, był i nie do końca lany poniedziałek. No chyba, że o lanie deszczu z nieba chodzi - tu okazał się być pierwszorzędny. Jak to się w życiu lekarza szpitalnego zdarza, w święta wypada czasem dyżur. W te święta przypadł na poniedziałek. Życie już mnie nauczyło, że święta wcale nie są okresem wolnym od chorób. Wydaje się, że wręcz przeciwnie. Zadziwiająco wiele osób w te dni pojawia się w przybytkach medycznych, także w szpitalnych Izbach Przyjęć czy SOR-ach. Dominują oczywiście dolegliwości żołądkowo-jelitowe, wszak trudno oprzeć się przecież od spożywania tak pieczołowicie przygotowanych dobroci kulinarnych. Nawet jeżeli rozum, a i często towarzyszące choroby, mówią nie kolejnej porcji sałatki, dziesiątemu z rzędu jaju z majonezem, potężnemu plastrowi pasztetu czy szynki, nie mówiąc o białej kiełbasie, żurze, babie, serniku i mazurkach. A jakże - najeść się po kokardy tak, że ruszyć się zza stołu nie można. To jest to. A potem do szpitala, bo brzuch boli. Boli także od nadmiaru rozkoszy w płynie, przecież nie obejdzie się w święta bez okowity. Owszem, spożyta jako aperitif przed posiłkiem dla pobudzenia apetytu, czy digestif po obfitym posiłku dla pobudzenia trawienia nikomu jeszcze za bardzo nie zaszkodziła. Ale chlana na umór przed, w trakcie, i po posiłku, a często i bez jakiejkolwiek "zagrychy" to typowy rytuał świąt polskich. I tych wiosennych, i tych zimowych, i tych wszystkich które obchodzimy. Upojenia alkoholowe zatem także w ten Lany Poniedziałek były. I cała masa innych, jakże dręczących społeczeństwo problemów zdrowotnych. Nie chcę się powtarzać, bo już nie raz o tym pisałem, ale większość "przypadków" niestety nie wymagała "specjalnych" interwencji z mojej strony... 

 

Ot, świąteczny dzień w pracy. A zapowiadało się tak miło - jadąc na dyżur minąłem po drodze raptem kilka innych pojazdów czterokołowych. Pomyślałem, że ludzi wywiało ze stolicy i dyżur będzie spokojny. Niestety wywiało wielu, lecz okolice mej pracy okazały się być wybitnie zaludnione tego dnia. I wszyscy po drodze zahaczali o SOR. Jakoś tylko nie z życzeniami świątecznymi... Ot, zwykły dzień w pracy.

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 1 , zobacz komentarze

jajeczko

2010-03-31 22:57:55

Tradycja. Przekazywana z pokolenia na pokolenie. Coś, co wyróżnia jedną nację od drugiej.

 

Pracowniczy świąteczny śledzik i jajeczko to także tradycja, jakże głęboko zakorzenione w naszej kulturze, jakże chętnie wykorzystywana przez szefostwo do pokazania ludzkiej twarzy i złożenia świątecznych życzeń. Tradycja zakorzeniona tak głęboko, że niejeden z uczestników tego tradycyjnego spotkania zbyt głęboko zagląda do "przedświątecznej" butelki. Po prostu taka polska tradycja :)))

 

Można i inaczej, bez "wodnych" akcentów (choć lany poniedziałek się zbliża), z jajem jako wizją nowego życia i zmartwychwstania. Można kameralnie, w gronie pracowników, krótko, bez emfazy i ekstazy.

Niestety obecnie powoli robi się z tego impreza na całego, zupełnie pozbawiona formy, nastawiona na pokaz a nie wzmocnienie jedności zespołu. Wykraczająca zupełnie poza mury firmy, oddziału, ekipy, czy w jaki inny sposób nazwiemy sobie dany zespół ludzki. Impreza zupełnie nieprzystająca do tradycji, lub co gorsza, stwarzająca nowy rodzaj tradycji. Pytanie tylko czy lepszy?

 

Kawałek, który mi się kojarzy ze Świętami Wielkanocnymi. Simply Minds z płyty "Live in the City of Light" - "East at Easter"...

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , praca , muzyka | Komentarze 3 , zobacz komentarze

nie do końca palmowa niedziela

2010-03-29 22:45:04

Dla jednych dzień wolny od pracy i święto, dla innych dzień zupełnie do święta niepodobny. Dla mnie wczorajsza Niedziela Palmowa oznaczała kolejny dyżur. Niezbyt różniący się od wielu poprzednich i aż zbyt podobny do wielu ostatnich. Znaczy się ciężka batalia. Bitwa toczona z przeważającą liczbą przeciwników. I nie chodzi tylko o pacjentów walących do szpitala drzwiami i oknami. Głównie mam na myśli wzmożone i wyspecjalizowane poniekąd siły w postaci różnej maści przewoźników.

 

Ustawa umożliwiająca "samodzielność" ratownikom medycznym niestety jest kolejną pomyłką w polskim systemie organizacji ochrony zdrowia. Możliwie, że nie mam racji, że źle dzieje się tylko na gruncie stołecznym. Jednak "samodzielność" polegająca na zabraniu z domu pacjenta i przewiezieniu go do najbliższego szpitala, przy bardzo ograniczonych możliwościach leczniczych ratownika medycznego jest wyrzuceniem pieniędzy w błoto. W ten sposób stali się bowiem dla chorych kolejną bezpłatną taksówką w kierunku szpitala. Bezpłatną taksówką, za którą my wszyscy płacimy. Nie będę tu pisał o zadufaniu w sobie, arogancji, nonszalancji, a niestety często ignorancji, wynikających głównie z braku wiedzy medycznej i niespełnionych ambicji. Bo decyzję o przywiezieniu do szpitala wszystkich wzywających pomocy może podjąć każdy. I do tego nie trzeba kończyć szkół. Są owszem i chlubne wyjątki od reguły, ale niestety duża liczba spotykanych ratowników medycznych ogranicza się do wyżej opisanego procederu dowozu.

 

Dostało się ratownikom medycznym, ale  ich "nauczyciele" wcale nie są lepsi. "Nauczyciele", czyli lekarze funkcjonujący w strukturach Ratownictwa Medycznego, z którymi wielu obecnych ratowników kiedyś pracowało (jako pielęgniarze i sanitariusze). Wymagać należałoby od nich więcej niż od uczniów, ale niestety w dużej mierze to czcze nadzieje. Podobnie działają - byle dowieźć do szpitala, byle upchnąć pacjenta, byle pozbyć się problemu. W taki, czy inny sposób. Stąd i urągające wszystkiemu stawiane rozpoznania na wypisywanych na poczekaniu skierowaniach. Oczywiście dominuje "ból w klatce piersiowej" - wszak z takim rozpoznaniem pacjent musi zostać w izbie przyjęć, bo trzeba i Ekg, i dodatkowe badania. "Nadciśnienie tętnicze" bez próby podjęcia leczenia w domu, czy nagminnie przywożone wiekowe osoby z hasłem "odwodnienie". Ale są i "stany gorączkowe" od kilku godzin, "pogorszenie łaknienia" od rana - na boku najczęściej tłumaczone przez przewoźników jako "starość" lub "rodzina roszczeniowa, więc zabraliśmy". No i kuriozalne "zasłabnięcia" u osobników kompletnie pijanych.     

 

Tak więc zmasowany najazd na SOR. Czasem czuję się jakbym uczestniczył w bitwie pod Termopilami - przeważające siły wroga codziennie przypuszczają atak na garstkę obrońców. "Wąskim gardłem" czyli wąwozem Termopile jest Izba Przyjęć, perska nawałnica pod wodzą Kserksesa (nie mogę niestety nikogo do tej postaci przypasować) to znacząco wspomagani przez pracowników Ratownictwa Medycznego pacjenci i "wszyscy potrzebujący natychmiastowej pomocy", a 300 Spartiatów to niestety nie opisywany w mediach 30-osobowy zespół SOR-u, lecz jeden lekarz i pielęgniarka. 

Tak a propos - ostatnio stacja TVN wyemitowała film o Spartanach pod Termopilami. "300" - utrzymany w konwencji komiksu film stworzony notabene na podstawie komiksu Franka Millera o tym samym tytule. Prawie dosłowne przeniesienie komiksu na ekran. Nie do końca zgodne z faktami historycznymi, ale za to świetnie zrealizowane sceny walk. I choć Persów przedstawiono jako niezłe indywidua, to całość mi się podobała. Bitwa niemalże z góry skazana na przegraną. Męstwo, odwaga i postępowanie zgodnie z wyuczonymi zasadami jest chwalebne, ale dla wszystkich Spartan kończy się śmiercią.

Ja coraz bardziej nie mam ochoty być bohaterem wieloodcinkowego komiksu pod nazwą SOR. Jak na razie, pomimo okupienia tego dużym zmęczeniem, wychodzę z każdej z dyżurowych batalii z tarczą. Ale nadejdzie zapewne czas, że mój organizm nie wytrzyma i wyniosą mnie (lub kogoś innego) z pola bitwy na tarczy. Miewałem już w sowim życiu częstoskurcze nadkomorowe, ktoś tam przeszedł zapalenie mięśnia sercowego, ktoś inny niemalże stracił władzę w nogach, a o nieustannych objawach choroby wrzodowej, sumiennym (ale chyba jednak głupim) przychodzeniu do pracy z gorączką, biegunką czy innymi choróbskami nie mówię. Do czasu. Pozostanie wtedy jedynie wyryć na ścianach SOR-u napis: "Pacjencie, powiedz Medycynie, żem poległ wierny w jej służbie"    

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 3 , zobacz komentarze

odprawa

2010-03-23 22:40:00

Teraz zadam bobu.

 

Odprawa. Niemalże najbardziej znienawidzona część dnia. Przynajmniej w oddziale, w którym pracuję. Rzadko kiedy trwa krócej niż godzinę, a czas niestety jest cenny jak złoto, zwłaszcza w godzinach wczesnych gdy wiele wymagających kontaktu ze światem spraw da się załatwić niemalże od ręki (bo ludzie nie rozeszli sieę jeszcze do swoich zajęć).

Odprawa. Niektórzy unikają jej jak ognia spóźniając się notorycznie. Niektórzy sprytnie wymigują się od niej tłumacząc się nagłym pogorszeniem stanu pacjenta, nowym przyjęciem do oddziału, pogotowiem w Izbie Przyjęć lub czymkolwiek innym. Ja często też mam tak zwany luz mogąc swobodnie czmychnąć z odprawy z racji wykonywania badań endoskopowych - pacjent na leżance, trzeba zrobić gastroskopię, a każda zwłoka powoduje "obsuwę" w kolejnych badaniach :)))

Odprawa. Oprócz typowej "czytanki" - znaczy się liczby osób w oddziale, listy "szczęśliwców" (lub nie) wypisanych dnia poprzedniego, pacjentów przeniesionych do innych oddziałów lub szpitali, zgonów (jeśli takowe były), chorych przyjętych w trakcie dyżuru, ilości konsultacji, osób gorączkujących, pacjentów z biegunkami, liczby wydanych narkotyków, przetoczeń i innych typowych dla raportu lekarskiego spraw, odprawa ma być także nauką. Nauką dla tych, którzy chcą czerpać wiedzę nie tylko z książek i internetu, ale także z doświadczenia bardziej zaprawionych w bojach kolegów (w tym oczywiście i przede wszystkim szefa!).

Odprawa. W tutejszym wydaniu to milion dygresji na różne tematy. Głównie dominują odnośniki do historii, ale klimaty polityczno-socjologiczno-kulturalno-naukowe są na porządku dziennym. Czy się to komuś podoba, czy nie. Czy ktoś chce słuchać, czy nie. Czasem w lepszej, czasem w gorszej formie, ale praktycznie zawsze to codzienne poranne spotkanie z szefem jest bezdenną kopalnią słowotwórstwa. Nierzadko żarty i dowcipy. I nawiązywanie do dzieciństwa i lat młodości, początków pracy w zawodzie i kariery. Wspomnienia.

 

I choć często jest to wszystko nie do zniesienia, często szkoda czasu na wysłuchiwanie po raz kolejny przytaczanych anegdot i wspominków, to warto być na takiej odprawie jak dziś. Choć nie różniła się praktycznie niczym innym od pozostałych, a trwała ponad wspomnianą jedną godzinę, to pod słowami wypowiedzianymi w dniu dzisiejszym przez szefa podpisuje się obiema rękami: "Ten kto nie czuje radości z medycyny i leczenia ludzi - niech pakuje manatki i przestanie być lekarzem. Chwila, gdy pacjent po długim okresie "niebytu" otwiera oczy, przynosi o wiele więcej radości niż kupno kolejnego luksusowego BMW. A wyjazd do innych krajów w celu lepszego zarobkowania nic nie zmieni, jeśli wykonywana praca nie przynosi satysfakcji. Bo pieniądze szczęścia nie dają!". 

Inaczej trochę to było w trakcie odprawy mówione, ale sens jest zachowany. I chociażby dlatego warto czasem bywać na odprawach. Bo i czasem dojrzy się łezkę w oku szefa. Nie zawsze, ale...

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 8 , zobacz komentarze

kryzys

2010-03-22 22:18:10

Światowy kryzys rozwija się lepiej niż dobrze. 

Podobnie się ma kryzys szpitalny i oddziałowy. Od kilku ładnych tygodni borykamy się z niedoborem łóżek przy jednoczesnym zmasowanym szturmie pacjentów na szpital. Pobudowane szańce, zasieki, okopy i transzeje w formie świeżo utworzonego SOR-u nie mogą przynieść otuchy i oddechu, bowiem samo przemianowanie Izby Przyjęć na SOR, bez jej reorganizacji (znaczy się przebudowy, doposażenia w sprzęt i zatrudnienia dodatkowych pracowników) nie ma absolutnie sensu. Pozostały na placu boju jeden lekarz internista (obecnie lekarz SOR) choćby chciał, to nie jest w stanie zapanować nad atakiem prowadzonym na wielu frontach jednocześnie. Zwłaszcza, że w świat płyną wiadomości o wielokrotnie większej armii zatrudnionych na miejscu fachowców medycyny ratunkowej.

Kryzys przejawił się także w postaci listy nieobecnych dziś w pracy, z takich czy innych powodów, kolegów. Nagle tak zwana "kolejka" skróciła się na tyle, że co poniektórzy musieli zająć się po weekendowej batalii nie jednym, a kilkoma przydzielonymi im pod opiekę pacjentami. Bój zatem przeniósł się z SOR-u do oddziału. I to nie jednego, bowiem liczba zajętych przez pacjentów łóżek jest tak duża, że mury oddziału nie mieszczą ich nawet na korytarzach. Zatem wolne miejsca innych oddziałów zostają powoli zajmowane przez pacjentów internistycznych. Jestem ciekaw, kiedy to interna opanuje cały kilkusetłóżkowy gmach szpitala w całości? I czy pozostali przy życiu lekarze będą jeszcze w stanie wczołgać się po schodach do kolejnego chorego, którego z woli łaskawie nam panującego dyrektora położy się na dachu tutejszego szpitala. I ciekawe, który z pacjentów pierwszy powie veto! I w przenośni i dosłownie...

Jak kryzys to płyta "Crises" Mike’a Oldfielda. Jak Mike Oldfield to między innymi pochodząca z tej płyty "Shadow on the Wall" - piosenka napisana pod wpływem stanu wojennego. Jak stan wojenny to poprzedzająca go Solidarność, strajki i rozruchy społeczne. Coraz bliżej zatem do wybuchu. A jak pieprznie, to coś czuję, że z wielkim hukiem :))) 

 

 

Nie powiem, że czuję się jak Roger Chapman w celi, ale blisko coraz bliżej...

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

powtórka z rozrywki

2010-03-15 22:31:24

Tym razem nie o kolejnej superprodukcji telewizyjnej, choć praca w Izbie Przyjęć (bo do SOR-u jej daleko) jest nigdy niekończącym się reality show. Nabierającym niestety coraz większej prędkości.

 

Był sobie kiedyś dzień powolności. Wczorajszy dyżur bardzo go przypominał, choć tym razem główny szturm odbywał się w świetle dziennym. Co prawda noc także przechodzona była, ale skłamałbym gdybym twierdził że była tak intensywna jak ta sprzed parunastu dni. Zadziwiające jest jak duża ilość osób wykorzystuje dni wolne od pracy (czytaj sobotę, niedzielę, czy święta) do odwiedzenia najbliższej swemu miejscu zamieszkania placówki leczniczej (czytaj szpitalnej Izby Przyjęć), bo o całodobowo czynnych poradniach, tzw. NPL-ach nikt przecież nie słyszał. Stąd tak wielka rzesza potrzebujących natychmiastowej (sic!) pomocy i porady lekarskiej. I to bardzo często w sprawach zupełnie nie mających związku z zagrożeniem zdrowia i życia.

Został pobity chyba kolejny rekord weekendowych przyjęć do oddziału (36 osób wymagających hospitalizacji, z czego 11 z mego "poręczenia" jako lekarza izbowego). Znów szerokie spektrum problemów internistycznych. Pacjentka ze zdekompensowaną cukrzycą tylko nieznacznie wyprzedziła osobę z neuroglikopenią. Ciężka hiponatremia (sód - 105 mmol/l), napadowe migotanie przedsionków z szybką czynnością zespołów komorowych, zaostrzenie przewlekłej obturacyjnej choroby płuc, zapalenie płuc, zatorowość płucna (klasyczny wywiad), ostre zapalenie trzustki (a jakże - poalkoholowe) i uogólniona choroba nowotworowa. Nie wiedzieć czemu były także przyjęcia planowe, które przemknęły przez Izbę niczym Latający Holender. A poza tym cała rzeka przypadków nadciśnienia tętniczego, uczucia kłucia w boku, swędzenia palców, bólu gardła, zawrotów głowy czy złego samopoczucia.

 

Na okrasę reanimacja. Niestety, tym razem bez powodzenia...

I ludzie za drzwiami gabinetu poirytowani, że nikt się nimi nie zajmuje...

Następnym razem zaproszę ich chyba wszystkich do gabinetu. Niech pooglądają sobie - przecież w sumie wybrali wolny dzień na wizytę u lekarza. Siedzą za drzwiami a czas mija bezproduktywnie. I nuda. Dostarczmy im zatem rozrywki. Będą mieli o czym rozmawiać przy kolacji. Lepiej niż w telewizji!

 

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 8 , zobacz komentarze

sor(townik)

2010-03-06 23:11:48

Pierwszy w mej karierze medycznej dyżur w sor. Dla niewtajemniczonych - w szpitalnym oddziale ratunkowym.

 

Traktuję to małą literą, bowiem i maluczkość z tegoż sor-u wynika. Do tej pory jako tako funkcjonująca Izba Przyjęć zmieniła się w ciągu raptem jednego dnia w sor. I to niestety zmienia wszystko. Nie tylko dla szpitala, ale i dla pacjentów, i dla oficjeli miasta, i dla służb medycznych w tym mieście będących! (mam na myśli oczywiście różnego rodzaju transporterów karetkowych, w tym głównie tych z ulicy Poznańskiej w Warszawie). I choć struktura, wyposażenie, organizacja, personel ludzki nie zmieniły się zupełnie w stosunku do tego co było przed kilkoma dniami, to jednak nazwa SOR zobowiązuje. Bowiem zadania stawiane przed takim oddziałem ociupinę różnią się od zadań zwykłej Izby Przyjęć.

 

Co prawda "na bazie starej Izby Przyjęć" powstały konieczne dla funkcjonowania sor-u tak zwane obszary (jako internista znalazłem się w tym z napisem obserwacyjny) i nawet pojawiły się wielofunkcyjne monitory nad łóżkami w obszarze obserwacyjnym, nie zmienia to jednak faktu że nie zmieniło się nic! Choć szumna nazwa SOR figuruje w tej placówce już co najmniej od początku lutego. 

 

Podam przykładowe różnice pomiędzy świeżo otworzonym sor-em szpitala, w którym pracuję a SOR-em szpitala białostockiego. Choć wymieniłem go jako drugi będę przedstawiał najpierw stan jaki powinien być (czytaj Białystok) a stan jaki funkcjonuje (czytaj Warszawa):

podjazd dla karetek mieści 6 ambulansów (u nas jedynie 3)

wydzielone w zależności od ciężkości stanu pacjenta strefy: zielona i czerwona (w Warszawie brak stref, w środku sor-u wydzielona olbrzymia poczekalnia)

niezależna sala resuscytacyjna, zabiegowa, obserwacyjna, intensywnej terapii, operacyjna, gispownia (obecna jest sala resuscytacyjna, obserwacyjna i gipsownia, no może jeszcze zabiegowa?)

2 (słownie dwa) aparaty do znieczulenia ogólnego i dwa (słownie dwa) stanowiska operacyjne (cholera - muszę iść do okulisty bo nie przypominam sobie, aby takie istniały)

ramię C - znaczy się aparat RTG stosowany w chwilach, gdy chory jest w ciężkim stanie i nie można go transportować (u nas jest w zakładzie radiologii, nie w sor)

7 respiratorów (widziałem gdzieś pod ścianą starego Bennetta lub inny archaiczny sprzęt) 

2 aparaty do terapii nerkozastępczej (w tym szpitalu nie ma ani jednego, nie mówiąc już o sor)

9 profesjonalnych łóżek z możliwością regulacji ułożenia, podnoszenia itp. (mniej niż zero!)

zatrudnionych na stałe 4 anestezjologów, 7 internistów, 2 chirurgów oraz konsultacje wszystkich specjalistów zatrudnionych w szpitalu (drobna różnica - 1 zatrudniony na stałe internista + ewentualne konsultacje specjalistów szpitalnych)

personel średni i pomocniczy w liczbie 36 pielęgniarek i 20 osób personelu pomocniczego (nie chcę się wypowiadać, bo nie jestem w tym temacie do końca zorientowany, ale niewątpliwie liczby te są mniejsze niż w Białymstoku)  

 

Choć z biegiem lat mój wzrok pogorszył się już nieco, właśnie mam na nosie okulary, to jednak i bez nich widzę dość spore różnice. I nie wiem, czy mam ochotę brać na siebie odpowiedzialność za tak znaczące niedociągnięcia (bardzo delikatnie to zowię!) w funkcjonowaniu dwóch jakże bliskich sobie z nazwy jednostek opieki medycznej.

