przeminęło z wiatrem...
2010-07-14 23:13:21
Obiecałem parę fotek z tegorocznych wakacji. Nie wiem tylko, czy będą się podobały, bo wydają mi się bardzo ograniczone w formie. Nie za bardzo też rozumiem kiedy i jak powstały niektóre. Albo to wina aparatu (wszak trzepie zdjęcia bez wielkiego wysiłku stającego za obiektywem) lub kiepski ze mnie fotograf (bo przecież aparat niemalże sam strzela fotki)...
Zacznijmy zatem od plaży, której nienagrzany jeszcze promieniami czerwcowego słońca piasek nie przybierał zapamiętanej z przeszłości barwy złotej...

Hmm... Podobnie rzecz miała się z wodą morską. Co prawda zamoczenie stóp i kostek nie doprowadzało do odmrożenia uszu, ale i tak było niezłym wyzwaniem dla chcącego przejść morskim brzegiem delikwenta. Próbowałem i ja. Ta kipiel u mych stóp to zamarzające na wietrze fale morskie :)))

A morze tego roku niezbyt przyjazne było. Czy to powóź tegoroczna zbierająca wodami rzek do Bałtyku resztki różniste, czy też prostota ludzi turystycznie bytujących nad nim, wszak dało się znaleźć podczas spacerów przedmioty nie do końca będące wytworem morskiej otchłani...


Zupełnie inna rzecz się miała z plażą, której piasek choć zimny w dotyku okazywał się być bardziej zdrowy dla ciała (wszak mistrzostwa świata w piłce nożnej stymulowały do gry w jej odmianę plażową). Można także było od czasu do czasu okazać wszem i wobec blade ciało okryte niewielkim kawałkiem tkaniny zwanej kąpielówkami (choć wiejący wiatr fryz wichrzył, a temperatura ciała nienasłonecznionego wykazywała przynajmniej 20-stopniową różnicę do tych części wystawionych na promienie słoneczne)...

Poza tym jak to na urlopie były różnego rodzaju przyjemności dla ciała...


... i ducha...

