Posty z kategorii: "muzyka"


the end?

2010-08-03 19:04:30

Dwusetny post.

I chyba będzie na tyle.

Może kiedyś jeszcze, może gdzie indziej?

Żegnam się z blogowiskiem jedną z ulubionych moich płyt...

 

 

 

 

 

 

 

Butelka Jacka Danielsa skończyła się dawno...

Chciałbym móc tak powiedzieć, lecz bazgrolę w przerwach pomiędzy kolejnymi pacjentami...

Żegnam. Może nie na stałe? Kto wie, czym uraczy nas dzień jutrzejszy...

Misiek

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , varia | Komentarze 33 , zobacz komentarze

let the sunshine

2010-08-01 21:26:25

Jak mi jest nie do końca fajno lub nie do końca wiem co się ze mną w szczególe dzieje, lubię sobie wtedy posłuchać muzyki lub obejrzeć film. Najlepiej jak idzie to w parze - w sumie muzyka filmowa należy do jednego z lepszych gatunków twórczych w zakresie dźwięków. I... mam jedno takie dzieło które, choć może wydawać się to bardzo dziwne, nastraja mnie całkiem nieźle do życia. A odnosiłem się do niego w kilku moich poprzednich postach (czyżby źle mi było wtedy?!). Co prawda domyślam się dlaczego jest dla mnie "świeżym powietrzem", lecz nie zdradzę tu szczegółów mych przemyśleń. A myślę ostatnio dużo (o wiele za dużo!!!) :))) 

 

Oto finałowy kawałek filmu wraz z początkiem napisów końcowych :)))

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , varia | Komentarze 1 , zobacz komentarze

kryzys wieku średniego?

2010-08-01 01:09:00

Pamiętam taki oto kryzysowy skecz kabaretu TEY: Smoleń (S) mówi: "W Egipcie żyli dwaj bracia - Ramzes i..." Na to Laskowik (L): "Kryzys!" S: "Ramzes umarł" L: "A kryzys żyje!"

Bardzo krótkie, ale treściwe!

 

Tak jest ze mną. Ramzes już dawno umarł, a kryzys nadal króluje. Nie tylko ten ogólnoświatowy. Przechodzę jakiś kryzys. Jeszce nie wiem jaki, ale większość objawów (opisanych w różnych źródłach) przemawia jednak za typowym kryzysem wieku średniego :))) Może zabrzmi to kokieteryjnie (wszak młody już nie jestem, a starym się nie czuję), lecz coraz częściej zadaję sobie różne pytania. I te prozaiczne, i te wręcz egzystencjalne. I co najgorsze na wiele z nich nie znajduję konkretnych odpowiedzi...

 

Na prawdę nie wiem co to jest. Zmęczenie? Nostalgia? Czy opisywany kryzys wieku średniego?

 

W moje ręce wpadła jednocześnie, przy ogromnej współpracy Muminy (dzięki jej w tym miejscu za to serdeczne!), płytka o (cóż za ironia!) wiele mówiącym tytule "Crisis". Mike Oldfield w towarzystwie Maggie Reilly, Jona Andersona i Rogera Chapmana. Rewelacyjne! Intrygujące! Niepokojące! Acz momentami kojące (Choć nie na dzisiejszą aurę, zwłaszcza sprzed burzy :)))

 

Oto jeden z kawałków zamieszczonych na krążku. I choć już wcześniej gdzieś przewinął się wśród moich postów, to obecnie zamieszczony "pseudovideoclip" bazuje na mych fantastyczno-naukowych czytadłach i przenosi mnie trochę w (nie)lekko fantazyjne marzenia wieku średniego... 

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 4 , zobacz komentarze

piątek, wekendu początek...

2010-07-30 23:20:28

Weekend. Koniec tygodnia.

Weekend. Ulubione słowo prawie wszystkich pracujących.

Weekend. Dni wolne od pracy z reguły podlegające wypoczynkowi.

Weekend. Dni, w które można spotkać się z przyjaciółmi i pójść na imprezę.

 

Weekend. Czasem początek nowego (lepszego?).

Weekend. Nie z każdego da się cieszyć (bo nie każdy jest wesoły).

Weekend. Czasem dni wypełnione intensywną pracą (nie tylko zawodową).

Weekend. Jeśli praca (zawodowa), to nie impreza. Przyjaciele czasem tak (jeśli ma się takowych w pracy lub poza nią - moga przecież odwiedzić człowieka na posterunku!).

 

I choć nie pracuję w ten weekend (czytaj - nie mam dyżuru), to ślęczę właśnie nad komputerem zamiast pić kawę (lub cokolwiek innego) ze znajomymi. Bo jutro czeka mnie intensywny bieg po paru miejscach związanych z szeroko pojętym słowem remont. A jakoś nie mam na to ochoty. Ostatnio nie miałem "wolnych", w dosłownym tego słowa znaczeniu, weekendów. I jestem już zmęczony a przede mną wydaje się że jeszcze najgorsze. Prywatna wojna państwa Rose zbliża się coraz większymi krokami :))) 

 

Bo czasem nawet początek weekendu nie cieszy...

Bo czasem jest tak, że lepiej być w pracy...

Bo w pracy jest mniej pracy...

Bo czasem przyjaciele...

 

Ostatnio dziwnie dużo myślę o tym co było, co się zdarzyło, co mogłoby się zdarzyć gdyby... Może to muzyka lat tamtych tak na mnie wpływa? Muszę przestać słuchać staroci :)))

Zapuszczę jednak jeden z takich. Polski, choć grupa zowie się Sztywny Pal Azji...

 

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 1 , zobacz komentarze

lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku...

2010-07-30 00:06:10

W pokoju lekarskim króluje ostatnio muzyka lat siedemdziesiątych. Jakoś tak radio internetowe samo ustawia się na stronę RMF 70s. Nie wiem jak młodzi, choć obserwuję podrygujące kończyny i głowy w rytm muzyki, ale "stara gwardia" ma naprawdę niezłą radochę słuchając przebojów z tamtych (jakże pięknych) lat. Lat rozkwitu dzieci kwiatów, lat miłości, radości i pokoju, lat przede wszystkim świetnej muzyki. Tej granej w Stanach Zjednoczonych, ale nie tylko...

 

Dziś, bowiem nie działo się zbyt dużo w SOR i mogłem trochę pobyć w Klinice, nasłuchałem się kilku dobrych kawałków zapodanych przez RMF 70s...

The Doors i "Riders On The Storm", Thin Lizzy i "The Boys Are Back In Town", Joe Cocker" z "With A Little Help From My Friends", Bob Geldolf i "I Don’t Like Mondays", "Hotel California" The Eagles, "Bohemian Rhapsody" Queen, "Run Runaway" Slade, "Every Beat Of My Heart" Roda Stewarta, "Ain’t No Sunshine" Billa Watersa, "Debbie Harry i Blondie ze swoim "Heart Of Glass"! Same hiciory! Nawet te "lżejsze" w wymowie jak "YMCA" Village People, czy licznie zapodane kawałki ABBY, "Night Fever" Bee Gees, nawet Demis Rossos ze swym "Forever And Ever"...