Różnica jest taka: białostocki SOR wygląda jak ekologiczne gospodarstwo rolne, gdzie każdy produkt jest ręcznie opracowany, umyty, zapakowany i wysłany w odpowiednie miejsce zapotrzebowania. SOR warszawski przypomina trochę sortownik do ziemniaków, gdzie liczy się jedynie wielkość produktu, a miejscem końcowego odbioru jest najczęściej Klinika Chorób Wewnętrznych. Bowiem reszta specjalistów tegoż szpitala najchętniej odgania od siebie każdy niemalże problem, jakby to była natarczywa mucha niosąca ze sobą fetor zgniłego ziemniaka. 

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 7 , zobacz komentarze

dzień powolności

2010-02-25 23:31:16

25 luty. Podobno Światowy Dzień Powolności.

 

Niestety dyżur do takich nie należał. Już końcówka 24-go odbywała się w przyśpieszonym tempie, ale apogeum miało nastąpić po północy. Kilkadziesiąt osób, które przewinęły się przez Izbę Przyjęć stanowiły praktycznie przekrój całej medycyny. Ciężkie POChP, zatorowość płucna, częstoskurcz nadkomorowy (czynność serca jakieś 180-200/min), krwawienie do górnego odcinka przewodu pokarmowego, stany gorączkowe od kilku tygodni (max prawie do 40 stopni), nowotwór przełyku z przetoką do oskrzela, obrzęk płuc, głęboka niedokrwistość (stężenie hemoglobiny 3,6 g/dl!), zapalenie pęcherzyka żółciowego (tym razem chirurg także nie miał wątpliwości, więc chora trafiła do oddziału zabiegowego) i oczywiście "przypadek" upojenia alkoholowego (tylko 5,53 promila) ale przebiegający z hiperkaliemią. Łącznie w trakcie dyżuru do oddziału przyjęto chyba 16 osób. Większa część z nich w godzinach nocnych i porannych dnia dzisiejszego. I większość za moim "pośrednictwem". Ponadto załatwiłem kilka ciekawych konsultacji (także perforacja przewodu pokarmowego) oraz udzieliłem pomocy całej rzeszy osób z pomniejszymi dolegliwościami (uczulenia, "duszności", złe samopoczucie, niespecyficzne bóle w klatce piersiowej i nadciśnienie tętnicze). A wszyscy chcący być "obsłużeni" natychmiast!

 

Ot, taki dzień powolności.

Kolejny w moim życiu :)))

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 6 , zobacz komentarze

paracetamoxyfrusebendroneomycin

2010-02-11 23:32:48

Ilość pojawiających się nowych leków na rynku jest zastraszająca. I tych oryginalnych i tych tzw "generycznych". Zapamiętać ich wszystkich nie sposób, zwłaszcza że ludzie odpowiedzialni za ich nazewnictwo nie mają chyba zielonego pojęcia o zdolnościach lingwistycznych statystycznego lekarza. Nie mówiąc już o zasobach pamięciowych także :))) 

 

Do kogo należy wprowadzenie nazwy nowego medykamentu? Do wynalazcy leku? Do pierwszego pacjenta, który go przetestował? Do sponsora (najczęściej firmy farmaceutycznej)? Czy też od jakiegoś karkołomnego przypadku splecenia ze sobą trzech odmiennych kulturowo języków? 

 

Nazwy chemiczne są bardzo skomplikowane (choć ich logiczność jest niezaprzeczalna) i nikt nie zmusza nas do ich zapamiętywania. Ale nazwy międzynarodowe, a zwłaszcza te handlowe (wypisywane przecież przez nas non stop na drukach zwanych receptami) wypadałoby pamiętać. A nie jest to proste działanie. Owszem - te najczęściej stosowane w końcu włażą jakoś do głowy, ale liczba nowych poraża. I to nie tylko ilością, ale właśnie nazwami. 

 

Chociażby najprostsze. Acetylocysteina, znana wszem i wobec jako ACC (cóż za piękna i prosta nazwa!) ma oczywiście swoje odpowiedniki w postaci preparatów Fluimucil, czy Syntemucol. 

Kolejna amlodypina z mnogością preparatów - Agen, Aldan, Amlonor, Amlopin, Amloratio, Amlozek, Apo-Amlo, Cardilopin, Tenox i Vilpin. Te z czołówką "amlo" jeszcze jakoś się kojarzą, resztę trzeba wbić do głowy młotkiem.

Weźmy na tapetę taki cefuroksym - oto formy dożylne: Biofuroksym, Novocef, Pixym, Tarsime, Xorim, Xorimax, Zamur i Zinacef. I trzy jego preparaty doustne: Bioracef, Ceroxim i Zinnat. Który wybrać?

I kolejny antybiotyk - azytromycyna. Liczba preparatów ustawia ją w czołówce peletonu: Azibiot, Azimycin, Aziteva, Azithro-Mepha, Azithromycin-1A Pharma, Azithromycin-Ratiopharm, Azitrin, Azitrogen, AzitroLEK, Azitrox, Azycyna, Bactrazol, Macromax, Macromaxin, Nobaxin, Oranex, Sumamed, Zetamax. Ile i które z tych nazw można zapamiętać?

A może coś z antagonistów receptora angiotensyny? Proszę uprzejmie. Taki losartan - czyli Lakea, Lorista, Losacor, Losartic, Lozap, Rasoltan i Xartan.

Jakiś inhibitor pompy protonowej? Na przykład omeprazol? Toż to tylko Bioprazol, Gasec, Helicid, Losec, Loseprazol, Omar, Ortanol, Polprazol, Prazol i Ulzol.

A takie inhibitory receptora IIb/IIIa - abciksimab, eptifibatid, czy tirofiban? Jedynie nazwa handlowa tego pierwszego jest w miarę przystępna - Reo-Pro, bo Integrillin, czy Aggrastat już nie do końca.

 

Przedstawiciele medyczni farmaceutyków stają na głowie by zachęcić do kolejnego "cudownego" medykamentu, oczy wyłażą z orbit w trakcie czytania samej jego nazwy, język kołkiem w gębie staje od próby wymowy, a mózgownica się przegrzewa starając uporządkować cokolwiek w szufladce z napisem "farmakopea". Dlatego czasem powstaje w niej nazwa cudownego leku na wszystko - PARACETAMOXYFRUSEBENDRONEOMYCIN!

 

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , praca , muzyka | Komentarze 10 , zobacz komentarze

pomiędzy

2010-01-24 00:07:38

Czytałem kiedyś (dawno temu) powieść "Jeźdźcy smoków" Ann McCaffrey. Bardzo sympatyczna książka zaliczana do literatury fantastyczno-naukowej, a dokładnie z gatunku fantasy. Nie mam zamiaru streszczać całego utworu, jednakże jedno muszę powiedzieć - współistnienie ludzi i smoków, ich wzajemne więzi emocjonalne umożliwiały bardzo szybkie podróżowanie pomiędzy różnymi punktami (dziś nazwano by to teleportacją). Jedna trochę buntownicza dzioucha przez przypadek odkryła, że można przemieszczać się nie tylko pomiędzy punktami oddalonymi w przestrzeni ale i w czasie. To co się działo z człowiekiem i smokiem w trakcie przenosin odległościowo-czasowych nazywano "pomiędzy", czyli gdzieś (nie wiadomo gdzie - jeszcze nie tam i już nie tu, już nie przed chwilą a jeszcze nie za chwilę). Takie czasoprzestrzenne zawieszenie...

 

Czuję się dziś podobnie jak niejeden z jeźdźców smoków. "Pomiędzy". Pomiędzy jednym a drugim dyżurem. Choć wczorajsza gonitwa izbowa nie była Wielką Pardubicką (a takie zdarzają się niestety coraz częściej) to i tak zmęczenie daje o sobie znać. A czasu na tak zwaną regenerację nie za wiele... Zwłaszcza że domowe obowiązki wzywają. Trzeba zrobić i to, i tamto... Chciałoby się pobawić z dzieckiem, porozmawiać z żoną, obejrzeć film, posłuchać muzyki, przeczytać książkę lub czasopismo... Wszak to dzień wolny od pracy! 

Jedynie z małym pobawiłem się jak należy (tego nie odpuszczam nawet jak padam na pysk!), w tle leciała jakaś muzyczka (więc i ten punkt dnia mam zaliczony). Filmu nie obejrzałem żadnego (nawet nie zajrzałem do programu telewizyjnego - nie było szans na to), cudem ujrzałem koniec konkursu skoków narciarskich w Zakopanem (Małysz w czołówce - czwarte miejsce - BRAWO!). Krótką chwilę (w tak zwanym odosobnieniu - tam gdzie król piechotą chodzi) spędziłem na lekturze. "Newsweek" sprzed dwóch tygodni... I muszę powiedzieć, że z połowicą talże udało mi się porozmawiać! I to nie tylko o tym co upichcić na obiad :))) 

Nie będę marudził o podyżurowych "ryneczkowych" zakupach w piętnastostopniowym mrozie. Nie będę marudził o wypadzie do pobliskiego centrum handlowego (konieczność zakupów pilna, rzec by można natychmiastowa - w dziedzinie odzieżowo-imprezowo-weselnej - za dwa tygodnie ślub mojego kumpla, więc żona szaleje bo przecież jak każda kobieta nie ma co na siebie włożyć). Nie będę marudził o paru innych dzisiejszych "obowiązkach". Bo jestem zmęczony. 

 

Na koniec dodam jeszcze jedno pomiędzy - jazda w niedzielny poranek do pracy z punktu widzenia kierowcy to czysta przyjemność. Mała liczba samochodów na drodze, brak korków, płynna jazda. Niby same zalety, ale... nieobecność na drodze innych pojazdów bardzo demobilizuje, bowiem uświadamia że dziś to ja będę jednym z nielicznych, którzy pracują... Przy całej rzeszy tych odpoczywających. Taki zawód. Wymagający ciągłych wyborów - między domem a pracą, między pracą a świętem, między dniem a nocą, miedzy wczoraj a dziś, między wysiłkiem a odpoczynkiem, między złem a mniejszym złem, między radością a smutkiem i w końcu miedzy życiem a śmiercią. Taki zawód "pomiędzy"...

czytaj resztę »


egzamin z chirurgii

2010-01-09 22:56:20

Nie! Nie przekwalifikowuję się jak na razie, choć kto wie? Mówią, że jestem sprawny manualnie (cokolwiek ma to znaczyć), więc radę bym sobie chyba dał. Bo rozpoznanie przypadków wymagających pilnej interwencji chirurgicznej jak na razie nie nastręcza mi zbyt wielkich problemów.

 

Niestety muszę zwykle to udowodnić tzw "miękkim zabiegowcom", że to ja mam rację. Zatem wykonuję serię badań laboratoryjnych a i obrazowych także, by móc podać na tacy "przypadek wymagający wjazdu na salę operacyjną". Bo nie wiedzieć czemu chirurdzy z którymi mam do czynienia nie garną się za bardzo do chwytania za skalpel. Po części może to i racja, ale z drugiej strony zbyt często (zwykle po wielodniowej batalii o przeniesienie na chirurgię) pacjent już się nie nadaje do zabiegu, bo jego stan pogorszył się w sposób tak drastyczny że nie jest w stanie przeżyć znieczulenia, nie mówiąc o samej operacji. Tak... Odwieczny spór. Pracowałem już w kilku szpitalach i niestety problem jest wszędzie taki sam.

 

Wczorajszy dyżur, poza tym że był piekielnie ciężki, obfitował w "przypadki" chirurgiczne. I, o dziwo, przy niechęci ze strony "starszego chirurga" wylądowały w oddziale zabiegowym. Nie jestem do końca pewien, czy zostały zoperowane, bowiem dość często ujawnia się wśród dyżurnych chirurgów tendencja do przybrania tzw. pozycji wyczekującej - to znaczy do "przeciągnięcia" chorego do rana, do kolejnej zmiany dyżurowej...

 

Pierwsza osoba - jak zwykle bez skierowania (choć nie wściekam się, gdy ktoś jest poważnie chory) - trafiła do mnie (bo chirurg przecież osoby bez skierowania nie przyjmie) z bólem brzucha i objawami niedrożności. Istotna przeszłość chirurgiczno-onkologiczna. Na "macanego" i "słuchawkę" objawy klasyczne. Wystarczyło wykonać tylko przeglądowy radiogram jamy brzusznej, by tę niedrożność potwierdzić. I zapewne osoba ta, z rozdętym do około 10 cm jelitem, wylądowałaby na internie (cytuję: co to za niedrożność? nie ma istotnego problemu, tylko pojedyncze poziomy płynu...) gdybym nie podsunął pod nos przezornie wykonanego zdjęcia klatki piersiowej, które to ujawniło problem trochę poważniejszy - wolny gaz pod przeponą. Perforacja! No tego się na szczęście na internie nie leczy!

 

Osoba druga - blady jak ściana młody mężczyzna, rzygający żółcią jak kot, z bólami jamy brzusznej od tygodnia, obecnie z gorączką do 39 stopni. Błąd dietetyczny a jakże - przecież sylwester, wcześniej święta (w wywiadzie przyznał się, że już w drugi dzień świąt było niedobrze). Brzuch "prawie" zdrowy w badaniu przedmiotowym. Prawie - do prawego podżebrza, gdzie nie za chętnie dawał się zbadać. Zafundowawszy mu skok pod sufit w trakcie wyzwalania objawu Chełmońskiego utwierdziłem się w przekonaniu, że to kolejny "przypadek" z domeny chirurgii. Nauczony jednak wieloletnim doświadczeniem (po podaniu biedakowi w pośladek leków przeciwbólowych i rozkurczowych) pokusiłem się o pobranie krwi do badań laboratoryjnych. Leukocytoza prawie 23 tysiące, CRP ponad 20, niewielka hiperbilirubinemia, cechy odwodnienia (nieznaczny wzrost stężenia mocznika i kreatyniny, dość wysoki hematokryt, liczba krwinek czerwonych i hemoglobiny). Godzina grubo po północy, ale cóż - trzeba wezwać chirurga. Młodszy (znaczy się ten schodzący do Izby Przyjęć) nie miał wątpliwości, ale niestety to do "starszego" chirurga należała decyzja, co mogło niestety oznaczać komplikacje co do pobytu chorego w oddziale zabiegowym. I, o dziwo, człowiek został przyjęty na chirurgię. Zapewne do leczenia zachowawczego do rana...

 

Egzamin z chirurgii zdany po raz kolejny :)))

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 1 , zobacz komentarze

matrix

2009-11-14 23:37:40

Jakiż inny tytuł mógłby przyjść mi do głowy jako temat kolejnego postu?! Jedynie "Dzień świstaka" :)))))

 

Będąc po jakże emocjonującym dyżurze w dniu wczorajszym szykuję się już na następny, który ma być jutro. Taki długi (bo aż dwuodcinkowy) film pod nazwą wielka medyczna przygoda. Lub kolejny, niestety podobny do innych, dzień z życia lekarza szpitalnego. 

Niby nie było tak strasznie jak być potrafi i nawet mogłem spokojnie przyłożyć głowę do poduszki na całe 4 (słownie cztery) godziny, ale oczywiście całość musiała zostać zakłócona "drobnymi" incydentami, które niestety pozostawiły niesmak, przy całkiem miłym wspomnieniu reszty dyżuru.

Wiem, lub mam przynajmniej taką nadzieję (bo przysłowia przecież mówią coś innego), że wszyscy mamy na uwadze dobro swojej rodziny, zwłaszcza tej najbliższej. Wiem, że czasem trudno spojrzeć na innych (czytaj cały personel medyczny) miłym okiem, zwłaszcza gdy stan bliskiej osoby nie ulega poprawie. Wiem i rozumiem, że wszystko to wynika z emocji, które trudne są czasem do opanowania. Wiem, dlatego staram się zrozumieć irracjonalne czasem wręcz zachowania rodzin pacjentów przebywających w oddziale.

Ale wszystkiego nie jestem w stanie zrozumieć, zwłaszcza ewidentnego chamstwa i pieniactwa. Otóż około godziny 21.30 pojawiła się w dniu wczorajszym córka jednej z pacjentek oddziału (notabene przebywająca w nim raptem kilka godzin), żądając od lekarza dyżurnego pełnego wglądu w dokumentację medyczną swej matki. Na odpowiedź, że wglądu do tejże dokumentacji mieć nie może (chyba, że napisze podanie do dyrekcji w tejże kwestii) i jedyne co, to może uzyskać informację o stanie zdrowia matki, "córeczka" powołując się na paragrafy Karty Praw Pacjenta próbowała lekarza zastraszyć. Całe szczęście, że był to doświadczony doktor, który nie lubi gdy się na niego krzyczy:) Podekscytowana "córeczka" zahaczywszy o Izbę Przyjęć i próbując wywrzeć podobny nacisk na moją osobę, usłyszała argumentacje identyczne jak lekarza oddziałowego, a nie znalazłszy u mnie zrozumienia, poszła do najwyższej władzy pełniącej tego dnia dyżur - znaczy się tak zwanego "szefa dyżuru". Z tego co wiem, to chyba także nic nie wskórała, słysząc powtarzaną przez kolejnego w tym dniu lekarza prośbę, o wystąpienie do dyrekcji z pismem o umożliwienie uzyskania pełnej dokumentacji medycznej. Oczywiście informacji na temat stanu zdrowia swej matki nie za bardzo chciała słyszeć. Zacietrzewiła się na dobre. Mam nadzieję, że pojawi się w poniedziałek u szefa! W sumie to jej współczuję :)

Druga sytuacja dotyczyła samej pacjentki (petentki, klientki, chorej?), która podała się za lekarza weterynarii. Otóż osoba ta (nie chcąc rozmawiać z nikim prócz lekarza!) stwierdziła, że ma 37,2 stopnie gorączki (?!) i jest w tak fatalnej formie, że nie ruszy się spod gabinetu ani na krok. W trakcie zbierania wywiadu podała wszystkie dane pasujące jak ulał do infekcji wirusowej. Możliwe, że i początek grypy, możliwe że i początek grypy "nowej" (A/H1N1, czyli innej, czyli "świńskiej")! W badaniu bez istotnych odchyleń, no może nieco zaczerwienione gardło. Kolejne pytanie zabiło mnie swą "przenikliwością" - jaką mam pewność, że to nie jest infekcja bakteryjna! CHOLERA! Jako weterynarz powinna przecież wiedzieć, że na wizus i badanie nikt nie jest w stanie tego rozpoznać! Ciekawe jak różnicuje takie detale u swoich "pacjentów" i co mówi ich opiekunom. Ale spokój całkowity (choć wewnątrz już się lekko zagotowałem). Chce pani czekać na badania, to proszę! Dwie godziny spędzić trzeba będzie pod drzwiami gabinetu. Minimum dwie godziny! Morfologia i CRP. Tyle powinno wystarczyć. I wystarczyło. Mnie na 100%, ale nie wiem jak pani "weterynarz", bo przecież odchyleń nie było żadnych. Tłumaczę, że leczenie objawowe, że leczona wirusowa infekcja trwa 7 dni, nieleczona tydzień, że chyba antybiotyk nie będzie potrzebny, a jam nie zwykły przepisywać antybiotyków profilaktycznie, i że nie dam jej odpowiedzi na pytanie jak będzie się czuła jutro i w poniedziałek. Nie jestem jasnowidzem, ale powinno być lepiej. No i terapia do domu: łóżeczko, odpoczynek, ciepła herbatka, malinki, witamina C, paracetamol, disophrol retard. Jak zna jakieś inne domowe sposoby na przeziębienie, to niech je zastosuje.

Do tej pory zastanawiam się czy lekarka, czy nie. Lecz bijąca po oczach bezczelność, opryskliwość i "pewność siebie" (w tym przypadku w złym tego słowa znaczeniu) może jedynie świadczyć o kiepskiej komunikacji i stosunkach z ludźmi. Może jednak weterynarz? 

 

No dobra. Na dziś koniec zrzędzenia. Jutro kolejny "Dzień Świstaka". A może jednak jutrzejszy dzień okaże się milszy niż wczorajszy? Tylko którą tabletkę dziś wybrać - czerwoną czy niebieską?

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 12 , zobacz komentarze

przemarsz wojsk, czyli Izba Przyjęć

2009-11-02 23:58:03

Lubię Brata Wacława. Fajny gość, choć dziś po weekendowej dyżurowej mordędze wyjechał ze szpitala dość wcześnie, stąd konieczność obsadzenia Izby Przyjęć. Niby nic nowego, ale z różnych powodów dziś niewiele osób mogło się w tym kierunku wykazać. Tak czy siak podzieliwszy w miarę sprawiedliwie godziny pracy jako pierwszy udałem się do tego jakże przez wszystkich ulubionego miejsca pracy. Dziś można by nazwać go najbardziej wysuniętym przyczółkiem wojennym. Bowiem najazd jaki sprawiło pogotowie, a i sami pacjenci także, przypominało trochę szpital polowy na pierwszej linii frontu.

Mój krótki (raptem około dwuipółgodzinny) pobyt w Izbie Przyjęć rozpoczął się od otrzymania do ręki wyników pacjentki przywiezionej do neurologa. Niby że przyjmują ją do oddziału bo krwawienie śródmózgowe, tylko skonsultować. Włosy mi się na głowie zjeżyły! Potas 6,7 mmol/l, kreatynina 10,8 mg/dl, mocznik 214 mg/dl. Niedokrwistość rzędu 8,4 g/dl hemoglobiny nie stanowiła tu jakiegoś istotnego problemu. STOP! chora wymaga zapewne pilnej dializy a i neurochirurg mógłby się co nieco wypowiedzieć w kwestii krwotoku. Wywozimy do najbliższego szpitala dysponującego oddziałem neurochirurgii i zapleczem dializacyjnym. Oczywiście że nie tak łatwo poszło, ale udało się (pomimo pewnych oporów - największych jak zwykle ze strony przewoźników).