I gdyby nie dość niska temperatura otoczenia i wiatr niemiłosierny o każdej porze dnia, to wywczasy były by udane na wskroś. A tak - wróciłem z niezłą chrypą i gilem do pasa...
Ale tym, którzy wyjeżdżają właśnie na wakacje życzę o wiele cieplejszej aury. I śródziemnomorskiej temperatury wody. I lekkiej bryzy znad morza. I równie pięknych zachodów słońca...
jazda
2010-07-04 23:01:12
Wróciłem w całości! To jedyna korzyść z tego, bo niestety chętnie zostałbym nad morzem...
I choć będzie to może remake poprzedniego postu, to opiszę te kilkanaście godzin za kółkiem :)))
Fajnie jechało się tylko w jedną stronę - do Mielna. I początek dnia - szarówka przechodząca błyskawicznie w rozświetlone promieniami słońca niebo, rozciągające się nad polami mgły wgryzające się tylko nieznacznie swymi białymi zębami na drogę, miłe towarzystwo słuchanej "dobrej" muzyczki, sympatyczny chłodek w autku (poza nim także), szybka ale ostrożna jazda (bez szarżowania, choć na polowym lotnisku było i 190 na liczniku), ruch samochodowy przez większość trasy jak w niedzielę do pracy... Wszystko to sprawiło, że wyliczone w internecie 7 godzin 13 minut (449 km) zmniejszyło swe rozmiary o dwie godziny :)))
Dzień zapowiadał się oczywiście gorący, więc z latoroślą "skoczyliśmy" jeszcze na plażę ogrzewając swe ciała w promieniach całkiem letniego już słońca, grając w piłkę plażową (zupełnie jak drużyny Niemiec, czy Holandii), kopiąc dołki w pobliskiej piaskownicy (kto tyle piachu tu nawiózł?), a członki mocząc w wodzie Morza Bałtyckiego (nie doznając przy tym odmrożenia uszu). Jeszcze tydzień temu połowa tych "przyjemności" kończyła się przeziębieniem (choć słońca wtedy było też wiele).
Zapakowawszy do samochodu wszystko to czego nie zabrałem poprzednio, zjadłszy skromny obiadek - zupa gulaszowa i smażony turbot z ziemniaczkami (nie lubię na pełny żołądek prowadzić!) ruszyliśmy z całą rodzinką w drogę powrotną. Gorąc na zewnątrz (ale i w samochodzie pomimo klimatyzacji także) nie cieszył tak bardzo jak na plaży, ruch na drodze przez prawie połowę drogi jak w godzinach szczytu w stolicy, na dodatek ukochane przez wszystkich letnie naprawianie dróg z wieloma tzw. "mijankami". Te ostatnie zwłaszcza przed Włocławkiem, przez który zwykle jeździmy (bo teście tam mieszkają). Sam Włocławek (jakieś 16 kilometrów drogi krajowej numer 1) także się kiepsko zaprezentował, bo rozkopany praktycznie na całej długości przejazdu... Wszystko to sprawiło, że trasę 303 kilometrową zamiast w wyliczone w internecie 5 godzin i 3 minuty pokonałem o godzinę dłużej. Z czego praktycznie 1,5 godziny spędziliśmy na ostatnich 56 kilometrach drogi łączącej Toruń z Włocławkiem (znaczy się domem teściów)! :(((
Starałem się później obejrzeć drugą połowę meczu Paragwaj-Hiszpania (o takiej porze mniej więcej dotarliśmy do Włocławka), ale wypiwszy wręczone przez teścia piwo zaczynałem usypiać w fotelu, więc chętnie skorzystałem z łóżka, które nie wiem kiedy zostało dla mnie przygotowane :)))
Ale a propos towarzyszącej mi muzyki - wcale nie była to Kobranocka (choć na koniec podróży tekst "wlokę ten ból przez Włocławek" pasowałby jak ulał), ale zupełnie inne zespoły - jak chociażby prezentowany w poprzednim poście New Order:
czytaj resztę »
tam i z powrotem
2010-07-02 19:27:25
Wbrew mocno sugestywnemu tytułowi nie zamierzam pisać o "Hobbicie" Tolkiena, choć to jedna z książek wprowadzających mnie w świat ogólnie pojętej fantastyki. Niezaprzeczalnie, przeczytana w odpowiednim wieku, może zrobić na czytelniku ogromne wrażenie (łącznie oczywiście z całą tolkienowską trylogią "Władca pierścieni") i na dobre zafascynować tym gatunkiem literackim... Jakiś czas temu (będąc już całkiem sporym chłopcem, ale jeszcze przed nakręceniem przez Petera Jacksona "Drużyny pierścienia") odświeżyłem sobie zarówno "Hobbita" jak i całą trylogię. I co? Cieszę się, że miałem okazję po raz pierwszy przeczytać to wszystko o wiele wcześniej, bo smak "tamtej lektury" był wysublimowany, "tej następnej" niestety bardzo pospolity. Ale cała trylogia Jacksona - świetna!
Nie o tym jednak. Tam i z powrotem, czyli nad morze i do stolicy w jeden dzień. Fajno, bo wyruszam przed świtem. Mam nadzieję i na mniejszy ruch samochodowy (tym samym na szybszą jazdę), mniejszą temperaturę otoczenia (tym samym o wiele większy komfort podróży - przynajmniej w jedną stronę) oraz niezapomniane wrażenia początku dnia - choć zapewne nie dojadę nad samo morze, bo to ujrzeć, to widok wschodzącego słońca zwykle napawa mnie optymizmem.
Droga powrotna może już nie być tak przyjemna, bo wszystko będzie na odwrót. Trwają przecież wakacje, więc ludu na drogach spodziewam się od cholery. Synoptycy zapowiadają raczej dzień nie chłodny, więc pomimo klimy może być w w samochodzie ciepło, zwłaszcza że rodzinka boi się przeciągów. No i obejrzę raczej zachód, a nie wschód słońca - a zachód wydaje się mi być piękny jedynie nad morzem, które niestety będę miał już daleko za sobą...
Mam nadzieję, że dojadę tam i z powrotem w całości, a wyjazd nie zakończy się jak przygoda pewnego "Miśka" z teledysku New Order :)))
czytaj resztę »
ostatnie chwile urlopowe
2010-06-27 22:09:58
Ktoś już udowodnił, że wypoczynek powinien trwać trzy tygodnie. Ja niestety miałem na to tylko 14 dni. I dużo, i mało. Zapewne wszyscy, którzy w tym czasie pracowali zazdrościli mi tych chwil wolnych, jednak niestety praktycznie cały gorący okres (dosłownie i w przenośni) spędzę w robocie - synoptycy zapowiadają nadchodzące upały, a i w szpitalu także będzie "upalnie" - wszak remont oddziału nie należy do najłatwiejszych okresów w jego funkcjonowaniu...
Ale, czegóż nie robi się dla potomnych? Przecież nie dla własnej przyjemności wybieram rokrocznie czerwiec jako termin urlopu. Mój syn na szczęście jeszcze jest w takim wieku, że okres tzw. "nauki" nie obowiązuje go zanadto. Tak będzie jeszcze tylko w przyszłym roku (myślę, że z "zerówki" da się go wyciągnąć przed końcem roku szkolnego), więc kolejny urlopowy czerwiec przede mną. Poza "niepewną pogodą" (właściwie ostatnio w Polsce nigdy nie jest pewna) i niestety okropnie zimnym morzem, nie mogę narzekać - wszędzie spokój i w miarę cicho, można swobodnie nikogo po drodze nie tratując przejść przez "kurort", na plaży miejsca wystarczająco na tyle by nie trzeba zasuwać kilku kilometrów do wolnego skrawka piasku, restauratorzy (trochę szumna nazwa, ale niech będzie) jeszcze starają się o klienta serwując dania smaczne i zjadliwe, a i turyści podobni do mej rodzinki - sporo dzieci i młodzi rodzice :)))
No dobra. Tyle jak na razie o urlopie - reszta (także fotki) wkrótce. Dziś ostatni dzień "swobody", który spędziłem także na lenistwie... Poza rozpakowaniem waliz, zapuszczeniem kilku pralek ciuchów, zrobieniem najpotrzebniejszych zakupów, spędziłem czas na oglądaniu TV (nawet za bardzo nie wiem, co się dzieje na mistrzostwach świata w piłce nożnej - a to już przecież faza pucharowa!), sączeniu piwka i innych tego typu przyjemnościach...
Udało mi się także wypić kawę (nawet dwie!) w bardzo miłym towarzystwie!
I to by było dobrego - od jutra powrót do szarej rzeczywistości. Za kabaretem TEY powiem tylko tyle:
z pracy do pracy, z pracy do pracy, o k...a jak można tak dłużej rodacy!
Dlatego też mam na to pioseneczkę, którą od dawna chciałem już zamieścić pod którymś z postów. Może teraz jest na to pora? Nie wiem, ale przecież nie ma się po co w tym życiu tak spieszyć...
czytaj resztę »
powrót
2010-06-26 22:27:45
Powrót z urlopu...
Powroty nie zawsze są łatwe...
Zwłaszcza powroty do lat przeszłych...
Powrót do przeszłości, którą pamięć ma w szufladce - miłe...
Powrót do wspomnień które wydawały się być miłe, a w chwili obecnej zdezaktualizowały się zupełnie...
Mój powrót z urlopu przebiegał przez Bydgoszcz, Kutno i Łódź. Miasta jak każde inne w Polsce. Ale miasta, z którymi łączy mnie sentyment. Bydgoszcz, a właściwie Koronowo - miejsce, gdzie wiele godzin spędziłem na łajbie z kumplem obecnie mieszkającym w Bydgoszczy. Z kolegą, z którym wiele mnie łączy. I dobrego, i nie do końca dobrego. Miasto, w którym jestem witany jak przyjaciel. Kutno - miejsce, w którym ów znajomy mieszkał przez wiele lat, gdzie spotkałem się z przyjęciem jak dawno nie widziany "przyjaciel". Łódź - miasto rodzinne, które niestety okazało się najmniej przyjemną częścią podróży znad morza...
W związku ze zdrowiem rodzicielki zawitałem do instytucji, w której zdarzyło mi się pracować lat wiele. Instytucji, która wydawała się być najmilszą memu sercu. Instytucji, w której ludzie wydawali się być jak najbardziej życzliwi, mili i pomocni... Niestety życie i nieubłaganie mijający czas weryfikuje nasze wspomnienia...
Oddział w którym pracowałem jest nie o poznania. I nie tylko ze względu na trwający remont. Wśród pracujących lekarzy ostała się tylko jedna osoba (notabene myślałem że jest już na emeryturze), poza tym przybyło kilka postaci, z których jedną znam jeszcze ze studiów - w związku z czym nie ośmieliłem się wejść do pokoju lekarskiego - facet nie do końca normalny w moim odczuciu, wiec i spotkanie byłoby nie na miejscu...
Ale konieczność była spotkać się z ortopedami, których skład (o dziwo!) nie zmienił się zanadto. I choć lat minęło wiele, nie wydaje mi się by zmieniło się ich podejście do człowieka w jakikolwiek sposób - ot, taka przypadłość zabiegowców! Całe szczęście okazało się, że problemy rodzicielki nie mają nic wspólnego z chirurgią ortopedyczno-urazową! Ale wypisanie skierowania na rehabilitację już tak - żaden z moich dawnych "współpracowników" niestety nie pokwapił się, by wspomóc "kolegę" przystawieniem swej pieczątki na druku skierowania. Bo trzeba oficjalnie..., bo coś tam..., bo niestety..., bo ordynator... Bez komentarza!
Okazało się, że tak zwany "personel średni" o wiele więcej jest w stanie okazać sympatii, co "koledzy po fachu". Koniec końców udało mi się ustalić terminy rehabilitacji i paru innych rzeczy przy współpracy nieocenionych Pań - Wioli i Danusi, niż panów - krzysztofa, pawła, czy andrzeja. I tyle na temat wspomnień. Ci, których szanowałem, dawno się z tego szpitala wynieśli. I chyba dobrze, bo niestety ta instytucja schodzi na psy...
Tyle wspomnień z podróży znad morza. Reszta ze zdjęciami pewno za tydzień...
Ale w tzw. międzyczasie pewno coś napiszę - przecież reanimacja ze średnią półtora oddechu na dobę nie może być skuteczna :)))
czytaj resztę »w przeddzień urlopu
2010-06-11 21:59:41
Zwykle ostatni dzień przed urlopem jest w pracy lekkim koszmarem. I najczęściej właśnie w tym dniu człowiek ma najmniejszą chęć do jakiegokolwiek wysiłku. Umysł szybuje już ku miejscom urlopowego wypoczynku, więc mowa o chociażby znikomej koncentracji jest żadna. Nie dość, że koniec tygodnia to na dodatek przeddzień wakacji. W piątki zwykle jest nieco więcej pracy - często wypisuje się większą ilość pacjentów by przygotować miejsce dla kolejnych chorych weekendowych, trzeba złożyć zlecenia na trzy dni i przewidzieć różne sprawy mogące w ten jedynie dyżurancki czas wydarzyć, no i oczywiście na koniec tygodnia zwala się całą listę spraw "biurowych" - znaczy się zwykła papierologia stosowana. Na dodatek podwójna - staram się być w miarę odpowiedzialny i rzetelny, więc przed urlopem załatwiam wszystkie sprawy niedokończone, niestety w dużej mierze właśnie te papierowe. A że zwykle nie ma na to czasu, więc opuszczenie "świątyni pracy" tego dnia jest znacznie opóźnione w stosunku do dnia powszedniego...
Aura dnia dzisiejszego bynajmniej nie pomagała. Ukrop taki, że pot ściekał nie tylko po twarzy. "Sinobrody", znaczy się zakupiony ze wspólnej składki przenośny klimatyzator, grzał ile mógł czyli chłodził na maksa- niestety dawało to jedynie chwilowe uczucie jakiegoś komfortu termicznego. Cieszę się, że mamy chociaż taką maszynę chłodniczą, bo przed rokiem sytuacja była cokolwiek bardziej tragiczna, choć temperatura w tym czasie była nieco niższa niż dziś.
Nie tylko w szpitalu aura dawała znać o sobie. Już jazda do pracy obfitowała w mnogość napotkanych kierowców otumanionych chyba dzisiejsza gorączką - termometr mego wozu o godzinie siódmej rano pokazywał 23 stopnie. Po południu sytuacja rozmiar klęski żywiołowej (cokolwiek wiele ich w tym roku) - jedyne 36 stopni wręcz wytapiało resztki koncentracji z mijanych "władców szos". Powrót do domu zajął mi całą godzinę, gdy zwykle zajmuje mi to góra 30 minut. Czyżby czas reakcji niektórych wydłużył się dwukrotnie? A może to ja się tak wlokłem? Chyba jednak nie ja - wypiwszy trzy kawy (w tym jedną moją "zwykłą"), poprawiwszy to wszystko napojem energetyzującym czułem się wyśmienicie i niosło mnie do domu jakbym dostał skrzydeł.
W końcu wyrwałem się przecież z pracy i zacząłem urlop.
I zapuszczę w związku z tym "gwizdaną" pioseneczkę:
I choć tekst nie do końca jest urlopowy, to dobrze mnie w dzisiejszej drodze powrotnej nastroił na czekający mnie nadmorski wypoczynek :)))
PS. Nie wiem tylko, kto będzie kontynuował rozpoczętą reanimację...
czytaj resztę »słoneczny wątek
2009-10-19 23:03:00
Jako że jesień pełną gębą, a w niektóre dni można by powiedzieć że zima, więc smętne myśli i depresja dobierają się do dzwonka u drzwi.
Do moich zwłaszcza, tym bardziej że nieco ponad tydzień temu leżałem sobie jeszcze na plaży ładując na kolejne miesiące swe baterie słoneczne, przybierając tym samym ochronną barwę w kolorze oliwkowym. Chcę się zatem podzielić choć cząstką słońca przywiezionego stamtąd i ocieplić panujący ostatnio chłodny klimat. Dosłownie i w przenośni. To znaczy i klimat, i ocieplić :)
Zatem wątek o słońcu.
Słońce było na Kos całkiem znośne, a i temperatury nie jakieś szaleńcze. 25-26 stopni w dzień to jak dla mnie całkiem wystarczająco, zwłaszcza że w promieniach słońca robiło się o wiele, o wiele cieplej. Osoba z moją karnacją, a przyznam się że do bladziochów nie należę, nie ma większych problemów z wystawieniem się na działanie ultrafioletu. Lecz, nauczony jakimś poprzednim młodzieńczym wybrykiem, przy pierwszym i drugim wyjściu na słońce zabezpieczyłem skórę swą jakowymś mazidłem z filtrem (najpierw 30-tka, później 10-tka). Nawet czapkę na łeb założyłem, co jest nie byle jakim ewenementem, bowiem wszelakich nakryć głowy nie znoszę! Gogle przeciwsłoneczne także - jedyna rzecz, bez której nie za bardzo dało się poruszać, bo po oczach dawało nieźle.
Ciepło w pełnym słońcu było zatem dość, a nawet i bardziej. Stąd konieczność zażywania kąpieli. Już nie słonecznych a wodnych. Całe szczęście kompleks hotelowy, z którego jak już wiadomo nigdzie się nie ruszałem, dysponował bodajże szesnastoma zbiornikami wodnymi w skrócie nazwanymi basenami. Bosko! Trzy kroki dzieliły nasz pokój od najbliższego! Co prawda wypełnione morską wodą (co psuło nieco efekt), lecz temperatura nie pozostawiała wyboru - kąpiel była obowiązkowa. A że dla mego syna temperatura wody w basenach okazała się być zbyt zimna, to mieliśmy spokój. Po prostu nie podchodził za bardzo do nich, zwłaszcza że znalazł sobie inny obiekt pożądania. Dosłownie i w przenośni. Gnało go do brodzika dla dzieci.