Wszystkie ekstra! 

Wszystkie do posłuchania!!

Wszystkie ekstra!!!

Bądź tak mi się zdaje...

 

Na koniec utwór zespołu The Doobie Brothers. 

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka | Komentarze 5 , zobacz komentarze

good times, bad times

2010-07-27 22:00:04

Ostatnio mam nastrój nostalgiczny. Może jest to związane z nadchodzącym (już naprawdę wielkimi krokami) remontem mego mieszkania, może to jednak oddziałowy remont sprowokował wspominki (zacząłem nawet czytać niektóre swoje poprzednie posty!), może starość zasuwa tak szybko (wszak już za chwilę jesień), a może to obecna deszczowa aura tak mnie nastraja?

Słucham staroci z lat dawnych i dawniejszych (jak chociażby na niedawnym dyżurze). Na dodatek niezastąpiony w kwestiach muzycznych niejaki doktor Gajewski zapuścił ostatnio (notabene po swoim dyżurze!) płytkę "Ghost of the dog" Eddie Brickell&New Bohemians. Szerokoustna wokalistka (żona Paula Simona - tego od Simon and Garfunkel) z ciekawym głosem i repertuarem. Słuch mój, jeszcze nie stępiony upływem czasu, pozwolił mi rozpoznać ten głosik po latach...

Bardzo przyjemnie było tego słuchać. I nostalgicznie. Bo remont, bo deszcz, bo zmęczenie, bo starość...

 

Polecam zatem jeden z jej utworów z deszczem w tle na teledysku...

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka | Komentarze 5 , zobacz komentarze

projekty muzyczne :)))

2010-07-22 23:03:49

Ciągnąc problematykę remontową zahaczę o tak zwany projekt, czyli... najważniejszą rzecz w całej imprezie. Dobrze zrobiony jest niezaprzeczalnie podstawą tworzenia dobrej formy. Ten wykonany niedbale lub przez osobę nie mającą pojęcia o realiach związanych z użytkowaniem danej przestrzeni - fatalnie może się skończyć dla całości inwestycji. A gdy do tego dołączy się nieprzemyślane zmiany koncepcji wnętrz i przeróbki istniejących aranżacji - toż to kompletna klapa. I dla wyglądu i dla użytkowania pomieszczeń. Nagle bowiem, po dokonaniu tychże przeróbek okazuje się, że urządzenia, meble i inne sprzęty nie współgrają swymi wymiarami do wcześniejszych koncepcji lub, co gorsza - nie można ich w żaden sposób zainstalować w "zmienionej przestrzeni". Niekorzystny w wyglądzie kolor ścian można przemalować, ale już zmiana ich ustawienie nie jest takim łatwym zadaniem. Stąd dobry projekt to podstawa.

 

Widziałem ostatnio dwa projekty. Jeden przemilczę, bo czekam na efekt, a o drugim powiem tak - za mało pieniędzy na realizację, zbyt dużo dodanych kiepskich poprawek, zbyt wiele osób się wtrąca, zbyt wiele osób uważa że ma zdanie przewodnie... Też czekam na efekt. Ale łatwo można przewidzieć końcową formę...

 

Od wczorajszej nocy (wszak spędzona w szpitalu na dyżurze) chodzi za mną Maanam. I nie jest to bynajmniej związane z wizytą Kory Jackowskiej w SOR, choć mogło by to być całkiem interesujące, lecz z ciekawym zderzeniem pokoleniowym mającym miejsce właśnie w trakcie pełnienia dyżuru. W wolnej od pacjentów chwili porozmawiałem sobie z jedną ze współdyżurnych osób (jakieś kilkanaście lat różnicy) na tematy muzyczne. Rzeczywiście bardzo różniły się nasze gusta muzyczne. Jak i wiedza o muzyce. Dwa światy. Dwa pokolenia. Ale między innymi dzięki dobrodziejstwu internetu dało się zapuszczać różną muzę. Ja oczywiście tę przyprószoną siwizną - Deep Purple, Thin Lizzy, Dire Straits, Marillion, Alphaville z tych spoza układu warszawskiego, ale i polskie także. Między innymi Maanam i głównie kawałki z "Nocnego patrolu". To tytułowa piosenka albumu miała się znaleźć w poście (wszak związek z dyżurem jasny jak słońce), ale wybrałem zupełnie inny utwór, który bardzo dobrze koreluje z obecną rzeczywistością szpitalną...

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka , varia | Komentarze 2 , zobacz komentarze

remont i...?

2010-07-21 00:17:58

No cóż. Remont. I to nie tylko w szpitalu...

Z racji braku czasu nawet sklonowany Misiek nie daje rady codziennie coś nabazgrać :)))

Ostatnie dni spędzam głównie na przebieżce po stołecznych sklepach z wnętrznościami i różnymi takimi...

 

Nie macie wrażenia, że remont, czy urządzanie mieszkania to jedna z najbardziej frustrujących czynności w życiu? I nie mówię tu wcale o koszmarnym bałaganie, który niestety spada na nas całą mocą tynku! Nagle okazuje się, że macie z połowicą zupełnie inną wizję pokoju (sypialni, kuchni, łazienki, czy gabinetu) nie do końca zgadzacie się co do "poprawek" proponowanych przez współmałżonka (-ę), a kolory farb (czy wzory tapet, faktura tkanin, gatunek płytek i inne) które chcielibyście zapodać na ścianach i czymkolwiek jeszcze w swoim mieszkaniu (apartamencie, domku, hacjendzie, czy innym budynku) stają się kością niezgody w dotychczasowym, wydawałoby się "sielskim" pożyciu... Nie mówiąc już o wszelkiego rodzaju tzw "dodatkach" związanych z planowanym (po remoncie) wyglądem wspólnego siedliska...

 

Mały koszmarek. Ale trzeba to przejść. Najlepiej przy okazji nie szlachtując się nawzajem...

Bo może się to skończyć totalną demolką a nie remontem...

I choć filmik nie dotyczy remontu, to niejeden związek rozpadł się podczas jego trwania!

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 8 , zobacz komentarze

carpe diem po raz nie wiem który...

