Posty z kategorii: "kulinaria"


pomidory ze śmietaną

2010-07-06 23:55:00

Ogórki małosolne pobudziły mój zmysł kulinarny...

 

Lato to piękny okres dla smakoszy. Mnogość owoców - truskawki (za którymi raczej nie przepadam), poziomki (o wiele lepsze), agrest (lubię ten jeszcze niedojrzały - kwaśny jak cholera, ale jak pobudzający), porzeczki (wszystkie ekstra, zwłaszcza te kwaśne), czereśnie (zwłaszcza odmiana kordia...), maliny (pycha), wiśnie (niektóre tak kwaśne, że aż słodkie), zbierane w lasach czarne jagody (dobre dla oczu), winogrono (ech...) - sprawia, że chce się jeść garściami, co okazuje się być bardzo zdrowym dla organizmu.

 

Podobnie rzecz ma się z warzywami - wspomniane przeze mnie poprzednio ogórki a jakże, ale i bliźniacze cukinie (choć to odmiana dyni), bakłażany (pyszne w postaci grillowanej), dalej idąc - kalarepa (świeża i smaczna choć dla niejedzących podobno brzydka w zapachu), rzodkiewka (ostra w smaku - rewelacja), kapusta (młoda czy to zasmażana, czy gotowana i tak jest pyszna), kalafiory i brokuły (samo zdrowie na talerzu), fasolka szparagowa (wzdyma, ale jak tu się oprzeć?), ziemniaki (całkiem smaczne o tej porze roku - rozsiewają aromat, zwłaszcza podane z koperkiem...), papryka (nadziewana, w leczo, czy innych daniach), botwina (zarówno w postaci ciepłej - botwinka, czy zimnej - chłodnik, lubię i jedno i drugie) oraz pozostałe, których nie wymieniłem - wszystkie one są wręcz istotą letnich stołów.

 

A pomidor jest chyba niekwestionowanym ich królem. Czy ktoś wyobraża sobie pizzę neapolitańską bez sosu pomidorowego? Czy ktoś zje spaghetti po bolońsku bez dodatku tegoż warzywa? A amerykański hot-dog bez ketchupu? A zupa pomidorowa - toż to najlepsza zupa na świecie! A czy zestaw mozarella i bazylia może obyć się bez pomidora? Wiele przyrządzanych (a i zjadanych) przez nas sosów, kanapek, sałatek, makaronów, czy zapiekanek nie może obejść się bez tej czerwonej "kulki"...

 

Ja jednak poza wszystkimi wyżej wymienionymi daniami uwielbiam jedną z najprostszych jego form - podane pokrojone w kawałki z dodatkiem cebuli (może być szalotka!), z solą, pieprzem i... śmietaną! Niektórzy zastępują ją jogurtem (bo lżejszy i zdrowszy), ale nie ma to jak osiemnastka dolana do miseczki pełnej czerwonego koloru :))) Palce lizać. I zajadać. Ile się da. Bo zdrowo. Bo smacznie. Bo pospolicie.

Bo to jest też jeden z niezapomnianych smaków dzieciństwa...

Nasyciłem się nim dziś. Bardzo. Ale już zastanawiam się kiedy następny raz :)))

 

czytaj resztę »

Dodane w kulinaria | Komentarze 6 , zobacz komentarze

ogórki małosolne

2010-07-05 22:36:34

Średnie zapotrzebowanie energetyczne dorosłego mężczyzny wynosi około 2500-3000 kcal w ciągu doby. Aby taką ilość kalorii dostarczyć organizmowi należałoby zjeść od 15 do 20 kilogramów ogórków w ciągu doby. Niezłe, co?

 

Ale może dlatego tak lubię ogórki - praktycznie we wszystkich wydaniach. Począwszy od "świeżego" ogórka zjedzonego w całości (znaczy się bez skórki, choć z nią także się zdarzyło), czy pokrojonego w słupki lub plasterki (fajnie smakuje z różnymi dipami, ale podany jedynie z solą też jest ekstra), a jak już pokrojony to mizeria jest całkiem niezłym pomysłem dodatku do dań głównych (przyrządzana oczywiście na sposób słodko-kwaśno-ostry, znaczy się z dodatkiem soli, pieprzu, cukru i octu!), czy greckie tzatziki stosowane jako sos do mięs...

 

A przetwory? Hmm... Palce lizać. Ogórki konserwowe (w różnych wydaniach - i te ostre z chili lub czosnkiem, kozackie - a jakże, i te słodkie z papryką, i korniszony - mocno octowe), ogórki kiszone (muszą być twarde i słone, bo miękkie i mdłe są do niczego), pikle (ciekawa kompozycja z marchwią, dynią, cebulą i zielonymi pomidorami) czy prosta sałatka szwedzka...

 

Wszystkie świetnie smakują, ale... Ale nie ma to jak dobry ogórek małosolny! Wiele by podawać przepisów na ich sporządzenie (jest ich mnóstwo, ale tak naprawdę różnią się jedynie ilością dodanych składników, temperaturą wody i drobnostkami w postaci konieczności, lub nie, dodania takich czy innych liści drzew lub krzewów), lecz dobry ogórek malosolny zarówno pachnie jak i smakuje niebiańsko. Ale wszystkie "cudowne" przepisy biorą całkowicie w łeb, gdy ogórek jest złej jakości. 

 

W końcu dziś zrobiłem słój ogórków. Wcześniej nie za bardzo miałem okazji, bo na początku czerwca ogórki były horrendalnie drogie, później wyjazd nad morze mi uniemożliwił jakąkolwiek działalność kiszeniową, następnie brak czasu - bo słomiany wdowiec :))) Zobaczymy co z tego będzie teraz. Przepis oczywiście "maminy", bo jakże by inaczej - jakoś tak się dzieje, że w swojej kuchni chce się odtworzyć zapamiętane smaki dzieciństwa. Zwłaszcza te najlepsze smaki!

 

Zatem ogóry zakiszone, stoją i dojrzewają. I niestety wszystko w ich rękach. Bo jak pasione na jakimś, za przeproszeniem "gównie", to i gówno z tego będzie. Mam nadzieję, że trafił mi się dobry gatunek (wybieram osobiście takie zgrabne, niezbyt duże, twarde w dotyku i koniecznie ze skórką pokrytą brodawkami) nie pędzony na byle czym. Już pojutrze rano degustacja - bo najlepsze w smaku ogórki to te jeszcze w całości nieukiszone... 

czytaj resztę »

Dodane w kulinaria | Komentarze 11 , zobacz komentarze

kill grill

2010-02-17 12:55:59

Czasowo jestem odłączony od komputera. Tego domowego (coś się popsuło, a ja w tej dziedzinie mocny nie jestem), bo w pracy na "nie"szczęście muszę się nim posługiwać. Co prawda w większości przypadków służy jako maszyna do pisania (karty informacyjne, grupper itp), ale niestety zabiera mi to dość dużą część czasu spędzonego w szpitalu. Tym bardziej, że w ramach akcji "modernizacji" placówki w której pracuję od pewengo juz czasu mamy także za pośrednictwem sieci dostęp do badań laboratoryjnych pacjentów a i takowoż ich badań obrazowych - co znacznie ułatwia funkcjonowanie moje i moich kolegów. Zatem nie jestem zupełnie pozbawiony kontaktu z komputerem (co chociażby widać na przykładzie tego postu pisanego w wolnej chwili, czyli w tzw. "pomiędzy").

 

Dom bez komputera zrobił się jakiś taki pusty, ale... ileż przez jego brak zyskałem czasu!

Z braku "wieczorno-nocnych" przesiadywań przed komputerem zabrałem się za czytanie. Czytanie zaległości książkowych tworzacych przy łóżku coraz większą hałdę, przez którą codziennie (niemalże) przedzieram się do wyrka próbując nie zburzyć którymkolwiek z odnóży, utworzonej z kolejnych tomiszczy, piramidy.

Na wierzchu leżała książka o temetyce wydawać się by mogło kulinarnej. "Kill grill". Anthony Bourdain - dość nietypowy szef kuchni, kucharz z zamiłowania od dziecka, w młodości hulaka, narkoman i ochlaptus (to ostatnie chyba do tej pory) napisał w sposób typowy dla siebie książkę o świecie znajdujacym się za drzwiami restauracyjnej kuchni. Ciekawy to świat... Jeśli komuś wydawoło się, że gotowanie (zawodowe) to przyjemność - mylił się znacznie. Mam pewne ciągoty do kuchni, ale tej zupełnie amatorskiej! Przygotowanie potrawy zajmuje mi sporo czasu - wkładam w nią całe serce i umiejetności (notabene niezbyt wielkie) - więc spędzenie wiekszości swego życia w kuchni doprowadziłoby mnie chyba do szaleństwa. I całkowitego wyczerpania fizycznego i emocjonalnego. Zwłaszcza, że podanie jednorazowo różnych dań z menu jest czynnością strasznie niebezpieczną - noże i tasaki lataja w powietrzu, gorący olej kipi z garnków, rozgrzane do czerwoności patelnie parzą nie tylko ręce. Przy tym wszystkim jest to świat zdominowany przez płeć męską, a kobieta chcąca stać się jednym (tak - jednym, nie pomyliłem końcówki) z wielkich tego świata kulinarnych rozkoszy musi po prostu mieć "jaja". "Mięso" rzuca się nie tylko na patelnię. Fruwające w powietrzu niewybredne dowcipy i "uszczypliwości" to porządek dnia codziennego. I wszystko dookoła jednego tematu! I oczywiście nie chodzi o jedzenie... Trochę jak w gronie zabiegowców! Po prostu kobieta musi mieć w sobie dużo z mężczyzny.