I choć temperatura wody nie odbiegała zbytnio od tej basenowej, to miejsce to, poza atrakcyjną jeszcze w wieku mego syna niewielką zjeżdżalnią, dysponowało jeszcze jedną atrakcją. Atrakcją mogącą interesować także chłopców trochę starszych niż mój pierworodny. Bywała tam moderatorka Adina - pięknie opalone dziewczę z Rumunii, które wymyślając różnego rodzaju gry i zabawy zajmowała się dziećmi tamże. Mój syn polubił ją strasznie i przez pierwsze dwa dni nie chciał się nigdzie indziej ruszać. Brodzik stał się jego Mekką! I choć chwilami, zwłaszcza popołudniowymi, nie było mu za ciepło w brodziku, to chęć zabawy w wodzie z interesującą i miłą moderatorką przeważała.
Nie wiem, czy doszlibyśmy do morza, gdyby nie fakt że spotykaliśmy Adinę także w innych miejscach kompleksu. Ciąg w kierunku ładniutkiej Rumunki został w ten sposób zaspokojony, więc w końcu doszliśmy na plażę. Zaskoczył mnie kolor piasku. Jako stały bywalec polskiego wybrzeża, przyzwyczajony do złocistego koloru plaży, zrzedła mi mina na widok szarej, a miejscami wręcz czarnej łachy nadmorskiego piasku.
Kamienie były OK, choć ostre i łatwo powodujące drobne kontuzje, miejscami tylko utrudniały wejście do morza. Wśród nich pływające małe ławice różnej wielkości rybek (przynajmniej dwóch gatunków z tego com dojrzał). Bez lęku podpływały do ludzi, bowiem... okazało się że z chęcią spożywają chleb dostarczany im w dużej ilości przez turystów.


A to prawdziwa walka o żer. Kotłowało się w wodzie niemalże tak jakby piranie dorwały się do jakiejś sztuki mięsa. A to zwykły chleb był :) Zdjęcia niezbyt dobrej jakości, ale robione zwykłą, samoustawiającą się cyfrówką przecież :)


Po bitwie kręciły się jeszcze w dość dużych stadkach, licząc zapewne na kolejną porcję darmowego pokarmu.

Woda w morzu okazała się być cieplejsza niż w hotelowych basenach. Na nieszczęście dla nas, bowiem nie dało się już tak łatwo utrzymać dziecka z dala od brzegu. Gdyby mógł, to siedziałby w morzu przez cały czas. Ledwo z trudem został wyciągnięty z wody, już mógł ponownie do niej wskoczyć. Po prostu oczy dookoła głowy mieć trzeba. I jakiegoś Cerbera na straży postawić. A i to na niewiele by się zdało. W każdym razie kąpieli doświadczyliśmy wszyscy (nawet moja żona!) wiele. Mając taki oto widok na otaczające morze. Fotki robione już "głębokim" popołudniem, gdy zwykle przypominałem sobie o posiadaniu aparatu fotograficznego :)


Fajno było i tyle. I szkoda było wracać. I nie byłbym sobą, gdybym nie strzelił fotki przepływającym jachtom.


Marzą mi się wakacje, których pomysł podsunął mi Głos Zza Ściany - chciałbym wybrać się w rejsik jachtem (znaczy się wypożyczyć jacht razem ze sternikiem) i pożeglować od mariny do mariny w jakimś ciepłym klimacie. Morze być i Morze Śródziemne, czemu nie! To byłaby fajna przygoda.
Martwi mnie tylko jedno - mogę ten plan zrealizować albo sam, albo mogę go nie zrealizować wcale. Bowiem moja żona boi się i nie znosi żeglarstwa, mimo że kilkukrotnie próbowałem ją do tego przekonać. Na łajbę śródlądową jest w stanie jeszcze wsiąść, ale na pełnomorskiej chyba by oszalała. Szkoda, bo pomysł na spędzenie wakacji uważam za rewelacyjny. Tak pozostanie mi się tłuc po hotelach... Choć z drugiej strony ma to swoje pewne zalety. I wygodniej, i pożywniej, i może jednak bezpieczniej? Ale ciągnie mnie jak nie wiem co. Zwłaszcza, gdy Jesienna Buka do drzwi puka...
czytaj resztę »urlopowe obżarstwo
2009-10-16 23:47:46
Na czym to ja skończyłem ostatni post? O Polakach zatrudnionych tamże. W wielu byli i mili byli :)
Ale... nieco po macoszemu potraktowałem wątek o spożywaniu, choć jest to podstawa naszej egzystencji. Bez tego ani rusz! Bez siły i energii. Zatem trochę rozszerzę tę niezwykłą przygodę kulinarną - wszak nie na darmo utyłem. A jedzenia było pod dostatkiem, różnorodnej maści. Od kuchni kontynentalnej, po wspomniane wcześniej kolacje w określonej tonacji smakowej. Wszystko to podawane w głównej restauracji hotelowej "Ambrosia". Poza nią pięć innych, dostępnych w różnych porach dnia - miejsca ustalane z jednodniowym wyprzedzeniem. Dwie tawerny otwarte w porze lunchu - rybna i grecka oraz trzy restauracje - azjatycka, włoska i francuska. Miejsca zamawiane podobnie jak w przypadku tawern dzień wcześniej, lecz w porze kolacyjnej (znaczy się dinner). Francuska, jako ta najbardziej chyba wysublimowana za osobną dopłatą.
Nie będę opowiadał o włoskich, azjatyckich, czy kontynentalnych daniach. Przecież byłem na górzystej greckiej wyspie, więc wypada opowiedzieć co nieco o tamtejszych potrawach. W skrócie - kuchnia śródziemnomorska. Wiele sałat, wiele warzyw (głównie pomidory, papryki, ogórki, cukinie i bakłażany), oliwki, sery (feta, miziithra, graviera) i inne... Nie pamiętam nazwy, ale zapadła mi w pamięć jedna z uszykowanych sałatek (sałat) - liście szczawiu z nasionami granatu posypane parmezanem (lub innym ostrym serem), oczywiście z dodatkiem oliwy z oliwek i octu balsamicznego. REWELACJA!
Zacznę zatem od przekąsek. Dolmades (nadziewane liście winogron), czyli takie winogronowe gołąbki bez mięsa. Jak dla mnie trochę mdłe, ale do zjedzenia. Kolokithokeftedes - przepyszne placuszki z cukinii. Prawie jak nasze placki ziemniaczane! Saganaki tiri - po polsku smażony ser. Pycha, ale ciężkie. Wszystko doprawione sosem Tzatziki, który znacznie odbiega smakiem od tego, który można zakupić gotowy w sklepach. I rewelacyjnie komponuje się z przystawkami. Ponadto jakieś marynaty warzywne - papryczki, ogóreczki, oliwki, czosnek w różnego rodzaju zalewach. Bardziej lub mniej ostre. Te ostre lepsze :)
Próbowane przeze mnie zupy nie należały do typowych dań greckich. Wszystkie (brokułowa, warzywna, szparagowa, cebulowa, mięsna) były gęste i ostre, co dla mnie nie stanowiło większego problemu. I powiem szczerze, że smakowało.
Dania główne. Wiele ich było, wiec tylko wybrane. Oczywiście trudno nie było spróbować moussaki - ichniejszej wieloskładnikowej zapiekanki na bazie mięsa i bakłażanów. Smaczne, choć zdziwiony byłem dodatkiem ziemniaków. Wydawało mi się, że tylko bakłażany, ale w przepisach opcjonalnie znajdują się także pyry. Pyszna gemista, czyli nadziewane pomidory i papryka. Rewelacyjne stifado - gulasz z cielęciny, który dobrze komponował się ze smażonymi ziemniaczkami. Królik z grilla był taki sobie, ale ichniejsze szaszłyki z wieprzowiny (souvlaki) pychota. Podobnie z mięsem jagnięcym przygotowanym na wiele sposobów.
Muszę jeszcze powiedzieć o pieczeniach, choć nie zawsze były typowo greckie. Kucharz przyrządzający je miał niewiarygodny fach w ręku. Każde (sic!) sporządzone przez niego mięso (czy to wieprzowe, drobiowe, wołowe, owcze, czy inne) smakowało doskonale. Kruche - niemalże rozpadające się w ustach, o charakterystycznym smaku, jednakże dobrze przyprawione - nie gubiło swojej charakterystyki i nie było mdłe. Podawane z równie doskonałymi, świetnie dobranymi sosami. Po prostu palce lizać.
O deserach powiem tylko tyle, że bardzo słodkie. Nie przepadam za ciastami i innymi tego typu "delicjami", więc od czasu do czasu tylko próbowałem cokolwiek z talerzyka (choć wielkość wskazywała bardziej na talerz!) mej małżonki. Pyszne arbuzy, winogrona, czerwone grejpfruty i pomarańcze.
Na samo wspomnienie wyżerki staję się o dwa kilo cięższy!
A omówiłem pokrótce jedynie kuchnię grecką. Ale o jakiej kuchni mógłbym pisać mając w pamięci górzysty krajobraz wyspy? I widok innych wysp z archipelagu Sporad?
Zatem kilka widoczków z wyspy Kos i okolic :)