2010-07-12 23:52:23

Wczorajszy dzień zmusił mnie do refleksji. Niby nic nowego - dla większości dzień wolny, dla lekarza szpitalnego często dzień pracy. Niby fajnie od rana, bo i korków w mieście nie było (niedziela i wakacje przecież...), zgłaszalność do SOR też jakby mniejsza w porównaniu z innymi dniami (myślę, że z tych samych powodów co brak korków na ulicach, no i remont przecież...). W oddziale te same problemy - głównie kręciło się dookoła posiłków, wypróżnień i odpoczynku (takie 3S - spożywanie, spanie i sra...) - czyli nic nowego. Jedynie upał niemiłosierny, z którym nawet "Sinobrody", znaczy się oddziałowy klimatyzator (notabene zakupiony ze wspólnej składki) nie za bardzo sobie radził, a i chorzy w związku z tym bardziej poddenerwowani, gorzej znoszący swą chorobę. Nic nowego - kolejna doba w pracy. No może jeszcze jedno odbiegało od normy - finał mistrzostw świata w piłce nożnej i mecz o złoto. Choć wynik był z góry wiadomy (przecież ośmiorniczka Paul przepowiedziała zjadając małże z koszyka opatrzonego hiszpańską flagą), to i tak miałem nadzieję, że uda się jakoś ten mecz obejrzeć, co niestety okazało się być płonną nadzieją - ilość interesantów w SOR nasiliła się właśnie podczas finałowego spotkania. Mogłem obejrzeć w spokoju jedynie ostatnie 20 minut piłkarskich zmagań, co i tak okazało się być najlepszym kawałkiem gry - wszak Hiszpanie strzelili wtedy bramkę na miarę mistrzostwa świata!

 

Ale, jak zwykle nie o tym miałem pisać. Refleksje. Nad życiem, jego wartością, kruchością i ulotnością. Co takiego mogło mnie do tego skłonić w tak senny i upalny dzień? Otóż czasem wystarczy jedno zdarzenie, informacja, uśmiech nieznanej osoby lub jej płacz. Wczoraj było wszystko wymieszane ze sobą na jednym talerzu:

Informacja - tragicznie zginął syn jednej z naszych rejestratorek w SOR. Młody facet - jakieś 35 lat, porażony prądem podczas użytkowania lub naprawy kompresora. Na domiar nieszczęścia stało się to w dniu jego urodzin...

Uśmiech - było całkiem sporo, zwłaszcza osób które nie musiały w szpitalu pozostawać...

Zdarzenie - reanimacja 21-letniego studenta medycyny. Do tej pory zdrowy, bez specjalnych nałogów. Przywieziony z pubu po utracie przytomności... Radość (przynajmniej moja ogromna) bo udało się go wyrwać ze szponów Kostuchy, ale co dalej... Widziałem dziś jego rodziców... Musiałem z nimi zamienić parę słów... Matka stwierdziła, że od urodzenia musiała o niego walczyć...

Płacz - łzy nie lały się strumieniami, ale widoczne były w oczach znajomych chłopaka, a przede wszystkim jego matki... No i wyobraziłem sobie łzy matki nieszczęśnika porażonego prądem...

 

Roztkliwiam się za bardzo. Starość nadchodzi, czy co? Chyba najwyższy czas zmienić zawód skoro takie rzeczy mnie ruszają. Powinienem być już uodporniony na tego typu zdarzenia, ale młody wiek obu ludzi naprawdę daje dużo do refleksji nad tym jak żyjemy...

I choć powtórzę się po raz nie wiem który, to dochodzę do jednego tylko wniosku - cieszmy się dniem, chwytajmy wydawać by się mogło ulotną chwilę, czerpmy z życia garściami ile się tylko da, bo nie wiadomo co nam przyniesie najbliższa przyszłość, nie wiadomo co nas czeka za rogiem...

 

Zatem zapuszczę teraz kawałek, który według mnie jest niezaprzeczalną pochwałą życia!

 

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 9 , zobacz komentarze

piknik pod tężniami

2010-07-11 00:07:20

Piknik w dniu dzisiejszym? Przy ponad trzydziestostopniowym upale? Gdy sama myśl o wyjściu na zewnątrz powoduje zdwojone pocenie a każdy ruch wywołuje reakcję organizmu symulującą wyjście spod prysznica? 

 

Czemu nie! Choć tytuł postu może brzmieć złowieszczo (wszak niejaki "Piknik pod Wiszącą Skałą" skończył się tragicznie), to było zupełnie inaczej. Muminowa rodzinka (szkoda, że niepełna) i moje rodzinne towarzystwo bawiło się znakomicie. Co prawda wstępnie wybrane w konstancińskim Parku Zdrojowym miejsce okazało się po krótkim pobycie grillem, lecz szybkie przenosiny w cień wyrównały w krótkim czasie termodynamikę naszych organizmów. Czytaj tych dorosłych, bowiem dziatwie zupełnie nie przeszkadzały warunki plenerowe. Zadziwiające jest skąd mają tyle energii w sobie? My, zadowoleni z dziecięcych inicjatyw w spędzaniu wolnego czasu, od czasu do czasu zerkaliśmy tylko w kierunkach skąd dobiegały nas ich głosy. O dziwo nie było żadnej poważniejszej kontuzji, o dziwo nie słyszalny był płacz żadnej z latorośli, o dziwo właściwie byli bardzo grzeczni, o dziwo świetnie się ze sobą (i inną rebiatą także) dogadywali, o dziwo zakłócali nasz spokój jedynie wpadając zdyszani potrzebą uzupełnienia płynów. Piękne! 

 

Nam - trochę starszym wiekiem, błogie lenistwo było potrzebne w tej gorączce jak łyk zimnego piwa (którego niestety łyknąć nie mogliśmy z racji "kierownikowania"). Przy okazji zjedliśmy pyszne Muminowe kanapki (co prawda naszykowane na więcej osób, ale towarzycho przestraszyło się upału), posililiśmy się letnimi warzywkami oraz z "wielką niechęcią" zajadaliśmy chipsy, orzeszki i paluszki :))) 

Trochę pogadano, pstryknięto parę fotek, nakarmiono ptactwo wodne, zostało się pokąsanym przez komary i mrówki. Ot - zwykły piknik pod tężniami. 

Częściej proszę o taką zwykłość :))) Bo jutro niestety znów dyżur. A upał ma być nie mniejszy...

 

I choć może to nie był TEN ogród, to miło mi się kojarzy taka oto piosnka, której rytm odzwierciedla uprawiane tego dnia błogie lenistwo... 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 5 , zobacz komentarze

jazda

2010-07-04 23:01:12

Wróciłem w całości! To jedyna korzyść z tego, bo niestety chętnie zostałbym nad morzem...

I choć będzie to może remake poprzedniego postu, to opiszę te kilkanaście godzin za kółkiem :)))

 

Fajnie jechało się tylko w jedną stronę - do Mielna. I początek dnia - szarówka przechodząca błyskawicznie w rozświetlone promieniami słońca niebo, rozciągające się nad polami mgły wgryzające się tylko nieznacznie swymi białymi zębami na drogę, miłe towarzystwo słuchanej "dobrej" muzyczki, sympatyczny chłodek w autku (poza nim także), szybka ale ostrożna jazda (bez szarżowania, choć na polowym lotnisku było i 190 na liczniku), ruch samochodowy przez większość trasy jak w niedzielę do pracy... Wszystko to sprawiło, że wyliczone w internecie 7 godzin 13 minut (449 km) zmniejszyło swe rozmiary o dwie godziny :)))

 

Dzień zapowiadał się oczywiście gorący, więc z latoroślą "skoczyliśmy" jeszcze na plażę ogrzewając swe ciała w promieniach całkiem letniego już słońca, grając w piłkę plażową (zupełnie jak drużyny Niemiec, czy Holandii), kopiąc dołki w pobliskiej piaskownicy (kto tyle piachu tu nawiózł?), a członki mocząc w wodzie Morza Bałtyckiego (nie doznając przy tym odmrożenia uszu). Jeszcze tydzień temu połowa tych "przyjemności" kończyła się przeziębieniem (choć słońca wtedy było też wiele).