Jest i parę ciekawych spostrzeżeń co do spożywania w określonych dniach niektórych potraw, ciekawostki co do ich przyrządzania, jakości mięsa, ryb i innych tego typu spraw.

 

I choć całość nie rzuca na kolana, to ostatni rozdział jest naprawdę dobry.

Facet ze swoim podejściem do pracy przypomina trochę mnie. A może ja jego?

 

P.S. Post zakończony w tzw pomiędzy, czyli o 21.30 :)))

czytaj resztę »


wośp

2010-01-10 23:07:12

Dziś kolejny finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

 

W związku z nim postanowiłem zapodać na obiad dawno nie widzianą na mym stole, a jakże smaczną potrawę. Oczywiście, że przygotowałem się zawczasu do jej sporządzenia kupując wczoraj u "znajomych" (znaczy się sprawdzonych) z ryneczku handlarzy ładny kawałek wołowiny. Miałem bowiem w planie przekształcić ten kawałek mięsa w... bitki wołowe!

Od rana zbiłem mięcho (tak byle oberwało tłuczkiem), przyprawiłem odpowiednio (znaczy się sól i pieprz), umączyłem (ale nie za wiele - nie staram się obtoczyć w całości mąką, bo sos później wychodzi zbyt "mączny"), usmażyłem na oleju (dwie, trzy minuty z każdej strony) a następnie wrzuciłem do rondla z gotującą się wodą (objętość w zależności od ilości mięsa - niektórzy mówią że powinien być bulion, choć i sama woda wystarcza). Jeszcze pokrojona w kostkę (przesmażona na tej samej patelni co mięso) cebula. I dwa, trzy ząbki czosnku do gotującej się strawy (w całości). Teraz spokój, czas na jakąś lekturę, od czasu do czasu zamieszać w garze lekko "pyrkoczącej" strawy (gotowanie na "małym" ogniu), można wypić kawkę, pobawić się z dzieckiem i takie tam inne... Przed finałem, gdy sos już znacząco zgęstnieje, ścieram jeszcze do garnka jednego (średniej wielkości) ogórka kiszonego. Znacząco to podnosi smak sosu. Tak jak i wcześniej dodany czosnek. Teraz wystarczy tylko zapodać na talerzu. Najchętniej z kopytkami, do których sos lgnie jak puch do smoły, oblepiając każdą z klusek gęstą smakowitą cieczą na bazie wołowej (wydaje mi się, że już ten tekst był kiedyś w użyciu). Mięso (tak ważne jest długie gotowanie) rozpadało się w ustach jak krucha beza. Jedliśmy wszyscy (nawet moje wybredne w gustach smakowych dziecko) aż nam się uszy trzęsły. I nikt nie narzekał na nadmiar szczęścia na talerzu!

 

Zatem w skrócie -  Wielkie Obżarstwo Świetną Potrawą!

Chyba za bardzo wychwalam swe zdolności kulinarne. Zjadliwe było. I tyle :)

czytaj resztę »

Dodane w kulinaria | Komentarze 7 , zobacz komentarze

bigos

2009-12-29 23:51:36

Święta, święta i po świętach jak mawiają. Cóż pozostaje z tych świąt? Radość z upominków, czasem radość ze spotkania dawno niewidzianej osoby, radość z atmosfery pokoju (jakoś tak się dzieje, że nawet zwierzęta w ludzkiej skórze nie gryzą), niekiedy radość z zimowej aury (o tym już pisałem - nie w tym roku) oraz... spora nadwyżka zbędnych kilogramów.

 

Świąteczne świętowanie w Polsce ma to do siebie, że większość czasu spędzamy przy stole. Suto zastawionym. Potrawy aż same proszą się, by je skosztować. Zwłaszcza te wigilijne. Nie wiem dlaczego, ale pamięć smaku sporządzonych na wigilijną wieczerzę dań pozostaje na cały następny rok. Czy to atmosfera tego dnia, czy sposób ich przygotowania (mają być postne, choć władze kościelne mówią już że niekoniecznie), czy też sposób podania, stojąca blisko choinka, pierwsza gwiazda na niebie - nie wiem. W wigilię smakują jak nigdy: i zupa grzybowa (u mnie taką się jada), i pierogi z kapustą i grzybami, i karp smażony (zwykle smakuje mułem, w wigilię jakoś się o tym zapomina), i kapusta z grzybami, i kapusta z grochem (jadam raz do roku), i śledzie w oleju, i kompot z suszonych owoców (musi być nieźle schłodzony, by dało się go wypić!), czy inne potrawy tej wieczerzy. I nie jest ważnym czy jest ich pięć, siedem, czy jedenaście (według tradycji ich liczba powinna być nieparzysta) - jak dla mnie może to być tylko zupa grzybowa i pierogi - tego dnia smakują nieziemsko...

 

Poszukując owego świątecznego smaku zajrzałem dziś do lodówki. Po potrawach typowo wigilijnych nie pozostał nawet zapach (co dobrze skądinąd świadczy o mej chłodziarce), ale pozostałości dni następnych przyprawiły mnie o lekki zawrót głowy. Zwłaszcza w kwestii wszelkiej maści wędlin i pieczeni. Na węch i smak jeszcze całkiem dobre do spożycia, ale tej ilości nie jestem w stanie przerobić nawet ze swą połowicą. A wyrzucić przecież nie wypada. I nie chcę! Przecież nie na darmo spędziłem tyle czasu w kolejkach do "mięsnego" i "wędliniarskiego", by w prosty sposób kosza na śmieci pozbyć się poświątecznego naddatku. Poza tym zbyt smakowite były niektóre wędliny i pieczenie, by tak łatwo się poddać. Zatem co z tym fantem zrobić?!

 

Jedynym rozwiązaniem jest bigos! Dodam tylko trochę kapusty i potrawa jak z bajki. A sylwester tuż, tuż. Jakby się kto pojawił to będzie jak znalazł. 

Ale jak to w życiu okazuje się, że bigos to wcale nie taka prosta w przygotowaniu potrawa. Owszem, wszystkie świąteczne pozostałości można dodać, a jakże - niewątpliwie wzbogaci to smak bigosu. Ale żeby był naprawdę dobry, trzeba się nieco bardziej postarać. A że lubię od czasu do czasu porozrabiać w kuchni, postarałem się by potrawa była godna swej nazwy. Przecież bigos, w potocznym tego słowa znaczeniu, to niezły galimatias. Zatem, oprócz wyżej wymienionych świątecznych pozostałości dorzuciłem jeszcze żeberka wieprzowe, trybowaną karkówkę wołową, podwawelską odtłuszczaną (trochę zadbam o zdrowie moje i mych gości), boczek wędzony przesmażony z cebulką (zrezygnowałem ze słoniny), multum grzybów, czerwone wytrawne wino, śliwki suszone, liście laurowe, sól, pieprz, ziele angielskie, trochę miodu... Reszty nie zdradzę - to tajemnica kucharza, a że resztę wina wypiłem, to nie pamiętam już co było dalej.

 

Żona smakowała. Powiedziała żebym już nic więcej nie kombinował. Wypowiedź nie do końca jednoznaczna - albo przekombinowałem (znaczy się nie doprawiaj już, bo nie wiadomo co to za potrawa), albo jest całkiem dobrze (znaczy się nie doprawiaj już, bo nie będzie wiadomo jaka to potrawa). 

Znów zatem przed końcem roku namieszałem. Głównie drewnianą łyżką, ale zawsze :) 

czytaj resztę »

Dodane w kulinaria | Komentarze 5 , zobacz komentarze

urlopowe obżarstwo

2009-10-16 23:47:46

Na czym to ja skończyłem ostatni post? O Polakach zatrudnionych tamże. W wielu byli i mili byli :)

 

Ale... nieco po macoszemu potraktowałem wątek o spożywaniu, choć jest to podstawa naszej egzystencji. Bez tego ani rusz! Bez siły i energii. Zatem trochę rozszerzę tę niezwykłą przygodę kulinarną - wszak nie na darmo utyłem. A jedzenia było pod dostatkiem, różnorodnej maści. Od kuchni kontynentalnej, po wspomniane wcześniej kolacje w określonej tonacji smakowej. Wszystko to podawane w głównej restauracji hotelowej "Ambrosia". Poza nią pięć innych, dostępnych w różnych porach dnia - miejsca ustalane z jednodniowym wyprzedzeniem. Dwie tawerny otwarte w porze lunchu - rybna i grecka oraz trzy restauracje - azjatycka, włoska i francuska. Miejsca zamawiane podobnie jak w przypadku tawern dzień wcześniej, lecz w porze kolacyjnej (znaczy się dinner). Francuska, jako ta najbardziej chyba wysublimowana za osobną dopłatą. 

Nie będę opowiadał o włoskich, azjatyckich, czy kontynentalnych daniach. Przecież byłem na górzystej greckiej wyspie, więc wypada opowiedzieć co nieco o tamtejszych potrawach. W skrócie - kuchnia śródziemnomorska. Wiele sałat, wiele warzyw (głównie pomidory, papryki, ogórki, cukinie i bakłażany), oliwki, sery (feta, miziithra, graviera) i inne... Nie pamiętam nazwy, ale zapadła mi w pamięć jedna z uszykowanych sałatek (sałat) - liście szczawiu z nasionami granatu posypane parmezanem (lub innym ostrym serem), oczywiście z dodatkiem oliwy z oliwek i octu balsamicznego. REWELACJA!  