czytaj resztę »
parę słów o urlopie
2009-10-14 23:43:24
Pomimo wielu przeciwieństw i kłód kładzionych pod nogi ze strony szeroko pojętej biur(w)okracji, udało się nam w końcu dopiąć wszystkie niezbędne formalności, by móc po spakowaniu miliona "niezbędnych w podróży i na obczyźnie" rzeczy, udać się w kierunku stołecznego aeroportu...
Wątek o samolotach
Nie lubię podróżować samolotami z racji kolejnych (niestety) związanych z tym środkiem podróży formalności. Przede wszystkim trzeba być co najmniej dwie godziny przed odlotem, by dokumenty mogły zostać przynajmniej dwa razy sprawdzone, a bagaż kilka razy prześwietlony przez odpowiednie urządzenia w rekach kolejnych urzędników. Sam podróżny także poddawany jest różnorakim czynnościom prowadzącym głównie do zdejmowania z siebie kolejnych rzeczy. Opróżnić kieszenie, zdjąć zegarek, zdjąć pasek, jak masz pecha to i rozebrać się do rosołu na tzw. rewizji osobistej. "Panie" celniczki o twarzach bynajmniej nie życzliwych nie ułatwiają zadania.
Tym razem szczęśliwie obeszło się bez incydentów i mieliśmy przed sobą 120 minut oczekiwania na odlot. Oczywiście jakiekolwiek płyny w butelkach zostały zarekwirowane, wypite, itd., więc trzeba było się w strefie wolnocłowej zaopatrzyć w jakikolwiek napój. A napojów dostatek jak nigdzie indziej. Głównie alkoholowych! I od groma słodyczy w opakowaniach przynajmniej na rodzinę z pięciorgiem dzieci :) Do tego ogromne przestrzenie zapełnione wszelkiej maści kosmetykami (trzeba przyznać, że tutaj ceny całkiem przyzwoite), więc tłum oczekujących podróżnych rozpełzł się do ulubionych przez siebie dystryktów, kupując (czasem zupełnie niepotrzebnie) co każdy lubi najbardziej. Przyznam, że i moja małżonka skuszona "dobrą ofertą cenową" zakupiła jakieś mazidła i malowidła.
Czas jakoś zleciał, dostaliśmy się w końcu na pokład czarterowego samolotu (Boeing 737) agencji Travel Service. Jak się okazało z czeską załogą na pokładzie! Jakże miło było usłyszeć ten dość wesoło brzmiący język w powietrzu. Ale pilot OK. Start i lądowanie prawidłowe. Zwłaszcza lądowanie - bez popisów w australijskim stylu "kangurka". A grecka ziemia - dokładnie wyspa Kos, do której lecieliśmy w powietrzu przez dwie i pół godziny, przywitała nas całkiem znośną temperaturą - o godzinie 9.00 ichniejszego czasu (+ 1 godzina w stosunku do Polski) było już 23 stopnie Celsjusza. I na dodatek bagaże w całości :)
Nie na darmo ględzę tyle o samolotach, bowiem przewijały się, lub lepiej powinno brzmieć - dość często przelatywały nad naszymi głowami, bowiem hotel w Kardamenie znajduje się jakieś 3 kilometry od lotniska dokładnie na linii pasa startowego. Nie, żeby specjalnie mi to przeszkadzało, ale udało się z całkiem bliska kilka podwozi samolotów zobaczyć.
W nocy widok był jeszcze ciekawszy:

Wątek o socjalu
Hotel Atlantica Portobello Royal w Kardamenie osiągnęliśmy po około dziesięciominutowej podróży autobusem. Choć główne wejście nie poraziło mnie niczym specjalnym...

...to reszta obiektu zachwyciła nas na tyle, że nie ruszaliśmy się z hotelu przez całe 7 dni. Z jednej strony szkoda utracić z tak niedługiego pobytu choć chwili słońca, z drugiej strony obecność potomka tym bardziej zniechęcała do jakichkolwiek proponowanych alternatywnych wycieczek. Zwłaszcza że przewidywane były na cały dzień, co przy temperamencie mojego syna mogłoby okazać się dla nas niekoniecznie miłym przeżyciem. A że oferta biura podróży zawierała opcję "all inclusive", więc nie wydawało się nam być koniecznym szukanie jakichkolwiek przygód poza murami miejsca naszego tygodniowego pobytu. Tym bardziej, że z założenia przylecieliśmy całkowicie zrelaksować się i odpocząć na tyle, ile nam się uda to zrobić po ciężko przepracowanych miesiącach letnich. Tak więc, jak już wspomniałem obiekt (z szesnastoma basenami na swym terenie) nie zachęcał do jakichkolwiek czynności krajopoznawczych.




Dzienne obrazki zostały przyćmione przez wieczorny widok rezydencji, w której się znaleźliśmy. A że i aura pogodowa sprzyjała, więc i nastroje nasze, dodam że rozweselone kilkoma drinkami, były równie rewelacyjne.





A to widoczek na bezpośrednie miejsce naszego pobytu. Wyjście z łóżka prosto do basenu... Hm, to tygrysy lubią najbardziej. Całość hotelu właśnie tak skonstruowana, by pokoje w najniższych kondygnacjach miały bezpośredni dostęp do basenu...

Równie interesująco wyglądało wnętrze, jak się okazało, apartamentu. Na oko wielkość jakieś 40-50 metrów kwadratowych, złożone z dwóch pokoików i łazienki. Nie muszę dodawać, że klimatyzacja, lodóweczki z zimnymi napojami, telewizory, kablowy dostęp do internetu zapewniony był w każdym z pokojów. W trakcie całego pobytu tak naprawdę jedynie urządzenia chłodzące były w użytku. Telewizora nie włączyliśmy ani razu. Nawet mój syn się tego nie domagał zmęczony codziennymi zmaganiami ze słońcem, plażą, morzem i brodzikiem.