Drugim pacjentem był znany powszechnie w naszym oddziale i ulubiony przez wszystkich osobnik ze zdekompensowaną cukrzycą, wtórną poalkoholową niedoczynnością przysadki i nadnerczy. Krótki rzut oka na stan, pomiar glikemii z palca (powyżej 400 mg/dl) i już wiadomo, że zostaje w szpitalu. Po raz n-ty. Zawsze z tym samym, zwykle nieprzestrzegający zalecanych zasad (także tych ograniczających spożycie).

Kobieta po zasłabnięciu w pracy. Wywiad: uraz głowy przed kilkoma dniami, narastające zawroty głowy i wymioty. Extra - jak zwykle do internisty. Na badania oczywiście zdrowa, Ekg prawidłowe, całe szczęście także bez zmian pourazowych głowy, ale kręgosłup szyjny prosty jakby połknęła kij od szczotki. Tak się też poruszała, bo ruchy głowy przyprawiały ją o nudności z wymiotami. Neurolog - czysto. Laryngolog - podejrzenie uszkodzenia błędnika w przebiegu urazu. Leki do domu, jak się nie poprawi to hospitalizacja (na laryngologii jak mniemam, ale kto wie?).

Kolejna pacjentka wwieziona do Izby Przyjęć - nieprzytomna. Rzekomo zabrana z domu pod hasłem stany gorączkowe. Ale w Izbie co prawda bez gorączki, ale odwodniona na wiór. Pewno gorączka była, ale żyjącą jeszcze babcią nikt w okres "święta zmarłych" nie miał czasu się zająć. Zatem pewnie niedojadła i niedopiła. W Ekg nic specjalnego. Zleciłem pobrać badania, podłączyłem płyny. Niestety, a może na moje szczęście wyniki badań przyszły już w okresie, gdy pracę w Izbie przejęła koleżanka. Włosy dęba po raz drugi. Co prawda kreatynina 4,6 mg/dl, ale mocznik 324 mg/dl a stężenie potasu 8,3 mmol/l. Kolejna (zapewne ostra) niewydolność nerek. Jak zwykle najwięcej czasu spędzono na telefonie i uzgadnianiu miejsca przyjęcia do stacji dializ. Znów udało się.   

Ja "załatwiłem" jeszcze parę drobnostek (oczywiście jakieś niespecyficzne bóle w klatce piersiowej, nadciśnienie tętnicze, ból brzucha), które okazały się być niczym poważnym i petenci poszli z kwitkami (obecnie już mamy druki samokopiujące!) do domu.

A na ostatek już tylko przez chwilę widziana przeze mnie młoda dziewczyna, w zaawansowanej dość ciąży, skarżąca się na bóle łydek i pogorszenie tolerancji wysiłku. Krótki rzut oka - także obrzęki tychże kończyn, choć w ciąży może przecież tak być. Zleciłem pobranie badań, które również pojawiły się jakiś czas później. Z relacji koleżanki wiem, że po uzyskaniu wyników badań padło istotne podejrzenie zatorowości płucnej. Młoda dziewczyna pojechała do tzw ośrodka referencyjnego celem dalszej diagnostyki i leczenia.

Jak na kilka godzin okołopołudniowych to niezły ruch i "ciekawe przypadki". Nie ma co. Fajny dalszy dyżur się zapowiada. Całe szczęście nie ja dziś bronię szpitala przed przemarszem wojsk.

Radość chwilowa, bowiem na nieszczęście jutro już ja będę tym głównym na straży. A bierze mnie jakaś infekcja, więc może być kiepsko pod względem fizycznym. Mam nadzieję, że nie umysłowym! Ale jak mówi przysłowie: co nas nie zabije, to nas wzmocni!   

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 4 , zobacz komentarze

(współ)praca online

2009-10-27 23:30:42

Dziś bardzo krótko, bo dzisiejszy dzień lekko mnie wykończył.

Dzisiejsza moja praca polegała głównie na uganianiu się za specjalistami. Dosłownie (znaczy się gonitwa po korytarzach przybytku medycznego, w którym pracuję) i w przenośni (równie ekscytująca gonitwa telefoniczna). Odniosłem tylko połowiczne sukcesy. Bowiem moja siła argumentacji nie zawsze znajdowała zrozumienie u rozmówców. I to o dziwo u tych, których zrozumienia najbardziej się spodziewałem.

Ciężki dzień.

Na osłodę muzyczka dawno przeze mnie nie słuchana. A dziś znów przypomniana przez którąś rozgłośnię radiową. Przynajmniej tu współpraca online coraz częściej pozytywna :)

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , praca | Komentarze 7 , zobacz komentarze

klimat z moczarów

2009-10-22 21:42:49

Jak zwykle decyzje zapadają wyżej.

Oczywiście bez naszej wiadomości.

Mamy to podane w formie skróconej dyrektywy.

Po prostu trzeba zrobić tak i tak.

Bo przyjacielskie stosunki, bo grzeczność, bo tak wypada, bo musimy zrozumieć.

 

Cholera! Dlaczego nikt nie chce nas zrozumieć. Nas - niezabiegowców. Nas - internistów. Byle gorsze samopoczucie pacjenta z innego oddziału, a jesteśmy w trybie "pilnym" do niego wzywani. I nie daj Boże nie przyjdź w podskokach! Skarga murowana! Następnego dnia ordynator odpowiedniego oddziału składa "kurtuazyjną" wizytę u naszego szefa, przy okazji oczerniając tego, czy innego konsultanta. BAGNO

W drugą stronę jakoś to nie działa. Perforacja, niedrożność, ostre zapalenie pęcherzyka żółciowego, krytyczne niedokrwienie kończyny, uraz głowy, złamanie, wywichnięcie, skręcenie... Można by mnożyć przykłady i mierzyć czas w godzinach do przyjścia konsultanta. Tłumaczenie jest zawsze takie samo - wszyscy są na bloku operacyjnym, nikt nie może przyjść. Tere fere kuku! Bujać to my, ale nie nas. Może w okresie wakacyjnym tak było, ale nie teraz w październiku! BAGNO

Nie wiadomo czemu dajemy po sobie jeździć jak po łysej kobyle. A próby rozwiązania problemy zwykle kończą się niczym. Wysuwane są kolejne "żelazne" argumenty - że temu to nie podskoczysz, że ktoś się kogoś boi więc nic nie zdziałasz, że trwa jakaś wojna pomiędzy kimś a kimś, że lepiej nosa nie wychylać... BAGNO

 

Narzekam, mimo że nie mam tego w naturze, ale Buka i moje drzwi sforsowała. Trochę później niż inne, to chyba zasługa krótkiego wypoczynku w cieple, ale jednak dorwała i mnie. Innym chyba już przechodzi, mnie jak zwykle chwyta wtedy gdy nie trzeba.

Mam nadzieję, że szybko minie, bo nie chce mi się nic.

 

Całe szczęście jest muzyka. Usłyszałem dziś w radiu kawałek, który mi się spodobał. Chyba przez duże podobieństwo do, jak często przecież nie tylko przeze mnie słuchanej, Duffy. Oto on:

 

 

Kiepska forma także przez fakt, że czeka mnie bardzo pracowity weekend. Dyżur jutro i w niedzielę. W ten sposób cały tydzień spędzę w pracy. Bossssssssko!

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 5 , zobacz komentarze

zniechęcenie

2009-10-21 23:49:54

Miałem dziś nic nie pisać na blogu.

 

Miałem szykować się do spotkania z "inglisz diwiżyn", opracować dla nich seminaria i szlifować swój angielski. Wszystko to miałem dziś w zamiarze robić, ale mi nie wyszło. Tak już czasem jest, że nie chce się i tyle. Zwłaszcza po dyżurze, który choć nie był jakoś wybitnie męczący, to jednak jak każdy już dyżur daje o sobie znać. Głównie wieczorami. Już nie te siły co kiedyś, już większa potrzeba odpoczynku. I coraz większe zniechęcenie. Nie do zawodu. Nie do pacjentów. I nie do pracy jako takiej, choć lekko nie jest.

Mam coraz większe zniechęcenie do tego, co się dzieje dookoła. I coraz większy "ambiwalentny" stosunek do tego wszystkiego. Odnoszę nieodparte wrażenie, że ponoszę (ponosimy, bo nie tylko ja jestem w takiej sytuacji) konsekwencje nie przeze mnie podjętych decyzji. Jakby mało było pracy w oddziale, to jeszcze na łeb nam spuszczono studentów anglojęzycznych. Co prawda nie ma ich jeszcze fizycznie, ale ich oddech można już poczuć na karku. Raptem dwa tygodnie do pierwszego z nimi kontaktu. Co innego przedstawić problem w języku polskim, co innego anglojęzycznej grupie studentów w języku, którym się biegle posługują. Trochę przerażające, ale... uświadomiło mi to, że się zmieniłem. Bowiem nie przejmuję się tym zanadto. Kiedyś zapewne sen spędzałoby mi to z powiek. Dziś sen mam całkiem spokojny. Przynajmniej jeżeli chodzi o "english division". Nie wiem czy to dobrze, czy źle ale mam w swoim życiu inne, o wiele ważniejsze dla mnie, priorytety. I nie mam zamiaru tego zmieniać.

 

Bo jestem już całkiem dużym chłopcem. I wiem, że należy czerpać z życia ile się da, bo:

 

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , praca | Komentarze 6 , zobacz komentarze

sezon na trzustkę

2009-09-24 23:00:21

Wczorajszy dyżur nie do końca fajny był. I tyle. Pracy sporo miałem ja, pracy sporo mieli koledzy dyżurujący w oddziale. Przenitek był jednym z nich i pomimo sięgających brody worków pod oczami, krwistego koloru twardówek, niepokojącego przekrwienia spojówek obu oczu, przejściowego błysku spod znaku mordu w tychże oczach radził sobie bardzo dzielnie i na szczęście (dla mnie oczywiście) nie utłukł mnie na dobranoc za dużą liczbę osób przyjętych do oddziału. Bo tak naprawdę nie znoszę przyjmować ludzi do szpitala. Po prostu nie lubię, gdy ludzie chorują na tyle poważnie, że wymagają hospitalizacji. W jednym ze swoich wcześniejszych postów wymieniałem możliwe gatunki dyżurów. Co prawda nie ubrałem ich w jakąś specjalną klasyfikację, czy systematykę, ale pewne "główne" ich rodzaje zostały wymienione. Wczorajsza kolejna w mym życiu wielka medyczna przygoda należała do tych z gatunku "przyszedł pacjent do szpitala i musiał w nim zostać". Niestety, praktycznie każdy przyjazd zespołów pogotowiarskich znamionował kolejne przyjęcie do oddziału, co jest dość dużym ewenementem, bowiem zdobyte doświadczenie pokazuje, że często przywóz pacjenta do Izby Przyjęć nie oznacza konieczności jego hospitalizacji. Powiem jeszcze dobitniej - najczęściej pacjent nie powinien zostać do tej Izby Przyjęć przywieziony. Stąd ten wczorajszy ewenement. 80% przywiezionych osób wymagała bądź intensywnego leczenia, bądź przyspieszonej diagnostyki w warunkach szpitalnych.

 

A dominował, jak to mówi jeden z Wielkich tego świata w tzw "żargonie lekarskim", brzuch. Różnego rodzaju dolegliwości bólowe, nudności, wymioty, luźne wypróżnienia, które finalnie lokalizowały się w trzustce. To naprawdę bardzo drobny jak na człowieka narząd. Raptem jakieś 100 gram, znaczy się jedna siedemsetna masy przeciętnego dorosłego człowieka. A dolegliwości potrafi dawać potężne, zwłaszcza w przypadku ostrego jej zapalenia. A sezon na ostre zapalenia trzustki w pełni. Trudno zliczyć ilość osób obecnie hospitalizowanych w szpitalu z tym schorzeniem. Trudno policzyć wszystkie osoby, które z takim rozpoznaniem opuściły mury naszego leczniczego przybytku w ostatnim czasie. Dziwne. Spodziewałem się wysypu tego typu dolegliwości w miesiącach urlopowych, które notabene do łatwych w tym roku nie należały, bo wiadomo - słońce, grill, alkohol... Wiele więcej nie potrzeba, by "zapalić" ten, skądinąd dość ważny dla funkcjonowania organizmu, gruczoł. Tak zwany błąd dietetyczny! Dla jednego będzie to tłusty pokarm, dla drugiego (niestety w przeważającej polskiej populacji) będzie to nadmiar spożytego procentowego trunku. Osobnicy z alkoholową etiologią zapalenia nawet nie zarzekają się co do "nie-spożycia" i często biją się w piersi twierdząc, że zrobili głupio, że to ostatni raz, że przysięgają na wszystko co najświętsze (dla nich), że pić już nie będą. Bowiem stałymi bywalcami Izby Przyjęć są. A to z racji "upojeń alkoholowych", a to z racji "rozbitych łbów" w przebiegu poalkoholowych zaburzeń równowagi, a to znowu z powodu  kolejnego epizodu ostrego zapalenia trzustki (lub zaostrzenie przewlekłego). Bo okoliczne rejony wokół szpitala obfitują w osoby będące z butelką "za pan brat".  

 

Zatem uważam sezon na ostre zapalenie trzustki za otwarty.

Nie wiem tylko, czy nie jestem odrobinkę spóźniony. Bo falstartu w tym kraju z racji OZT nie da się popełnić :)

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 13 , zobacz komentarze

blok III stopnia

2009-09-20 22:50:45

Jak mówi przysłowie - nieszczęścia chodzą parami. Powiedziałbym, że czasami trójkami albo i jeszcze większą liczbą.

Coś w tym jest, bowiem obserwuję różnorodne okresy w swojej pracy. Jest okres zatorowościowy - spora część pacjentów z dusznością okazuje się mieć zmiany zatorowe w płucach, jest okres trzustkowy - duża liczba pacjentów ze wstępnym rozpoznaniem ból brzucha ma zmienioną zapalnie (ostro) trzustkę, jest okres zawałowy - bóle w klatce piersiowej okazują się być martwicą mięśnia sercowego, jest okres pękajacych tętniaków aorty, jest okres neuroglikopenii i okres kwasic ketonowych w przebiegu zdekompensowanej cukrzycy, w końcu jest także okres nowotworowy - niemalże każdy diagnozowany pacjent finalnie okazuje się mieć jakiś nowotwór (aż strach dotykać się kogokolwiek). I najlepiej widać to na tzw. wysuniętym przyczółku szpitala, czyli w Izbie Przyjęć.

Z racji urlopowania brata Wacława ponownie byłem rzucony w jego zastępstwie do Izby Przyjęć. Codziennie od rana praca izbowa jest strasznie męcząca. Lubię spędzić dyżur od czasu do czasu tamże, ale przebywanie non stop w tejże Izbie Przyjęć znacznie ogranicza człowieka. I strasznie niestety frustruje z racji niedoskonałości systemu opieki medycznej okolicznych poradni, braku sprzętu i możliwości diagnostycznych szpitala, ciagłego braku miejsc w szpitalu, braku kompetencji "kolegów po fachu" różnych firm tzw Ratownictwa Medycznego, ciągłej walki z napastliwymi rodzinami pacjentów, nieustającej zabawy w lekarza Izby Wytrzeźwień, czy w końcu napotykanych niemalże na każdym kroku agresji, bezczelności i chamstwa ze strony samych potencjalnych hospitalizowanych jak i osób im towarzyszących. I żadnego wsparcia ze strony dyrekcji - lekarz przecież musi być uśmiechnięty i zadowolony przez cały czas. I musi być grzeczny i miły dla wszystkich, nawet jeżeli sam został potraktowany niekulturalnie. 

Ale dziś nie o tym. Zatem nieszczęścia chodzą parami. Tym razem był to blok przedsionkowo-komorowy III-go stopnia. Nie, nie u mnie. U osób przywiezionych w trakcie pełnionych przeze mnie dyżurów. Oczywiście hasło bradykardia, a jakże - osoby wiezione są do szpitala najbliższego (najczęściej mam wrażenie naszego), które nie ma zaplecza kardiologicznego, a i z możliwością założenia elektrody endokawitarnej czasem (czytaj zwykle) mogą być problemy. Nie do końca rozumiem wspomnianych już wyżej "kolegów po fachu", skoro posiadając wykonane przez siebie zapisy elektrokardiograficzne nie rozpoznają zaawansowanego bloku, nie podają atropiny (bo i właściwie po co?) i nie wiozą pacjentów do oddziałów i klinik kardiologicznych (których w stolicy jest przecież sporo). Przestraszeni chyba samym faktem wolnej czynności serca starają się pozbyć problemu (bo tak trzeba to nazwać) i "podrzucają" chorego do najbliższej Izby Przyjęć. Nie będę opisywał detali, w każdym razie zarówno piątkowy jak i sobotni przypadek zawansowanego bloku okazał się absolutnie nie reagować na podawaną przeze mnie atropinę, więc zmuszony byłem znaleźć pacjentom miejsce w ośrodkach mogących realnie im pomóc (znaczy sie posiadających i elektrody endokawitarne, i możliwość wszczepienia kardiostymulatora). O ile w piątek było to dość proste, o tyle w sobotnią noc już niekoniecznie - spędziłem na telefonie około 40 minut rozmawiając chyba ze wszystkimi dyżurnymi stołecznych oddziałów kardiologicznych. Koniec końców pacjentów udało się dowieść gdzie trzeba, choć jak zwykle współpraca z tzw. przewoźnikami układała się conajmniej fatalnie. W sobotnią noc, a było to około północy czekałem 60 minut (znaczy się godzinę!) na przyjazd zespołu "R"!!!

Za trzy dni kolejny dyżur, a i oddziałowa kolejka pacjentów niewątpliwie dotknie mnie. Ciekawe kiedy napotkam kolejny blok III-go stopnia, bo jak przysłowie mówi - nieszczęścia chodzą parami...

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 8 , zobacz komentarze

przedszkole

2009-09-16 23:21:15

Dzięki zaangażowaniu i uprzejmości Muminy, za co dziękuję jej w tej chwili, mogłem dziś po kolejnej wielkiej medycznej przygodzie wrócić do domu na tyle wcześnie (patrz 14.30), by móc osobiście odebrać mego syna z przedszkola. A dawno tego nie czyniłem. Powodów takiego stanu rzeczy wymieniać nie będę, bo praktycznie jest tylko jeden. I to od dawien dawna - niezły zapieprz w pracy. Ostatnio wydaje mi się że niedoceniany (a może niezauważany) przez zwierzchników. W każdym razie dziś mi się udało to co niemożliwe. Odebrałem syna z przedszkola nie angażując przy okazji w to osób trzecich. Jego ogromna radość wyrażana w podskokach, pląsach, skrętach ciała i wydawanych dźwiękach, no i przede wszystkim w pełnych szczęścia oczach puszcza w niepamięć wszystkie jego "wybryki" popełnione wcześniej. Tak to już w relacjach z potomstwem jest - jeden uśmiech, powiedziane słowo, gest przytulenia, czy całus złożony na policzku niwelują wszystkie "złe" uczynki z przeszłości. Mimo, że za chwil parę potrafi doprowadzić człowieka "do wrzenia"!

 

Ale a propos przedszkola. Wczorajsza końcówka dyżuru okazała sie być w dużej mierze "pediatryczna". Coraz większe ogarnia mnie przeświadczenie w kwesti narastającej słabości kolejnych pokoleń. Średnia lat ostatnich, zgłaszających się koło północy do Izby Przyjęć (oczywiście bez skierowania) osób, wyniosła niecałe 22 lata! Nawet nie chce mi się rozwodzić nad problemami, z którymi się zgłosili, bo nie warto. Ktoś powie, że łatwo mi podejmować decyzje w kwestii własnego zdrowia, bo jestem lekarzem. Owszem, jednakowoż ból gardła, temperatura 37,5°C, uczucie "kłucia" w boku, czy ogólne złe samopoczucie w danym dniu nie zmusiłyby mnie do stawienia się w Izbie Przyjęć jakiegokolwiek szpitala. Chyba wstyd byłoby mi angażować do tego typu problemów kogokolwiek w środku nocy. Ale ludzie niestety są bezwględni. Bezwzględni wobec innych. I nie mają wobec innych szacunku. Liczy się tylko własne ja, czubek własnego nosa i chyba źle pojmowane "własne dobro"... A opisywany proceder niestety narasta. Zwłaszcza wśród młodych - jak dla mnie niemalże z kręgu zainteresowań pediatry, bowiem mimo metrykalnej "dorosłości" obserwuję wśród zgłaszających się do szpitala osób zachowania na poziomie przedszkolnym. A może i jeszcze niższym.

 

Na dobranoc kawałek, którego fragment Mumina przytoczyła w którymś ze swoich komentarzy:

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , praca , muzyka | Komentarze 24 , zobacz komentarze

w środku nocy...

2009-09-02 23:05:34

...zamiast spać, buszuję. Choć raczej powinienem rzucić się w łoże i postarać odespać nieprzesapaną wczorajszą noc. Jakoś nie potrafię. Chyba przyzwyczaiłem się do "nocnego markowania". Tylko rano jakoś problem ze wstaniem. Dlaczego praca zaczyna się tak wcześnie? Wiem, że nie powinienem narzekać bo niektórzy jeszcze wcześniej muszą wyrwać się z objęć Morfeusza. Współczuję im serdecznie, lecz nie zmienia to faktu że rano pospałbym sobie ociupinę dłużej.  

Wczorajszy dyżur była fajny. Do północy. Potem kawalkada "ciężkich przypadków". Dokonuję niestety coraz częstszej obserwacji, że społeczeństwo stołeczne (zapewne nie tylko) w dużej mierze składa się z hipochondryków. Aż wstyd przytaczać problemy, z którymi zgłaszali się do Izby Przyjęć. W środku nocy. Niestety bardzo podobne do opisywanych przeze mnie kiedyś nocnych wizyt. Tylko, że w dwukrotnie większym natężeniu...

Koniec! Dość narzekania! Chyba tak marudzę, bo jestem nieco zmęczony. Zatem kładę się spać, bowiem trzeba nabrać sił przed nadchodzącym weekendem (dla mnie i paru innych nieszczęśników ropzoczynającym się już jutro). Ale najpierw pobuszuję jeszcze trochę - trzeba się przecież do wyjazdu na konferencję przygotować.