 

Zapakowawszy do samochodu wszystko to czego nie zabrałem poprzednio, zjadłszy skromny obiadek - zupa gulaszowa i smażony turbot z ziemniaczkami (nie lubię na pełny żołądek prowadzić!) ruszyliśmy z całą rodzinką w drogę powrotną. Gorąc na zewnątrz (ale i w samochodzie pomimo klimatyzacji także) nie cieszył tak bardzo jak na plaży, ruch na drodze przez prawie połowę drogi jak w godzinach szczytu w stolicy, na dodatek ukochane przez wszystkich letnie naprawianie dróg z wieloma tzw. "mijankami". Te ostatnie zwłaszcza przed Włocławkiem, przez który zwykle jeździmy (bo teście tam mieszkają). Sam Włocławek (jakieś 16 kilometrów drogi krajowej numer 1) także się kiepsko zaprezentował, bo rozkopany praktycznie na całej długości przejazdu... Wszystko to sprawiło, że trasę 303 kilometrową zamiast w wyliczone w internecie 5 godzin i 3 minuty pokonałem o godzinę dłużej. Z czego praktycznie 1,5 godziny spędziliśmy na ostatnich 56 kilometrach drogi łączącej Toruń z Włocławkiem (znaczy się domem teściów)! :(((

 

Starałem się później obejrzeć drugą połowę meczu Paragwaj-Hiszpania (o takiej porze mniej więcej dotarliśmy do Włocławka), ale wypiwszy wręczone przez teścia piwo zaczynałem usypiać w fotelu, więc chętnie skorzystałem z łóżka, które nie wiem kiedy zostało dla mnie przygotowane :)))

 

Ale a propos towarzyszącej mi muzyki - wcale nie była to Kobranocka (choć na koniec podróży tekst "wlokę ten ból przez Włocławek" pasowałby jak ulał), ale zupełnie inne zespoły - jak chociażby prezentowany w poprzednim poście New Order:

 

czytaj resztę »

Dodane w urlop , muzyka | Komentarze 3 , zobacz komentarze

tam i z powrotem

2010-07-02 19:27:25

Wbrew mocno sugestywnemu tytułowi nie zamierzam pisać o "Hobbicie" Tolkiena, choć to jedna z książek wprowadzających mnie w świat ogólnie pojętej fantastyki. Niezaprzeczalnie, przeczytana w odpowiednim wieku, może zrobić na czytelniku ogromne wrażenie (łącznie oczywiście z całą tolkienowską trylogią "Władca pierścieni") i na dobre zafascynować tym gatunkiem literackim... Jakiś czas temu (będąc już całkiem sporym chłopcem, ale jeszcze przed nakręceniem przez Petera Jacksona "Drużyny pierścienia") odświeżyłem sobie zarówno "Hobbita" jak i całą trylogię. I co? Cieszę się, że miałem okazję po raz pierwszy przeczytać to wszystko o wiele wcześniej, bo smak "tamtej lektury" był wysublimowany, "tej następnej" niestety bardzo pospolity. Ale cała trylogia Jacksona - świetna!   

 

Nie o tym jednak. Tam i z powrotem, czyli nad morze i do stolicy w jeden dzień. Fajno, bo wyruszam przed świtem. Mam nadzieję i na mniejszy ruch samochodowy (tym samym na szybszą jazdę), mniejszą temperaturę otoczenia (tym samym o wiele większy komfort podróży - przynajmniej w jedną stronę) oraz niezapomniane wrażenia początku dnia - choć zapewne nie dojadę nad samo morze, bo to ujrzeć, to widok wschodzącego słońca zwykle napawa mnie optymizmem. 

Droga powrotna może już nie być tak przyjemna, bo wszystko będzie na odwrót. Trwają przecież wakacje, więc ludu na drogach spodziewam się od cholery. Synoptycy zapowiadają raczej dzień nie chłodny, więc pomimo klimy może być w w samochodzie ciepło, zwłaszcza że rodzinka boi się przeciągów. No i obejrzę raczej zachód, a nie wschód słońca - a zachód wydaje się mi być piękny jedynie nad morzem, które niestety będę miał już daleko za sobą...

 

Mam nadzieję, że dojadę tam i z powrotem w całości, a wyjazd nie zakończy się jak przygoda pewnego "Miśka" z teledysku New Order :)))

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , urlop | Komentarze 3 , zobacz komentarze

czemu nie sentymentalnie?

2010-06-30 22:43:57

Zakupiłem ostatnio CD. Ot tak sobie. Może i z jakimś zamiarem, a może wpadło mi w ręce...

"Songs of Love" Simply Red.

Chyba się starzeję, bo płytka wydaje się być sympatyczna, a ja nigdy nie przepadałem za rudzielcem Mickiem Hucknallem. "If You Don’t Know Me By Now", "Holding Back The Years", "Stars" czy "Ev’ry Time We Say Goodbye" to pioseneczki wdzięczne, dobrze dobrane pod wspólnym tytułem.

Niestety na nie ma utworu, który najbardziej kojarzy mi się z Simply Red. Utworu, którym niemalże zaistnieli. Utworu, który niestety nie pasuje do melodii miłosnych. Utworu, który wydawał się odkrywać zespól, który może stać się jednym z mych ulubionych... Potem było nieźle, ale nie tak jakbym się spodziewal :)))

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka | Komentarze 4 , zobacz komentarze

ostatnie chwile urlopowe

2010-06-27 22:09:58

Ktoś już udowodnił, że wypoczynek powinien trwać trzy tygodnie. Ja niestety miałem na to tylko 14 dni. I dużo, i mało. Zapewne wszyscy, którzy w tym czasie pracowali zazdrościli mi tych chwil wolnych, jednak niestety praktycznie cały gorący okres (dosłownie i w przenośni) spędzę w robocie - synoptycy zapowiadają nadchodzące upały, a i w szpitalu także będzie "upalnie" - wszak remont oddziału nie należy do najłatwiejszych okresów w jego funkcjonowaniu...