Wątek o spożywaniu
Powiem krótko. Przytyłem dwa kilogramy. Ma "połowica" także. Lubię jeść. Uważam, że jedzenie jest jedną z większych przyjemności, a gdy można posmakować potraw do tej pory nieznanych, to tym bardziej należy się tym zadowalać i rokoszować. Różnorodne jedzenie w rozmaitych zestawach. Do wyboru, do koloru, dla jaroszy, dla mięsożerców, dla obżarciuchów i dla niejadków. Wieczory zwykle tematyczne (kuchnia grecka, kuchnia włoska, kuchnia orientalna). Po prostu raj dla smakoszy. Do posiłków możliwość wypicia miejscowego wina, piwa lub wina musującego. I podane w miłej atmosferze, przy miłej obsłudze.
Notabene jakieś 60-80% ludzi z obsługi to Polacy. Zwłaszcza w sezonie, więc nawet dla "niejęzykowych" osób problem z komunikacją wydaje się być żaden. Wszyscy uśmiechnięci z pozytywnym nastawieniem do dzieci (chyba mają jakiś punkt w umowach?!), więc wypoczynek na całego.
Na dziś koniec. Pora spać. A i przyjemności należy dozować. Kolejne zdjęcia (których niewiele już będzie) w następnym poście. Kalinichta - to znaczy dobranoc, jakby zapewne powiedzieli Grecy :)
czytaj resztę »kalispera...
2009-10-11 23:01:04
...znaczy się dobry wieczór w języku rodowitych mieszkańców kraju, w którym krótko urlopowałem. Jednakowoż pokrywająca me ciało skóra nawet w tak krótkim okresie czasu zdążyła przybrać brązowawy odcień pod wpływem tamtejszego słońca. Na początku października średnia temperatura na wyspie Kos wynosi około 23-25 stopni Celsjusza. Aktualnie w trakcie pisania tego postu temperatura powietrza wynosi 20 stopni. Ciepło. Zwłaszcza gdy za oknem nie sięga nawet 10.
Ale nie o pobycie na Kos. O tym opowiem innym razem (czytaj w najbliższej przyszłości), bo zdjęcia jeszcze nie zgrane do komputera, bo trzeba rozpakować wszystko to, co zostało uprzednio na urlop zabrane, bo trochę czasu brak, bo przede wszystkim trzeba psychicznie przygotować się do powrotu do smutnej, w porównaniu z błogim leniuchowaniem, rzeczywistości!
Zwłaszcza, że "kosmiczne" okolice trochę przypominały te z jednego z wczesnych teledysków WHAM :)
czytaj resztę »
ko(s)miczna wyprawa
2009-10-03 01:54:18
Chciałeś - to masz można by powiedzieć. Gdybym wiedział ile różnych spraw będę miał do załatwienia w minionym tygodniu, to nie wiem, czy zdecydowałbym się na ten krótki urlop za granicą. Całe szczęście czas miałem wolny (bowiem urlop już trwa), więc beztrosko w godzinach gdy większość ludzi pracuje (chociaż odniosłem niejakie wrażenie, że jednak pracuje mniejszość) mogłem po kolei załatwić wszystkie związane z wyjazdem rzeczy. Począwszy od paszportu dla małego (dziękuję bardzo za nieocenioną pomoc brata Wacława), przez karty EKUZ (Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego) załatwiane w NFZ, po szereg "koniecznych" i "niezbędnych" według mojej drogiej połowicy sprawunków.
Zatem po intensywnie spędzonym tygodniu (w tempie niekoniecznie urlopowym) przyszedł czas pakowania. Nie wiedziałem, że tyle rzeczy będzie potrzebnych na wyjeździe. Zwłaszcza, że raptem 7 dni i kraj raczej cywilizowany się jawi. A gabaryty bagażu ograniczone. Całe szczęście spokój zwyciężył i nawet się z zona nie pokłóciłem.
Teraz już czekamy na taksówkę, która powiezie nas na lotnisko.
Reszta wrażeń po powrocie. Mam nadzieję, że uda mi się zobaczyć takie widoczki, no i... zatańczyć razem z Grekami :)
czytaj resztę »
ma tematyka medyczno-muzyczna
2009-09-30 23:48:02
Bardzo lubię rozwiązywać wszelkiego rodzaju zagadki. Szarady, rebusy, anagramy, kalambury, homonimy, diakrostychy, rebusy, jolki i różnego rodzaju krzyżówki. Niestety nie mam obecnie na to zbyt wiele czasu, Ostatnio mój syn namówił mnie do zakupu "Rewii Rozrywki" - szaradziarskiego pisma (jedno z lepszych na polskim rynku), którego nie miałem w rękach od lat. O tyle jest ciekawe, że wszystkie wymienione przeze mnie wyżej zadania znajdują się w nim. Autorzy nie ograniczają się do jednego rodzaju zadań szaradziarskich, stąd pismo jest trudne, ale i interesujące zarazem.
Bawią mnie także same zabawy słowne, dlatego tak lubię Scrabble. I chyba dlatego też staram się dbać o poprawną polszczyznę. Czasem zupełnie niepotrzebnie czepiam się jakichś sformułowań, czasem zaś zupełnie potrzebnie (ale i dla śmiechu także) szukam dwuznaczności w różnego rodzaju wypowiedziach (za co wszystkich dotkniętych tym postępowaniem przepraszam). A propos Scrabble - radość ogarnia mnie wielka, gdy żonka zechce (niestety od wielkiego dzwonu) zagrać ze mną, lub gdy najdą nas znajomi lubiący ten rodzaj rozrywki na równi ze mną. Przy okazji rozmowa, jakiś drink. Naprawdę miło można spędzić czas. Szkoda, że ostatnimi czasy tak rzadko...
Generalnie chyba lubię wszelkiego rodzaju zagadki. Stąd bierze się między innymi moja pasja zawodowa. Powszechnie wiadomo przeczcież, że w medycynie nie zawsze jest tak jak w matematyce, niestety. Życie pokazuje, że A plus B nie zawsze równa się C. Niby choroba ta sama, a u każdego pacjenta przebiega inaczej. Czasem, a może nawet częściej niż rzadziej, przebieg choroby przebiega zupełnie odmiennie od opisywanych, a objawy nie do końca przystają tym "klasycznie opisywanym" w książkach. Dlatego mam ogromną atencję dla ludzi, którzy potrafią parę niepasujących do siebie kawałków puzzli poskładać w całość. A jet kilka takich osób, które znam. I nie noszą nazwiska House. Bo nie ma na świecie ludzi takich jak Dr House - postać dość mocno przerysowana, ale... jak każdy geniusz posiadająca wszystkie jego przywary. Przede wszystkim musi mieć dostęp do informacji! Bez niej jest nikim. A informacji dostarcza mu cały zespół ludzi zatrudnionych w szpitalu. Brak danych uziemnia naszego geniusza. Stoi w martwym punkcie. A co by było, gdyby faszerować go danymi nie do końca prawdziwymi? Zapewne podawałby diagnozy oparte na tychże danych, czyli nieprawidłowe! Stąd bardzo wielka rola jego współpracowników. Zespół, zespół i jeszcze raz zespół! Bez tego dr House jest tylko kulawym cynicznym internistą i nefrologiem (czyżby zbieg okoliczności jakichś?). I jak każdy genialny człowiek jest kompletnie aspołeczny. I raczej jest samotnikiem, bo któż z geniuszem jest w stanie wytrzymać?
No cóż. Dość prosta droga od szarady do samotności. Ale nie chciałem o tym. Na kanwie moich poprzednich postów o klamotach starych i klamotach starszych, postanowiłem zapodać kolejną zagadkę. Tym razem bardzo, ale to bardzo prosta. Pytanie brzmi: Dlaczego zamieściłem utwory tych wykonawców w jednym poście?
czytaj resztę »
klamoty także stare
2009-09-30 00:14:28
Natchniony poprzednim postem, a i zaangażowaniem w komentowaniu niejakiego Jaśnie Pana Leśniczego, korzystam z jego pomysłu i zapodam dziś trzy utwory, trzech różnych wykonawców z czasów dawnych. Będzie to jednocześnie zagadka, bo łączy je coś ze sobą. Ostatni kawałek, sądząc po poprzednich komentarzach, niewątpliwie zirytuje JPL.
Zatem lecimy.
Bardzo wczesne lata Depeche Mode. Fajnie wyglądali w 1981 roku. David Gahan jeszcze nieopierzony. Jak oni wszyscy.
Następnie taki oto sobie duecik Yazoo z głęboko niskim głosem Alison Moyet:
I kolejny duet. Panowie chyba raczej homofilni.
Zagadka prosta dość do odgadnięcia :)
czytaj resztę »stare klamoty
2009-09-28 23:02:19
Jadąc dziś samochodem w godzinach zwykle spędzanych w pracy (choć sporą część dnia pomimo urlopu spędziłem dziś tamże) usłyszałem w radio kawałek z lat dawnych. Lat bardzo dawnych.
Otóż z głośników zabrzmiał utwór "Smaltown boy" grupy Bronski Beat. Naprawdę bardzo dawne dzieje. Jakiś początek lat osiemdziesiątych. Falset niewysokiego świńskiego blondynka brzmi dobrze nawet dziś. Mimo wszystko kawał głosu. Jimmy Somerville. Zadeklarowany gej, który nie bał się w tekstach swych utworów poruszać spraw ważnych. Dla siebie (homoseksualizm) i innych (wojna i prawa człowieka). W połączeniu z nietypowym jak na "mężczyznę" głosem daje to ciekawą mieszankę.
Kawałek ten spowodował małą lawinę wspomnień. Po Bronski Beat byli równie lewicujący Komunardzi z coverem "Don’t Leave Me This Way".
I jeszcze ciekawy duecik z równie homofilnym artystą jakim jest Marc Almond z Soft Cell. Widać, że "panowie" rozumieją się bez słów. Ale przy okazji świetnie się na scenie bawią!
Na koniec jeszcze jeden duet. Utwór, który może nawet dawniej niż dawno był przebojem wylansowanym przez Gene Pitneya, a który powrócił za sprawą duetu z Markiem Almondem na pierwsze miejsca list przebojów. I to też było bardzo dawno temu. Chyba koniec lat osiemdziesiątych...
Było i parę innych skojarzeń, ale... pozostawmy to na kolejne posty...
czytaj resztę »
manufaktura
2009-09-27 23:03:16
W bardzo wolnym tłumaczeniu - faktura człowieka. Groźnie brzmi, ale będzie o rzeczach lekkich, łatwych i czasem przyjemnych.
Nie mam pojęcia jak u innych przebiega początek urlopu, ale mnie zwykle dopada wtedy jakaś chorobowa przypadłość. Tak jak i w wolne od pracy święta. Tym razem jakiś cholerny (nie mylić z cholerą!) drobnoustrój zawiesił się na mych strunach głosowych sprawiając, że przypomniałem sobie czasy "pokwitaniowe", gdy głos mój na przemian przybierał ton basu lub falsetu. Dodatkowo ochrypła faktura sprawiła, że ludziska spoglądali na mnie jak na niezłego menela, bowiem bas dominował w wydawanych przeze mnie dźwiękach. Nie muszę dodawać, że wszystkie inne objawy także mnie nawiedziły. Ból gardła z początku dnia był nie do zniesienia - zajrzałem w lustro szeroko otwierając paszczę - łuki podniebienne barwy bordowej, całe szczęście bez nalotów na migdałkach. Z nosa leje się wydzielina (początkowo przezroczysta jak woda, obecnie koloru żółto-zielonego), która spływając także po tylnej ścianie gardła powoduje napady kaszlu z odkrztuszaniem tejże jakże ohydnej wydzieliny. Ból głowy, mięśni, i złe samopoczucie. Straszne.
A to wszystko nałożone na wyjazd do "rodzinnego" miasta. Do Łodzi. W sobotę zwykle około dwugodzinna jazda zajęła mi ponad trzy godziny. Senność, z którą walczyłem od rogatek stolicy, w połowie drogi zwyciężyła. Zatrzymaliśmy się na krótki "popas" (prawie 50 minut) w jakiejś przydrożnej zagrodzie by zregenerować, między innymi kawą, nadwątlone siły. Trochę pomogło, ale dalsza droga i tak była trudna. Dojechaliśmy, babcia zajęła się wnuczkiem (lub wnuczek babcią) i tyle było z soboty. Jakaś tam kolacyjka, ale niewiele pamiętam, bo padłem wykończony i niezdrowy. Ale sen był chyba niezły, bo w nieco lepszej formie po rodzinnej krótkiej debacie postanowiliśmy w niedzielę odwiedzić łódzką Manufakturę. Coś tam trzeba było zakupić, coś obiecane było, więc wybraliśmy się razem z moja Rodzicielką. Wstyd się przyznać, ale choć rodowitym Łodziakiem jestem, to jeszcze nigdy tam nie byłem. Teraz już się nie wstydzę. Byłem, zobaczyłem, i... chyba długo tam nie zawitam. Pięknie to wygląda tylko spoza murów (odrestaurowanych, a jakże) dawnej fabryki Poznańskiego. Z zewnątrz jak dawna fabryka, a wewnątrz... Duże to to jest. Z ryneczkiem, fontannami, melexami w formie tramwajów, niezliczoną ilością kawiarenek, restauracyjek i fastfoodów. No i oczywiście ogromna galeria, która niczym się nie różni od wszystkich innych przeze mnie widzianych. Sklepy, sklepy, sklepy... I morze kupujących. Lub "zwiedzających". Całe szczęście skupienie pozwoliło nam na szybkie wyłowienie wśród rzeszy ofert to, na czym najbardziej nam zależało. Stąd tak naprawdę dość krótki pobyt tamże (znaczy się w galerii sklepowej), bo całość pobytu w Manufakturze zamknęła się jedynie w 4 godzinach.
Fakt, że postanowiliśmy spożyć małe co nieco na miejscu, by nie mitygować mej Rodzicielki staniem przy garach w niedzielę, był głównym sprawcą tak długiego pobytu w tym miejscu. Mały wybrał pizzę, więc zatrzymaliśmy się w Pizza Hut. A że miło rozmawiało się nam, to i czasu nie liczyliśmy, domawiając od czasu do czasu coś z karty. Bar sałatkowy niczego sobie - brokuł i fasolka szparagowa podawane z sosem czosnkowym, rzodkiewka, ogórek i pomidor z jakimś sosem jogurtowym, sałatka z kukurydzy, grzanek i sałaty oraz wszystkim smakujące blanszowane pieczarki także w sosie o posmaku czosnku. Pizza, jak to pizza. Zjadliwa, ale mnie bardziej smakuje z innej firmy. Duo gusto - potrawa mająca udawać meksykańskie danie. Do skonsumowania, ale bez zachwytów. Sosy (musztardowy i barbecue) chyba w tym wszystkim najlepsze. Spinaci Al Forno - najsmaczniejsze danie przez nas zamówione (właściwie przez moją połowicę - skąd wiedziała, że najlepsze?), naprawdę pycha. Na koniec jeszcze desery - trzy w jednym - Krem a la Brulle, Chocolate Flan i Panna Cotta, znaczy się waniliowy, czekoladowy i śmietankowy - wszystkie przykryte "łamiącymi" smak wisienkami... Dobre!
Niestety! Moja forma fizyczna spadała z minuty na minutę. Miło zaczęta niedziela stawała się złem koniecznym. Dodatkowa myśl o powrocie do domu za kółkiem niezbyt mnie pozytywnie do życia nastrajała. A że i pogoda ładna była, więc gorąc, pot na czole (podwójny) i generalna niechęć. Stąd może niezbyt pozytywna ocena Manufaktury. Poznański Stary Browar, w którym niedawno byłem, wydaje się być jednak pod względem architektonicznym o wiele ciekawszy. Bo sklepy identyczne. I towar ten sam.
Ale wróciłem do domu w całości. Pomimo ogarniającego mnie coraz większego zmęczenia z sennością włącznie. A że do stolicy w niedzielę wieczór wraca się źle, to i tym razem podróż zajęła prawie trzy godziny (w tę stronę bez przystanków!). I dobrze, że zmusiłem się resztką sił bazgrnąć ten post, bo już nie za bardzo pamiętam Manufaktury... Jutro nie byłoby o czym pisać. Tak, to chociaż jutro zerknę na gryzmoły. Może to wzbudzi jakieś pozytywne emocje?
czytaj resztę »jeszcze trochę o urlopie
2009-06-29 23:47:39
Powrót z urlopu jest trudny. Zawsze. I prawie zawsze wydaje się, że był za krótki. Tydzień bądź dwa, to za mało na odpoczynek. Gdzieś czytałem, czy słyszałem opinię psychologa na temat wypoczynku, z której wynikało że minimum 3 tygodnie jest potrzebne do pełni urlopowego szczęścia. Przez pierwszy tydzień zapominamy o pracy, drugi tydzień to rzeczywisty wypoczynek, trzeci natomiast stanowi formę przygotowania do powrotu do szarej rzeczywistości. Jednak urlop i tak wydaje się za krótki. Dlaczego? Znajduję proste wytłumaczenie. Od chwili gdy zostałem zatrudniony (czy tu, czy tam) nigdy więcej niż trzy tygodnie nie byłem na wakacjach! Który szef pryznałby mi tyle wolnego? Kto zgodziłby się na brak pracownika wiecej niż miesiąc? Oczywiście, że zdarzają się uprzywilejowani. Ja do nich nie należę. I może w obecnych warunkach nie do końca chcę należeć?! Jestem szczęśliwy, że mimo wcześniejszej mojej nieobecności w pracy (dość długiej zresztą, lecz wypełnionej intensywnym wysiłkiem intelektualnym) uzyskałem możliwość spędzenia 2 tygodni na urlopie (choć wstępnie miał być tylko jeden tydzień). Dwa tygonie to jednak nie trzy i nie miesiąc. Stąd nie do końca mój organizm przygotował się do intensywnej pracy. Trafiłem z powrotem jeszcze w fazę "wylegiwania się i relaksu". A organizm przyzwyczajony do "wakacyjnego nieróbstwa" niezbyt chętnie nagina się do intensywności harówki. Zwłaszcza, że tak naprawdę dopiero nadchodzi prawdziwy "okres urlopowy" i związany z nim brak większej ilości osób, a zatem i zwiększonej ilości pracy. Cóż - ktoś pracuje, by niepracować mógł ktoś! Prawo natury. Równowaga sił. Jedzący i zjadany. Goniący i doganiany. Ofiara i myśliwy. Tak jest i ciężko z tym walczyć, mimo że czasem chciałoby się.
A Warszawa w dniu powrotu przywitała mnie deszczem. Ale zanim deszcz, to w Łomiankach przepiękne zjawisko atmosferyczne - tęcza. Podwójna. Od prawa, do lewa. Zajmująca cały nieboskłon. Na tle granatowego warszawskiego nieba sprawiała niesamowite wręcz wrażenie. A mój aparat fotograficzny w którejś z toreb w bagażniku, co uniemożliwiło mi dokumentację! Szkoda, bo widok przepiękny. A potem ulewny deszcz. Grube, mięsiste krople walące w dach i szyby samochodu. Wycieraczki ledwo nadążające ze zbieraniem potoków wody. I korek na drodze. Fenomenalne wręcz jest to co się dzieje z ruchem ulicznym w trakcie deszczu - ludzie zapominają chyba jak się jeździ. I znacznie ograniczają prędkość powodując narastanie liczby wlokących się za nimi z prędkością 5 km/h samochodów...
Dziś podobne ponoć opady. Sejm i Kancelaria Premiera zalane jak donoszą newsy. A i jakieś gałęzie połamane, tramwaje pozalewane, utrudnienia w ruchu...
Na szczęście zdążyłem się schronić przed ulewą. Wcześniej wyszedłem z potomstwem na przedwieczorny spacerek. Mnie świeże powietrze dobrze zrobiło pomiędzy dyżurami, a i mały sie wybiegał. Zdążyliśmy w ostatniej chwili czując pierwsze krople deszczu na plecach a i oddech nadchodzącej burzy także. Ale zanim na dobre się rozpadało ujrzałem ponownie piękną tęczę. Od zachodu grzało słońce, na wschodzie już lało, wiec warunki do zaistnienia tęczy przednie. Tym razem udało się ją uwiecznić. Niestety tylko z balkonu mojego mieszkania, co znacznie skróciło rozległość zjawiska - okoliczne budynki zadziałay jak nozyczki uwidaczniając tylko jej fragment. Niebo także nie miało takiej barwy jak przed tygodniem, więc i efekt nieco mniejszy. Ale fotka jest. Mam nadzieję, że to dobra wróżba przed nadchodzącym wytężonym okrseem letniej pracy...