A ładując do walizki ciuchy posłucham sobie muzyczki. Coś wesołego, jeżeli chodzi o brzmienie, żebym nie zasnął :)

 

 

I jeszcze coś niepokojącego. Przynajmniej jeżeli chodzi o głos wokalistki. Bo tekst piosenki jest sympatyczny :)

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , praca | Komentarze 3 , zobacz komentarze

konkurs

2009-09-01 00:29:44

Patrząc na ilość zgłoszeń konkursowych, także i ja zrezygnowałem ze zgłoszenia swoich wspomnień. Po prostu nie chcę robić konkurencji :)

A tak poważnie. Wydaje mi się, że temat strasznie trudny jest. Po drugie nie dopełniłem formalności. Nie dość, że nie zmieściłem sie w terminie nadsyłania zgłoszeń, to jeszcze stanowczo przekroczyłem limit słowny. Jakiś spóźnialski się zrobiłem i gaduła. Niechybne oznaki starości człowieka do tej pory punktualnego i małomównego...

I choć konkurs wydaje sie być nierozstrzygnięty, bo chyba nikt nie zgłosił tekstu do konkursu, to zamieszczę poniżej tekst, który finałowo okazał się nie być najbardziej dramatycznym w mojej karierze lekarskiej. Zatytuowałem go:

 

 „Cztery lata temu...”

 

Długo zastanawiałem się jakiż to najbardziej dramatyczny moment w mojej karierze lekarskiej opisać. Uzbierało się bowiem tego tyle, że trudno wybrać jedno konkretne zdarzenie. Mógłbym opisać pacjentkę z zatorowością płucną, która otrzymawszy streptokinazę dostała napadu kolki nerkowej i zaczęła krwawić z układu moczowego. Mógłbym opisać starszą kobietę ze zdekompensowaną cukrzycą (wyjściowy poziom glikemii 1100 mg/dl), której początkowa dobowa diureza wynosiła 8 litrów. Mógłbym opisać chorą po zabiegu usunięcia guza piersi lewej (okazał się być włókniakiem), która trafiła do oddziału z sepsą w przebiegu zakażenia loży po wyłuskanym guzie. Mógłbym opisać dziewiętnastolatka po zażyciu amfetaminy ze świeżym zawałem mięśnia sercowego. Mógłbym opisać młodą dziewczynę z gronkowcowym zapaleniem płuc, które pozostawiło na trwałe dziury w miąższu płucnym. Mógłbym opisać umierającego 25-latka ze zdekompensowaną (niestety poalkoholową) marskością wątroby. Mógłbym opisać kobietę z przełomem tyreotoksycznym, istotną tachykardią i czterdziestojednostopniową gorączką. Mógłbym opisać kilka pękających tętniaków, agresywnie przebiegające (jak zwykle) zespoły abstynencyjne, niespodziewane nagłe zgony sercowe, psychotycznych pacjentów z nożami w ręku, wiele tragicznych przypadków nowotworów. Mógłbym opisać szereg reanimacji zakończonych sukcesem i tych zakończonych zgonem. I wiele, wiele innych zdarzeń. I mógłbym opisać wszystkie swoje pierwsze doświadczenia medyczne – pierwsze podanie streptokinazy w zawale serca, pierwsze istotne zaburzenia rytmu, leczenie pierwszej kwasicy metabolicznej (pH 6,98), pierwszy stan astmatyczny, masywny udar krwotoczny, pierwsze cudowne uzdrowienie po podaniu roztworu stężonej glukozy w hipoglikemii, rozpoznanie pierwszego zatoru do tętnicy udowej, diagnoza pierwszej zatorowości płucnej. I morze innych. Oraz pierwszy stwierdzony samodzielnie zgon. Kilka razy chodziłem do zmarłego upewniając się, pomimo ewidentnych znamion śmierci, że nie żyje... Wszystkie momenty wydają się być obecnie mniej dramatyczne niż w chwili, gdy się działy. Stąd tak trudno zdecydować się na wybór tematu. Streszczę zatem pokrótce przebieg jednego dnia z mego życia, w trakcie którego dramatyzm przeplatał się z chwilami radości, a sprawy rodzinne przeplatały się z tymi zawodowymi, lub odwrotnie...

 

Działo się to na kilka dni przed pierwszą rocznicą urodzin mego syna. Przypomniałem sobie te chwile dość dokładnie z racji niewielkiej rodzinnej imprezki uświetniającej obecną (niestety już piątą – jak ten czas gna do przodu) rocznicę urodzin pierworodnego. Wiadomo - nieodzowne w takich chwilach wspominki jak huragan gwałtownie przywołują obrazy sprzed lat...

Dzień zdarzenia - 20 sierpnia 2005 roku. Sobota. Aż dziwne, bo dzień wolny od pracy, znaczy się bez dyżuru. Dzień, w którym przeprowadzaliśmy się do nowego mieszkania. I dzień, w którym znajoma żony stawała na ślubnym kobiercu. Z założenia wydawał się być trudny, bowiem i przeprowadzka, i urząd stanu cywilnego, i możliwe przyjęcie weselne - którego z racji obciążeń dnia chcieliśmy uniknąć...

 

Przeprowadzka. Nie znoszę się przeprowadzać! Doświadczyłem tej „przyjemności” kilka razy w życiu. Nie dość, że człowiek natyra się jak juczne zwierzę, to jeszcze bałagan niemiłosierny i zawsze coś się rozleci w trakcie. Tak było i tamtym razem. Ekipa przenosząca „graty” nieopatrznie wstawiając część segmentu zahaczyła o próg ciężarówki urywając cokół. Drobnostka, tym bardziej że jakoś poskładałem to do kupy, ale wkurzyłem się nieźle. I to na samym początku przenosin na nowe lokum! Na samym początku dnia! Całe szczęście później obyło się bez specjalnych strat. Co prawda coś się jeszcze stłukło, jakiś kwiatek doniczkowy nie dotarł w całości, ale „zasłona czasu” przymgliła już te drobne uszczerbki w naszym dobytku. Jedyny pozytyw z przeprowadzek, poza oczywistą nową jakością – a w tym przypadku także nową wielkością, to możliwość pozbycia się ”niezbędnych dupereli”. A wiele ich znalazło się na śmietniku tamtego dnia. I akurat tych strat nie żałuję. Potem ustawianie „staroci” po nowych kątach. Jednym słowem radość przeprowadzki :) Oczywiście zanim się obejrzeliśmy upłynęło tyle czasu, że do ślubu znajomej żony została raptem godzina...

 

Ślub. Godzina na kąpiel, ubranie się (łącznie z prasowaniem), zakup kwiatów i dojazd na miejsce zaślubin. Rzecz niewykonalna! Ale prawie udało się. Prawie, jak w reklamie, robi różnicę... Spod kwiaciarni wyjeżdżaliśmy o godzinie mającej rozpocząć się ceremonii w urzędzie stanu cywilnego. Już byliśmy „nie na czas”. Ale może zdążymy na życzenia? I zdążylibyśmy (łamiąc wszystkie przepisy ruchu drogowego - a jakże!) gdyby nie coroczne, wakacyjne remonty dróg stołecznych. A wtedy remontowany był między innymi most Śląsko-Dąbrowski – bezpośrednie połączenie z docelowym miejscem zaślubin znajomej. Pokluczywszy nieco musiałem wybrać trasę przez most Świętokrzyski. I wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt że jadąc Wybrzeżem Szczecińskim nie skręciłem w ulicę Okrzei, tylko przejechawszy dalej miałem nadzieję na prawoskręt w Kłopotowskiego (przy której to ulicy znajdowało się rzeczone miejsce przypieczętowania kolejnego związku małżeńskiego). Niestety, słuchając porad czytającej mapę żony (sic!), nie mogłem tegoż manewru wykonać bowiem skręt w prawo okazał się być niemożliwy do wykonania. Znaczy się teoretycznie możliwy, ale władowałbym się w ulicę jednokierunkową, co niechybnie skończyłoby się jakąś tragedią. Przykre było także to, iż po prawo widzieliśmy „młodą parę” zbierającą drobniaki z gruntu oraz gotowych do składania życzeń gości z naręczami kwiatów. Nieszczęsne nakazy jazdy w lewo (remonty przecie wtedy były!) doprowadziły nas powtórnie na most Świętokrzyski i trasę musieliśmy powtórzyć. Tym razem skręciłem odpowiednio wcześnie, ale i tak dojechawszy na miejsce zastaliśmy zamknięty na cztery spusty urząd stanu cywilnego. Zatem zdążyliśmy prawie na czas. Ale, powszechnie to wiadomo, prawie robi różnicę...

 

Droga do domu weselnego. Wysztyftowani jak na niewiadomo jaką imprezę, wyglądaliśmy w tym, pustym już niestety, miejscu trochę dziwnie. Krótka analiza faktów. Kwiaty – mamy! Prezent – mamy! Transport – mamy! No to, mimo że chcieliśmy tego uniknąć, jedziemy w kierunku domu weselnego. Może tam złapiemy „młodych” jeszcze przed wejściem na salę. Ale to nie takie proste. Nie wiadomo dlaczego w sobotnie popołudnie Trakt Brzeski zakorkowany, mimo że nigdzie nie widać wakacyjnych remontów. Jedziemy w ślimaczym tempie – jak tak dalej pójdzie to dotrzemy dopiero na oczepiny! Po prawej mijamy jakiś rozbity samochód... Pewnie ten wypadek zablokował całą trasę. Ale nie – nadal rowerzyści bez wysiłku wyprzedzają samochody. Co się dzieje? Teraz tempo jazdy spadło już do prędkości pieszego. Pieszego obciążonego dwudziestokilogramowym plecakiem! Koło za kołem, zderzak w zderzak samochody toczą się do przodu. A czas nieubłaganie mija. I zasuwa trochę szybciej niż chciałoby się. A jednak wypadek! Na samym skrzyżowaniu z Szosą Lubelską trzy rozbite samochody. Trzeba się zatrzymać – to pierwsza myśl – i udzielić pomocy. Na szczęście policja i służby medyczne są już na miejscu. Rzut okiem, jakby powiedzieli funkcjonariusze władzy, na miejsce zdarzenia. Niezły karambol. Przód jednego z wozów nie istnieje. Drugi (zapewne ten uderzony przez poprzedniego) zawinięty na słupku bocznym jak rogal. Trzeci to chyba tylko przypadkowy rykoszet poprzednich, ale tez nieźle pognieciony. Ciekawe co z ludźmi? Ale nie mam czasu na spytki. Trzeba jechać dalej, bo „młodzi”, bo życzenia, bo prezent. Teraz droga już wolna. I mam nadzieję bez przeszkód...

 

Wesele. Wypadek musiał zatrzymać także całą ślubną kawalkadę pojazdów, bowiem przyjechaliśmy kilka chwil za nimi - świeżo zaślubiona para stoi jeszcze przed domem weselnym. Niemalże słychać łoskot spadającego głazu z serca mej połowicy! Najlepsze życzenia na nowej drodze, stadka dzieci, uśmiechy, całusy, kwiaty, krótkie tłumaczenie że przeprowadzka, że wypadek itd. I decyzja. Mimo, że zmęczeni i rozpakunek nas jeszcze czeka, to zostaniemy godzinkę. Przy okazji pogadamy, coś tam zjemy, pokręcimy się po parkiecie – przecież to wesele! Dookoła wszyscy z biegiem czasu coraz bardziej radośni (wszak ognistej wody nie brakowało), my niestety coraz bardziej zmęczeni (bo z godzinki zrobiła się nieco dłuższa chwila), zatem myśl o powrocie do mieszkania (nowego!) stała się coraz bardziej natarczywa.

Nagle jedna ze znajomych żony podchodzi do mnie. Jesteś lekarzem?! Na drodze wypadek! Samochód potrącił pieszego! Ekstra! Co za dzień! Brakuje tylko trzęsienia ziemi! Biegniemy. Żona po drodze bierze z samochodu apteczkę. Cholera! Obiecywałem sobie kilka razy zapakować do niej rękawiczki jednorazowe. Ale na obietnicach się skończyło... Na miejscu wypadku tłum ludzi. Wszyscy skupieni dookoła leżącego na szosie mężczyzny. Miejsca nie ma na nic, bo gapie chcą wszystko widzieć by mieć później co opowiadać rodzinie i niemalże depczą poszkodowanego! Jestem lekarzem! Odsunąć się! Robi się tylko nieco bardziej swobodnie. Gapie przecież chcą wiedzieć, co będzie dalej! Krótka ocena sytuacji. Przytomny, oddycha swobodnie, ale kontakt nie do końca i woń alkoholu z ust. Prawa noga nienaturalnie ułożona (złamanie i to otwarte, bo spodnie nasiąknięte krwią). Ciśnienie trzyma, bo dość dobrze napięte na tętnicy promieniowej tetno, tylko cholera coś szybki jest. Jakieś 120/min. Ale to pestka, bo spod głowy wydobywa się strużka krwi... Rękawiczki przydałyby się jak cholera! Widok, pomimo panujących już na dworze ciemności dość dobry, bo kierowca samochodu który potrącił człowieka odjechał nieco do tyłu i nie wyłączył reflektorów. Nagle ktoś podaje mi rękawiczki – to stojący (chyba teraz już w kilometrowym korku) strażak miał je w swojej apteczce (pamiętać na przyszłość o zapakowaniu takowych do swojej!). Badam głowę starając się za bardzo nie wyginać kręgosłupa szyjnego. Poza drobnymi otarciami naskórka wydaje się być cała, ale z prawego ucha leje się krew. Złamanie podstawy czaszki. Fajno! Ktoś wezwał pogotowie? Tak! Już jadą! Zatem czekam. A właściwie czekamy wszyscy. I mam już pomoc. Na tym samym weselu znalazł się bowiem neurochirurg (kuzyn panny młodej) ze swoją żoną, notabene pielęgniarką. Raźniej się zrobiło na duszy. Tłumek dookoła komentuje sytuację. Że potrącony to bezdomny („mieszka w lesie, w szałasie”), że nadużywa („trzeźwego go nie widziałam”), że to na pewno ten bezdomny („poznaję go po butach”)... Szum i sensacja! A my czekamy. Stan mężczyzny wydaje się być stabilny. Po jakimś czasie (minęło trwających wieczność 15 minut) słychać „gwizdki” karetki. Dobra nasza. Są. Ale dojazd do miejsca wypadku przez zakorkowaną przez setki samochodów szosę nie jest wcale łatwy. Dźwięk syren urywa się tak nagle jak nagle się pojawił. Gdzie oni są? Może nie do nas jechali? Może to nie była karetka pogotowia? Człowiek na szosie zaczyna mieć zaburzenia oddychania. Cholera! Byle się nie zatrzymał! Trzeba go będzie reanimować, co w garniturze i na ulicy nie do końca jest przyjemne! Ale jak mus, to mus. Życie ratować trzeba. Neurochirurg złapał za język delikwenta przytrzymując go na brodzie – trochę lepiej. Ale gdzie jest pogotowie? Zza nas ponownie słychać syrenę. Musieli pewnie objechać korek. Dojeżdżają. Lekarz pogotowia otwiera drzwi. Rurkę intubacyjną! – wołamy jednocześnie z kolegą po fachu. Zaskoczony nieco sytuacją pogotowiarz, szykując zestaw intubacyjny, tłumaczy że wezwanie brzmiało: „zasłabł na ulicy...”. Sprawnie, bez ociągania biorą się do roboty. Aż miło popatrzeć. Szybko opanowali sytuację, założyli rurkę do tchawicy, przedtem kołnierz na szyję, sztywne nosze i na gwizdach odjechali do szpitala... Emocje jeszcze trzymają przez chwilę. Neurochirurg proponuje mi drinka – niestety muszę odmówić. Dziś jestem kierowcą. A szkoda, bo napiłbym się z przyjemnością. Zwłaszcza po tej śródweselnej akcji na szosie...

 

Dzień pełen zdarzeń. Może nie tych najbardziej dramatycznych (zwłaszcza zawodowo), ale pełen emocji. I tych pozytywnych i niekoniecznie. I tak naprawdę jeden z cięższych (głównie pod względem fizycznym) w moim dotychczasowym życiu... 

czytaj resztę »

Dodane w varia , praca | Komentarze 3 , zobacz komentarze

zawód

2009-08-24 23:22:43

Zdarzają się nieprawdopodobne wręcz dyżury, w trakcie których nie dzieje się nic specjalnego, a lekarz dyżurny może nawet odpocząć.

Zdarzają się nieprawdopodobne wręcz dyżury, w trakcie których Izba Przyjęć zamienia się w Izbę Wytrzeźwień.

Zdarzają się nieprawdopodobne wręcz dyżury, w trakcie których ręce opadają na myśl o całym otaczającym, niechętnym do współpracy świecie, zwłaszcza tzw medycznym.

Zdarzają się nieprawdopodobne wręcz dyżury, w trakcie których lekarz dyżurny może jedynie mieć mord w oczach.

Zdarzają się nieprawdopodobne wręcz dyżury, w trakcie których dzieje się tak dużo rzeczy, że lekarz dyżurny może jedynie myśleć o sklonowaniu siebie samego, by podołać chorobowej nawałnicy

 

Możnaby dołożyć jeszcze parę takich nieprawdopodobnych dyżurów. I jak tak patrzę na swoją dotychczasową "karierę medyczną" to każda chwila spędzona w Izbie Przyjęć niesie ze sobą coś niesamowitego. Zwłaszcza, że liczba pacjentów zgłaszających się z "naglącymi i niecierpiącymi zwłoki" problemami zdrowotnymi jest coraz większa. Wśród całej tej rzeszy osób trafiających do Izby zawsze znajdzie się jakiś "ciekawy przypadek", który zadziwia swoją złożonością i innością. Dlatego lubię pracę w Izbie Przyjęć (choć na dłuższą metę jest niezwykle męcząca), dlatego generalnie lubię pracę lekarza, zwłaszcza szpitalnego. I choć często (ostatnio zbyt często), głównie po "nieprawdopodobnych dyżurach", mam dosyć wszystkiego i wściekam się na ciężkość zawodu który wybrałem, to nie zamieniłbym go na żaden inny.

Po prostu jestem chory na bycie lekarzem. I nie ma na to lekarstwa.

To jest trochę jak pocałunek od róży...

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 11 , zobacz komentarze

(nie)możliwe

2009-08-21 22:46:03

Czy dyżur w obecnych czasach może być spokojny?

Czy w trakcie dyżuru można przyłożyć głowę do poduszki na dłużej niż 20 minut?

Czy jedynym sposobem na "nic nie dzianie się" w trakcie dyżuru jest zamknięcie oddziału z powodu biegunki

 

Otóż w zasadzie nie. Pamiętam czasy, gdy będąc młodym lekarzem i pracując w zupełnie innym miejscu niż teraz (znaczy się zamierzchłe czasy "wyklętej rejonizacji") zdarzały się dyżury, gdy nie byłem obecny ani razu w Izbie Przyjęć (bowiem dyżurowało sie jednocześnie w oddziale i izbie). Niemożliwe? A jednak.

 

Czasy te jednak minęły bezpowrotnie. I nie jest to problem zwiększonej zachorowalności, czy chorobowości społeczeństwa - bo to zrozumiałbym bez mrugnięcia okiem. Nazwałbym to problemem medialnym. Wszem i wobec trąbi się, że z każdym problemem można stawić się w Izbie Przyjęć najbliższego szpitala, gdzie zostanie niewątpliwie udzielona porada. Spróbowałby ktoś jej nie udzielić! Wtedy proszę zadzwonić na "gorącą linię" - każdą tego typu "sensację" wyjaśni zespół reporterski (czytaj "inwigilacyjno-szpiegowski"). Najchętniej ukrytą kamerą, by następnie móc przedstawić w mediach kompromitujący materiał. Jak to! Nie udzielono pomocy pacjentowi z bólem gardła?! Toż to skandal! To nieważne, że pomimo atakujących zewsząd reklam środków na ból gardła nie przyjął takowego. To nieważne, że boli go od 20 minut. To nieważne, że nie ma gorączki. A że rozbolało go gardło o 4-tej nad ranem (nota bene co robił o tej godzinie na nogach, a nie w łóżku?) to też nieważne! Powinien zostać przyjęty i zbadany. Zostało narażone na szwank jego zdrowie i życie! Tytuł reportażu będzie brzmiał: KOLEJNY BEZDUSZNY KONOWAŁ! To niewątpliwie mogący zdarzyć się scenariusz każdego dyżuru.

 

Całe szczęście mój ostatni taki nie był. Muszę się przyznać, że trochę przypominał ten sprzed lat. Ale tylko trochę. W dzień pacjentów jak zwykle sporo. Ale "ruch w interesie" skończył się około 23.00. Nauczony przez lata praktyki, postąpiłem zgodnie z główną zasadą dyżuranta i pokręciwszy się jeszcze jakieś pięć minut po Izbie Przyjęć ległem w wyrko lekarskie, by złapać trochę odpoczynku przed niewątpliwie nadchodzącą nocną gonitwą. I... obudziłem się o 6-tej rano. Przyzwyczajony do tej godziny pobudki organizm zareagował zupełnie prawidłowo - obudził się. Trochę też za sprawą przepełnionego pęcherza moczowego, który opróżniłem raz dwa i ległem w wyrko ponownie, by złapać jeszcze trochę snu. O godzinie 7.00 obudził mnie budzik telefonu komórkowego. 8 (słownie osiem) godzin snu. Może coś przespałem? Może nie wstałem do jakiegoś potrzebującego? A może jeszcze śpię? Cóż za piękny sen... Ale nie - spotykam dyżurną pielęgniarkę i dowiaduję się, że spokój panował przez całą noc. Nie tylko interna, ale i neurologia, i chirurgia miały także wolne. To po prostu niesamowite. Pierwsza taka noc w szpitalu od niepamiętnych czasów. Ale i tak wypoczęty nie jestem. Zupełnie to inny sen w pracy, niż w domu. Nie dający odprężenia, nie dający wypoczynku... Ale jednak to osiem godzin snu - przynajmniej o 3 więcej niż w domu...