Zacznę zatem od przekąsek. Dolmades (nadziewane liście winogron), czyli takie winogronowe gołąbki bez mięsa. Jak dla mnie trochę mdłe, ale do zjedzenia. Kolokithokeftedes - przepyszne placuszki z cukinii. Prawie jak nasze placki ziemniaczane!  Saganaki tiri - po polsku smażony ser. Pycha, ale ciężkie. Wszystko doprawione sosem Tzatziki, który znacznie odbiega smakiem od tego, który można zakupić gotowy w sklepach. I rewelacyjnie komponuje się z przystawkami. Ponadto jakieś marynaty warzywne - papryczki, ogóreczki, oliwki, czosnek w różnego rodzaju zalewach. Bardziej lub mniej ostre. Te ostre lepsze :)

Próbowane przeze mnie zupy nie należały do typowych dań greckich. Wszystkie (brokułowa, warzywna, szparagowa, cebulowa, mięsna) były gęste i ostre, co dla mnie nie stanowiło większego problemu. I powiem szczerze, że smakowało.

Dania główne. Wiele ich było, wiec tylko wybrane. Oczywiście trudno nie było spróbować moussaki - ichniejszej wieloskładnikowej zapiekanki na bazie mięsa i bakłażanów. Smaczne, choć zdziwiony byłem dodatkiem ziemniaków. Wydawało mi się, że tylko bakłażany, ale w przepisach opcjonalnie znajdują się także pyry. Pyszna gemista, czyli nadziewane pomidory i papryka. Rewelacyjne stifado - gulasz z cielęciny, który dobrze komponował się ze smażonymi ziemniaczkami. Królik z grilla był taki sobie, ale ichniejsze szaszłyki z wieprzowiny (souvlaki) pychota. Podobnie z mięsem jagnięcym przygotowanym na wiele sposobów.

Muszę jeszcze powiedzieć o pieczeniach, choć nie zawsze były typowo greckie. Kucharz przyrządzający je miał niewiarygodny fach w ręku. Każde (sic!) sporządzone przez niego mięso (czy to wieprzowe, drobiowe, wołowe, owcze, czy inne) smakowało doskonale. Kruche - niemalże rozpadające się w ustach, o charakterystycznym smaku, jednakże dobrze przyprawione - nie gubiło swojej charakterystyki i nie było mdłe. Podawane z równie doskonałymi, świetnie dobranymi sosami. Po prostu palce lizać. 

O deserach powiem tylko tyle, że bardzo słodkie. Nie przepadam za ciastami i innymi tego typu "delicjami", więc od czasu do czasu tylko próbowałem cokolwiek z talerzyka (choć wielkość wskazywała bardziej na talerz!) mej małżonki. Pyszne arbuzy, winogrona, czerwone grejpfruty i pomarańcze.

 

Na samo wspomnienie wyżerki staję się o dwa kilo cięższy!

 

A omówiłem pokrótce jedynie kuchnię grecką. Ale o jakiej kuchni mógłbym pisać mając w pamięci górzysty krajobraz wyspy? I widok innych wysp z archipelagu Sporad?

Zatem kilka widoczków z wyspy Kos i okolic :)

 

grecja 1.JPG

grecja 2.JPG 

grecja 3.JPG

grecja 5.JPG

grecja 6.JPG

 

 

czytaj resztę »

Dodane w urlop , kulinaria | Komentarze 6 , zobacz komentarze

manufaktura

2009-09-27 23:03:16

W bardzo wolnym tłumaczeniu - faktura człowieka. Groźnie brzmi, ale będzie o rzeczach lekkich, łatwych i czasem przyjemnych. 

 

Nie mam pojęcia jak u innych przebiega początek urlopu, ale mnie zwykle dopada wtedy jakaś chorobowa przypadłość. Tak jak i w wolne od pracy święta. Tym razem jakiś cholerny (nie mylić z cholerą!) drobnoustrój zawiesił się na mych strunach głosowych sprawiając, że przypomniałem sobie czasy "pokwitaniowe", gdy głos mój na przemian przybierał ton basu lub falsetu. Dodatkowo ochrypła faktura sprawiła, że ludziska spoglądali na mnie jak na niezłego menela, bowiem bas dominował w wydawanych przeze mnie dźwiękach. Nie muszę dodawać, że wszystkie inne objawy także mnie nawiedziły. Ból gardła z początku dnia był nie do zniesienia - zajrzałem w lustro szeroko otwierając paszczę - łuki podniebienne barwy bordowej, całe szczęście bez nalotów na migdałkach. Z nosa leje się wydzielina (początkowo przezroczysta jak woda, obecnie koloru żółto-zielonego), która spływając także po tylnej ścianie gardła powoduje napady kaszlu z odkrztuszaniem tejże jakże ohydnej wydzieliny. Ból głowy, mięśni, i złe samopoczucie. Straszne.

 

A to wszystko nałożone na wyjazd do "rodzinnego" miasta. Do Łodzi. W sobotę zwykle około dwugodzinna jazda zajęła mi ponad trzy godziny. Senność, z którą walczyłem od rogatek stolicy, w połowie drogi zwyciężyła. Zatrzymaliśmy się na krótki "popas" (prawie 50 minut) w jakiejś przydrożnej zagrodzie by zregenerować, między innymi kawą, nadwątlone siły. Trochę pomogło, ale dalsza droga i tak była trudna. Dojechaliśmy, babcia zajęła się wnuczkiem (lub wnuczek babcią) i tyle było z soboty. Jakaś tam kolacyjka, ale niewiele pamiętam, bo padłem wykończony i niezdrowy. Ale sen był chyba niezły, bo w nieco lepszej formie po rodzinnej krótkiej debacie postanowiliśmy w niedzielę odwiedzić łódzką Manufakturę. Coś tam trzeba było zakupić, coś obiecane było, więc wybraliśmy się razem z moja Rodzicielką. Wstyd się przyznać, ale choć rodowitym Łodziakiem jestem, to jeszcze nigdy tam nie byłem. Teraz już się nie wstydzę. Byłem, zobaczyłem, i... chyba długo tam nie zawitam. Pięknie to wygląda tylko spoza murów (odrestaurowanych, a jakże) dawnej fabryki Poznańskiego. Z zewnątrz jak dawna fabryka, a wewnątrz... Duże to to jest. Z ryneczkiem, fontannami, melexami w formie tramwajów, niezliczoną ilością kawiarenek, restauracyjek i fastfoodów. No i oczywiście ogromna galeria, która niczym się nie różni od wszystkich innych przeze mnie widzianych. Sklepy, sklepy, sklepy... I morze kupujących. Lub "zwiedzających". Całe szczęście skupienie pozwoliło nam na szybkie wyłowienie wśród rzeszy ofert to, na czym najbardziej nam zależało. Stąd tak naprawdę dość krótki pobyt tamże (znaczy się w galerii sklepowej), bo całość pobytu w Manufakturze zamknęła się jedynie w 4 godzinach.

Fakt, że postanowiliśmy spożyć małe co nieco na miejscu, by nie mitygować mej Rodzicielki staniem przy garach w niedzielę, był głównym sprawcą tak długiego pobytu w tym miejscu. Mały wybrał pizzę, więc zatrzymaliśmy się w Pizza Hut. A że miło rozmawiało się nam, to i czasu nie liczyliśmy, domawiając od czasu do czasu coś z karty. Bar sałatkowy niczego sobie - brokuł i fasolka szparagowa podawane z sosem czosnkowym, rzodkiewka, ogórek i pomidor z jakimś sosem jogurtowym, sałatka z kukurydzy, grzanek i sałaty oraz wszystkim smakujące blanszowane pieczarki także w sosie o posmaku czosnku. Pizza, jak to pizza. Zjadliwa, ale mnie bardziej smakuje z innej firmy. Duo gusto - potrawa mająca udawać meksykańskie danie. Do skonsumowania, ale bez zachwytów. Sosy (musztardowy i barbecue) chyba w tym wszystkim najlepsze. Spinaci Al Forno - najsmaczniejsze danie przez nas zamówione (właściwie przez moją połowicę - skąd wiedziała, że najlepsze?), naprawdę pycha. Na koniec jeszcze desery - trzy w jednym - Krem a la Brulle, Chocolate Flan i Panna Cotta, znaczy się waniliowy, czekoladowy i śmietankowy - wszystkie przykryte "łamiącymi" smak wisienkami... Dobre!

 

Niestety! Moja forma fizyczna spadała z minuty na minutę. Miło zaczęta niedziela stawała się złem koniecznym. Dodatkowa myśl o powrocie do domu za kółkiem niezbyt mnie pozytywnie do życia nastrajała. A że i pogoda ładna była, więc gorąc, pot na czole (podwójny) i generalna niechęć. Stąd może niezbyt pozytywna ocena Manufaktury. Poznański Stary Browar, w którym niedawno byłem, wydaje się być jednak pod względem architektonicznym o wiele ciekawszy. Bo sklepy identyczne. I towar ten sam.