 

Ale, czegóż nie robi się dla potomnych? Przecież nie dla własnej przyjemności wybieram rokrocznie czerwiec jako termin urlopu. Mój syn na szczęście jeszcze jest w takim wieku, że okres tzw. "nauki" nie obowiązuje go zanadto. Tak będzie jeszcze tylko w przyszłym roku (myślę, że z "zerówki" da się go wyciągnąć przed końcem roku szkolnego), więc kolejny urlopowy czerwiec przede mną. Poza "niepewną pogodą" (właściwie ostatnio w Polsce nigdy nie jest pewna) i niestety okropnie zimnym morzem, nie mogę narzekać - wszędzie spokój i w miarę cicho, można swobodnie nikogo po drodze nie tratując przejść przez "kurort", na plaży miejsca wystarczająco na tyle by nie trzeba zasuwać kilku kilometrów do wolnego skrawka piasku, restauratorzy (trochę szumna nazwa, ale niech będzie) jeszcze starają się o klienta serwując dania smaczne i zjadliwe, a i turyści podobni do mej rodzinki - sporo dzieci i młodzi rodzice :)))

 

No dobra. Tyle jak na razie o urlopie - reszta (także fotki) wkrótce. Dziś ostatni dzień "swobody", który spędziłem także na lenistwie... Poza rozpakowaniem waliz, zapuszczeniem kilku pralek ciuchów, zrobieniem najpotrzebniejszych zakupów, spędziłem czas na oglądaniu TV (nawet za bardzo nie wiem, co się dzieje na mistrzostwach świata w piłce nożnej - a to już przecież faza pucharowa!), sączeniu piwka i innych tego typu przyjemnościach...

Udało mi się także wypić kawę (nawet dwie!) w bardzo miłym towarzystwie!

 

I to by było dobrego - od jutra powrót do szarej rzeczywistości. Za kabaretem TEY powiem tylko tyle:

z pracy do pracy, z pracy do pracy, o k...a jak można tak dłużej rodacy!

 

Dlatego też mam na to pioseneczkę, którą od dawna chciałem już zamieścić pod którymś z postów. Może teraz jest na to pora? Nie wiem, ale przecież nie ma się po co w tym życiu tak spieszyć...

 

czytaj resztę »

Dodane w urlop , muzyka | Komentarze 5 , zobacz komentarze

w przeddzień urlopu

2010-06-11 21:59:41

Zwykle ostatni dzień przed urlopem jest w pracy lekkim koszmarem. I najczęściej właśnie w tym dniu człowiek ma najmniejszą chęć do jakiegokolwiek wysiłku. Umysł szybuje już ku miejscom urlopowego wypoczynku, więc mowa o chociażby znikomej koncentracji jest żadna. Nie dość, że koniec tygodnia to na dodatek przeddzień wakacji. W piątki zwykle jest nieco więcej pracy - często wypisuje się większą ilość pacjentów by przygotować miejsce dla kolejnych chorych weekendowych, trzeba złożyć zlecenia na trzy dni i przewidzieć różne sprawy mogące w ten jedynie dyżurancki czas wydarzyć, no i oczywiście na koniec tygodnia zwala się całą listę spraw "biurowych" - znaczy się zwykła papierologia stosowana. Na dodatek podwójna - staram się być w miarę odpowiedzialny i rzetelny, więc przed urlopem załatwiam wszystkie sprawy niedokończone, niestety w dużej mierze właśnie te papierowe. A że zwykle nie ma na to czasu, więc opuszczenie "świątyni pracy" tego dnia jest znacznie opóźnione w stosunku do dnia powszedniego...

Aura dnia dzisiejszego bynajmniej nie pomagała. Ukrop taki, że pot ściekał nie tylko po twarzy. "Sinobrody", znaczy się zakupiony ze wspólnej składki przenośny klimatyzator, grzał ile mógł czyli chłodził na maksa- niestety dawało to jedynie chwilowe uczucie jakiegoś komfortu termicznego. Cieszę się, że mamy chociaż taką maszynę chłodniczą, bo przed rokiem sytuacja była cokolwiek bardziej tragiczna, choć temperatura w tym czasie była nieco niższa niż dziś.

Nie tylko w szpitalu aura dawała znać o sobie. Już jazda do pracy obfitowała w mnogość napotkanych kierowców otumanionych chyba dzisiejsza gorączką - termometr mego wozu o godzinie siódmej rano pokazywał 23 stopnie. Po południu sytuacja rozmiar klęski żywiołowej (cokolwiek wiele ich w tym roku) - jedyne 36 stopni wręcz wytapiało resztki koncentracji z mijanych "władców szos". Powrót do domu zajął mi całą godzinę, gdy zwykle zajmuje mi to góra 30 minut. Czyżby czas reakcji niektórych wydłużył się dwukrotnie? A może to ja się tak wlokłem? Chyba jednak nie ja - wypiwszy trzy kawy (w tym jedną moją "zwykłą"), poprawiwszy to wszystko napojem energetyzującym czułem się wyśmienicie i niosło mnie do domu jakbym dostał skrzydeł.

W końcu wyrwałem się przecież z pracy i zacząłem urlop.

I zapuszczę w związku z tym "gwizdaną" pioseneczkę:

 

 

I choć tekst nie do końca jest urlopowy, to dobrze mnie w dzisiejszej drodze powrotnej nastroił na czekający mnie nadmorski wypoczynek :))) 

PS. Nie wiem tylko, kto będzie kontynuował rozpoczętą reanimację...

czytaj resztę »

Dodane w urlop , muzyka | Komentarze 9 , zobacz komentarze

har-magedon

2010-05-23 17:15:29

Rok 2010 obfituje w wydarzenia, które niewątpliwie dla wyznawców katastroficznej teorii zdarzeń są niezłą pożywką dla tzw. spiskowej teorii dziejów.

Rok 2010 - trzęsienia ziemi na Haiti, w Qinghai i Chile, lawiny błotne na Maderze i w Brazylii, eksplozja platformy wiertniczej Deepwater Horizon, kilka tragicznych w skutkach wypadków autobusowych i kolejowych, parę katastrof lotniczych (w tym Tu-154 pod Smoleńskiem), wybuch wulkanu Eyjafjallajokull na Islandii (utrudniający uroczystość pochówku tragicznie zmarłego prezydenta Rzeczypospolitej), obecna majowa powódź w Europie (przysłowie: "Mądry Polak po szkodzie" nabiera nowego znaczenia?).

Toż to istny światowy spisek na życie ludzkie. Toż to istny światowy spisek, jak zechcą niektórzy mówić, na rzecz Polski i Polaków! Toż to Armageddon!

A propos końca świata - według przepowiedni Oriona i kalendarza Majów zbliża się on wielkimi krokami. 21.12.2012 to data przebiegunowania Ziemi, co ma wiązać się z licznymi kataklizmami z nim związanymi - trzęsienia ziemi, powodzie, tsunami... Jakże obecnie realizowany scenariusz pasuje do końca świata.

Tylko czyim dziełem się stał?

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 1 , zobacz komentarze

a po burzy spokój

2010-05-19 00:26:38

Mam nadzieję, że to koniec deszczu, bo szaro-bure niebo nie działa na mnie kojąco...

I wszystkie pamiętane przeze mnie piosenki, choć przecież piękne i nie do końca smutne, przyprawiają mnie o kolejny epizod depresji. Czyżby jakaś choroba afektywna? 