urlopowe okolice
2009-06-26 20:23:25
No cóż, niecały tydzień minął od powrotu z urlopu, a już drugi z kolei dyżur za mną. Po tygodniu załatwię kolejny z rzędu! Cholera! Kto tak ułożył dyżury? Czyżby jakaś "pomroczność jasna" spadła na mnie przy wpisywaniu się na listę dyżurową?! Albo i inne jakieś licho?! Muszę chyba zacząć nosić do pracy okulary, bo widzę (właściwie dzis to czuję całym sobą), że coraz gorzej u mnie z konceptem :) A pracy jest tyle, że powoli zaczynam mysleć o urlopie. Ale nie tym przeszłym, którego właściwie już nie pamiętam, ale kolejnym, który nie wiadomo kiedy będzie...
Dziś zatem kolejna porcja tegorocznych nadmorskich wspomnień, póki coś jeszcze pamiętam :) Jak już wiadomo aura w tym roku nie była najciekawsza, więc poza dużą ilością czasu spędzonego w knajpach ruszaliśmy się z miejsca wypoczynku wozem (co wiadamo przykre jest bo nie można wypić piwka) w okoliczne nadbałtyckie i nie tylko rejony...
O Koszalinie nie będę wiele pisał. Miasto nawet fajne, zielone, z nastawianymi radarami wzdłuż głównej drogi, więc przejazd przez nie zajmuje dość dużo czasu - wszyscy trzymają się przepisów (znaczy się automatyczni fotografowie muszą być podłaczeni do prądu). Spędziliśmy w nim prawie całe dwa dni snując sie po galeriach, sklepach i oczywiście odwiedzając knajpki (bo jeść przecież trzeba). W jednej z nowych galerii jest kino, więc by ulżyc nieco chęciom nabycia jakiegoś ciucha przez moją "połowicę", zostawiłem ją samą ze sklepami, udając się w międzyczasie z Miłkiem na seans filmowy 3D - tytuł projekcji: "Potwory kontra obcy". Fajne efekty trójwymiarowe (choć specjalne okulary z przyczepionymi ciężkimi chipami przeciwkradzieżowymi wygodne niestety nie są), które skończyły się dość szybko bowiem ogłoszono alarm pożarowy wyłączając fonię i zapalając światło w kinie (przez co jakość oglądalności znacznie spadła). Z tego co wiem, nie były to ćwiczenia próbne, bowiem w całej galerii poopadały w sklepach kurtyny przeciwpożarowe, powodując u mojej żony (zostawiła przecież nas samych w kinie!!!) co najmniej przyspieszenie tętna. Tak czy siak, alarm na tyle zniechęcił Miłka do dalszej bytności w kinie, że chcąc nie chcąc trzeba było po sklepach pochodzić... Świetna profilaktyka przeciwżylakowa!
Darłówko, które mimo że leży w odległości około 35 kilometrów w linii brzegowej (prawie 50 km krętymi, wąskimi, kiepskiej jakości drogami), to widoczne jest przy dobrej pogodzie z Mielna!

Te same wiatraki (elektrownia wiatrowa) z bliska...

I jeszcze bliżej...

Pojechaliśmy do Darłówka trochę z sentymentu (kiedyś spędziłem tam prawie pół roku wakacji), bo zwiedzać tak naprawdę nie ma co. Ale wyjazd okazał się być "strzełem w dziesiątkę", zwłaszcza dla naszej pociechy. Co prawda nie doszedł do końca falochronu (wiało dość mocno), ale ruchomy most zajął go na dość długą chwilę, zwłaszcza że trafiliśmy właśnie na jego "ruchomość"

Poandto wizyta w porcie okazała się być także owocna. Widziany z końca falochronu, a oczekujący na wpłynięcie do portu statek...

...sprawił niemałą radość synowi, bowiem opisywana wcześniej "mostowa ruchomość" zakończyła się przepłynięciem obok nas kontenerowca, bo nim okzała się być stojąca na redzie jednostka pływająca!