Ale wróciłem do domu w całości. Pomimo ogarniającego mnie coraz większego zmęczenia z sennością włącznie. A że do stolicy w niedzielę wieczór wraca się źle, to i tym razem podróż zajęła prawie trzy godziny (w tę stronę bez przystanków!). I dobrze, że zmusiłem się resztką sił bazgrnąć ten post, bo już nie za bardzo pamiętam Manufaktury... Jutro nie byłoby o czym pisać. Tak, to chociaż jutro zerknę na gryzmoły. Może to wzbudzi jakieś pozytywne emocje?

czytaj resztę »

Dodane w kulinaria , urlop | Komentarze 13 , zobacz komentarze

tortilla

2009-09-11 23:17:04

Jakoś tak stało się, że meksykańskie i pseudomeksykańskie żarcie podąża za mną od Poznania. Po odwiezieniu Muminy razem z GłosemZzaŚciany podjechaliśmy na szpitalny parking, gdzie wsiadłszy do własnych wozów rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę. Natchniony smakiem placka z mąki kukurydzianej jeszcze po drodze wstąpiłem do McDonald’s kupując zestaw HappyMeal dla syna, sobie zaś zafundowałem tortillę. Jest to właściwie jedyna, poza niesamowitymi frytkami, spożywana przeze mnie potrawa w tejże fastfoodowej sieci. Jakież było moje zdziwienie, gdy syn postanowił spróbować tejże tortilli. I to nie tylko samego ciasta (które od dawna mu smakowało), lecz pełnej jej wersji. Jak dla mnie szok, bowiem warzywa, które jak wiadomo znajdują się w tej potrawie, jak do tej pory gryzły mego małego w podniebienie. Jedynie brokuł przechodził przez wąskie sito warzywnej niechęci. Zatem pełen gryz tortilli. Pełen, z kurczakiem, sałatą i pomidorem. Przeszło bez problemu. I jeszcze kilka kolejnych. Radość wielka, bo chociaż niewielka dawka "świeżych" witamin, to zawsze jakiś początek jest. Bowiem umówiłem się z nim na kolejne tortille. Tym razem domowego wyrobu.

 

Zaopatrzywszy się zatem w ogólnodostepne (chyba już w każdym sklepie) pszenne placki postanowiliśmy z żoną samemu zrobić tortille. Farsz mięsny, którym między innymi wypełnialiśmy placki, wyszedł trochę jak chili con carne. Nie posiadał oczywiście tej mocy (czytaj ostrości) co oryginał - wszak "specialite de la maison" miało nadawać się do spożycia także dla najmłodszego członka rodu. Do środka miał być wpakowany także dip pomidorowo-paprykowy, sałata, pomidor, dla dorosłych jeszcze papryka. Potem poszło już gładko, bowiem trudność w prygotowaniu potrawy jest praktycznie żadna.

Mały zasiadł z animuszem do posiłku i zjadł tortillę... ogałacając ją wpierwej ze wszystkich włożonych do środka warzyw! Cholera! A już myślałem, że się uda i polubi to co dobre. Nic to, jak mawiał Wołodyjowski, walka się jeszcze nie skończyła. Przegrana bitwa nie świadczy o przegranej wojnie. Będę próbował dalej. Są rózne sposoby na przemycenie tego i owego w potrawach...

A na kolejną tortillę już się z synem umówiłem. Mam już kupione placki. Może się uda w ten weekend? Bo przy akompaniamencie trzech gitarowych wirtuozów, kto wie na jakie wyżyny wzniosą się moje kulinarne wybryki? 

 

czytaj resztę »

Dodane w kulinaria , muzyka | Komentarze 11 , zobacz komentarze

smak poznania

2009-09-06 23:08:51

VII Zjazd Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej, na którym miałem przyjemność być, przeszedł do historii. Zjazd, jak to zjazd - nie trzeba szerzej opisywać. Kto choć raz był na tego typu imprezie ten wie, czym się to je. 

 

A propos jedzenia. Poznań, bo tamże odbywała się ta "naukowa" impreza, będzie mi się niewątpliwie kojarzył z małą ucztą kulinarną. Mnie i mam nadzieję, że towarzyszącym mi osobom których było kilka (Mumina, Przenitek, Kaeri, niejaki GłosZzaŚciany, panna M. i dwie panie M. dwojga nazwisk). I nie chodzi wcale o modrą kapustę (choć i kapustę jedliśmy na tym wyjeździe także), zasmażane buraczki po poznańsku (nie przepadam za buraczkami), szagówki (znaczy się kopytka - uwielbiam), czy sławetne marcińskie rogale. W wolnych od "naukowych rozważań" chwilach zwiedziliśmy troszkę miasto. Głównie "stare", bo i Stary Rynek, i Stary Browar, choć o tym drugim trudno rzec że jest wiekowy.

 

W Starym Browarze, poza szybkim przejściem dość dużej ilości sklepów (ceny wyższe niż w stolicy!), krótkim spojrzeniem na ciekawy i wymagający dużego nakładu pracy i ogromnych sum pieniędzy pomysł rewitalizacji Browarów Huggera, zatrzymawszy się na krótki odpoczynek w "coffeeheaven" smakowaliśmy kawę. Może powiem tak - ja smakowałem tam napój kawowy, bowiem (wstyd, czy nie wstyd się do tego przyznać?) nie byłem jeszcze nigdy wcześniej w tejże kafeterii. Zatem (po smakowaniu) przypadło mi do gustu klasyczne frostito kawowe - kawa wymieszana z rozdrobnionym na miał lodem. Orzeźwiający kawowy chłodzik! Pyszne!

 

Ale ważniejszy pod względem kulinarnym okzał sie być Stary Rynek i okoliczne uliczki. Mieszkaliśmy bowiem tuż tuż, a okna naszych pokoików wychodziły na restauracyjkę, której smak był pewien od spojrzenia na jej nazwę - "The Mexican". Zapowiadało się ostre i smaczne jedzonko. Zaczęliśmy oczywiście od Nachos z kilkoma różnymi dipami do tego. Najostrzejszy (ten pomidorowo-paprykowy) był chyba najlepszy. Następnie dania główne. Każdy wybrał coś innego. Ja tym razem kierowałem się wagą dania (0,45 kg) wybierając Solomilo de Cerdo, co na przetłumaczywszy na polski okazało się być podaną na frytkach i sałatce z kapusty, kukurydzy i czegoś tam (ale dobrze przyprawione) przepysznie zgrilowaną polędwicą wieprzową z ziołami i dodatkiem ostrego sosu, Nie spociłem się za bardzo, co świadczy o małej ostrości potrawy. Pyszne i dość ostre danie w postaci zapiekanych papryczek wybrała jedna z pań M., która notabene namówiła nas na odwiedzenie tejże knajpki. Danie popijałem jak wszyscy piwkiem, ale nie odmówiłem sobie także trunku z agawy, zwłaszcza że podawała je sympatyczna kelnerka :)

 

Po obżarstwie w knajpce meksykańskiej (niektórzy pochłonęli niemalże kilogramowe dania) przeszliśmy się, szukając dalszych kulinarnych wrażeń, po poznańskim Starym Rynku. Ładne miejsce, zwłaszcza w oświetleniu nocnym. I jak wszystkie rynki w Polsce pełne ogródków restauracyjnych. Mumina (będąc w Poznaniu na jakimś kursie) zaprowadziła nas w boczną uliczkę, gdzie wchodząc na dziedziniec którejś z kamienic znaleźliśmy się w innym (czytaj zaczarowanym) świecie. "Cocorico cafe" - taką bodajże nazwę ujrzałem zachwyciła ogródkiem. Wiszące z nieba girlandy liści jakiejś pnącej rośliny, tchnące w nas świeżość i dające niewątpliwie chłód w gorące dni. Oczywiście że kawka była, niektórzy skusili sie na ciasto, ja zaś podtrzymując meksykański smak zakończyłem wieczór drinkiem Morton’s Special (wódka, tequila, sok pomarańczowy i grenadina). Zjadłem także po raz pierwszy w życiu owoc dzikiego agrestu, którym tenże drink był przyozdobiony. Zjadliwe, o smaku cierpko-kwaśnym. Żyję do tej pory :)

 

Następnego dnia na zjeździe poza dużą ilością różnej maści kawy załapaliśmy się na tzw lunch. Do wyboru były cannelloni ze szpinakiem lub jakieś "chińskie" żarcie. Cannelloni zjadliwe, danie azjatyckie - nie wiem. Potem opisywany już Stary Browar i przejście ulicą Ratajczaka do indyjskiej restauracyjki Reeta’s Haveli. Prowadzona przez Hindusów daje lekki pogląd na to, jakże ogzotyczne, jedzenie. Oczywiście jeden posiłek nie wystarczy do poznania hinduskiej kuchni, ale że i tym razem wszyscy zamówili coś innego, to popróbowaliśmy różnych smaków. Piliśmy tam mango lassi - napój z mango, jogurtu i mleka - ja tylko skosztowałem, bowiem nie do końca dobrze znoszę produkty mleczne. Ale przyznać muszę, że napój orzeźwiający i smaczny. Potem dania główne - ja zamówiłem jagnięcinę w sosie curry z dodatkiem białego ryżu. Smaczne, bardzo curry, trochę ostre. Ale znów najlepsze (i zarazem najostrzejsze) danie wybrała jedna z pań M., która notabene bardzo nas na wyprawę do tejże knajpki namawiała. Kolejne ciekawe kulinarne przeżycie.