Tak czy siak wena się mnie w tej szarzyźnie nie trzyma, więc korzystam z czyichś dokonań.

 

Jeden z wyżej wspomnianych utworów. Jak dla mnie - bomba.

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka | Komentarze 3 , zobacz komentarze

królestwo deszczu?

2010-05-17 23:22:42

Jak tak dłużej pójdzie, to zaleje nas woda. A nastrój, pomimo całkiem niezłego poniedziałku, sięgnie dna.

Po wczorajszym "frywolnym" wręcz utworze o ulewie, dziś mroczny kawałek z deszczem w tytule. Ciekawa kompilacja The The i Sinead O’Connor. Tekst też całkiem, całkiem...

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka | Komentarze 1 , zobacz komentarze

ciągle pada

2010-05-16 22:15:54

Kawałek dla lubiących deszcz:

 

Ciągle pada! Asfalt ulic jest dziś śliski jak brzuch ryby, 
Mokre niebo się opuszcza coraz niżej, 
żeby przejrzeć się w marszczonej deszczem wodzie. A ja? 
A ja chodzę desperacko i na przekór wszystkim moknę, 
Patrzę w niebo, chwytam w usta deszczu krople, 
patrzą na mnie rozpłaszczone twarze w oknie, to nic. 

Ciągle pada! Ludzie biegną, bo się bardzo boją deszczu, 
Stoją w bramie, ledwie się w tej bramie mieszcząc, 
ludzie skaczą przez kałuże na swej drodze. A ja? 
A ja chodzę, nie przejmując się ulewą ani spiesząc, 
Czując jak mi krople deszczu usta pieszczą, 
ze złożonym parasolem idę pieszo, o tak! 

Ciągle pada, alejkami już strumienie wody płyną, 
Jakaś para się okryła peleryną, 
przyglądając się jak mokną bzy w ogrodzie. A ja? 
A ja chodzę w strugach wody, ale z czołem podniesionym, 
Żadna siła mnie nie zmusza i nie goni, 
idę niby zwiastun burzy z kwiatkiem w dłoni, o tak. 

Ciągle pada, nagle ogniem otworzyły się niebiosa, 
Potem zaczął deszcz ulewny siec z ukosa, 
liście klonu się zatrzęsły w wielkiej trwodze. A ja? 
A ja chodzę i niestraszna mi wichura ni ulewa, 
Ani piorun, który trafił obok drzewa, 
słucham wiatru, który wciąż inaczej śpiewa. 

Ciągle pada, nagle ogniem otworzyły się niebiosa... 
który wciąż inaczej śpiewa. A ja? 
A ja chodzę desperacko i na przekór... 
patrzą na mnie rozpłaszczone twarze w oknie, to nic.

 

 

Rewelacyjny tekst, a ówczesny "teledysk" powala na kolana.

czytaj resztę »

Dodane w muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

warszawski spleen

2010-05-09 21:32:34

Choć pogoda za oknem nieco lepsza niż w ostatnim tygodniu, to niestety jakoś nie mogę się wziąć do kupy. Zebranie się w sobie i wykrzesanie choć ociupiny energii staje się zadaniem ponad siły. 

Dlatego też nie rozpisuję się zbytnio i zamieszczam stary kawałek Maanamu. On mówi wszystko:

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka | Komentarze 10 , zobacz komentarze

wielka majówka

2010-05-02 22:50:29

Miałem napisać post na temat Święta Pracy - jako dziecko bardzo ten dzień lubiłem. 

Miałem napisać o głupocie tworzenia "długich weekendów", ale ten wcale nie był tak długi.

Miałem napisać o tym jak spędziłem ten majowy weekend - zwięźle brzmi: było rodzinnie i spacerowo.

Miałem także napisać wiele mądrych w moim mniemaniu rzeczy, ale niestety tak zwana wena wzięła i odeszła.

 

Może to objaw starości (niestety) lub zdziecinnienia (jeszcze gorzej), ale coraz częściej wspominam różne rzeczy, fakty i wydarzenia z życia mojego, moich bliskich i znajomych. I te wspomnienia, choć obarczone bardzo dużą (z różnych względów) dozą goryczy, jawią mi się o wiele milej niż czasy obecne. Choć posiadam kochającą rodzinę (tak przynajmniej mnie zapewniają), choć starcza mi do "pierwszego" z pewną nawiązką (niestety zbyt małą jak na me oczekiwania), choć każdy artykuł mogę nabyć w sklepie lub przez internet (oczywiście ten, na który mnie stać), choć żyję w kraju wolnym i demokratycznym (sprawia takie wrażenie), choć nie muszę w dzień wolny od pracy iść na obowiązkowy pochód (a propos Święta Pracy), choć wiele innych rzeczy wydaje się być bardziej pozytywna niż kiedyś to jednak czegoś mi brakuje.

I za Chiny Ludowe nie wiem co to jest!

 

Z majem skojarzenia mam różne, nie tylko pochodowe, ale w pamięci utkwiła mi (może przez muzykę zespołu Maanam) jedna z całkiem niezłych polskich produkcji filmowych. Jej tytuł - "Wielka majówka". A to jeden z utworów wykorzystanych na ścieżce dźwiękowej tego filmu.

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 6 , zobacz komentarze

patriotyzm

2010-04-20 22:36:07

Wiele w ostatnich dniach padło słów o bohaterstwie (które jako Polacy doceniamy i pielesimy), martyrologii (w której się wręcz lubujemy) i męczeństwie (przy okazji katastrofy w Smoleńsku i pobliskiego Katynia). Wiele też mówiło się o patriotyzmie w odniesieniu do śmierci osób na pokładzie nieszczęsnego Tupolewa. Że niby wszyscy to wielcy patrioci, bo zginęli. Otóż nie - zginęli, bo był nieszczęśliwy wypadek. Nie chcę przez to powiedzieć, że patriotami nie byli (śmiem nawet twierdzić że spora liczba ofiar zasługuje na to miano), ale rozumienie patriotyzmu przez śmierć w przypadkowej katastrofie nijak się nie ma do tego czym patriotyzm tak naprawdę jest. 

 

Patriotyzm bowiem to postawa szacunku, umiłowania i oddania własnej ojczyźnie oraz chęć ponoszenia za nią ofiar. To także wypełnianie obowiązków konstytucyjnych i obywatelskich. To przedkładanie celów ważnych dla ojczyzny nad osobiste, często związane z gotowością do poświęcenia własnego zdrowia i życia.

Ciekaw jestem kto z tragicznie zmarłych pasażerów w 100% był gotów poświęcić swe życie dla dobra kraju? Czy rzeczywiście przedkładali dobro narodu ponad własne dążenia i cele. I czy tak naprawdę ktokolwiek w obecnych czasach może zyskać miano gorliwego patrioty? Pytania raczej bez odpowiedzi...

 

Całe szczęście patriotyzm to także umiłowanie i pielęgnowanie narodowej tradycji, kultury i języka. Dlatego zapodam utwór Marka Grechuty, który pięknie o tym mówi...