 

Zatem możliwe są i takie dyżury, na których lekarz ma szansę choć ociupinę odpocząć przed dniem następnym. Bo może się on okazać o wiele gorszy od poprzedniego. Bowiem późniejsze godziny spędzone w pracy (NIELEGALNIE!) dały mi nieźle popalić, więc "nocny odpoczynek" przydał się nad wyraz!

 

Wspomniawszy zamierzchłe czasy zapodam kawałek zespołu, który do tej pory lubię bardzo, bardzo :)

 

 

I jeszcze jeden na dobranoc...

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 8 , zobacz komentarze

makiawelizm

2009-08-12 23:35:50

Im bardziej analizuję swoje dotychczasowe postępowanie, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu o mym egoizmie. Posunę się dalej - w całej mojej dotychczasowej pracy kierowałem się doktryną makiawelizmu. Na dodatek jestem uczestnikiem spisku mającego na celu zamęczenie na śmierć młodszych kolegów, co zgadza się w 100% z prezentowanym przeze mnie typem osobowości. Pełen hipokryzji, bez skrupułów i po trupach dążę do celu. Tym razem po trupach młodszych kolegów z pracy...

Dlaczego tak sądzę i tak publicznie przyznaję się do mego socjologiczno-psychopatycznego defektu?

Bowiem dotychczasowe me postępowanie strasznie mnie wykańcza. Będę musiał je zmienić o 180 stopni i zacząć postępować inaczej. Ciekawe komu to wyjdzie na dobre? Myślę, że mnie na pewno!

 

Jako starszy już lekarz (i wiekiem, i stażem pracy, i co by tu nie mówić doświadczeniem) pracuję coraz ciężej. Dziwne. co? A jednak. Nie jestem z gatunku osób narzekających, ale niestety tak jest. Trochę burzy to mój światopogląd, bowiem wydawało mi się, że im więcej będę umiał, tym mniej będę musiał harować. Nic bardziej błędnego! Bowiem do zakresu moich obowiązków należą:

1. Praca w oddziale - wiadomo. Dla niewtajemniczonych - obchód, badanie pacjentów, wydanie zleceń i to co tygrysy lubią najbardziej - robota papierkowa (znaczy się niezbędne wpisy w historii choroby, zbieranie podpisów od pacjentów na "tysiącu" niezbędnych kwitków - a jakże!, w końcu tworzenie karty informacyjnej). Średnio kilka godzin. Całe szczęście obecnie "wywalczyłem" sobie do pomocy stażystkę Kasię, dzięki której w dużej mierze mam pracę z dokumentami załatwioną. Mówię "wywalczyłem", bowiem poprzednio, pomimo dość dużej ilości osób stażujących, mnie pominięto w przydziale pomocnika. Młodsi koledzy jednak taką pomoc zyskali. Chyba jestem za mało przebojowy. A może przez chwilę zapomniałem patrzeć tylko na swój koniec nosa? Muszę to zmienić i nie tracić już go ani na chwilę z pola widzenia!

2. Badania i zabiegi diagnostyczne - znaczy się pobieranie gazometrii, nakłucia jam ciała, nakłucia szpiku... Jakoś nikt tego szpiku nie chce kłuć! Proszeni są do tego starsi...

3. Gastroskopie - obecnie jestem jedynym lekarzem wykonującym to badanie zarówno dla pacjentów szpitalnych jak i tych hospitalizowanych w ramach "jednego dnia", znaczy się przyjętych tylko celem wykonania gastroskopii. Całe szczęśćie, że są tylko dwa gastroskopy i jedna myjnia, bowiem inaczej spędzałbym zapewne w pracowni endoskopowej nie 2 godziny jak teraz, ale dwa lub trzy razy więcej. Obserwuję bowiem ogromne zapotrzebowanie na wziernikowanie żołądka. Słyszę też często tekst - przecież Misiek zrobi! Może najwyższy czas przestać robić? Słyszałem od młodszych kolegów deklaracje o nauce w tymże kierunku, także odczytu holterów, wykonania badania spirometrycznego i innych takich "dodatków". I co? Z tego co wiem jak na razie wszystko "obsługiwane" jest przez starszych...

4. Poradnia - wyrwana w środku dnia cała jedna godzina (całe szczęście tylko jeden raz w tygodniiu). To jest nagroda za posiadaną specjalizację! Choć o ile sobie dobrze przypomnę, to i przedtem także w poradniach różnych robiłem za specjalistę...

5. Konsultacje - znienawidzony kawałek chleba, bowiem odmiennych specjalności "koledzy" (znaczy się nie interniści) wzywają człowieka do wszystkich problemów opatrując skierowanie etykietką "pilne". Oczywiście konsultacje są nagrodą za zdobytą specjalizację. Młodsi koledzy borykają się z tym problemem tylko w trakcie dyżurów. No chyba, że jednocześnie na dyżurze jest któraś z bardziej doświadczonych "starszych" osób...

6. No i na sam koniec Izba Przyjęć. Zapalnik, który wywołał między innymi tę polemikę. Nie chodzi oczywiście o dyżur. Chodzi o godziny w ciągu których trzeba zastąpić wychodzącego po dyżurze brata Wacława. 8.00 - 15.30. Do Izby Przyjęć maszerują ci, którzy posiadają spoecjalizację (znaczy się także ja). Często 2-3 godziny, w trakcie których inni (czytaj młodsi) wyrabiają się (lub nie) z pracą oddziałową...

7. Aha. Jeszcze dyżury. Tu powiem tylko jedno. Jakoś tak się układa, że najmłodsi koledzy mają najmniej dyżurów. Ja zwykle 6-7, młodzi 4-5. Pięć dyżurów miałem w miesiącu, w którym byłem dwa tygodnie na urlopie. A po powrocie z tegoż urlopu w ciągu dziewięciu dni więcej nocy spędziłem w szpitalu niż w domu. Egoizm jak cholera! Z czyjej strony? 

 

Reasumując - obowiązki pełnione przeze mnie (i innych "starszych" kolegów także) nijak się mają do tego, czym obciążeni sa koledzy młodsi! A z której strony słyszę największe jęki o ciężkości pracy? To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. Przytoczyłbym parę anegdot z własnego życia, gdy to ja byłem "młodszym", ale po co się powtarzać? Przecież czasy się zmieniły odpowiedzą zapewne "najbardziej zapracowani". Tak zapracowani, że w dniu dzisiejszym z całego zespołu dyżurującego jako jedyny wyszedłem z pracy po 15-tej. Reszta ulotniła się gdzieś przed południem...

Oczywiście zrzucam to na karb mojego niedołęstwa, braku w organizacji pracy i starości.

I egoizmu. Oraz makiawelicznego spisku wobec młodych. 

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 36 , zobacz komentarze

pełnia...

2009-08-07 23:11:40

Właściwie to nie wiem jak to nazwać. Kilka już razy siadałem do komputera z zamiarem napisania jakiegoś posta i skończyło się na niczym. Zastanawiałem się dlaczego? Z jednej strony to cóż  takiego tu opisywać, skoro kolejne dni podobne są do siebie jak dwie krople wody, z drugiej jednak strony każdy z tych dni zawierał w sobie chociażby jedno warte opisania zdarzenie. Kilka, niemalże gotowych do opublikowania, postów zawisło w próżni. Nic mi się nie podobało. A to temat jakiś taki do niczego, a to styl wypowiedzi nie do końca zachęcający, a to jeszcze coś innego...

 

Kilka przykładów:

1. Następnego dnia po rozpoczęciu Tour de Pologne wyszedłem z latotroślą na rower. Znaczy się synowi wyjąłem z piwnicy rower i wyszliśmy na świeże powietrze. Ja "per pedes", on pedałując zacięcie na jednośladzie, choć niestety z jeszcze doczepionymi bocznymi wspomaganiami (znaczy sie czterokołowiec). Popitalał na nim jak oszalały, ja za nim goniłem jak zdyszany pies ledwo co łapiąc powietrze. Kiepsko z kondycją... I wątek urwał mi się tak szybko jak gilotyna oddziela głowę od ciała! W sumie dość dobre porównanie, bo mózg jakoś nie chciał współpracować z palcami, gotowymi do śmigania po klawiaturze komputera... 

Dziś myślę, że może dam namówić się Przenitkowi do kupna jakiegoś bicykla! W końcu dobrze mi to zrobi na moją tężyznę fizyczną, bo coś ostatnio  nią krucho. Zacznę od 1 kilometra. Może nie padnę :)

2. Post miał być tym z rodzaju kulinaria. Obiecałem małemu wyprawę do McDonald’s. Nie, żebyśmy się tam stołowali, ale od czasu do czasu z uwagi właśnie na małego tamże bywamy. Wiadomo - zestaw Happy Meal z zabawką, słomką czekoladową do mleka i frytkami stanowi nie lada radość! Uważam, że frytki mają najlepsze na świecie. Ale nie o tym. Nie przepadamy za owocami morza (no chyba że ryby), więc zdziwiła mnie zachcianka mej połowicy odnośnie krewetek królewskich. Zakupiłem, a jakże! Nawet spróbowałem! I co? Rewelacja! Tłuste jak cholera (jak wszystko co smażone na głębokim oleju), ale pod tłustą panierką kryje się przepyszne zwierzątko morskie... I koniec. Pojechaliśmy i zjedliśmy. Czarna plama przed oczami. Zaćmienie umysłu? Jakoś puenty z tego wszystkiego nie mogłem wydobyć!

Dziś widzęę, że chyba polubię smaki morza. Wybieram się po krewetki. Tylko gdzie kupić najlepsze? Może w Makro? Widziałem tam całkiem nieźle zaopatrzony dział z produktami morza i oceanu. A może gdzieś indziej? Jedno wiem! Muszę omijać McDonald’s z daleka bo przytyję jeszcze bardziej :) 

3. Gość (pracownik szpitala od nie wiem czego) wchodzi do pokoju lekarskiego chcąc wymierzyć metraż gabinetu pod nową wykładzinę. Dziwię się, bowiem niedawno nowa podłoga została położona, więc kieruję go do szefa będącego aktualnie w poradni. Na co facet podaje mi powierzchnię podłogi gabinetu poradnianego - 13 metrów kwadratowych! Śmieszne? Na początku wydawało mi się że tak, ale jakoś nie za bardzo się z tego uśmiałem po przeczytaniu przelanej na monitor komputera przytoczonej powyżej anegdoty...

Patrząc na to dziś wydaje mi się, że to niezbędny dla funkcjonowania szpitala pracownik! Mieć wszystkie wymiary pomieszczeń szpitalnych we łbie to nie lada sztuka. Nie trzeba szukać papierzysk, wystarczy zapytać! Tylko właściwie po co komu takie informacje w głowie? Ciekawostka!  

 

Było jeszcze pare innych tematów... I co z tego? Nic! Wszystko wylądowało w koszu!

 

Straszny malkontent się ze mnie zrobił. Poza tym jakiś taki drażliwy jestem, niespokojny, spać nie mogę. Prawie jak zgłaszający się po pólnocy do Izby przyjęć pacjenci. To do mnie nie podobne, więc zaczynam zastanawiać się o co chodzi?

Depresja? Objawy pasują jak ulał, ale przecież w dzień mi przechodzi...

Zwykłe zmęczenie? Chyba nie, bo wielokroć bywałem bardziej zmęczony i słowa same przelewały się z umysłu na monitor komputera...

Zniechęcenie? Nie, bo mam ogromną ochotę wysmażyć kolejny wpis (co robię chociażby teraz)...

Niemoc twórcza? Nigdy się za twórcę nie uważałem, więc i niemoc nie może być. Zwłaszcza twórcza...

 

Mam. Już wiem. Księżyc! Pełnia! To jest wytłumaczenie! Cały okres poprzedzający jej nadejście był kiepski. A wczoraj, pomimo kolejnego dyżuru, było całkiem znośnie. Dziś jest już niemal rewelacyjnie. Zaraz, zaraz. Kiedy to była pełnia? Wczoraj?! 6 sierpnia?! Czyżbym zmieniał się w jakieś monstrum? Patrząc na nieogoloną facjatę, to rzeczywiście upodabniam się do jakiegoś włochatego zwierzęcia. Trzeba będzie się ogolić, choć nie znoszę tej czynności. I można się zaciąć...

Na dobranoc zapuszczam zatem Michaela Jacksona w "Thrillerze". Tym samym, choć nigdy nie był moim ulubionym artystą, składam mu hołd za to co zrobił dla muzyki rozrywkowej:

 

 

czytaj resztę »


refleksja...

2009-08-01 23:36:45

...nad dniem wczorajszym. Opisywana wściekłość minęła. Chyba odpoczynek i perspektywy spędzenia kolejnego wolnego weekendu w domu podziałały kojąco. Nie na tyle jednak, by nie odnieść się do zdarzeń z dnia poprzedniego, bowiem jest to kolejny w ciagu krótkiego okresu czasu przykład bemyślności i skrajnej wręcz ignorancji w sposobie działania przewoźników (znaczy się karetkowiczów). Myślę, że nie do końca trzeba ich o to obwiniać, ale osoby zatrudnione w roli telefonistów-rejestratorów-dyspozytorów powinny mieć trochę więcej rozeznania w sprawach życia i smierci niż przysłowiowa już Goździkowa, która może pomoże na ból głowy, ale innej decyzji oprócz porady przyjęcia reklamowanego leku (niech bedzie kryptoreklama - etopiryny) nie podejmie. A z przeprowadzonych przeze mnie w ostatnich dniach rozmów z telefonistami-rejestratorami-dyspozytorami jednoznacznie wynika, że nie czują bluesa.  

 

W poprzednim poście nie doddałem, że całą zaistniałą sytuację opisałem w karcie ambulatoryjnej pacjenta oraz w raporcie lekarskim Izby Przyjęć. Dość dokładnie - z godziną wezwania nieszczęsnego zespołu i godziną ich przyjazdu do szpitala. Nie żebym był osobą skarżącą się, czy donoszącą na kogoś. Co to, to nie! Nie mój styl, nie moja filozofia, po prostu nie Misiek. Kto zna, ten wie. Mam przynajmniej taką nadzieję. Ale moja cierpliwość skończyła się. Poza tym mając przed oczyma mozliwość śmierci pacjenta oraz wizję spotkania z prokuratorem poczyniłem wpisy zgodnie z powszechnie znaną zasadą - ChSD. Dla niewtajemniczonych - chroń swoją dupę! 

 

Ponieważ strasznie bazgrolę, a że notatki były odręczne, niedawno powołany kolejny dyrektor (pełniący obowiązki dyrektora ds medycznych) poprosił mnie o tłumaczenie (znaczy sie odczytanie) zapisków. Grzecznie przedstawiłem w kilku zdaniach sytuację z ranka dnia wczorajszego. Nawet rzuciłem hasło o piśmie do władz przewoźnika w celu wytłumaczenia zaistniałej sytuacji... I co? Wielkie G! Że trzeba ich zrozumieć, bo godzina niewyjściowa, bo akurat zmiana zespołów bo coś tam jeszcze... Nie dyskutowałem, bo po co. Byłem wściekły i zmęczony, więc mogłem palnąć coś nieprzychylnego. Poza tym szkoda tracić energię na tłumaczenie spraw, dla niektórych z założenia niezrozumiałych. Ponadto od dłuższego czasu odnoszę wrażenie, że w naszej placówce medycznej nikt z władz nie ma ochoty podjąć jakiejkolwiek decyzji (nawet najbardziej błahej, nie mówiąc o tych najważniejszych).

 

Zatem dupa blada. Powtórzę więc za postem poprzednim - coraz mniejszą mam ochotę robić jako błazen na arenie naszego szpitala w cyrku zwanym "służba zdrowia". Nikt sobie z niczego nic nie robi (takie wielkie nicestwo). A ja jestem ulepiony z innej gliny. A że jestem coraz starszy, to nie za bardzo widzę możliwości jakichkolwiek zmian. I w moim postępowaniu, i w postępowaniu innych. Ciekawe do czego to doprowadzi?!

 

Eh, miało być milej niż poprzednio, lecz nie udało się. Zaleganie afektu?! Może...

Dla rozweselenia chciałbym zatem na koniec zapodać kawałek, który kojarzy mi się dobrze. Zwłaszcza jak zamknę oczy i wsłucham się w muzykę i słowa...

 

...a hush in the air, you can feel anywhere...

 

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 5 , zobacz komentarze

wściekłość...

2009-07-31 22:50:07

...mnie ogarnęła z samego rana! To trochę niedobrze, gdy dzień zaczyna się od złości. Ale życie pokazuje nad wyraz dobitnie, że niełatwo podyżurowy dzień zacząć z uśmiechem, że samemu niestety świata się nie zawojuje. Bardzo często potrzeba pomocy ze strony innych. I chęci współpracy, bo czasem bardzo wiele od tej fachowej, wydawać by się mogło, współpracy zależy. Bardzo wiele, to znaczy zdrowie i życie pacjenta. Bo przecież dyżur w szpitalu to nie zabawa klockami, czy kopanie dołków w piaskownicy. To bardzo ciężka i bardzo odpowiedzialna praca. Praca, której efekty może zniszczyć ignorancja innych...

 

Przeżywszy kolejny survival z cyklu "wielka medyczna przygoda" zaczynałem już myśleć o orzeźwiającym prysznicu, gdy tuż przed godziną 7.00 pojawiła się w Izbie Przyjęć jedna z moich "ulubionych lekarek" stołecznego Pogotowia Ratunkowego. Narobiwszy dużo szumu i krzyku (jak zawsze gdy wpada do Izby) pozostawiła mi pacjenta ze wstępnym rozpoznaniem "bradykardia". Co do wywiadu - nic. Nawet nie pokusiła się o jego zebranie. Po prostu veni, vidi, vici. Choć w jej wykonaniu powinno brzmieć: zobaczyłam, przywiozłam, zostawiłam! 

 

Fajno! Rzut oka na pseudoelektrokardiogram nakręcony w karetce (kawałek taśmy z zapisem z niewiadomych odprowadzeń) i wiem, że przywieziony mężczyzna ma blok III stopnia. Czynność serca około 30/min. Rzut oka na pacjenta - w całkiem niezłej formie?! Bardzo dobrze toleruje wolną czynność serca. Badam dokładniej - trzyma ciśnienie (130/80 mmHg), czynność serca już koło 55 ("ulubiona lekarka" zakłuła się i podała nawet atropinę), więc dobrze jest. Zatem w tak zwanym międzyczasie, gdy kręcone jest nasze Ekg zbieram wywiad. Zawał serca! Objawy aż nadto charakterystyczne, ale trzeba było się pokusić o zamienienie dwóch, trzech zdań z chorym. Elektrokardiogram potwierdza - "świeży" zawał ściany dolnej. Wszystko pasuje - typowe dolegliwości, przejściowy blok, zaburzenia rytmu serca... 

Zatem hemodynamika... Nie jest łatwo, bowiem okazuje się, że pacjent dodatkowo cierpi na schizofrenię paranoidalną! Wiem, bo pojawiła się rodzina. Krótka rozmowa chorego z żoną i synem pomaga mu w podjęciu decyzji. Tak, wyraża zgodę na zabieg. Uff! Nic bowiem lepszego mu nie zaoferuję. Zatem hemodynamika! Telefon do pracowni, w której zwykle nie odmawiają. Tym razem niestety nie mają szpilki gdzie wetknąć, ale doktor dzwoni do kumpla z innego ośrodka (słyszę całą rozmowę w słuchawce) i bukuje mi tam miejsce! Dzięki ogromne! Przecież liczy sie każda chwila!

 

Teraz telefon do przewoźników. Tych, z którymi mamy podpisaną umowę! Jestem przyzwyczajony do tego, że wypytają się niemalże o rozmiar kołnierzyka i numer buta lekarza zamawiającego przewóz, ale irytuje mnie ogrom czasu traconego na te wszystkie "duperele". Dobra! Zlecenie przyjęte. Wysyłają zespół "R". Pozostaje tylko czekać. Wcześniej zapodałem niezbędne w takim przypadku medykamenty, a że ból w klatce piersiowej nasilał się to i morfina poszła w ruch. Dolegliwości zmniejszyły się, ale na nowo pojawił się blok III stopnia. Extra! Całe szczęście pacjent dobrze to znosi. Wydolny krążeniwo i oddechowo! Podaję atropinę. Poskutkowała poprzednio, więc i teraz może też. Niestety, nie. Cholera! Robi się ciekawo! Blok jaki był, taki jest. Czynność serca równie szybka! 25-30/min...

Nie za bardzo kontroluję czas, bo i po co? Przecież wezwałem zespół "R"... Do chorego z zawałem serca... Do chorego, który ma pojechać do ośrodka z pracownią hemodynamiki... Rzut oka na zegarek! Że co?! Minęło już 30 minut i pogotowie nie przyjechało?! Cholera! Telefon! Dzwonię ponownie z zapytaniem, czy przypadkiem zlecenie sprzed pół godziny gdzieś się nie zawieruszyło (kiepski to bowiem czas okolice godziny 7.00, bo następuje tzw. zmiana, czyli zespoły dyżurujące wymieniają się). Paniusia (bo inaczej jej nie nazwę) ze zdziwieniem informuje mnie, że kolega nie przekazał jej nic o pilności, że nie wiedziała nic takiego, by zespół "R" miał jechać szybko na sygnale... I zadaje mi pytanie: "Czy chory to pacjent z zawałem i jedzie na hemodynamikę?". Wściekłość ogarnia mnie ogromna! Z kim zatem rozmawiałem wcześniej? Jakiś debil siedział przy telefonie? A może jakiś głuchy? A może to moja wina - o tym, że bazgrolę jak kura pazurem wiem, ale może i mowę mam niewyraźną i trudną do zrozumienia? A może ktoś podszywał się pod rejestratora-telefonistę z centrali związanego z nami przez "umowę" przewoźnika? Sabotaż jakiś, czy co? Niedobrze mi się robi, gdy mam do czynienia z ludźmi bez krztyny pomyślunku. Ignorancja i bezmyślność niektórych sięga zenitu. Coraz więcej takich ludzi spotykam na swojej drodze. Niedobrze się dzieje w tym kraju! Paniusia z którą rozmawiałem informuje mnie zatem, że przekazuje zespołowi karetki "R", by jachał szybciej (znaczy się na gwizdkach). Mam nadzieję, że będzie to statystyczne 8-10 minut. Mylę się. "R-ka" przyjeżdza po jakichś 15 minutach. Mam nieokreślone przeczucie, że dopiero mój drugi telefon spowodował wyjazd karetki z bazy. Draństwo! I tyle! Ale dobrze, że w końcu są.