 

Po drodze gdzieś tam było jeszcze KFC i pikantne skrzydełka, różne napoje i kawy na kolejnym dniu zjazdu, ponownie frostito w coffeehaven tuż przed wyjazdem, kawa w pociągu i powrót do domu. Tyle kaw, w ciągu krótkiego przecież pobytu w stolicy Wielkopolski, jeszcze w swoim życiu nie wypiłem. Z reguły pijam jedną w ciągu dnia. Ale takiej jeszcze nigdzie nie serwowali :))))

czytaj resztę »

Dodane w kulinaria | Komentarze 6 , zobacz komentarze

ikea

2009-08-17 22:54:13

Ostatnio miałem okazję być w sklepie ikea. I to nawet dwa razy w bardzo niedługim czasie. Tak bardzo lubię ten sklep, że postanowiłem sobie kiedyś nie odwiedzać go zbyt często. Ile razy tam jestem, to w oko wpadnie coś na tyle ciekawego a i w cenie przystępnego, że nie mogąc się oprzeć ładuję kolejny sprawunek do torby lub koszyka (w zależności jak wiele rzeczy już zdążyłem po drodze nabrać).

A tu masz - dwa razy po rząd... W trakcie pierwszej wizyty oczywiście zapomniałem kupić tego, po co naprawdę tam się zjawiłem. Będąc w "szale koszykowego ładowania" ominąłem (właściwie powinieniem powiedzieć ominęliśmy) dział na którym najbardziej mi zależało. Przypomniałem sobie o tym dopiero tuż przed domem (i tak uważam, że szybko!). Trzeba było zatem zawitać tamże w dniu dzisiejszym. Tym razem z listą sprawunków, która o tyle była przydatna że nie zapomnieliśmy o celu przyjazdu do sklepu. Bo i tak w koszyku, poza rzeczami zapisanymi na kartce, znalazło się dodatkowo kilka interesujących przedmiotów...

 

Oczywiście, że daję się jako klient złapać na socjologiczno-psychologiczne sztuczki speców od sprzedaży. Sklep jest tak skonstruowany, że chcąc nie chcąc człowiek przechodzi praktycznie przez wszystkie działy. Jest co prawda parę skrutów, ale i tak jakoś tak idzie się "głównym szlakiem". A nuż jest coś nowego za rogiem? A nuż w oko wpadnie jakiś ciekawy pomysł na rozwiązanie funkcjonalnego problemu? A nuż wejdzie się na interesujący element dekoracyjny? A nuż przypomni się konieczność zmiany (czytaj zakupu) mebla, pościeli, świeczek, garnków, sztućców, czy innych "niezbędnych" drobiazgów? O ile umeblowanie jest dla mnie zbyt surowe (choć muszę przyznać, że zakupiona do pokoju lekarskiego ikeowska kanapa jest bardzo wygodna), to prostota pudełek i pudełeczek, kartoników, czy innych form przechowalniczych, ale zarazem ich funkcjonalność urzeka mnie. Mam oczywiście zastrzeżenia co do ich wykonania, ale nie można mieć przecież wszystkiego. Natomiast dział "jedzenie" jest dla mnie przejściem przez mękę. Właściwie niemalże po kolei mógłbym zapełniać kosz kolejnymi produktami z tego działu. I kubeczki, i miseczki, talerzyki i szklaneczki, i sztućce, podstawki i podkładkii, garnki i patelnie, pojemniki na różne produkty sypkie, nawet głupie otwieracze do konserw, czy inne przybory kuchenne... Całe szczęście buforujemy sie z żoną dość dobrze w tym względzie i do toreb trafia połowę tego, co byśmy kupili każde z osobna :)

Oczywiście, że daję się złapać na ichniejszą kuchnię. Nie chodzi mi tutaj o dział "kuchnia", lecz o dość duże pomieszczenie, w którym można cokolwiek zjeść. Ładujesz samemu co chcesz (samoobsługa), lecz widzisz co bierzesz. Tanio i całkiem smacznie. Chłodnik, rostbef, de volaiile z frytkami, klopsiki szwedzkie. A zwłaszcza łosoś z warzywami (wydaje się być ten bałtycki a nie hodowlany). Zapłacony napój i kawa do woli, znaczy się dolewek ile dusza zapragnie (w taki dzień jak dzisiaj to frajda). Ponadto ogólnie dostępna kuchenka mikrofalowa i kącik dla dzieci - można podgrzać coś dla pociechy i samemu zjeść w trakcie zabawy. Rozsądne i pomysłowe, bo wiele przecież rodzin przyjeżdża na zakupy z dziećmi (tymi najmniejszymi także).

Oczywiście, że łapię się czasem na hot-doga, kawę z pączkiem, czy loda za 1 (słownie jedną) złotówkę. Jak nie ja to mój mały.

Na sam koniec powiem jeszcze jedno. To trochę głupie, ale strasznie podobają mi się nazwy sprzedawanych w tej sieci produktów: BOLMEN, DRAGAN, KATTUDEN, MOLGER, BLADHULT, FIRA, KNIPSA, SAMLA, TRISSA, OMSORG, SVAJS... To tylko część. Jeszcze fajniejsze są te ze znakami diakrytycznymi: DRÖNA, FLÖRT, BOASJÖ, NÄRA, GLÄTTIG, SNÄLL, ARV BRÖLLOP, FÄRGRIK TROLSK, PÅTÅR... Wymieniać by tu długo, ale nie sposób. Brzmią egzotycznie i kojarzą mi się z lieraturą fantasy. Naprawdę bardzo ładne imiona dla troli :)

Oto kolejna lista - tym razem całkiem prostych nazw:)

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , kulinaria | Komentarze 11 , zobacz komentarze

pełnia...

2009-08-07 23:11:40

Właściwie to nie wiem jak to nazwać. Kilka już razy siadałem do komputera z zamiarem napisania jakiegoś posta i skończyło się na niczym. Zastanawiałem się dlaczego? Z jednej strony to cóż  takiego tu opisywać, skoro kolejne dni podobne są do siebie jak dwie krople wody, z drugiej jednak strony każdy z tych dni zawierał w sobie chociażby jedno warte opisania zdarzenie. Kilka, niemalże gotowych do opublikowania, postów zawisło w próżni. Nic mi się nie podobało. A to temat jakiś taki do niczego, a to styl wypowiedzi nie do końca zachęcający, a to jeszcze coś innego...

 

Kilka przykładów:

1. Następnego dnia po rozpoczęciu Tour de Pologne wyszedłem z latotroślą na rower. Znaczy się synowi wyjąłem z piwnicy rower i wyszliśmy na świeże powietrze. Ja "per pedes", on pedałując zacięcie na jednośladzie, choć niestety z jeszcze doczepionymi bocznymi wspomaganiami (znaczy sie czterokołowiec). Popitalał na nim jak oszalały, ja za nim goniłem jak zdyszany pies ledwo co łapiąc powietrze. Kiepsko z kondycją... I wątek urwał mi się tak szybko jak gilotyna oddziela głowę od ciała! W sumie dość dobre porównanie, bo mózg jakoś nie chciał współpracować z palcami, gotowymi do śmigania po klawiaturze komputera... 

Dziś myślę, że może dam namówić się Przenitkowi do kupna jakiegoś bicykla! W końcu dobrze mi to zrobi na moją tężyznę fizyczną, bo coś ostatnio  nią krucho. Zacznę od 1 kilometra. Może nie padnę :)

2. Post miał być tym z rodzaju kulinaria. Obiecałem małemu wyprawę do McDonald’s. Nie, żebyśmy się tam stołowali, ale od czasu do czasu z uwagi właśnie na małego tamże bywamy. Wiadomo - zestaw Happy Meal z zabawką, słomką czekoladową do mleka i frytkami stanowi nie lada radość! Uważam, że frytki mają najlepsze na świecie. Ale nie o tym. Nie przepadamy za owocami morza (no chyba że ryby), więc zdziwiła mnie zachcianka mej połowicy odnośnie krewetek królewskich. Zakupiłem, a jakże! Nawet spróbowałem! I co? Rewelacja! Tłuste jak cholera (jak wszystko co smażone na głębokim oleju), ale pod tłustą panierką kryje się przepyszne zwierzątko morskie... I koniec. Pojechaliśmy i zjedliśmy. Czarna plama przed oczami. Zaćmienie umysłu? Jakoś puenty z tego wszystkiego nie mogłem wydobyć!

Dziś widzęę, że chyba polubię smaki morza. Wybieram się po krewetki. Tylko gdzie kupić najlepsze? Może w Makro? Widziałem tam całkiem nieźle zaopatrzony dział z produktami morza i oceanu. A może gdzieś indziej? Jedno wiem! Muszę omijać McDonald’s z daleka bo przytyję jeszcze bardziej :) 

3. Gość (pracownik szpitala od nie wiem czego) wchodzi do pokoju lekarskiego chcąc wymierzyć metraż gabinetu pod nową wykładzinę. Dziwię się, bowiem niedawno nowa podłoga została położona, więc kieruję go do szefa będącego aktualnie w poradni. Na co facet podaje mi powierzchnię podłogi gabinetu poradnianego - 13 metrów kwadratowych! Śmieszne? Na początku wydawało mi się że tak, ale jakoś nie za bardzo się z tego uśmiałem po przeczytaniu przelanej na monitor komputera przytoczonej powyżej anegdoty...

Patrząc na to dziś wydaje mi się, że to niezbędny dla funkcjonowania szpitala pracownik! Mieć wszystkie wymiary pomieszczeń szpitalnych we łbie to nie lada sztuka. Nie trzeba szukać papierzysk, wystarczy zapytać! Tylko właściwie po co komu takie informacje w głowie? Ciekawostka!  