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

don’t give up

2010-04-19 21:48:40

Dawno niesłuchany, jak bardzo pasujący do tragicznych wydarzeń utwór.

Prawie przeze mnie zapomniany, przypadkowo zagrany przez jakieś radio internetowe w trakcie wczorajszego dyżuru...

Słowa mówią wszystko:

 

In this proud land we grew up strong.
We were wornted all along.
I was taught to fight, taught to win.
I never thought I could fail.
Now I find laughter so it seems,
I am a man whose dreams have all desearned.
I’ve changed my face,
I’ve changed my name.
But no one wants you when you lose.

Don’t give up
’Cause you have friends.
Don’t give up,
You’re not beaten yet.
Don’t give up,
I know you can make it good.

’though I saw it all around,
Never thought that I could be affected.
Thought that we’d be last ago
It is so strange the way things turn
Drove the night towards my home.
The place that I was born on the lakeside.
As daylight broke I saw the earth
The trees are bowing down the ground.

Don’t give up,
You still have us.
Don’t give up,
We don’t need much of anything.
Don’t give up
’Cause somewhere there is a place where we belong.

Raise your head
You’re worried too much
It’s gonna be alright
When times get rough
You can fall back on us.
Don’t give up.
Please don’t give up.

Got to walk on a few
I can take it anymore.
Gonna stand on that bridge
Keep my eyes down below.
Whatever may come, whatever may go,
That river’s flowing.
That river’s flowing.
Moved to another town
Tried hard to settle down-
For every job so many men
So many men, all one needs.

Don’t give up
’Cause you have friends.
Don’t give up.
You’re not the only one.
Don’t give up.
No reason to be ashamed
Don’t give up
We still have us
Don’t give up now
We’re proud of who you are
Don’t give up
You know it’s never been easy
Don’t give up
’cause I believe there is a place
There is a place
Where we belong

 

Wersja trochę inaczej zapamiętana, zwłaszcza jeśli chodzi o wizualizację...

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka | Komentarze 5 , zobacz komentarze

carpe diem po raz wtóry

2010-04-12 23:16:59

Wydarzenia takie jak katastrofa samolotu prezydenckiego w Smoleńsku zmusza człowieka do refleksji. Do refleksji takiej jak przed kilkoma miesiącami. I choć obecna tragedia niewątpliwie dotyka wszystkich Polaków, tamta raptem kilkudziesięciu (może kilkuset?) osób, to tak naprawdę dla najbliższych ofiar cierpienie jest identyczne.

 

Refleksja jest ciągle ta sama, myślę nawet że spotęgowana przez nazwiska tragicznie zmarłych osób - CARPE DIEM, CARPE DIEM, CARPE DIEM. Nie znamy dnia ani godziny. Nie wiemy czy stanie się to w domu, czy na ulicy, w łóżku czy na chodniku, w powietrzu czy w wodzie. Nie znamy daty swojej śmierci. I dobrze. Dlatego chwytajmy dzień, żyjmy chwilą, czerpmy z życia pełnymi łychami, bo druga taka okazja może nam się nie przydarzyć. I róbmy to tak, by ludzie o nas pamiętali, bo jedynie w ten sposób przetrwamy.  

 

I czy to w wykonaniu Czesława Wydrzyckiego, czy w wykonaniu Janusza Radka sens utworu pozostaje niezmienny i ponadczasowy. Mam taką nadzieję...

 

 

Ale pytam także kto umieścił wszystkich w jednym samolocie?! 

Polska bez głowy, wojsko bez ręki...

Jak zwykle Polak okaże się mądry dopiero po szkodzie...

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

jajeczko

2010-03-31 22:57:55

Tradycja. Przekazywana z pokolenia na pokolenie. Coś, co wyróżnia jedną nację od drugiej.

 

Pracowniczy świąteczny śledzik i jajeczko to także tradycja, jakże głęboko zakorzenione w naszej kulturze, jakże chętnie wykorzystywana przez szefostwo do pokazania ludzkiej twarzy i złożenia świątecznych życzeń. Tradycja zakorzeniona tak głęboko, że niejeden z uczestników tego tradycyjnego spotkania zbyt głęboko zagląda do "przedświątecznej" butelki. Po prostu taka polska tradycja :)))

 

Można i inaczej, bez "wodnych" akcentów (choć lany poniedziałek się zbliża), z jajem jako wizją nowego życia i zmartwychwstania. Można kameralnie, w gronie pracowników, krótko, bez emfazy i ekstazy.

Niestety obecnie powoli robi się z tego impreza na całego, zupełnie pozbawiona formy, nastawiona na pokaz a nie wzmocnienie jedności zespołu. Wykraczająca zupełnie poza mury firmy, oddziału, ekipy, czy w jaki inny sposób nazwiemy sobie dany zespół ludzki. Impreza zupełnie nieprzystająca do tradycji, lub co gorsza, stwarzająca nowy rodzaj tradycji. Pytanie tylko czy lepszy?

 

Kawałek, który mi się kojarzy ze Świętami Wielkanocnymi. Simply Minds z płyty "Live in the City of Light" - "East at Easter"...

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , praca , muzyka | Komentarze 3 , zobacz komentarze

kryzys

2010-03-22 22:18:10

Światowy kryzys rozwija się lepiej niż dobrze. 

Podobnie się ma kryzys szpitalny i oddziałowy. Od kilku ładnych tygodni borykamy się z niedoborem łóżek przy jednoczesnym zmasowanym szturmie pacjentów na szpital. Pobudowane szańce, zasieki, okopy i transzeje w formie świeżo utworzonego SOR-u nie mogą przynieść otuchy i oddechu, bowiem samo przemianowanie Izby Przyjęć na SOR, bez jej reorganizacji (znaczy się przebudowy, doposażenia w sprzęt i zatrudnienia dodatkowych pracowników) nie ma absolutnie sensu. Pozostały na placu boju jeden lekarz internista (obecnie lekarz SOR) choćby chciał, to nie jest w stanie zapanować nad atakiem prowadzonym na wielu frontach jednocześnie. Zwłaszcza, że w świat płyną wiadomości o wielokrotnie większej armii zatrudnionych na miejscu fachowców medycyny ratunkowej.

Kryzys przejawił się także w postaci listy nieobecnych dziś w pracy, z takich czy innych powodów, kolegów. Nagle tak zwana "kolejka" skróciła się na tyle, że co poniektórzy musieli zająć się po weekendowej batalii nie jednym, a kilkoma przydzielonymi im pod opiekę pacjentami. Bój zatem przeniósł się z SOR-u do oddziału. I to nie jednego, bowiem liczba zajętych przez pacjentów łóżek jest tak duża, że mury oddziału nie mieszczą ich nawet na korytarzach. Zatem wolne miejsca innych oddziałów zostają powoli zajmowane przez pacjentów internistycznych. Jestem ciekaw, kiedy to interna opanuje cały kilkusetłóżkowy gmach szpitala w całości? I czy pozostali przy życiu lekarze będą jeszcze w stanie wczołgać się po schodach do kolejnego chorego, którego z woli łaskawie nam panującego dyrektora położy się na dachu tutejszego szpitala. I ciekawe, który z pacjentów pierwszy powie veto! I w przenośni i dosłownie...