 

I tu, jak zwykle w takich przypadkach (a zgodnie z założeniami filmów Hitchcocka) napięcie zaczyna rosnąć lawinowo. Bowiem pacjent (chyba na widok wchodzącego z uśmiechem na twarzy lekarza zespołu "R") zatrzymuje się. Odruchowo zaczynam prowadzić akcję reanimacyjną. Masaż zewnętrzny! Worek Ambu! Adrenalina! Wezwać anestezję! Jednoczasowo zatrzymuję w drzwiach chętny do odjazdu, a jakże spóźniony w tym momencie, zespół pogotowiarski. Wyreanimuję pacjenta! A wy czekajcie! Jak będzie "stabilny", to zabieracie go na gwizdakach na kardiologię!

 

O dziwo w zapisie Ekg nie asystolia (której obawiałem sie najbardziej), a migotanie komór. Zatem defibrylacja! Po strzale, na monitorze widzę szybki rytm (170/min), chyba czestoskurcz. Teraz bolus z Xylokainy, potem we wlewie. I amiodaron. Pacjent przytomny, odpowiada na pytania. Wyrwałem go z zaświatów! Pani z kosą tym razem przegrała! W elektrokardiogramie ponownie blok III stopnia, ale czynność serca około 50/min. Pacjent ustabilizowany. Przekazuję dokumenty już nie za bardzo uśmiechniętemu lekarzowi. Chory może jechać na hemodynamikę. To jedyny dla niego ratunek.

 

Bardzo dużo satysfakcji z uratownia czyjegoś życia!

Ale i bardzo dużo wściekłości na "kooperantów", którzy straciwszy cenne pół godziny mogli być bezpośrednim powodem śmierci chorego!

Niestety coraz mniejszą mam ochotę występować w tym cyrku i robić za błazna. A horrory wolę oglądać na ekranie, niż przeżywać je na własnej skórze. I chciałbym, by Polska przestała być krajem absurdów

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 4 , zobacz komentarze

kraj absurdów

2009-07-23 22:36:37

Zgadzam się całkowicie z Przenitkiem. Dziwny to kraj. I choć kwestia braku kultury na drogach i chodnikach może bulwersować, to problem ten wydaje się być błahym w porównaniu z tematem zdrowia i życia ludzkiego. O tym chciałbym dzisiaj. Niestety.

 

Dość często bywam ostatnio w Izbie Przyjęć. Po "pierwsze primo" jak to mówił Gajos, zastępuję obecnie urlopującego się kolegę, który zwykle w Izbie Przyjęć od rana buszuje. A po "drugie primo", jakby niewątpliwie Gajos dodał, mam sporą liczbę dyżurów na tymże, jakże przez wszystkich lubianym, bojowym przyczółku naszego szpitala. Wczoraj też. I o tym chciałbym napisać. A właściwie o jednym zdarzeniu, które wczorajszej nocy miało miejsce. Zdarzeniu, które pokazuje jak durnie funkcjonuje opieka medyczna w Polsce i jak durnie pozawiązywane są umowy z różnymi podwykonawcami. Dziwne słowo w medycynie - podwykonawca - ale inaczej chyba nie można tego nazwać. I tak najmilsze słowo z możliwych.  

Przyzwyczajony jestem do chorób osób dorosłych, rzekłbym nawet starszych. I jestem pogodzony ze wszystkimi konsekwencjami tego stanu (i mojego zawodowego wyboru). A że kilka lat już przepracowałem w swoim życiu, to choroby przewlekłe i śmiertelne, cierpienie i umieranie nie robią na mnie już takiego wrażenia jak kiedyś. Jeżeli dotyczy osób w wieku zwanym "podeszłym".

Nie jestem jednak w stanie przyzwyczaić się do chorób dzieci. Dlatego między innymi nie zostałem pediatrą. Nie znoszę, gdy dzieci chorują. Nie znoszę, gdy muszą trafić do szpitala. Nie znoszę, gdy dzieci umierają... Wydaje mi się to trochę niesprawiedliwe, gdy dziecko gaśnie w oczach zatrute przez śmiertelną chorobę...

 

Mam nadzieję, że 2,5-letnia dziewczynka, która znalazła się wczoraj w Izbie Przyjęć zawalczy z trapiącą ją chorobą i będzie dalej radością dla swych rodziców. A było to tak...

Telefon. Małe dziecko nieprzytomne przyniesione przez rodziców. Tutaj?! Tak - mieszkają obok. Cholera. Bliskość szpitala sprawia, że wali się do niego ze wszystkimi problemami. Z relacji rodziców wynika, że dziewczynka diagnozowana na tysiąc okoliczności, ale wszystkie badania są OK. Diagnozowana z jakiego powodu? Trudno powiedzieć. Niby wszystko jest dobrze, ale dobrze nie jest. Jakiś galimatias totalny. W każdym razie do tej pory żadnej choroby nie stwierdzono. Dziś w trakcie dnia spokojna, jedynie kolacji nie chciała zjeść. Wieczorem utrata przytomności, drgawki i wymioty. Ekstra. Miodzio. Lubię jasne przypadki.

Z relacji personelu - dziewczynka wniesiona nieprzytomna, sina, lejąca się przez ręce ojca. Saturacja 89-90%. Bez tlenu. Gdy dobiegam do Izby słyszę krzyk dziecka. Zatem przytomna. Dajemy tlen przez maskę, ale pojawiają się wymioty. Dziewczynka wygina się w pałąk i aspiruje zwymiotowaną treść. Jak nic będzie zachłystowe zapalenie płuc. Ale przynajmniej ryczy na całego i jest przytomna. Krótkie badanie. Nad płucami sporo furczeń i rzężeń. Wydaje się być gorąca. I trochę jakby źle reaguje na badanie neurologiczne. Krzyczy niemiłosiernie, gdy chcę jej główkę przygiąć do klatki piersiowej. Jakby mały opór? Może jakaś neuroinfekcja? Całe szczęście saturacja na tlenie 99-100%. Nie ma co kombinować, trzeba dzwonić po zespół R i przewieźć małą na pediatrię.

 

I tu zaczyna się opowieść o absurdach naszej pracy.

Telefon do pierwszych przewoźników. Powinni mieć nawet R-kę pediatryczną. Nie, nie mają. Ale problem jest inny. Dypozytor nie wie, czy może do mnie wysłać zespół, bo nie mamy wspólnej umowy. G...o mnie to obchodzi mówię! 2,5-roczne dziecko! Nie wiem co mu jest! Trzeba pilnie hospitalizować w szpitalu pediatrycznym! Nie, trzeba porozmawiać z głownym dyspozytorem, czy jakimś kierownikiem... Walcie się! Mam nadzieję, że rozmowa jest rejestrowana!

Przewoźnik numer dwa. Mamy nawet umowę podpisaną, ale jest tylko jeden zespół R. Możliwy jest przyjazd, ale najwcześniej za 1 godzinę. Jak to możliwe, że dysponujecie tylko jedną R-ką? Ano tak jest. Walcie się! Potrzebuję zespołu teraz! Czy doktor zatem rezygnuje z przewozu? Walcie się! Będę dzwonił dalej. Kto pierwszy przyjedzie ten zabierze dziecko. Reszta mnie nie obchodzi! Mam nadzieję, że ta rozmowa także jest rejestrowana! 

Przewoźnik numer trzy. Mają R-kę. Zespół aktualnie wolny. Hurra! Dawać ich na gwizdakach!  Ale doktorze, nie mamy z wami umowy podpisanej. Cholera! Co jest! Umowa ważniejsza niż życie ludzkie?! Niż życie małego dziecka?! Wpadam na świetny pomysł. Mówię, że jestem osobą prywatną (nie lekarzem dyżurnym Izby Przyjęć!) i pod adres szpitala chcę zespołu R do dziecka. Kobieta po drugiej stronie chyba słyszy moją desperację i mówi: Wysyłam! Uff! Ulga! Ale nie do końca. Kobitka jeszcze próbuje. A jak będę musiała zapłacić z własnej kieszeni, to co? Kurwica mnie bierze totalna. Mam ochotę rzucić słuchawką, ale mimo wszystko tłumaczę, żeby się nie martwiła... tylko niech wysyła w końcu ten nieszczęsny zespół R! A jak trzeba będzie, to zapłacę ja!! W końcu podałem swoje dane i wzywam R-kę jako osoba prywatna!!! Zrozumiano!!!!

20 minut spędzone na telefonie! 20 cennych minut, często ratujących bezcenne życie ludzkie... Całe szczęście z dzieckiem jest trochę lepiej, ale gdyby tak nie było to co? Do rozwalonych w pijackim widzie łbów karetki jeżdżą na gwizdkach. A tu, do małej dziewczynki nikt się nie kwapi. Trzeba jakichś umów, zgód dypozytorów, telefonów do władz. Kogo to obchodzi? Na pewno nie rodziców dziecka! Poza tym pogotowie wzywa lekarz, a nie osoba nie mająca pojęcia o stanie zagrożenia życia. Więc tym bardziej powinno się udzielić pomocy. Ale nie! Ogólna znieczulica! Umowa ważniejsza nad życie! 

I kolejny związany z całym wydarzeniem absurd. Zespół R jedzie do mnie 40 minut! O godzinie 21-ej. Chyba jadą ze Szczecina, bo średni czas przybycia karetki to podobno 8-10 minut! Czterokrotnie przekroczona średnia! Umrzeć można z samego czekania! PARANOJA!

 

Jedyny pozytyw taki, że szczęśliwie dojechali, a dziecko zostało przyjęte do szpitala dziecięcego. Niestety nadal nie wiadomo co małej osóbce jest...

Dziwny to kraj... Niewątpliwie absurdem stojący!

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 23 , zobacz komentarze

nocne wizyty

2009-07-20 23:50:31

No cóż. Moje przepowiednie z poprzedniego postu niestety się spełniły. Co prawda nie miałem do czynienia z cierpiącymi na infekcję wirusową, ale "jakość" schorzeń miała podobny charakter.

 

Młody mężczyzna (lat chyba 26), którego jakiś komar czy inna mendoweszka uchlała w kolano kilka dni temu, zgłosił się w nocy do Izby Przyjęć bowiem nie do końca może swą "chorą" kończynę wyprostować. Fakt - obrzęk, zaczerwienienie i bolesność (wszystkie składowe satnu zapalnego) nieco dokuczają w wyproście kolana, ale poza tym jakiegoś specjalnego zagrożenia życia nie stwierdziłem. Zwłaszcza powodu do nocnej wizyty w naszym medycznym przybytku.

 

Starsza kobieta (gdzieś kole 70-ki) wróciwszy z wywczasów z Nałęczowa postanowiła się chyba upewnić, czy rozpoznany przez tamtejszego doktora półpasiec rzeczywiście pólpaśćcem jest. Jak cholera! Objawy tak charakterystyczne, że i Goździkowa rozpoznałaby je bez problemu. A nuż w szpitalu, nad ranem, lekarz postawi inną diagnozę? NIE! TO PÓŁPASIEC. Jedynym wytłumaczeniem starszej pani, a i powodem do lekkiego uśmiechu na mej twarzy, było to że w nałęczowskim spa żadnej terapii (poza NLPZ) nie zaordynowano, co spowodowało intensywne dolegliwości bólowe w nadbrzuszu. Musi być, że żołądek. Tak mówi mi doświadczenie i literatura fachowa. Zadowolony z siebie, z pewną satysfakcją wypisałem zarówno PPI jak i leczenie celowane. Ze smutną jednak miną poinformowałem o możliwości utrzymywania sie bólów po półpaśćcu do końca życia, co upierdliwe może być i tyle.

 

Przebojową nocną wizytę zostawiam na koniec. Wydawać by się mogło, że biorę udział w jakimś horrorze. Wszak rzecz działa się kole drugiej w nocy, a wycia zza ściany nie należały do rzadkości (wszak koledzy ortopedzi walczyli na ostrym dyżurze), a stukająca do nich klientela (notabene czekająca po kilka godzin w kolejce) przypominająca ostatnich ocalałych z pogromu zombie uciekinierów, miała jedynie mord w oczach. Lecz to nie horror - komediodramat jakiś, czy tragifarsa. Oto bowiem 45-letnia kobieta zgłosiła się do Izby Przyjęć, bowiem... nie mogła zasnąć. Przyszła oczywiście ze współtowarzyszem niedoli (chyba nieszczęsnym mężem). Czuła się jakaś taka rozdygotana (co zwykle ustępowało jej po 1-2 godzinach), a tej nocy właśnie nie chciało (to już chyba 5-ta godzina meczarni!). Kiedyś już coś takiego się zdarzyło. Miałam wtedy straszne zaburzenia elektrolitowe! Kroplówka z potasem mnie uzdrowiła!

Nie! Pełnia jakaś dziś, czy co! Patrzę za okno - nie! Chyba jakieś wariatkowo?!

Co prawda w niepełnym oświetleniu cera kobiety wydawała sie jakaś szaro-żółta, ale przecież w ciemno jej potasu toczyć nie będę, bo w badaniu fizykalnym odchyleń od stanu prawidłowego nie stwierdzam. Nie. Nic jej nie przetoczę! Poczeka sobie zatem kilka godzin na badanka! Złapawszy zatem ze dwie godziny odpoczynku otwieram na dźwięk telefonu oczy. Za oknem już szarówka - pewno gdzieś koło czwartej nad ranem. Są wyniki badań. Trąc zaspane oczy wchodzę do gabinetu internistycznego. Rzeczona kobieta leży (a jakże - przecież ciężko chora) przykryta kocem na leżance. Przy niej wcześniej wspomniany towarzysz niedoli (oczywiście, że trzymający pacjentkę za rękę). Zza węgła widzę ironiczny uśmiech pielęgniarki - ta już wie, że wszystkie wyniki badań są prawidłowe. Zatem informuję, że jest jak jest, że w badaniu fizykalnym nic, że ciśnienie prawidłowe, że w Ekg nic, że w badaniach laboratoryjnych nic, że właściwie nie było powodu do wizyty w Izbie Przyjęć, że można pójść do domu, że prędzej pomoc psychiatry (niestety tego już nie mówię)...

Delikwentka (bo tak ją teraz nazwę) stwierdza, że teraz to ona pójdzie do domu się porządnie wyspać, a i tak wybierze się do SWOJEGO lekarza, skoro nic nie rozponałem. Kątem oka łąpię jedynie westchnienie i udręczony wzrok jej współtowarzysza. Dziwne, że facet nic się nie odezwał?! Musi być, że kocha. Przez duże K!

 

Właściwie nie pierwszyzna w takich przypadkach, ale zawsze irytują. Pracujemy w Izbie Przyjęć po to, by ratować ludzkie życie, by pomagać chorym. Nie złoszczę się, gdy pacjent w zagrożeniu zycia wjeżdża w najbardziej strasznym dla lekarza momencie. Nie jestem wściekły, gdy muszę (nawet pomimo braku chęci i zmęczenia) wykazać się wiedzą i zdobytymi przez lata umiejętnościmi. Nawet gdy jest to 30-ta lub więcej godzina dyżuru. Nawet gdy jest to głęboka noc lub już dzień. Po to tu jesteśmy!

Jednakże, gdy mam do czynienia z przypadkami błahymi, to irytacja narasta. Jeżeli te przypadki następują jeden po drugim - irytacja narasta jeszcze szybciej. I coraz mniej chce mi się funkcjonować w tym systemie. Zwłaszcza po dyżurze, na którym muszę zajmować się tygodniowym bólem stopy, ciężką według słów pacjenta gorączką (37,5 stopnia!), niewielkim obrzękiem po użądleniu przez owada błonkoskrzydłego, czy bólem gardła! Lub robię jako lekarz Izby Wytrzeźwień!

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 14 , zobacz komentarze

out of order

2009-07-19 12:27:58

Mimo, że ostatni mój dyżur (piątek 17 lipca) nie należał do najtragiczniejszych, to chyba zdarzyło mi się złapać jakieś cholerstwo. Musi być wirus, bo objawy pasują. Nieprzyjemne wibracje w żołądku, sraczka, głowaból i rozbicie. Totalne. Z rańca po dyżurze rzęsisty pot na czole, twarz szaro-żółta, sińce pod oczami, wszystkie mięśnie bolesne. Resztką sił dokonałem zakupów na pobliskim ryneczku (bazarku, czy targowisku jak kto woli) i wróciwszy do domu walnąłem się do wyra. Musi być, że spociłem się okrutnie, bo cała pościel (a ja w niej) pływała od potu. Trochę dopomogła temu aura (o której dużo w poprzednich postach - bo duszno i parówa), więc właściwie czemu się dziwić? Ale to chyba nie to. W tak zwanym międzyczasie kilka wizyt w przybytku zwanym toaletą. Nie będę opisywał dokładnie szczegółów z tym związanych... Całe szczęście bez gorączki, choć przecież jako medyk nie pokwapiłem nawet się jej mierzyć :) Wiadomo - szewc bez butów chodzi. Pokręciwszy się trochę po chałupie ległem po raz drugi w wyro. Kolejne kilka godzin w objęciach Morfeusza, pływającego w jeziorze potu. Wieczorem trochę lepiej. Obudziłem się nawet głodny, ale z rozsądku nie pokusiłem się o spożycie posiłku. Jedynie płyny w dowolnej ilości, bo na szczęście żołądek nie odmawiał współpracy w ich przyjęciu. Trza dziadostwo zwalczyć, bo przecież jutro (tzn dziś - 19 lipca) ponownie przygoda w Izbie Przyjęć. Więc powrót do łóżka. Zaspać cholerstwo na amen! To jest metoda! Chyba skuteczna, bo każde zamknięcie oczu sprawia, że obudziwszy się czuję się lepiej. Łącznie przespałem chyba z 15 godzin...

Dziś jest lepiej, ale nie do końca. Co prawda wyglądam już jak człowiek (nie jakieś zombie), ale ogólne samopoczucie niespecjalne. I dyżur. Oby było spokojnie, bo cały tydzień pracy przede mną. I na pewno delikwenci z podobnymi objawami jak nic będą się pojawiali na Izbie Przyjęć. Znając życie w środku nocy...

Cóż! Upadek autorytetu! Nie ma szacunku dla nikogo, zwłaszcza dla lekarza!

A ja się czuję zmęczony i bez sił:

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 10 , zobacz komentarze

parówka

2009-07-16 22:32:16

Znając moje upodobania (patrz urlopowe smaki i kuchnia) możnaby się spodziewać kolejnego postu o tematyce kulinarnej. Parówki rzeczywiście towarzyszą mi niemalże codziennie, są bowiem jednym z podstawowych produktów spożywczych na dyżurze. Łatwo je przetransportować (wszak zapkowane są szczelnie) a i z kwestią przygotowania do spożycia nie jest źle (można je spożyć na zimno, co nie zabiera przecież wiele czasu). Któż nie lubi hot-dogów (zwłaszcza na stacji Statoil?), gdzie parówka (obecnie zastępowana także różnymi kiełbaskami) jest podstawowym składnikiem tego nieskomplikowanego dania. I skomplikowanego zarazem. Ileż bowiem zależy od rodzaju bułki. A jakże ważny jest rodzaj dressingu, gatunek ketchupu czy musztardy zapodanych razem z parówką i bułką... Eh! Niby nic a cieszy! Nawet moja latorośl (wybredna jak nie wiem co jeżeli chodzi o jedzenie) zasmakowała w tak mało, wydawałoby się, wyrafinowanym posiłku.

W czasach kryzysu parówki wzbudzały równie niezdrowe emocje co obecnie radio Maryja i ksiądz dyrektor, majtki Dody (lub ich brak), kolejne operacje nieżyjącego już "króla popu" Jacko, czy mająca pojawić się w sierpniu na koncercie "skandalistka" Madonna. Mistrz polskiej komedii prześmiewczo przedstawił to tak:

 

  

 

Eh, te kulinaria! Odciągnęły mnie od głównego tematu mojego postu. Właściwie będzie on ciągiem poprzedniego. Parówka, a właściwie parówa dziś była. Czlowiek nie ma ochoty na żaden ruch. Zwłaszcza odkleić się od krzesła, odejść od dającego względny chłód klimatyzatora i wyruszyć na obchód do pacjentów leżących w salach z "naturalną klimatyzacją", czesto pogarszającą jeszcze sprawę panującej duchoty. Lub ruszyć do pracowni endoskopowej, gdzie wiatrorób w postaci wentylatora daje ochłodę jedynie skierowawszy strumień powietrza bezpośrednio na siebie samego. Mielenie przezeń powietrza w innych kierunkach zupełnie nie ma sensu. Jest jeszcze Izba Przyjęć, w której o ile się nie mylę dach stanowi metalowa blacha (doskonale słychać jej dźwięk podczas deszczu), która podczas słonecznej pogody może również służyć za płytę grzewczą, a wnętrze Izby Przyjęć zaczyna przypominać warunki panujące w kuchence mikrofalowej (znów te kulinaria). Oczywiście w trakcie stawiania budynku obecnej Izby Przyjęć nikt nie pomyślał o klimatyzacji, więc w dni takie jak ostatnio człowiek czuje się jak parówka w ukropie!

Na dodatek sąsiad spotkany w windzie uśmiecha się radośnie i twierdzi, że lubi takie pogody. Na moje stwierdzenie, że klimę mam tylko w samochodzie (właściwie to ogromna radość przecież, choć w pracy spędzam znacznie więcej czasu niż w samochodzie) uśmiecha się tym razem ze zrozumieniem twierdząc, że ma zatem o wiele więcej szczęścia niż ja (bowiem pracuje w warunkach klimatyzowanych). W sumie jestem jednak zadowolony, bowiem mogłoby być jezscze gorzej. "Parówka" za zamkniętymi szybami. Jak w piosence Tiny Turner :)

 

czytaj resztę »


porno i duszno

2009-07-15 22:42:25

Bynajmniej, wbrew tytułowi, nie mam ochoty perwersyjnie rozwodzić się nad ludzkimi zachowaniami seksualnymi...