 

Było jeszcze pare innych tematów... I co z tego? Nic! Wszystko wylądowało w koszu!

 

Straszny malkontent się ze mnie zrobił. Poza tym jakiś taki drażliwy jestem, niespokojny, spać nie mogę. Prawie jak zgłaszający się po pólnocy do Izby przyjęć pacjenci. To do mnie nie podobne, więc zaczynam zastanawiać się o co chodzi?

Depresja? Objawy pasują jak ulał, ale przecież w dzień mi przechodzi...

Zwykłe zmęczenie? Chyba nie, bo wielokroć bywałem bardziej zmęczony i słowa same przelewały się z umysłu na monitor komputera...

Zniechęcenie? Nie, bo mam ogromną ochotę wysmażyć kolejny wpis (co robię chociażby teraz)...

Niemoc twórcza? Nigdy się za twórcę nie uważałem, więc i niemoc nie może być. Zwłaszcza twórcza...

 

Mam. Już wiem. Księżyc! Pełnia! To jest wytłumaczenie! Cały okres poprzedzający jej nadejście był kiepski. A wczoraj, pomimo kolejnego dyżuru, było całkiem znośnie. Dziś jest już niemal rewelacyjnie. Zaraz, zaraz. Kiedy to była pełnia? Wczoraj?! 6 sierpnia?! Czyżbym zmieniał się w jakieś monstrum? Patrząc na nieogoloną facjatę, to rzeczywiście upodabniam się do jakiegoś włochatego zwierzęcia. Trzeba będzie się ogolić, choć nie znoszę tej czynności. I można się zaciąć...

Na dobranoc zapuszczam zatem Michaela Jacksona w "Thrillerze". Tym samym, choć nigdy nie był moim ulubionym artystą, składam mu hołd za to co zrobił dla muzyki rozrywkowej:

 

 

czytaj resztę »


una varieta di pasta

2009-07-28 00:01:46

Pierwszy od miesiąca wolny weekend spędziłem w domu. Nie, żebym nie chciał się gdzieś ruszyć, ale wykonana u mej latorośli adenotomia z konchoplastyką (to jest usunięcie "trzeciego" migdałka - znaczy się gardłowego i korekta przerośniętych małżowin nosowych) wymagają pewnych wyrzeczeń. Zarówno z jego, jak i z naszej (czytaj rodziców) strony. Polega to głównie na conajmniej tygodniowym przebywaniu w pomieszczeniach zamkniętych. A że piątek wypadał raptem dwa dni po zbiegu, stąd weekend wypadło spędzić w tak zwanym zaciszu domowym. Może i dobrze, bowiem niedzielna aura w stolicy nie zachęcała do wyjścia poza mury. Temperatura jak dla mnie OK, dla mełego też - nie można przy okazji przegrzewać osobnika, lecz nagłe i niespodziewane opady deszczu nie do końca sprzyjały jakimkolwiek wojażom. Nawet tym niedalekim. Zatem trzy dni w domu. Fajno. Odespałem całe zmęczenie, nadrobiłem zaległości w byciu ojcem, porozmawiałem nawet chwil kilka z "drugą połówką jabłka", trochę posiedziałem przed telewizornią (głównie sport i wiadomości) i dość sporo czasu spędziłem w kuchni... Jakoś tak mam, że gdy jestem w domu to niestety ciągnie mnie do spiżarni. Właściwie jak każdego niedźwiedzia. A że i staram sie czasem coś uwarzyć, to kuchnia jest przednim miejscem do realizacji smakowych zachcianek. Weekend zdominowany został przez makaron.

Nie, żeby innych smakołyków nie było. Sezon przecież na owoce, a że w sobotę rano udałem sie na ryneczek (tutaj wolą niestety mówić bazarek) to i w domu pojawiło się ich mnóstwo. Słodkie morele i maliny, borówka amerykańska, czereśnie (ubóstwiam te wielkie - odmiana kordia - o skórce ciemnobordowej lub jakby powiedział znawca win - w kolorze burgunda a miąższu twardym i słodkim). I jagody. Nie jestem jakimś wybitnym ich entuzjastą, ale żona zapodała taki koktajl z jagód, że palce lizać. Może jednak usta lizać (oblizywać!), bo przecież nie ma siły, by fioletowy szron napoju nie osiadł na mych wargach i wąsach :) Zatem owoce mamy zaliczone. Szkoda tylko że, mimo przecież dość dobrej aury dla sadowników, ceny trzymają się wysoko. Ale warto. Zwłaszcza te czereśnie...

Były jeszcze posiłki główne. Śniadania raczej bez ekstrawagancji, choć sporządzony przeze mnie niedzielny twarożek ze szczypiorkiem podany z chrupiącą bułką z masłem i pomidorem z szalotką był ekstra! Proste danie, ale jakże smacznie rozpoczyna się dzień... Kolacji z racji obiadowego obżarstwa nie było, więc przejdę od razu do posiłków spożywanych w środku dnia.

 

Piątek. Mając nieco kurek postanowiłem zrobić je w śmietanie. Przepis skrajnie prosty, należy jedynie pamiętać o dość dokładnym ich umyciu, chyba że ktoś lubi czuć zgrzytający między zębami piasek. No i zblanszować, żeby nie były za bardzo twarde. Reszta to "piece of cake" jak mówią Anglicy. Przesmażyć na maśle cebulkę, następnie dodać kurki, trochę posmażyć jeszcze, dodać pokrojony koperek lub natkę pietruszki, posolić, popieprzyć (koniecznie pieprz świeżo zmielony) i dodać śmietany. Musi być gęsta (22 lub więcej procent). Trochę jeszcze podusić i... podawać. Najlepiej smakują prosto z patelni bez dodatków, ale że "połowica" chciała makaron, to ugotowałem w tak zwanym międzyczasie tagliatelle, wrzuciłem je na patelnię z kurkami, wymieszałem i przerzuciwszy danie na talerze posypałem jeszcze z wierzchu natką pietruszki. Do tego wino. Co prawda powinno być czerwone wytrawne, ale nie miewszy takiego na stół wtoczył się riesling, który skomponował się z potrawą wyśmienicie. Nie wiem tylko, czy byliśmy aż tak głodni, czy rzeczywiście wyszło smacznie...

 

Sobota. Od dłuższego czasu chodziła za mną "chińszczyzna". Postanowiłem więc zabawić się nieco i zrobić jakąś pseudazjatycką potrawę w domu. Były składniki, byłem ja i kuchnia gotowa mi pomagać. Przepisy kuchni azjatyckiej nie są bardzo skomplikowane, więc zabrałem się do roboty. Znalazłszy pieczarki, paprykę czerwoną, seler i por pokroiłem je w słupki. Poobnie uczyniłem z filetem z piersi kurczaka. Przesmażyłem na ryżowym oleju mięso z dodatkiem kilku ząbków pokrojonego w drobną kostkę czosnku, następnie wrzuciłem warzywa, posmażyłem jeszcze chwil kilka i dodałem wcześniej przygotowaną zalewę (mieszanina sosu hoisin, sosu sojowego, cukru i soli). Jeszcze tylko dwie, trzy minuty smażenia i... potrawa gotowa. Małżonka znów uparła się na kluski, więc wyjąłem z zakamarków makaron gryczany (TOKYOTO) i zapodałem danie posypane pokrojona cebulka dymką. Dość smacznie, ale na przyszłość chyba trzeba będzie trochę więcej sosu hoisin, może dodać jeszcze przyprawę "Pięć smaków" żeby było bardziej "chińsko". Dla mnie stanowczo za delikatnie, ale żonie smakowało. Albo była tak głodna...  

 

Niedziela. Też makaron. A jakże. Oddałem niedzielne kucharzenie małżonce - od rana w garze powoli dochodził rosół, a że weekend makaronowy, tym razem podany został w wydaniu "śródziemnomorskim". Do przesmażonych na oleju winogronowym papryki, oliwek i czosnku odała pesto z bazylią, jeszcze trochęposmażyła i wymieszawszy z ugotowanym wcześniej szerokim pszennym makaronem zapodała na stół. Smaczne, chociaż trochę tłuste (chyba przez to pesto). Ale najedliśmy się po kokardki... 

A na deser były lody śmietankowe. Latorośl zadowolona, bowiem może sobie poużywać. Dozwolone niemalże bez ograniczeń. Gdyby mógł, jadłby tylko lody :)

 

Fajna domowa, weekendowa kuchnia. Waga zaczyna nie wytrzymywać ciężaru... Ale jakże się tu oprzeć pokusom jedzenia, gdy siedzi się w domu? Zwłaszcza, gdy przez cały dzień ciągnie się za człekiem jedna z piosnek chwalących rozkosze podniebienia. Choć panowie w "teledysku" wydają się być oderwani od rzeczywistości, to tekst piosenki opisuje w dużej mierze włoskie dobra spożywcze :)  

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , kulinaria | Komentarze 9 , zobacz komentarze

parówka

2009-07-16 22:32:16

Znając moje upodobania (patrz urlopowe smaki i kuchnia) możnaby się spodziewać kolejnego postu o tematyce kulinarnej. Parówki rzeczywiście towarzyszą mi niemalże codziennie, są bowiem jednym z podstawowych produktów spożywczych na dyżurze. Łatwo je przetransportować (wszak zapkowane są szczelnie) a i z kwestią przygotowania do spożycia nie jest źle (można je spożyć na zimno, co nie zabiera przecież wiele czasu). Któż nie lubi hot-dogów (zwłaszcza na stacji Statoil?), gdzie parówka (obecnie zastępowana także różnymi kiełbaskami) jest podstawowym składnikiem tego nieskomplikowanego dania. I skomplikowanego zarazem. Ileż bowiem zależy od rodzaju bułki. A jakże ważny jest rodzaj dressingu, gatunek ketchupu czy musztardy zapodanych razem z parówką i bułką... Eh! Niby nic a cieszy! Nawet moja latorośl (wybredna jak nie wiem co jeżeli chodzi o jedzenie) zasmakowała w tak mało, wydawałoby się, wyrafinowanym posiłku.