Statek był długi, więc strzelona przez żonę fotka uwidoczniła (oprócz mnie i Miłka) jego sam środek. Oczywiście ilość kutrów, różnego rodzaju łodzi, jachtów i motorówek doprowadziła syna do dzikiej niemal rozkoszy i zapadła tak w pamięć, że pocztówki wysłane do dziadków znad morza opatrzone były malunkami portu w Darłówku. Tym bardziej, że na sam koniec ujrzeliśmy służący zapewne rejsom wycieczkowym, odrestaurowany żaglowiec. I pomyśleć, że człowiek na podobnych łajbach opłynął cały świat...
Wypad do Darłówka zakończył się zjedzeniem ogromnej pizzy, o czym pisałem już wcześniej...
Jeszcze jedno miejsce, które w te wakacja mieliśmy przyjemnośc oglądać, to Gąski. A właściwie latarnia morska w Gąskach. Pojechaliśmy tam, bowiem dzień choć niestety szary z rana, zapowiadał się być bezwietrzny. Z Mielna nie jest daleko do latarni (jakieś 13 kilometrów linią brzegową), ale skorzystaliśmy ponownie z samochodu, bo Miłek zapewne padłby z wyczerpania jeszcze na poczatku drogi. Dojechaliśmy w chwil parę, choć droga jest jeszcze gorsza niż do Darłówka i ujrzeliśmy trzecią co do wysokości na polskim wybrzeżu (po Świnoujściu i latarni portowej w Gdańsku) prawie pięćdziesięciometrową wieżę.

Pokonawszy 225 schodków oczom naszym ukazał się takowy widok:


Droga z wysokości była szybka, bowiem (co dokumentują zdjęcia) warunki atmosferyczne w końcu uległy poprawie, co pozwoliło nam spędzić nieco wiecej czasu na plaży, na której znaleźliśmy sie wkrótce...
Potem nigdzie już nie jeździliśmy, bo urlop dobiegł końca. A jest jeszcze pare miejsc do zwiedzenia, które warto odwiedzić. Tak naprawdę niedaleko jest Szczecin, wyspa Wolin z Międzyzdrojami i Świnoujsciem, całkiem bliziuteńko (jakieś 37 km) Kołobrzeg z molo i kolejną latarnią, Dobrzyca z przepięknymi roślinami w zespole ogrodowym Hortulus i jeszcze pare innych miejsc w okolicy...
Żegnaj morze (jak zwykle zimne). Żegnaj plażo (jak zwykle piękna). I żegnaj słońce (którego w tym roku jak na lekarstwo). A tak generalnie żegnaj wypoczynku, witaj praco!

urlopowe smaki
2009-06-24 18:29:54
Pierwszy po urlopie dyżur minął, lecz następny tuż tuż. Było niestety śmiertelnie poważnie, ale taka nasza praca. Kostucha puka do drzwi zbyt często. I zbyt często odchodzi z pełnymi rękami...
Ale dziś nie o tym. Smutki odrzucam na bok, żyję bowiem jeszcze minionym urlopem, więc pora na kolejną porcję wspomnień. Dziś będzie kulinarnie - wszak jedzenie to jedna z większych przyjemności w naszym życiu. Niepogodowa raczej aura często zmuszała do szukania schronienia w okolicznych knajpkach, w które obfituje miejsce mego nadmorskiego urlopu. Ponieważ bywam tam praktycznie co roku, więc kroki me zwykle kieruję w "sprawdzone miejsca kulinarnych rozkoszy"...
Zanim jednak o tych smakach, muszę koniecznie wspomnieć o pewnym miejscu, w którym zatrzymuję się zwykle w drodze nad morze. Dzięki którejś z wypraw w okolice Wdzydz Kiszewskich i Starogardu Gdańskiego, szosa zaprowadziła nas do Człuchowa, a właściwie 2 kilometry za Człuchów drogą w kierunku Wałcza. Znajduje się tam stacja benzynowa, salon samochodowy oraz... zajazd Canpol - miejsce odpoczynku chyba wszystkich przejeżdżających tamtędy. Oczywiście powodów może być kilka - trzeba przecież zatankowac paliwo do samochodu, rozprostować trochę kości w pobliskim mini-ZOO, zabawić się z dzieciakami na leśnym placu zabaw... Głównym jednak powodem jest knajpa. Obliczona na 200, a może i więcej osób. Częściowo samoobsługowa (trzeba przy kontuarze zamówić wybrane dania, czy samemu nałożyć dodatki w barze sałatkowym), ale warto tam zjeść. Wiktuały spożywane tam przeze mnie do tej pory (czytaj spożywane przez całą moją rodzinkę) były pyszne. Żołądki lub kołduny w rosole, barszczyk czerwony z pasztecikami, żeberka z kopytkami i kapustą, indyk w sosie cherry, kurczak szefa kuchni, zwykły schabowy, golonka, czy też sakiewki Pasibrzucha (naleśniki z farszem mięsnym i sosem grzybowym) oraz parę innych dań, których nazw już nie pamiętam - wszystko to ma swój oryginalny aromat drażniący receptory węchowe od samego wejścia, powodując ucieczkę języka do żołądka na samą myśl jedzeniu. A żarło smaczne jest i tyle. Wracając z urlopu zboczyliśmy z trasy o te dwa kilometry dokładając, do już rozepchniętych nadmorskimi pysznościami żołądków, kolejną porcję jedzenia! Warto było!
Po drodze jest jeszcze Koszalin, który postanowiliśmy odwiedzić później. Zdarzyło się to wkrótce, bowiem w któryś z nieprzyjaznych dni wybraliśmy się tamże odwiedzając między innymi restaurację "Marco Polo". Eh, kolejne rozkosze podniebienia - warkocz z polędwiczki wieprzowej w sosie słodko-kwaśnym, rosół z makaronem, przysmak uczniów Hogwartu... No bo co tu robić, gdy na dworze pada?
Z racji niepogody odwiedziliśmy także w Darłówko. Tam jedliśmy pizzę, której wymiary okazały się być spore (przecie, że zamówiliśmy rozmiar rodzinny), spotęgowane formą podania jej na ogromnej paterze :)

No i nadmorski "kurort" Mielno. Jak już powiedziałem pierwsze kroki skierowałem w miejsca znane z dobrego żarła w przeszłości.
Choć restauracja w hotelu "Meduza" ubiegłorocznie nieco rozczarowała, to wtym roku zapodana pierwszego dnia sałatka z brzoskwinią i awokado powaliła na kolana moją małżonkę. Ja zadowoliłem się pyszną sałatką "Madras" z grillowanym indykiem i smażonym boczkiem. Pozostałe składniki w menu też początkowo smaczne, niestety im dalej w sezon tym jakość i wielkość dań w "Meduzie" spadała. Jedynie ceny były stałe, choć kto wie co będzie dalej...
Dobrze zapamiętana z lat ubiegłych knajpka Arni@Pablo zawiodła na całej linii. W tym roku nie smakowało nic. No może poza piwem, którego całe szczęście nie warzono na miejscu. W przeszłości spaghetti ze szpinakiem, pierogi z mięsem, naleśniki różnodziane, shoarma z kurczaka, czy różnorakie sałatki chciało sie jeść jak najczęściej. W tym roku kiepa totalna. Chyba zmienili szefa kuchni (choć mówią, że sami gotują?!).
"Wróbłówka" - smażalnie ryb (choć zjeść można nieco więcej niż ryby) przy jednym z zejść z deptaku z miłą, ładną i zwykle uśmiechniętą właścicielką. Dobre smażone dorsze i flaczki z kalmara. Pomidorówka też. Często tam byliśmy, zwłaszcza że mały ciągnął tamże na rybkę :)
Smażalnia o nieokreślonej nazwie wyglądająca jak żółty namiot. Przy głównej ulicy Mielna. Jedliśmy tam w tym roku niestety tylko jeden jedyny raz, bowiem otworzyli swe podwoje na koniec roku szkolnego. Posiłkiem głównym okazał się być pyszny mięsisty turbot (bądź torbut jak kto woli). A że było to w przeddzień wyjazdu - na podniebieniu prawie do tej pory czuję niezapomniany smak tej flądropodobnej rybki...
Odkryta w tym roku (i chyba dopiero co otwarta) Cafe Aghata z wystającym ze ściany starym Chevroletem.

Knajpka utrzymana w stylu kubańskim z fotografiami Kuby i jej mieszkańców, z sączącą się gdzieś z głośniczków kubańską muzyką. W toalecie zdjęcie Fidela - wodza rewolucji :) Poza drinkami, piwem i kawą można też pysznie zjeść. Naleśniki z camambertem i żurawiną, pierogi z mięsem, no i oczywiście spaghetti którym zajadała się moja latorośl...

...umawiając się wcześniej z kucharzem, by makaron nie był wymieszany z sosem tylko podany osobno!
Na koniec zostawiam rarytas. Restauracja w hotelu "Dworek Morski". Właściwie nie wiem co powiedzieć. Wszystko co jedliśmy było niewiarygodnie smaczne. Menu niezbyt wyszukane, bez skomplikowanych nazw potraw i jakichś tam ekstrawagancji. Rosół, zupa krem z brokułów, zupa gulaszowa, grzybowa, ogórkowa... Sałatki - grecka, z kurczakiem, z tuńczykiem... Pierogi, naleśniki z czekoladą i lodami... Niesamowicie delikatne spaghetti bolognese... Polędwiczki w zielonym pieprzu, grillowane mięso, nawet "chińszczyzna" (znaczy się kurczak w sosie słodko-kwaśnym) smakowały dobrze. Nawet bardzo dobrze. A porcje powalają na kolana nawet największych obżartuchów :) No i najlepszy chyba na wybrzeżu sernik własnego wypieku! Pycha!
Dzisiejszy post wygląda jak przewodnik kulinarny, ale rzeczywiście tegoroczny urlop w większości spędziłem w knajpach. Z tego też powodu sadełko trochę urosło. A zakładałem, że nieco schudnę w te wakacje...
Na koniec dla wszystkich łakomczuchów porcja lodowej przyjemności. Zdaje się, że deser nazywał się truskawkowy tajfun, huragan truskawek, czy jakoś tak podobnie :)