Dziś o pogodzie, która niestety intensywnie wpływa na naszą funkcjonalność. Jest parno i duszno. Pot leje się ciurkiem już nie tylko po czole, ale cienką strużką spływa swobodnie po karku i plecach dochodząc czasami do ich dolnej partii, tyłkiem po prostu zwanej (jednak coś o seksualności). Pot zatem leje się po tyłku, a każdy ruch sprawia, że tej mokrej wydzieliny gruczołów potowych przybywa w tempie zastraszającym. Nie wiedzieć czemu im bardziej człowiek jest zmęczony, tym bardziej się poci. Przynajmniej ja tak mam. A że zmęczenie ostatnio narasta w tempie lawinowym, to i lawina kropli spływających kasakadami po ciele jest większa.

O przypominających saunę warunkach panujących w naszym pokoju lekarskim pisał już kiedyś Przenitek. Klimatyzator zakupiony za własne składkowe pieniądze nieznacznie poprawia tylko komfort pracy. Nie za bardzo jest to bowiem możliwe, bo ogrzewanie mamy zapewnione non stop. Gabinet usytuowany jest od strony południowo-wschodniej i na nim kończy się budynek szpitala. Zatem operujące od samego rana słońce nieźle nagrzewa ściany zewnętrzne budynku przenosząc ciepło do jego wnętrza. Na dodatek pod gabinetem znajduje się kotłownia dająca równie dużą (jak nie większą) porcję promieniowania cieplnego. Warunki zatem ekstra, choć wspomniany klimatyzator naprawdę sprawia radość.

Jest jednak w gabinecie lekarskim miejsce, które nazwałbym nawet nie sauną a łaźnią turecką (dosłownie i w przenośni). To łazienka. Fajno, że jest i nie trzeba gnać na drugi koniec oddziału za potrzebą i z rańca po dyżurze można się wykąpać. Ale w połączeniu z wcześniej opisywaną emisją ciepła z każdej strony przebywanie (nawet krótkotrwałe) tamże staje się niezłym wyczynem. No, chyba że ktoś lubi pływać.

Dziś, po kolejnej porcji dyżurowych doznań władowałem się do kabiny prysznicowej chłonąc przyjemność lejącej sie na łeb wody spłukującej z ciała, zebrany w trakcie 24 godzin, lepki pot. Ekstra! Przez chwilę. Ręcznik w ruch - wycieram mokrość z siebie i... wydaje mi się, że ponownie jestem mokry. Że niby ręcznik nie zbiera? A może jestem tak zmęczony, że czegoś tam nie wytarłem dokładnie? Otóż nie! Zebrana w małym pomieszczeniu para wodna powoduje tak dużą wilgotność, że człowieka pot zalewa strumieniami i staje się w krótkiej chwili równie mokry jak przed wyjściem z kabiny prysznicowej...

Fajny poczatek dnia. A zapowiedzi synoptyków mówiły o 32-stopniowym upale...

Cały dzień był lepki i mokry, mokry i parny, parny i duszny. Prawie jak przed tajfunem. Wieczór też jakiś taki nie dający ochłody. Jutro ma być podobnie. I znowu będę miał wrażenie jakbym stał na deszczu, gdy strugi potu zalewają głowę i spływają po mych członkach (a jednak porno!).

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 7 , zobacz komentarze

upoj(o)ny dyżur

2009-07-06 21:23:15

Sobota. Dla większości dzień wolny od pracy. Dla mnie akurat nie (miałem dyżur w Izbie Przyjęć), ale nie o tym. Zatem dzień wolny od pracy, dodam że parny i gorący. Najfajniej byłoby siedzieć gdzieś nad wodą (na wodzie lub w wodzie) i popijać zimne piwko (przecież wszystko jest dla ludzi). Zatem dzień wolny od pracy, parno, gorąco i pić się chce. Jak cholera. Niektórym bardziej niż innym. Do tego niekoniecznie wody (gazowanej lub nie), soków lub oranżady, niekoniecznie kawy czy herbaty (zwłaszcza mrożone są ekstra w taki upał, choć to te gorące naprawdę gaszą pragnienie), niekoniecznie nawet wcześniej wspomnianego piwka! Niektórym w taki dzień chce się pić tzw. alkohole wysokoprocentowe. W dodatku w ilościach powalających niejednego na łopatki i w warunkach urągających czemukolwiek. Bowiem pite na świeżym powietrzu w pełnym słońcu napoje wysokoprocentowe działają naprawdę zniewalająco. Dosłownie i w przenośni.

Sobota. Przyjazd zespołu Pogotowia Ratunkowego. Godzina 10.00, może 11.00. Rozpoznanie: "upojenie patologiczne"! Ciekawe skąd to wiedzą?! Bo według definicji to bardzo rzadko pojawiający się stan krótkotrwałych zaburzonych zachowań i świadomości z gwałtownymi nieukierunkowanymi działaniami i niezrozumiałą agresją, pokryty niepamięcią (może wystapić po dowolnej ilości wypitego alkoholu). To, że delikwent będzie miał niepamięć to pewnik, bo leży jak kłoda, ledwie reaguje na ból, a woń roztaczająca się wokół mogłaby posłużyć reklamie jakiejś gorzelni. Zatem może prędzej zatrucie alkoholem? Ale nie. Na skierowaniu stoi jak wół: "upojenie patologiczne". To i tak lepiej niż wcześniej stawiane w takich przypadkach rozpoznanie: "stan po zasłabnięciu". Trudno. Zbadać trzeba... Poza tym, że jest "uchlany w tak zwanego trupa", to nic mu nie jest. Stężenie alkoholu - 3,46 promila. Nieźle, ale rekord to nie jest. Postępowanie rutynowe - niskie nosze (żeby sobie łba nie rozbił), płyny w żyłę (głównie glukoza) i czekamy, aż nadmiar płynów znajdzie ujście drogą naturalną (tzw. wody płodowe odpłyną). Wtedy to takowy delikwent najczęściej budzi się i odchodzi w kierunku nieokreślonym... Czasem hasło "Kolska" (przy tej ulicy znajduje sie stołeczna Izba Wytrzeźwień) działa na takowego jak płachta na byka i jeszcze szybciej odzyskuje "świadomość" (jeżeli wogóle takową kiedykolwiek posiadał). Nie zatrzymujemy siłą...

Sobota. Trochę później - około 13.00 (dawniej o tej porze rozpoczynała się sprzedaż alkoholi, dziś - wolna amerykanka, sklepy całodobowe, stacje benzynowe - chlać można przez całą dobę). Kolejny przywieziony "chory". Rozpoznanie na skierowaniu - "upojenie patologiczne"!! Czyżby rodzina tamtego? Kolejny rzadki przypadek w naszej Izbie Przyjęć! Co za ciekawy dzień! Badania - 5,58 promila. Też nie rekord, ale całkiem nieźle. Postępowanie podobne. Po kilku godzinach pojawiła się zaniepokojona rodzinka (w tak zwanym miedzyczasie miał już w pokoju VIP-owskim towarzysza niedoli). "Czy ktoś go zatruł?" Odpowiadam: "Nie widzę śladów krępowania na rękach, czy nogach, twarz nie poharatana, i wogóle nie stwierdzam śladów przemocy fizycznej, więc zakładam że nikt siłą nie zmuszał do picia alkoholu... Zatem zatrucie tak, ale na własne życzenie..." Zabrali "upojonego" do domu. Nawet nie czekali na papiery...

Sobota. Godzina 14.00. Kolejne "upojenie patologiczne" przywiezione przez zespół pogotowia. Cholera. Same ciekawe przypadki. Rzadkie to przecież rozpoznanie, a w dniu dzisiejszym już trzeci taki przypadek w naszym szpitalu! Tym razem zapowiadają się schody. Łeb rozwalony. Jedno oko wygląda jak dorodna fioletowa śliwa - szpara powiekowa niemożliwa do rozwarcia. Nos rusza się we wszystkie strony. Zatem trzeba CT. Głowa z twarzoczaszką. Co ciekawe - delikwent gada. Nie, że sam z siebie. Trzeba trochę cierpliwości i tzw. bodźców drażniących, ale przemawia. Podaje nawet swoje personalia, datę urodzenia i miejsce zamieszkania (dokumentów przecież nie ma, bo zapewne gdzieś zginęły). I tu (poza oczywiście upojeniem z rozpoznania) zaczyna się kolejna patologia... Bowiem niezbyt przekonany co do wybełkotanych danych osobistych "pacjenta" pozwoliłem sobie zadzwonić na Policję. Wiem, że często to właśnie Policja jest "pierwszym kontaktem" dla podobnych osobników. Zatem zadzwoniłem na Policję chcąc uściślić cudem zdobyte przeze mnie od "chorego" dane. I co? Nie można od ręki ustalić tego typu wiadomości... Trzeba uruchomić zespół wyjazdowy... Bo trzeba protokół i takie tam inne... Po godzinie przyjechało dwóch funkcjonariuszy (bez pasków na pagonach, więc najmłodsi). Nawet nie byli zdziwieni problemem. Na moje hasło, że trochę szkoda tracić kasę podatników (także moją przecie!) na takie duperele wysyłajac dwójkę ludzi do sprawdzenia danych nawet nie byli zdziwieni. Chyba to nie jest najgłupsze zadanie z jakim mieli do czynienia w trakcie służby! W każdym razie ustalenie danych polegało na głośnej rozmowie przez krótkofalówkę z kimś kto sprawdzał w komputerze, tak pieczołowicie wyłowione przeze mnie z głębin alkoholowych oparów, dane. Wydaje mi się, że z tym kimś od komputera z danymi można się porozumieć tylko przez krótkofalówkę! Ależ niesamowita organizacja pracy! Podziwiam Policję! Koniec końców dane osobniczo-adresowe zostały potwierdzone (co upewniło mnie o braku powikłań mózgowych po urazie i o całkiem niezłej "głowie" delikwenta!), w CT poza nosem z wieloodłamowym złamaniem nic złego nie było, laryngolog za bardzo "przypadkiem" sie nie przejął, a sam rzeczony po odejściu "wód płodowych" odszedł w siną dal... Aha, "upojenie" wynosiło 5,21 promila...

Sobota. Już nie pamiętam która godzina, ale później. Tym razem poważna sprawa! Podtopienie. Ale z zabarwieniem upojenia alkoholowego w tle (tym razem bez epitetu "patologiczne"). Dzień bowiem gorący i parny, pić się chce jak cholera, więc ludziska piją co im kto da (zwłaszcza kolega przecież), a że starczyło tylko na wysokoprocentowe trunki, wiec się piło takowe. Wypiwszy do woli delikwent chciał nieco ochłodzić się w jednym ze stołecznych wodotrysków. Nie była to tak znana fontanna jak rzymska "di Trevi", ale wystarczyło by straciwszy nieco równowagę dać nura w odmęty rozpoztartej wokół fontanny "sadzawki" i próbować oddychać przez wodę. Niestety nie do końca się to udało (choć może jaźń mówiła, że jest się jakąś rybą na przykład). I szczęście, że koledzy od kieliszka wykazali się dobrym, jak na warunki spozycia, refleksem. Powiem tylko, że niedoszły "topielec" miał jedynie 2,46 promila... Niestety jako jedyny został przyjęty do szpitala. I to do OIOM!

Sobota. Nie, już niedziela. A może poniedziałek?

Chyba nie ma znaczenia, jaki jest dzień. Świątek, piątek, czy niedziela - karuzela upojenia alkoholowego (niestety nie patologicznego, jakby chcieli koledzy z pogotowia) kręci się na całego. A płacimy za to my wszyscy! Przywożąc do szpitala, przyjmując do oddziałów, wykonując kosztowne badania... Naprawdę bogaty (ale i paradoksalnie chory) kraj ta nasza Polska...

 

Przestanę chyba zamieszczać posty, bo ogarnia mnie fala ogólnego pesymizmu i depresji. Załączam zatem poniżej, związany (poniekąd) z tematem dzisiejszego wpisu kawałek :)

 

 

Ktoś kiedyś nazwał dyżur wielką medyczną przygodą. Jeżeli okres wakacyjny ma obfitować w doznania przedstawione powyżej, wolę jednak urobić się po pachy i mimo wszystko mieć choć odrobinę satysfakcji ze swojej pracy. Tak jak na dyżurze przed kilkoma miesiącami... 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 8 , zobacz komentarze

długo (i nie wiem czy na temat)

2009-07-04 00:28:55

Wychodząc ostatnio po dyżurze (gdzieś kole 14.30) założyłem sobie, że będę w pracy spędzał minimum niezbędnego czasu. I miałem nadzieję, że o godzinie 15-tej pozostanie po mnie w robocie jedynie przeciąg. Niestety ani przeciągu (lub choćby powiewu wiatru) ani wcześniejszego wyjścia (lub chociażby wyjścia o czasie) nie udalo się zrealizować. Z różnych powodów...

Wydaje mi się, że jestem osobą dość zorganizowaną i zborną w tym co robię, że nie marnotrawię za bardzo czasu na byle co (jedynie chwile spędzone z nałogiem, choć jest ich coraz mniej), ale niestety nie udaje mi się ogarnąć wszystkiego w ciagu przepisowych 7 godzin i 35 minut pracy. Z różnych powodów...

Mając (na szczęście) do pomocy Tomka - stażystę podyplomowego, odpada mi szereg najprostszych, ale jakże koniecznych w naszej pracy zadań. Wpis w historie chorób codziennych (sic!) obserwacji, zbieranie podpisów pod wszelkimi wyrażanami przez pacjentów zgodami (na badania inwazyjne, na drobne zabiegi, kardiowersje elektryczne itp.), wypełnianie ankiet w przypadku badań z użyciem kontrastu, zebranie wywiadów epidemiologicznych, przyniesienie (często powiązane niemalże z wyrwaniem z gardła) wyników badań laboratoryjnych i obrazowych, załatwianie konsultacji (tzn. zmuszenie konsultanta do przyjścia), wiszenie czasem na telefonie w celu ustalenia terminów badań (i innych terminów), w końcu wpisanie wszystkich badań za pomocą komputera do tworzonej na bieżąco (inaczej chyba się nie da) karty informacyjnej pacjenta razem ze wstępną (dalej przeze mnie poprawianą) epikryzą - to wszystko załatwiane jest przez Tomka. I wielu jemu podobnym, którym w tym (może także przez nich czytanym) miejscu dziękuję i przepraszam, że tak wygląda ich staż podyplomowy. Wiem, że takich rzeczy jak organizacja pracy, pisanie epikryz, czy swego rodzaju umiejętności załatwiania spraw wszelakich także trzeba się nauczyć, ale z medycyną nie do końca ma to coś wspólnego. Wkradł się jakiś drobny feler w całość programu kształcenia lekarzy (tym jest przecież także staż podyplomowy). Ale mając nawet do pomocy tak sprawnego zawodnika, jakim okazał się być Tomek, nie byłem dziś w stanie wyrobić się ze wszystkim na czas. Z różnych powodów...

Postaram się je zatem jakoś uporządkować:

1. Brak współpracy. Między nami lekarzami, zwłaszcza różnych specjalności... Wielogodzinne oczekiwanie na konsultacje (choć opatrzone są etykietką PILNE!) i niechęć przed podjęciem wiążącej decyzji odbierąją człowiekowi chęć do czegokolwiek. Zwłaszcza do kontaktów ze "specjalistami".

2. Brak współpracy między lekarzami a personelem średnim i niższym. Właściwie nic nowego, ale strasznie irytujące. Brak możności porozumienia się, co strasznie spowalnia pracę (trzeba dosłownie wszystko sprawdzać, zwlaszcza to co się wydaje być pewnikiem w pierwszeństwie do realizacji). Oczywiście generalizuję. Są bowiem chwalebne wyjatki, ale policzyć na palcach jednej ręki. Zatem nic nowego, powinieniem się do tego przyzwyczaić. Ale nie mogę. 

3. Telefony. Tysiące telefonów wykonywnych w jekiejś sprawie. O umówienie konsultacji, o przeniesienie pacjenta, o wynik pilnych badań, o ustalenie terminu badań, o milion innych rzeczy... I choć często wykonują to właśnie nasi pomocnicy (czytaj stażyści różnej maści), to niestety dopiero osobisty kontakt (chociażby telefoniczny) jest w stanie pchnąć sprawę do przodu. Hektolitry przelanego czasu przez słuchawkę telefoniczną.

4. Tzw. "prace dodatkowe". Poradnia, gastroskopie, konsultacje, zastępstwa w Izbie Przyjęć, drobne zabiegi w oddziale (punkcje, pobieranie gazometrii, kardiowersje - do tych nie mam zastrzeżeń, ale często podanie picia choremu, nakarmienie, pomoc w staniu z łóżka i inne pielęgniarskie czynności), które także są czasochłonne.

5. Papierzyska. O nich nawet nie chce mi się pisać. Z matematycznego punktu widzenia możnaby przedstawić to jako "Biurokracja!" (czytaj biurokracja silnia). Wystarczy zaznaczyć, że wszystko (sic!) musi być opatrzone pieczątką lekarza.

Te i inne czynności pochłaniają multum czasu i energii potrzebnej do prawidłowego funkcjonowania i "terminowego wyrobienia się". Wymieniać możnaby dalej. Ale po co? Nie widzę szans poprawy w najbliższej pięciolatce, bowiem nie wymieniłem najbardziej istotnych powodów takiego stanu rzeczy. Przede wszystkim nie mogę się wyrobić, bowiem starość nie radość mówi przysłowie - coś w tym jest (myślę sobie), ale przecież nie jestem aż tak stary by nie móc sobie jakoś z tym poradzić. Zatem to nie to. Już wiem - zmęczenie, przewlekłe zmęczenie, narastające przewlekłe zmęczenie, lawinowo narastające przewlekłe zmęczenie. Mógłbym jeszcze parę epitetów tutaj dodać stwarzając zdanie koszmar, ale przecież ze zmęczeniem też jakoś sobie daję (mimo wieku) radę. Więc to także nie powód...

 

Dobra. Żarty na bok. Nie mogę się wyrobić na czas, bo mam zbyt wielu pacjentów pod swoją opieką, zbyt dużo rzeczy do zrobienia, spraw do rozwiązania (oczywiście tych związanych z pacjentami) a personelu (tego pracującego uczciwie) niestety brak. I to nie tylko w naszym oddziale, choć u nas sytuacja wydaje się być dramatyczna!

A poza tym (i to jest chyba najgłówniejszy z głównych powodów) nie lubię pozostawić komuś na głowie jakiejś sprawy nie do końca załatwionej, czy uporządkowanej. Zwłaszcza jeżeli jest to związane z istotnym zagrożeniem zdrowia, czy życia chorego... Patrząc na ostatnie zdanie wydaje mi się, że nie przystaję jakoś do dzisiejszych czasów. Dobrze, że znam jeszcze kilka takich osób bo czułbym się samotnie :)

Na dodatek mam szczęście, że nie mieszkam strasznie daleko od miejsca pracy. Gdy wyjedzie się o właściwej porze swobodnie zdążam na poranną odprawę. Zatem może być gorzej :)

 

 

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 8 , zobacz komentarze

podyżurowo, depresyjnie, refleksyjnie

2009-07-01 23:25:25

Skończył się mój krótki dyżurowy maratonik. Co prawda następny dyżur już niedaleko, ale przynajmniej 3 dni wypoczynku (czytaj pracy bez dyżuru) miną nim ponownie trzeba będzie spędzić całą dobę w murach szpitala. Nie mam już niestety tyle sił co kiedyś, ale mimo to jestem zaskoczony swoją kondycją. Bardziej fizyczną niż psychiczną, bo ta druga zaczyna szwankować. I to nie tylko ze względu na kolejne "medyczne przygody", do których z biegiem lat się przyzwyczaiłem...

Niestety okoliczności, nazwę je "pracowe", nie napawają optymizmem. Funkcjonowanie w miejscu niewiele chłodniejszym od kaflowego pieca (przenitkowa sauna) przy obecnie panujacych warunkach pogodowych staje się szkołą przetrwania w warunkach ekstremalnych. Poza tym tzw. czynnik ludzki, od którego przecież wiele zależy zaczyna powoli ulegać rozkładowi. I nie chodzi bynajmniej o związek z temperaturą otoczenia. Przytoczę chociażby koleżeńskie blogi Kaeri i Przenitka obfitujące wręcz w depresyjne posty na temat atmosfery. Tej w pracy, nie na zewnątrz. To tylko jakby wierzchołek góry lodowej. Są młodzi, a już zniechęceni. Co mają powiedzieć stare pryki jak ja? Także odczuwam narastające zniechęcenie do wszystkiego co związane z obecnym miejscem zatrudnienia. Nie z pracą jako taką - kocham medycynę, kocham szpital i, co może wydać się dla niektórych dziwne, lubię także dyżurować. Taki sobie zawód wybrałem i choć tropikalne wręcz warunki panujące w pokoju lekarskim (i nie tylko) nie sprzyjają wydajnej pracy, to bardziej boli jednak narastająca wśród współtowarzyszy niedoli apatia, wzajemna agresja, a w niektórych przypadkach (nie boję się użyć tego słowa) samolubstwo. Ja wiem, że człowiek jest tak skonstruowany, by robić sobie dobrze, ale niestety jeżeli ma cokolwiek funkcjonować prawidłowo, to wpierw stosunki międzyludzkie powinny być przynajmniej poprawne. A tak nie jest. I nie będzie. Podejście do całej sprawy tych mniej obciążonych pracą wydaje mi się być skandaliczne. Nie widzą, lub nie chcą widzieć narastającego międzyludzkiego napięcia dokręcając jeszcze śrubę różnego rodzaju "dziwnymi pomysłami". Nie można non stop kogoś walić po głowie! Od czasu do czasu trzeba pogłaskać. Bez chociażby słownego wsparcia czy ustnej pochwały, ten naładowany płynną nitrogliceryną wóz, daleko nie zajedzie. Rozwali sie na najbliższym wystającym z drogi kamieniu. Mam wrażenie, że siedzimy na tykającej bombie, która w najmniej oczekiwanym momencie rozpirzy wszystko, co do tej pory wspólnie zbudowaliśmy. A szkoda byłoby...  