W czasach kryzysu parówki wzbudzały równie niezdrowe emocje co obecnie radio Maryja i ksiądz dyrektor, majtki Dody (lub ich brak), kolejne operacje nieżyjącego już "króla popu" Jacko, czy mająca pojawić się w sierpniu na koncercie "skandalistka" Madonna. Mistrz polskiej komedii prześmiewczo przedstawił to tak:

 

  

 

Eh, te kulinaria! Odciągnęły mnie od głównego tematu mojego postu. Właściwie będzie on ciągiem poprzedniego. Parówka, a właściwie parówa dziś była. Czlowiek nie ma ochoty na żaden ruch. Zwłaszcza odkleić się od krzesła, odejść od dającego względny chłód klimatyzatora i wyruszyć na obchód do pacjentów leżących w salach z "naturalną klimatyzacją", czesto pogarszającą jeszcze sprawę panującej duchoty. Lub ruszyć do pracowni endoskopowej, gdzie wiatrorób w postaci wentylatora daje ochłodę jedynie skierowawszy strumień powietrza bezpośrednio na siebie samego. Mielenie przezeń powietrza w innych kierunkach zupełnie nie ma sensu. Jest jeszcze Izba Przyjęć, w której o ile się nie mylę dach stanowi metalowa blacha (doskonale słychać jej dźwięk podczas deszczu), która podczas słonecznej pogody może również służyć za płytę grzewczą, a wnętrze Izby Przyjęć zaczyna przypominać warunki panujące w kuchence mikrofalowej (znów te kulinaria). Oczywiście w trakcie stawiania budynku obecnej Izby Przyjęć nikt nie pomyślał o klimatyzacji, więc w dni takie jak ostatnio człowiek czuje się jak parówka w ukropie!

Na dodatek sąsiad spotkany w windzie uśmiecha się radośnie i twierdzi, że lubi takie pogody. Na moje stwierdzenie, że klimę mam tylko w samochodzie (właściwie to ogromna radość przecież, choć w pracy spędzam znacznie więcej czasu niż w samochodzie) uśmiecha się tym razem ze zrozumieniem twierdząc, że ma zatem o wiele więcej szczęścia niż ja (bowiem pracuje w warunkach klimatyzowanych). W sumie jestem jednak zadowolony, bowiem mogłoby być jezscze gorzej. "Parówka" za zamkniętymi szybami. Jak w piosence Tiny Turner :)

 

czytaj resztę »


urlopowe smaki

2009-06-24 18:29:54

Pierwszy po urlopie dyżur minął, lecz następny tuż tuż. Było niestety śmiertelnie poważnie, ale taka nasza praca. Kostucha puka do drzwi zbyt często. I zbyt często odchodzi z pełnymi rękami...

 

Ale dziś nie o tym. Smutki odrzucam na bok, żyję bowiem jeszcze minionym urlopem, więc pora na kolejną porcję wspomnień. Dziś będzie kulinarnie - wszak jedzenie to jedna z większych przyjemności w naszym życiu. Niepogodowa raczej aura często zmuszała do szukania schronienia w okolicznych knajpkach, w które obfituje miejsce mego nadmorskiego urlopu. Ponieważ bywam tam praktycznie co roku, więc kroki me zwykle kieruję w "sprawdzone miejsca kulinarnych rozkoszy"...

Zanim jednak o tych smakach, muszę koniecznie wspomnieć o pewnym miejscu, w którym zatrzymuję się zwykle w drodze nad morze. Dzięki którejś z wypraw w okolice Wdzydz Kiszewskich i Starogardu Gdańskiego, szosa zaprowadziła nas do Człuchowa, a właściwie 2 kilometry za Człuchów drogą w kierunku Wałcza. Znajduje się tam stacja benzynowa, salon samochodowy oraz... zajazd Canpol - miejsce odpoczynku chyba wszystkich przejeżdżających tamtędy. Oczywiście powodów może być kilka - trzeba przecież zatankowac paliwo do samochodu, rozprostować trochę kości w pobliskim mini-ZOO, zabawić się z dzieciakami na leśnym placu zabaw... Głównym jednak powodem jest knajpa. Obliczona na 200, a może i więcej osób. Częściowo samoobsługowa (trzeba przy kontuarze zamówić wybrane dania, czy samemu nałożyć dodatki w barze sałatkowym), ale warto tam zjeść. Wiktuały spożywane tam przeze mnie do tej pory (czytaj spożywane przez całą moją rodzinkę) były pyszne. Żołądki lub kołduny w rosole, barszczyk czerwony z pasztecikami, żeberka z kopytkami i kapustą, indyk w sosie cherry, kurczak szefa kuchni, zwykły schabowy, golonka, czy też sakiewki Pasibrzucha (naleśniki z farszem mięsnym i sosem grzybowym) oraz parę innych dań, których nazw już nie pamiętam - wszystko to ma swój oryginalny aromat drażniący receptory węchowe od samego wejścia, powodując ucieczkę języka do żołądka na samą myśl jedzeniu. A żarło smaczne jest i tyle. Wracając z urlopu zboczyliśmy z trasy o te dwa kilometry dokładając, do już rozepchniętych nadmorskimi pysznościami żołądków, kolejną porcję jedzenia! Warto było!

Po drodze jest jeszcze Koszalin, który postanowiliśmy odwiedzić później. Zdarzyło się to wkrótce, bowiem w któryś z nieprzyjaznych dni wybraliśmy się tamże odwiedzając między innymi restaurację "Marco Polo". Eh, kolejne rozkosze podniebienia - warkocz z polędwiczki wieprzowej w sosie słodko-kwaśnym, rosół z makaronem, przysmak uczniów Hogwartu... No bo co tu robić, gdy na dworze pada?

Z racji niepogody odwiedziliśmy także w Darłówko. Tam jedliśmy pizzę, której wymiary okazały się być spore (przecie, że zamówiliśmy rozmiar rodzinny), spotęgowane formą podania jej na ogromnej paterze :)

 

pizza.jpg

 

No i nadmorski "kurort" Mielno. Jak już powiedziałem pierwsze kroki skierowałem w miejsca znane z dobrego żarła w przeszłości. 

Choć restauracja w hotelu "Meduza" ubiegłorocznie nieco rozczarowała, to wtym roku zapodana pierwszego dnia sałatka z brzoskwinią i awokado powaliła na kolana moją małżonkę. Ja zadowoliłem się pyszną sałatką "Madras" z grillowanym indykiem i smażonym boczkiem. Pozostałe składniki w menu też początkowo smaczne, niestety im dalej w sezon tym jakość i wielkość dań w "Meduzie" spadała. Jedynie ceny były stałe, choć kto wie co będzie dalej...

Dobrze zapamiętana z lat ubiegłych knajpka Arni@Pablo zawiodła na całej linii. W tym roku nie smakowało nic. No może poza piwem, którego całe szczęście nie warzono na miejscu. W przeszłości spaghetti ze szpinakiem, pierogi z mięsem, naleśniki różnodziane, shoarma z kurczaka, czy różnorakie sałatki chciało sie jeść jak najczęściej. W tym roku kiepa totalna. Chyba zmienili szefa kuchni (choć mówią, że sami gotują?!).

"Wróbłówka" - smażalnie ryb (choć zjeść można nieco więcej niż ryby)  przy jednym z zejść z deptaku z miłą, ładną i zwykle uśmiechniętą właścicielką. Dobre smażone dorsze i flaczki z kalmara. Pomidorówka też. Często tam byliśmy, zwłaszcza że mały ciągnął tamże na rybkę :)

Smażalnia o nieokreślonej nazwie wyglądająca jak żółty namiot. Przy głównej ulicy Mielna. Jedliśmy tam w tym roku niestety tylko jeden jedyny raz, bowiem otworzyli swe podwoje na koniec roku szkolnego. Posiłkiem głównym okazał się być pyszny mięsisty turbot (bądź torbut jak kto woli). A że było to w przeddzień wyjazdu - na podniebieniu prawie do tej pory czuję niezapomniany smak tej flądropodobnej rybki...

Odkryta w tym roku (i chyba dopiero co otwarta) Cafe Aghata z wystającym ze ściany starym Chevroletem.

 

cafe agatha

 

Knajpka utrzymana w stylu kubańskim z fotografiami Kuby i jej mieszkańców, z sączącą się gdzieś z głośniczków kubańską muzyką. W toalecie zdjęcie Fidela - wodza rewolucji :) Poza drinkami, piwem i kawą można też pysznie zjeść. Naleśniki z camambertem i żurawiną, pierogi z mięsem, no i oczywiście spaghetti którym zajadała się moja latorośl...

 

spaghetti3.JPG

 

...umawiając się wcześniej z kucharzem, by makaron nie był wymieszany z sosem tylko podany osobno!