czytaj resztę »
aura urlopowa (lub jej brak)
2009-06-22 19:52:49
Dziś trochę więcej. Nie będę opisywał pierwszego po urlopie dnia w pracy. Bo i po co. Prawda jest taka, że ciężko wraca się do szarej rzeczywistości (czytaj pracy) i potrzeba przynajmniej tygodnia, by na powrót wkręcić się w tryby maszyny zwanej szpitalem. Nie będę też narzekał że jest ciężko, bo od jakiegoś czasu stało się to normą. Tylko (jak powiedział Przenitek) struny nie można zbyt silnie naciągnąć - w końcu nie wytrzyma i pęknie, a mam wrażenie że naciągnięta jest ona do granic wytrzymałości. Trochę czasu i zerwie się z hukiem robiąc wiele hałasu i szkody nam wszystkim.
Ale dziś nie o tym. Żyję jeszcze urlopem, a z racji braku możliwości opisywania zdarzeń na bieżąco zamierzam kilka postów poświęcić właśnie ostatnim dwóm tygodniom.
Dziś będzie o pogodzie, znaczy się tytułowej aurze. Która była i nie. Dowcipni powiedzą, że pogoda jest zawsze, ale chodzi mi oczywiście o jej ładniejszą stronę, zwłaszcza że wypadło spędzić mi mój urlop nad morzem. Polskim morzem. Moja latorośl jest jeszcze w takim wieku, że najbardziej odpowiada mi okres "przed sezonem". Z dwóch powodów: jest taniej - co istotnie umila pobyt, ale ważniejszą wydaje się swoboda ruchów - można śmiało ruszyć po deptaku, promenadzie i plaży nie obawiając się o nadepnięcie kogoś, bądź bycie przez tego kogoś nadepniętym.
Zatem czerwiec przed końcem roku szkolnego. Czego tu się spodziewać pięknej pogody? Wiadomo przecież że takiej może nie być. Ale zawsze człowiek ma nadzieję, tym bardziej że poprzednie czerwce były piękne. Niestety nie tym razem. Pogoda na podróż była OK. Nie za ciepło, nie za zimno, właściwie nie zawiele popadało (dopiero od Człuchowa). Gdy przyjechaliśmy na miejsce okazało się, że właśnie przestało lać. Dobry znak - przywieźliśmy dobrą pogodę :) Morze przywitało nas takim oto widoczkiem:

Miło i sympatycznie. Trochę chmurek, wiaterek nawet nie nazbyt duży, ale poza tym dość ciepło. Musi być, że od jutra pogoda będzie git! I prawie tak było. Ale jak wszystkim wiadomo "prawie" robi różnicę. Co prawda dwa następne dni nie były taki straszne...

...ale kolejne do najprzyjemniejszych już nie należały. Nie chodzi o temperaturę, bo było znośnie (zwłaszcza w zaciszu), ale o wiatrzysko które gnało i fale na morzu, i chmury na niebie.



Niektórym to nie przeszkadzało, wręcz zadowoleni byli z takiego obrotu sprawy, wykorzystując wiatr i fale do igraszek sportowych, lub jak kto woli do uprawiania sportów ekstremalnych :)

I choć (jak widać na fotkach) niebo okresowo było całkiem klarowne, to co jakiś czas zdarzało się niesamowite wręcz zjawisko, które udało mi się uwiecznić na kolejnym zdjęciu:

Okresowo (czytaj zbyt często) takie chmury pojawiały się na niebie dając z siebie wszystko co mogą - najczęściej obfitą ulewę, czasem burzę z piorunami. Taka przeplatanka niezbyt dobrze robi na nastrój. Piętnaście minut na plaży, godzina w knajpie, pół godziny słońca, dwie godziny deszczu. Można nieźle ześwirować. I rozchorować się. Człowiek taszczy ze sobą cały plecak ubrań, bo gdy słońce świeci (a czerwcowe potrafi już nieźle grzać) to ukrop jest niemiłosierny, gdy zaś leje - zimno sie robi jak za Uralem. Dobrze, że knajpki są co kilka metrów. Jest się gdzie schować i co wypić. Bez tego ani rusz.
Ale i tak nieoczekiwane chmurzyska jak powyższe potrafiły wydobyć z Bałtyku piękno, jakiego by szukać gdzieś w ciepłych krajach. Oczywiście bez odrobiny słońca ze strony przeciwnej, takiego widoku by nie było.


Co Wy na to? Bałtyk, czy może inne morze? Nawet roślinność jakoś tak tropikalnie wplotła się w całość obrazu.
Cale szczęscie pod wieczór zwykle wiatr nieco słabł i niebo także robiło się całkiem przyjazne, więc okazja do pospacerowania po plaży i promenadzie oraz zrobienia paru "ujęć zachodów słońca"







Widoczki takie robiły nadzieję na wspaniałą aurę w dniu następnym, który niestety zwykle okazywał się kolejnym pogodowym koglem-moglem. Misz-masz kompletny.
Na koniec jeszcze kilka fotek obiektów pływających...


Eh. Pożeglowałbym sobie. Nie wiedzieć czemu przychodzi mi na myśl i brzmi w uchu (poza szantami oczywiście) Jean Michel Jarre - Oxygene part IV.
Łapać życie pełną piersią.
Carpe diem.
Czerpać radość ze wszystkiego.
Z każdego oddechu.
Oddychać, oddychać, oddychać...
czytaj resztę »jęzor
2009-06-21 21:41:56
Dziś będzie niewiele, bo dopiero co wróciłem do stolicy.
Wlazłem na nasze blogowisko i ujrzałem (poza ostatnim postem kaeri) tyle smutku, goryczy, rozżalenia, zniechęcenia, że słów brak do komentowania.
Jesteście jeszcze młodzi, więc naprawdę nie macie się o co martwić. Całe życie przed Wami i wszystko jeszcze możecie w nim zrobić!
Chociażby na niektóre rzeczy wywalić jęzor jak ja. I mój syn :)


czytaj resztę »
prawie 7 czerwca
2009-06-06 23:44:42
Już prawie miałem wyjechać, nieprawdaż? Niestety "prawie" robi różnicę.
Trochę mi sie pokomplikowało, ale jestem już w 99% spakowany i gotowy do wyjazdu. Jutro z samego rana, tj. siódmego czerwca ruszam w drogę i naprawdę chyba tylko trzęsienie ziemi może mnie zatrzymać (a i to niekoniecznie). Będę jutro nad morzem i już, mimo że prognozy nie są najciekawsze.
I może nad morzem będą takie obrazki.
Prawie jak w Polsce. Niestety "prawie" robi różnicę...
Jedyny pozytyw jaki widzę w całej tej sprawie, to że może jutro zagłosuję...
czytaj resztę »5 lub 6 czerwca
2009-06-06 00:23:01
Piszę kole północy, więc nie wiem z jaką datą post pojawi się na blogu. Głównie będzie tyczył piątego czerwca, bo z szóstego trudno coś wybrać tak krótki na razie jest. Mam nadzieję, że będzie lepszy od poprzedniego, chociażby z racji wyjazdu z Warszawy. Urlop się zaczął, trzeba zatem korzystać i odwiedzić polskie morze. Może się uda :)
Zatem 5 czerwca. Zawsze ostatnie dni przed urlopem sa bardziej "pracujące" niż inne. Zwłaszcza w naszym fachu. Staramy sie wtedy nadrobić wszystkie zaległości (głównie papierowe), dopiąć sprawy pozostawianych pacjentów na ostatni guzik, by koledzy nie musieli tego robić, trzeba strzelić jakieś krótkie epikryzki itd. Roboty jest zatem co niemiara. Mnie (z racji bezkolejkowej egzystencji) udało się tym razem wypisać wszystkich chorych do domu. Ale niestety nie wszystkie sprawy dało sie załatwić do samego końca, choć tak naprawdę trzeba ich tylko dopilnować (z góry dziękuję Przenitkowi).
Sam dzień był z lekka męczący. Tak jest niestety po dyżurze, gdy trzeba nadal kwitnąć w Izbie Przyjęć i z uśmiechem załatwiać wszystkich petentów. O innych obowiązkach już nie mówię, bo zdaje się że powtarzam się jak jakiś paranoik. A było co robić, zwłaszcza że dnia poprzedniego w trakcie dyżuru nająłem do szpitala parę osób wymagających założenia "rury" do żołądka. I postanowiłem załatwić wszystkie gastroskopie, które się da, bo przez następne dwa tygodnie może być różnie z ich dostępnością. Sam sobie zgotowałem ten los! Chciałeś - masz i rób!
O chęci pomocy ze strony niektórych nie będę pisał. Ci którzy pomogli to wiedzą, Ci którzy nie pomogli pewno też zdają sobie z tego sprawę. Pierwszym dziękuję, do drugich mam trochę żalu, który jednakowoż minął już z racji nadchodzącej laby.
Ostatnia naprawdę nieprzyjemna rzecz która zdarzyła się tuż przed wyjściem to informacja o śmierci jednego z moich pacjentów. Dlaczego ludzie naprawdę mili, uprzejmi, weseli i pełni życia schodzą z tego "łez padołu" szybciej niż zrzędliwi, aroganccy i nieuprzejmi hipochondrycy? Nie wiem. Nie mam pojęcia jaki jest w tym zamysł Boga, Istoty Wyższej, Przeznaczenia, czy innej Siły Sprawczej. I pewnie nikt mi na to pytanie nie udzieli odpowiedzi. Smutne, dołujące i silniej dźgające styranego po dyżurze człowieka.
Ale żeby smutkom było dość to na koniec obrazek dla tych, co zostają i będą musieli harować. Oby tacy pacjenci się Wam nie zdarzyli :)

Ponieważ nie mam tak zwanego "laptoka", więc kontakt z blogiem może mi się urwać. Ale jak znajdę jakąś internetową kafejkę, to kto wie, czy nie walnę urlopowego posta. Oczywiscie nie odmówię sobie komentarzy pod innymi. Słonecznie się z Wami na razie żegnam nucąc sobie pod nosem...
czytaj resztę »