Ponarzekałem sobie, teraz wrócę do medycznego maratonu. Problematyczny był dzień po trzecim z rzędu dyżurze, gdy tak naprawdę nie chciało mi się nic. Zmęczenie wlazło we wszystkie członki, a i stan umysłu tego dnia nie należał do najlepszych. Musiałem po pracy odespać choć jedną godzinkę i chwała mojej latorośli, że mi to umożliwiła. Wczorajszy dyżur był nieco lżejszy, więc i mój stan jest o niebo lepszy od przedwczorajszej podyżurowej formy. Może zaczynam sie do takich komasacji przyzwyczajać, przecież kiedyś 12-15 dyżurów w miesiącu było niemalże normą. Pomiędzy tysiace spraw do załatwienia, spotkania ze znajomymi, imprezki, z których bezpośrednio szło się na dyżur. Jakoś człowiek to wytrzymywał. A może był do tego przyzwyczajony, bo innego życia nie znał? Nie mnie rozsądzać, aczkolwiek naprawdę dziś czuję się stokroć lepiej niż przed dwoma dniami. Oczywiście, żeby za słodko nie było przemożna chęć wcześniejszego wyjścia z roboty nie ziściła się. Zbyt dużo obowiązków i problemów do załatwienia, więc jak zwykle po dyżurze opuściłem mury szpitala przed piętnastą. Ja chyba nie do końca jestem normalny! Pocieszam się tylko myślą, że inni też nie do końca zachowują się racjonalnie - podobnie do mnie nie udaje im sie podyżurowo wyjść wcześniej. Jesteśmy wśród medyków, więc może to jakaś ciężka nieuleczalna choroba... 

Ażeby nie było tak smutno, na sam koniec jakaś muza. Na powitanie kolejnego radosnego dnia :)

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 5 , zobacz komentarze

2 czerwca...

2009-06-02 22:02:13

... to dzień jak każdy inny (choć każdy dzień jest przecież różny). Pobudka, śniadanko, toaleta... Jazda do pracy w powiększających się z dnia na dzień korkach. Samochodów przybywa, czy co? Niedługo zmuszony będę do wyjścia z domu przed 7.00, by ledwie zdążyć na 8.00. Trzeba wymyślić jakąś maszynę do teleportacji, choć filmowa "Mucha" nie nastraja dobrze do pomysłu...

I praca. Zapieprz jak w każdy inny dzień. Jestem w tak zwanym rozkroku. Już nie podwójnym, a potrójnym, poczwórnym lub ileśtamkrotnym. Mianowicie:

1. Ponieważ brat Wacław urlopuje chwilowo (wykorzystując kolejne 5 dni z zaległego urlopu), oddelegowany jestem (właściwie na własną prośbę) do Izby Przyjęć - frontowego przyczółka naszej placówki. Ostatnio mam często do czynienia z Policją. Nie, nie chodzi o moją osobę (cóż za szczęście, choć nigdy nie wiadomo) - przywożone są, zatrzymane przez funkcjonariuszy, osoby które w chwili przedstawienia ciążących zarzutów nagle dostają gwałtownej choroby (głównie boli w klatce piersiowej). Jazda jak ta lala. Ale i odpowiedzialność duża. Zwykle bowiem funkcjonariusze proszą o wystawienie zaświadczenia o mozliwości przebywania takowego osobnika na tzw "dołku", czyli w Pomieszczeniu dla Osób Zatrzymanych.

2. Pozostało mi kilku pacjentów, których nabrałem z kolejki, gdy brat Wacław przebywał w Izbie Przyjęć i byłem tylko zwykłym lekarzem oddziałowym. Trza mimo wszystko ich dopilnować, zbadać, zaplanować diagnostykę, wydać zlecenia. No i przede wszystkim wypełnić biurokratyczne wymogi nałożone na lekarza w związku z dokumentacją medyczną przy wypisie chorego ze szpitala.

3. Gastroskopie odbywają się jak co dzień, więc pomiedzy badaniem jednego chorego w Izbie Przyjęć, a badaniem chorych na oddziale (czytaj w Klinice), zakładam rurę kolejnemu nieszczęśnikowi skierowanemu na endoskopię górnego odcinka przewodu pokarmowego.

4. Zaliczyłem też dziś konsultację u kolegów od młotków, pił, śrub i innych dłut. Biegunka! Całe szczęście doczytali, że na Clostridium difficile daje się wankomycynę i od kilku dni chorej włączyli ją do zleceń, stąd przestała "biegunić". Byle jutro miała dobre parametry laboratoryjne, to ją puszczą do domu. Jak nie - przechodzi na stan naszego oddziału (patrz Kliniki).

5. Często niestety muszę ostatnio bywać u szefa. I tyle. Nie wiem jak się z tym wyrabiam, bo gadanę ma zdrową, więc czas leci...

6. Jutro dodatkowo mam poradnię. Cholera, powinieniem sie sklonować (kolejny extra pomysł, choć filmy nie do końca dobrze to przedstawiają).

Wyjście z pracy o porze normalnej (tzn. po 16.00). Musiałem się dziś wrócić (coraz gorzej z pamięcią - zacznę dbać o nogi, bo w sklerozie głównie one bolą), więc zwyczajem rosyjskim przysiadłem na chwilę (taki tam przesąd). I powrót do domu w kolejnych, jeszcze większych korkach.

W domu nie mam ochoty na nic. Dzień jak każdy inny, choć jakże różny od innych...

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , praca | Komentarze 5 , zobacz komentarze

kolejny

2009-05-28 20:24:01

Nie wiem, czy zauważyliście, ale w kwestii zdrowia ludzie zachowuja się irracjonalnie. Najlepiej widać to na przykładzie pracy Izby Przyjęć. Nie ma pory dnia, czy nocy nieodpowiedniej do przyjścia ze swoim problemem do szpitala. I nieważne jest, czy problem zdrowotny jest istotny (w tych przypadkach gratuluję za szybkie się zjawienie w Izbie), czy też jest to błahostka (co mnie niezmiernie irytuje zwłaszcza w porze, gdy powinno się śnić coś miłego). Może powtarzam się, ale wśród wielu ogólnie dostępnych farmaceutyków społeczeństwo nie potrafi przyjąć zwykłego APAP-u w przypadku gorączki bądź nieokreślonych innych dolegliwości. 

Ponadto sentencja "człowiek człowiekowi wilkiem" najbardziej spektakularnie ujawnia się w placówkach medycznych. Ludzi opętała cholerna znieczulica na potrzeby drugiego człowieka. Okazuje się bowiem, że drętwiejący od kilku miesięcy palec u nogi jakiegoś jegomościa ma być dla mnie ważniejszym problemem niż pacjent przywieziony przez pogotowie z zawałem mięśnia sercowego, czy w obrzęku płuc. Mam bowiem natentychmiast zbadać drętwiejący palec i oczywiście ochoczo pomóc w tej kwestii zapominając o chorym cierpiącym na łóżku obok. To jest bowiem ważniejsze niż wszystko inne. I ileż można czekać na udzielenie porady i pomocy drętwiejącemu palcu?! Podam tu przykład z niezbyt odległej przeszłości, gdy z Muminą w Izbie Przyjęć reanimowaliśmy pacjenta z zawałem mięśnia sercowego po zatrzymaniu krążenia (kilkadziesiąt dobrych minut, ale skutecznie!). I co na to czekajacy pod drzwiami osobnik - nota bene starszy jegomość, wydawałoby się rozumiejący życie? Po wyjściu Muminy z gabinetu zrobił jej karczemną awanturę o to, że musi tak długo czekać i nikt się nim nie zajmuje! Czyżby chciał być na miejscu tego reanimowanego? Jemu poświęciliśmy sporo wysiłku...

Eh! Chwilami rzygać się chce! Ale jedno uratowane w spektakularny sposób (patrz wyżej) życie przywraca jednak sens naszej pracy. Może dlatego jestem jeszcze w tym zawodzie? Per aspera ad astra!

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 13 , zobacz komentarze

zastępstwo 2

2009-05-14 21:55:53

Jestem tak zmęczony po 30 godzinach spędzonych w Izbie Przyjęć, że zaraz legnę w wyrku.

Prawie zapomniałem o 65 urodzinach mojej Rodzicielki!

Zatem szybko kończę ten krótki post.

Na dobranoc muza:

 

 

czytaj resztę »


zastępstwo

2009-05-13 19:53:39

Po przeczytaniu moich wiosennych i kulinarnych doznań, Mumina namawia mnie do opisu przyjemności jeszcze bardziej intymnych. Chyba nie jestem jeszcze na to gotowy :)

Brat Wacław - kierownik Izby Przyjęć ma kilka dni wolnego, więc zostałem oddelegowany w jego miejsce. Frontowa służba na wysuniętej placówce jest wprost przesiąknięta adrenaliną. Ale najczęściej niezwiązaną z ciężkością stanu pacjentów - toć przecież z tym żyjemy na codzień, lecz z indolencją osób je kierujących oraz przywożących tychże pacjentów do szpitala.

Złość ogarnia mnie, gdy chorzy z nadciśnieniem tętniczym po podaniu Captoprilu "podrzucani" są do Izby Przyjęć. W jakim celu? Żebym wybadał najczęściej prawidłowe już wartości ciśnienia? Wsciekłość, gdy osoba z ostrym zespołem wieńcowym trafia do naszej placówki (tzn. do szpitala, który nie dysponuje możliwością wykonania koronarografii), a ja tracę cenne minuty wisząc na telefonie uzgadniając przyjazd zespołu R i ustalając miejsce w ośrodkach dysponujacych pracownią hemodynamiki. Nieprzytomna, zaintubowana, ze zniesionymi odruchami pacjentka po połknięciu 150 tabletek leków uspakajających przywożona do najbliższego szpitala (czyli do nas, a nie do Oddziału Toksykologii). Przewlekle dializowani notorycznie upychani do tutejszej Izby Przyjęć (a nie zawożeni do swoich macierzystych ośrodków dializ). Albo pełnienie roli "Izby Wytrzeźwień" dla zwożonych okolicznych pijaczków "po zasłabnięciu"? Bądź Przychodni Rejonowej, w której wykona się badania dodatkowe, prześwietlenia i elektrokardiogram, bo lekarz pierwszego kontaktu nie chce dac skierowań, bądź sam wysyła do Izby Przyjęć mówiąc, że tam wszystko zostanie zrobione! A jak już nie wiadomo co choremu jest, to na skierowaniu wpisuje się "bóle w klatce piersiowej"!

Nie mam pretensji do chorych, którzy często nie wiedzą, po co zostali zabrani z domu, a zapytani o powód wezwania pogotowia podają zupełnie inną przyczynę od tej napisej na skierowaniach. Nie mam pretensji do osób, które same zgłaszają się do Izby Przyjęć, bo nie wiedzą co im dolega.

Ale od swoich "kolegów po fachu" wymagam pewnej uczciwości w pełnieniu swoich obowiązków i nie traktowanie Izby Przyjęć jako worka, do którego można wrzucić wszystko co się komu podoba. W ten sposób stan Służby Zdrowia (nie znoszę tego określenia!) nigdy nie ulegnie poprawie. Może stanę się nagle nielubiany i potępiany przez "środowisko medyczne", ale wyrzucane są w błoto setki tysięcy złotych przez brak prawidłowej koordynacji w ich zarządzaniu oraz przez ignorancję i niechciejstwo wielu pracowników tejże Służby Zdrowia. Adrenalina wyzwalana w ten sposób nie działa niestety budująco. A funkcjonowanie nas w tym wszystkim przypomina mi trochę dom wariatów i jeden sympatyczny teledysk:

 

 

Aha. Na sam koniec coś przyjemnego. Dziękuję serdecznie Pani Administrator tej stronki za starania, które doprowadziły do przywrócenia wszystkich komentarzy pod postami na blogu. Fajna musi być Babka! Pozdrowionka!

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 6 , zobacz komentarze

biegunka

2009-05-05 23:15:30

Zaczynam lubić biegunkę :) Oczywiście nie chodzi o tę tragiczną przypadłość u mnie, rodziny czy znajomych. Epidemia biegunek, która opanowała oddział przyczyniła się do znacznego ograniczenia napływu chorych do szpitala. Dyrektor w całej swojej władzy (po raz pierwszy od nie wiem kiedy) wstrzymał przyjęcia do odwołania. Może boi się sam o siebie? W końcu przykra byłaby konieczność założenia do pracy pampersa :)

W ten sposób można dyżurować. Spokój, cisza, drzwi zamknięte przed odwiedzającymi - praca od razu rusza z kopyta. A i pozostali w oddziale pacjenci jakby spokojniejsi (poza tymi, którzy wykonują sprint do toalet).

No, ale koniec z naigrywania się z cierpień pacjentów. W każdej chwili może się okazać, że to dyżurujący personel będzie poszkodowany. W końcu to my chodzimy dookoła chorych. I pomimo higieny, którą staramy się zachować o złapanie biegunki nie trudno. A biegunka w trakcie dyżuru to rzecz conajmniej przykra. Raz mi się to zdarzyło. Pełniłem wtedy dyżur w Izbie Przyjęć tutejszego przybytku. Pomiędzy badaniem jednego a drugiego pacjenta musiałem zaliczać toaletę. Przemierzyłem chyba wtedy ze dwa razy tyle kilometrów ile podczas zwykłej służby frontowej w szpitalu :) Nie pamiętam już jak dnia następnego dotarłem do domu.

Zatem walczmy z biegunką. I ścigajmy patogen ją wyzwalający, bowiem to niekoniecznie musi być podejrzana o wszystko bakteria Clostridium difficile...

Chociaż właściwie częsty pobyt w toalecie można wykorzystać na wiele sposbów:

 

70_b.jpg

 

Tym miłym akcentem kończę i zasuwam zapobiegawczo zaserwować sobie jakiś probiotyk :)

 

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , praca | Komentarze 6 , zobacz komentarze

wielka medyczna przygoda

2009-04-29 21:47:43

Dzień zaczął się od kłótni z lekarką pogotowia w sprawie przewlekle dializowanego pacjenta, którego przywiozła do "najbliższego szpitala". Dodam, że pacjent nie dusił się z powodu POChP, tylko miał zaostrzenie niewydolności serca w przebiegu przewodnienia! Czym mam wydializować pacjenta? Palcem?

Już ta pierwsza interwenacja w Izbie Przyjęć powinna mi dać wiele do myślenia. Bo potem było coraz gorzej.

Odma podskórna twarzy i szyi po zabiegu stomatologicznym. Fajnie trzeszczało i fajnie wygladało na RTG, ale pacjent nie do końca był z tego zadowolony. Pękający tętniak aorty piersiowej i brzusznej u pacjenta przywiezionego na neurologię jako "ból pleców po dźwignięciu ciężaru". Nie muszę dodać, że stan chorego uległ dramatycznemu pogorszeniu w Izbie Przyjęć - bół w klatce piersiowej i brzuchu z objawami wstrząsu. Miodzio! Całe szczęście cały dyżurujący zespół się sprawił na medal - tzn. pielęgniarki, anestezjolodzy, technicy radiologiczni - Ci nawet uruchomili tomograf, który okazał się być bardzo przydatny :) Nawet chirurdzy okazali sie ludzcy - szybko znaleźli miejsce dla chorego w szpitalu o wyższym stopniu referencyjności. Na koniec (oby, bo jeszcze kawał dyżuru przede mną!) młoda osoba przywieziona w stanie astmatycznym, która zatrzymała sie oddechowo i krążeniowo w Izbie. Reanimacja - a jakże! Skurcz oskrzeli był tak silny, że nic nie było słychać w klatce piersiowej. Bomba! Czemu nie! Jest w Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej - nadal jest wentylowana. Fatalnie.

Aha. Jeszcze jedno. Zadzwonił(a) lekarz dyżurny miasta z pytaniem, czy bardzo jestem zajęty :) Całe szczęście jak streściłem w trzech zdaniach co mnie spotkało przed paroma chwilami, to z uśmiechem i zrozumieniem odstąpiła od przysłania mi kilku poturbowanych z demonstracji...

Kończę, bo nie wiem, co mnie czeka dalej. Ktoś kiedyś o dyżurze powiedział, że to wielka medyczna przygoda. Absolutna prawda. Oby jak najmniej takich przygód.

Jeszcze jeden, a nawet dwa miłe akcenty.

Dzięki Żyrafo za Misia:)

Dziś ze skutkiem pozytywnym (wybitnie!) zdała egzamin specjalizacyjny nasza oddziałowa Koleżanka. Radość ogromna dla Niej i dla wszystkich jej życzliwych. Gratulacje!

Jeszcze jedno mi się przypomniało. Dla niewtajemniczonych - z moim synem już lepiej. Obudził się i jest głodny. Bez gorączki. Dobry znak :)

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 9 , zobacz komentarze

dzień pracy

2009-04-19 14:33:22

Co prawda dziś niedziela i powinno sie odpoczywać, czyli nabierać sił do nowego tygodnia pracy, ale taki sobie zawód wybrałem, że nie wszystkie "świąteczne" dni okazują się być wolne. Można się do tego przyzwyczaić, ale życie trzeba mieć zaplanowane na co najmniej miesiąc z góry, co nie zawsze się udaje. Całe szczęście dyżur wypadł w doborowym towarzystwie. I korzystając z odrobiny spokojności bazgrolę coś teraz, bo zgodnie z pierwszą (i zarazem główną) zasadą dyżurowicza - odpoczywaj kiedy możesz, bo nie wiadomo co za chwilę się zdarzy. 

Zatem pozdrawiam wszystkich, którzy dziś nie pracują a w szczególności Cieszyrada, Czesława, Dionizjusza, Dionizego, Ekspedyta, Ekspedytę, Elfega, Emę, Emmę, Irydiona, Jerzego, Konrada, Krescencjusza, Krescensa, Krescentego, Leona, Leonę, Leontynę, Pafnucego, Sokratesa, Tymona, Wigilię, Wierzyna, Wincentego i Włodzimira (wg Wikipedii dziś obchodzą imieniny).

 

Poprzednią zagadkę prawidłowo odgadł Przenitek - to sarkoidoza.

Na dziś nowa, też prosta zagadka. Co to?

 

rad1.gif

czytaj resztę »


dyżur

2009-04-16 21:28:04

Pierwszy po bardzo długiej przerwie dyżur, jawił mi się w czarnych barwach. Wielka medyczna przygoda w Izbie Przyjęć. Trochę odzwyczaiłem się od spędzania nocy w nieswoim domu, nie mówiąc o łóżku (oczywiście gdy pozwalają na to pacjenci), więc "z pewną taką nieśmiałością" podszedłem do zadania. Przede mną stało wyzwanie, którego po paru miesiącach "bezruchu" ponownie miałem się podjąć. A muszę powiedzieć, że naprawdę zapomniałem jak "przyjemne" mogą być dyżury, zwłaszcza w Izbie Przyjęć. Właściwie nie powinienem być zdziwiony, ale nic się przez ten czas nie zmieniło.

Wśród ogromu pacjentów niepotrzebnie kierowanych do szpitala oraz rzeszy osób traktujących Izbę Przyjęć jak kolejną przychodnię, zdarzają się też ci naprawdę potrzebujący pomocy. Nie irytuje mnie ich przyjazd nawet w środku nocy. Wymagają hospitalizacji, bądź doraźnej pomocy i tyle. Ale osoby (niewiedzieć czemu zwłaszcza młode), które zgłaszają się do szpitala z bólem gardła, stanem podgorączkowym, czy uczuciem drętwienia małego palca u lewej stopy wywołują u mnie wyraźną irytację. W godzinach południowo-wieczornych jest to jeszcze do zaakceptowania (aczkolwiek istnieją okoliczne poradnie), ale środek nocy w Izbie Przyjęć szpitala nie jest ani dobrym miejscem, ani czasem na rozwiązywanie problemu swędzącego i przeciekającego nosa!

No i problem, który został poruszony w poście Przenitka - pijani. Plaga to mało powiedziane. Właściwie większą część swojego dyżuru spędziłem na ich "leczeniu". Niestety dwóch zatrutych (stężenia alkoholu we krwi odpowiednio 3,3 i 5,5 promila), głęboko nieprzytomnych w chwili przyjazdu do szpitala musiało trafić do oddziału. Po wytrzeźwieniu (patrz odpowiednio 4 i 6 nad ranem) na własne żądanie opuścili chwiejnym krokiem szpital. A Izba Wytrzeźwień "zatrutych" nie przyjmuje :)

Można by jeszcze długo wymieniać problemy, z którymi się wczoraj jakby "na nowo" zetknąłem. Ale i tak lubię swoją pracę. I już wkrótce czeka mnie następna wielka medyczna przygoda...

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 9 , zobacz komentarze

praca

2009-04-09 21:00:58

Jak miło znowu pójść do pracy.

Jak miło jest robić coś innego niż ślęczeć nad książkami.

Tak przynajmniej wygląda to na chwilę obecną. Co prawda koledzy postarali się (za co serdecznie im dziękuję), bym od razu nie musiał żałować że jestem znów w kieracie, ale myślę że i zwykła harówka byłaby dziś miłą odmianą dla ostatnich trzech miesięcy. Na razie mam "power" i oby tak zostało jak najdłużej. Mimo wszystkich upierdliwości naszego zawodu lubię swoją pracę i brakowało mi kontaktu z pacjentem. Brakowało mi także gastroskopii. Bałem się, że nie będę wiedział co zrobić z "rurą", ale poszło gładko. To jest chyba tak jak z jazdą na rowerze i pływaniem - raz posiądnięta umiejętność pozostaje na całe życie. A kolega S. niemalże skakał z radości na mój widok - przez cały czas mojej nieobecności w szpitalu sam zasuwał. Chyba do końca roku będę musiał wykonać wszystkie gastroskopie... Ale (choć niektórych może to dziwić) lubię to i za bardzo się nie przejmuję. 

Jak miło dziś spokojnie napisać post i nie myśleć, że czas spędzony na blogu wywoła wyrzuty sumienia, że się nie uczyłem. 

Jak miło...

 

Miło mi również móc złożyć w ten sposób życzonka Przenitkowi, który okrągło dziś jubileuszuje!

Specjalnie dla Niego:

 

czytaj resztę »