 

Na koniec zostawiam rarytas. Restauracja w hotelu "Dworek Morski". Właściwie nie wiem co powiedzieć. Wszystko co jedliśmy było niewiarygodnie smaczne.  Menu niezbyt wyszukane, bez skomplikowanych nazw potraw i jakichś tam ekstrawagancji. Rosół, zupa krem z brokułów, zupa gulaszowa, grzybowa, ogórkowa... Sałatki - grecka, z kurczakiem, z tuńczykiem... Pierogi, naleśniki z czekoladą i lodami... Niesamowicie delikatne spaghetti bolognese... Polędwiczki w zielonym pieprzu, grillowane mięso, nawet "chińszczyzna" (znaczy się kurczak w sosie słodko-kwaśnym) smakowały dobrze. Nawet bardzo dobrze. A porcje powalają na kolana nawet największych obżartuchów :) No i najlepszy chyba na wybrzeżu sernik własnego wypieku! Pycha!

 

Dzisiejszy post wygląda jak przewodnik kulinarny, ale rzeczywiście tegoroczny urlop w większości spędziłem w knajpach. Z tego też powodu sadełko trochę urosło. A zakładałem, że nieco schudnę w te wakacje...

Na koniec dla wszystkich łakomczuchów porcja lodowej przyjemności. Zdaje się, że deser nazywał się truskawkowy tajfun, huragan truskawek, czy jakoś tak podobnie :)

 

lody.jpg

 

 

czytaj resztę »

Dodane w urlop , kulinaria | Komentarze 14 , zobacz komentarze

łazienki

2009-05-24 22:44:00

Jechałem dziś w kierunku szpitala z radością, bowiem... minąłem go dość szerokim łukiem zatrzymując się przy Łazienkach Królewskich. Chrzestna Miłka wyciągnęła nas na spacer, a może to my wyciągnęliśmy Ją? Nieważne. Wylądowaliśmy w Łazienkach. Choć zdawało się, że zaraz z nieba lunie wodna niespodzianka, to obyło się bez parasoli. 

Tłum w parku jak na Marszałkowskiej w Warszawie lub Piotrkowskiej w Łodzi. Nawet większy. Ale mimo wszystko miło. Spacerowicze jacyś tacy uśmiechnięci, kroczący dostojnie. Dzieciaki biegające na trawie pomiędzy drzewami lub wzdłuż alejek między ludźmi. Fajno. I spokojnie.

Jak zwykle milowa kolejka do gofrów. Mały niestety nie odpuścił (wybrał ten z bitą śmietaną i polewą czekoladową), ale poszło dość szybko i wkrótce zasiedliśmy w kafejce Trou Madame. Szarlotki na ciepło z lodami, sernik wiedeński, espresso, kawa latte, kawa z Baielys, sok pomarańczowy, herbata. Ceny chyba wzięli z księżyca, ale smacznie było. I wesoło - Miłek jak zwykle umorusał się gofrowymi pysznościami mając bitą śmietanę i czekoladę nie tylko na ustach (dobrze, że nie wpadło mu do głowy wytarcie się o rodziców!). 

No i oczywiście ptaki. A właściwie ptasia arystokracja:

 

paw 3.jpg

 

paw.jpg

 

paw 2.jpg

 

Widziałem też myszkę buszującą w trawie i pomiędzy krzaczkami, ale była za szybka, bym mógł ją uwiecznić na fotce. Wiewiórki gdzieś się pochowały. Bardzo sympatyczne popołudnie spędzone niemalże w szpitalu...

Zdjęcia specjalnie dla dyżurującej dziś Muminy z zespołem.

czytaj resztę »


kuchnia

2009-05-09 22:34:02

Jako dziecko lubiłem przesiadywać w kuchni. I bawić się w kucharza. Zakładałem na czubek głowy plastikową torebkę, która wypełniona powietrzem sterczała sztywno niczym czapka najlepszego kucharskiego mistrza. Jak tylko umiłem to pomagałem. Czasem z sukcesem, a czasem - eh, wyrozumiałość rodziców względem dzieci nie zna granic! No i zawsze można było dostać jakiś smakołyk w trakcie przyrządzania przez Rodzicielkę potraw. A gotować potrafi jak nikt inny na świecie. Smak potraw z dzieciństwa ma ogromny wpływ na doznania rozkoszy podniebienia w wieku starszym. I nie oszukujmy się - pewne dania nigdzie tak nie smakują jak w domu rodzinnym. Pomidorówka - niby prosta zupa, ale najlepszą na świecie pichci moja Mama. A flaki, grzybowa, kopytka, zimne nóżki, kurze żołądki w ostrym sosie? Mniam - palce lizać. A czy ktoś jadł knedle ze śliwkami z dodatkiem młodej kapusty? Danie typowo łódzkie! Nie przepadam za knedlami, ale w połączeniu z młodą kapustą daje bardzo ciekawe połączenie smaków. A ozory w szarym sosie (z orzechami, rodzynkami, migdałami)? Nie lubię raczej dań na słodko, ale to (rewelacyjne w wykonaniu ciotki Wandy) jest powalające - mieszanka kultury łódzkiej i żydowskiej! A zwykłe placki ziemniaczane ze śmietaną? A kotlet schabowy (koniecznie z kostką) podany prosto z patelni? A golonka w piwie? A żeberka? Ciekawa prawidłowość - im bardziej niezdrowo, tym bardziej smacznie.

No ale nie o tym chciałem. Miało być proste nawiązanie do tematu a zrobiła się uczta kulinarna. Trochę mniejsze jej wydanie zaserwowałem dziś domownikom. A właściwie "połowicy", bo Miłek na moje specjały wypiął się jak zwykle (jada tylko ulubione swoje dania). Zaczęło się od jajecznicy. Kiedyś serwowałem ją co niedziela (ot taki zwyczaj), ale zamieniwszy ją na zdrowszy twarożek, dawno nie gościła na śniadaniu. Zatem jajeczniczka - usmażona na masełku tylko z cebulką, podana z pomidorami ze szczypiorkiem. Do tego chrupiąca bułka z masłem. Już zapomniałem jak to niesamowicie smakuje :)  A potem miał być obiad. Najpierw zaserwowałem przystawkę - szparagi z wody. Danie proste (gotuje się je związane razem w osolonej wodzie z dodatkiem masła) ale bogate w smak - nastraja do dalszej uczty. A potem bitki wołowe. Przyrządzone zgodnie z przepisem Rodzicielki. Podane z kluskami na parze (lepsze są kopytka, bo sos jest zawiesisty, więc ładnie do kopytek lgnie, ale przez ten sam fakt zawiesistości bardzo dobrze przylega również, a wręcz wsiąka w dłużej w nim potrzymane pampuchy - tak się u nas zowie kluski na parze). Choć to niezgodne z zasadami "savoir vivre" to na koniec wylizałem talerz! Do sucha! I nie żałuję! Wieczorem były proste tartinki z wędzonym łososiem skropione sokiem z cytryny. Gdzieś pomiędzy kawka z sernikiem jogurtowym (w wypiekach jestem noga, więc kupny - ale dobry) oraz jedne z moich ulubionych owoców - winogrona.

Całe szczęście pogoda dziś sprzyjała, więc nie spędziłem całego dnia za stołem. Dużo dzisiaj byłem na powietrzu (podobno spacery wzmagają apetyt), stąd może i te kulinarne zachcianki. Jednakowoż sporo czasu spędziłem też w kuchni. Jako dziecko lubiłem tam przesiadywać... 

 

czytaj resztę »


poświątecznie

2009-04-13 21:19:20

W tym roku mój wkład w organizację świąt ograniczył się do jedzenia - na mojej głowie były sprawunki a i po części szykowanie różnych wiktuałów. Jak co roku obiecywałem sobie ograniczenie zakupów, no bo właściwie na stole wystarczą tradycyjna biała kiełbasa, szynka i jajka. I jak co roku wszystkiego było za dużo. Rodzice wyjechali, a my (mimo, że zapakowaliśmy im połowę żarcia) zostaliśmy z pękającą w szwach lodówką. Jak co roku czeka nas dojadywanie przez najbliższy tydzień świątecznych potraw.

A patrzeć na jedzenie nie mogę - obżarstwo świąteczne jest straszne, ale tak się składa w polskiej tradycji, że potrafimy od śniadania płynnie poprzez obiad przejść do kolacji. Obfite w stosunku do wymienionych posiłków jest słowem drobnym. One są przerażająco obfite. Sałatka warzywna miesza się z jajami w majonezie z groszkiem, pasztetem z zająca, białą kiełbasą parzoną, ćwikłą z chrzanem, ogórkiem konserwowym, pomidorem ze szczypiorkiem, szynką gotowaną,  jajkami faszerowanymi, świeżym ogórkiem, galaretką z nóżek, grzybkami marynowanymi, schabem pieczonym, rzodkiewką, sałatką z pieczarkami, polędwicą oraz tłustym (ale pysznym) boczkiem, co po krótkiej przerwie zaprawione jest makowcem, sernikiem, babką wielkanocną, jakimiś cukierkami i czekoladą, a po chwili odpoczynku rosołem z makaronem, dwoma gatunkami mięs, jakimś drobiem z towarzyszącymi przystawkami i dodatkami, gdzieś tam lody w międzyczasie, na co z kolei nakłada się poranna porcja wiktuałów wzmocniona żurem, śledziami i inszymi zakąskami... 

W tym roku mój wkład w organizację świąt ograniczył sie do jedzenia...

czytaj resztę »