Jak kryzys to płyta "Crises" Mike’a Oldfielda. Jak Mike Oldfield to między innymi pochodząca z tej płyty "Shadow on the Wall" - piosenka napisana pod wpływem stanu wojennego. Jak stan wojenny to poprzedzająca go Solidarność, strajki i rozruchy społeczne. Coraz bliżej zatem do wybuchu. A jak pieprznie, to coś czuję, że z wielkim hukiem :))) 

 

 

Nie powiem, że czuję się jak Roger Chapman w celi, ale blisko coraz bliżej...

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

w hołdzie muzyce

2010-03-01 22:34:14

Nie jestem fanem muzyki poważnej, ale Fryderyk Chopin wielkim kompozytorem był!

Genialny twórca i kropka. I choć jego dorobek muzyczny jest bogaty, to miano geniusza trzeba by mu przyznać chociażby za skomponowanie etiudy rewolucyjnej. Nie mówiąc już o marszu żałobnym... Rachmaninow, Debussy, Wagner, Grieg, Ravel, Liszt, Schumann - to "potęgi", jak by się dzisiaj to nazwało, światowej muzyki którzy czerpali inspirację z dzieł Polaka. Cieszmy się zatem, że mamy czym, a właściwie kim chwalić się w świecie. 

 

I choć zabrzmi to jak truizm, myślę że gdyby nie geniusz Chopina to nie powstałoby wiele utworów. I tych dobrych, i tych mniej doskonałych.

Zatem w hołdzie Fryderykowi zapuszczę dwa kawałki zespołu, którego nazwa w wolnym tłumaczeniu brzmi: Młodzież, lub jeszcze lepiej: Potomstwo. Potomstwo wielkiego artysty.

 

Mam nadzieję, że Ferdek mi wybaczy :)))

 

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka | Komentarze 4 , zobacz komentarze

paracetamoxyfrusebendroneomycin

2010-02-11 23:32:48

Ilość pojawiających się nowych leków na rynku jest zastraszająca. I tych oryginalnych i tych tzw "generycznych". Zapamiętać ich wszystkich nie sposób, zwłaszcza że ludzie odpowiedzialni za ich nazewnictwo nie mają chyba zielonego pojęcia o zdolnościach lingwistycznych statystycznego lekarza. Nie mówiąc już o zasobach pamięciowych także :))) 

 

Do kogo należy wprowadzenie nazwy nowego medykamentu? Do wynalazcy leku? Do pierwszego pacjenta, który go przetestował? Do sponsora (najczęściej firmy farmaceutycznej)? Czy też od jakiegoś karkołomnego przypadku splecenia ze sobą trzech odmiennych kulturowo języków? 

 

Nazwy chemiczne są bardzo skomplikowane (choć ich logiczność jest niezaprzeczalna) i nikt nie zmusza nas do ich zapamiętywania. Ale nazwy międzynarodowe, a zwłaszcza te handlowe (wypisywane przecież przez nas non stop na drukach zwanych receptami) wypadałoby pamiętać. A nie jest to proste działanie. Owszem - te najczęściej stosowane w końcu włażą jakoś do głowy, ale liczba nowych poraża. I to nie tylko ilością, ale właśnie nazwami. 

 

Chociażby najprostsze. Acetylocysteina, znana wszem i wobec jako ACC (cóż za piękna i prosta nazwa!) ma oczywiście swoje odpowiedniki w postaci preparatów Fluimucil, czy Syntemucol. 

Kolejna amlodypina z mnogością preparatów - Agen, Aldan, Amlonor, Amlopin, Amloratio, Amlozek, Apo-Amlo, Cardilopin, Tenox i Vilpin. Te z czołówką "amlo" jeszcze jakoś się kojarzą, resztę trzeba wbić do głowy młotkiem.

Weźmy na tapetę taki cefuroksym - oto formy dożylne: Biofuroksym, Novocef, Pixym, Tarsime, Xorim, Xorimax, Zamur i Zinacef. I trzy jego preparaty doustne: Bioracef, Ceroxim i Zinnat. Który wybrać?

I kolejny antybiotyk - azytromycyna. Liczba preparatów ustawia ją w czołówce peletonu: Azibiot, Azimycin, Aziteva, Azithro-Mepha, Azithromycin-1A Pharma, Azithromycin-Ratiopharm, Azitrin, Azitrogen, AzitroLEK, Azitrox, Azycyna, Bactrazol, Macromax, Macromaxin, Nobaxin, Oranex, Sumamed, Zetamax. Ile i które z tych nazw można zapamiętać?

A może coś z antagonistów receptora angiotensyny? Proszę uprzejmie. Taki losartan - czyli Lakea, Lorista, Losacor, Losartic, Lozap, Rasoltan i Xartan.

Jakiś inhibitor pompy protonowej? Na przykład omeprazol? Toż to tylko Bioprazol, Gasec, Helicid, Losec, Loseprazol, Omar, Ortanol, Polprazol, Prazol i Ulzol.

A takie inhibitory receptora IIb/IIIa - abciksimab, eptifibatid, czy tirofiban? Jedynie nazwa handlowa tego pierwszego jest w miarę przystępna - Reo-Pro, bo Integrillin, czy Aggrastat już nie do końca.

 

Przedstawiciele medyczni farmaceutyków stają na głowie by zachęcić do kolejnego "cudownego" medykamentu, oczy wyłażą z orbit w trakcie czytania samej jego nazwy, język kołkiem w gębie staje od próby wymowy, a mózgownica się przegrzewa starając uporządkować cokolwiek w szufladce z napisem "farmakopea". Dlatego czasem powstaje w niej nazwa cudownego leku na wszystko - PARACETAMOXYFRUSEBENDRONEOMYCIN!

 

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , praca , muzyka | Komentarze 11 , zobacz komentarze

zabawa

2010-02-08 23:21:32

Dawno nie byłem na weselu. Chyba jakieś pięć lat. I potrzeba było mi tego. Zabawiłem się niemalże jak za lat młodzieńczych. Nie obliczę objętości spożytych "wyrobów alkoholowych". Nie pomnę ilości wchłoniętych przez otwór paszczowy potraw. Nie zliczę kroków wykonanych na parkiecie. Nie wspomnę paru innych rzeczy, które miały miejsce. Ale powiem jedno - ubawiłem się nieźle! 

 

Nie dość, że "hajtał" się kumpel z lat studenckich (kawał czasu minęło), to na dodatek była to ostatnia osoba, którą mógłbym podejrzewać o ten "nieszczęsny" w skutkach krok. Nawet nie śmiem próbować domyślać się powodu tej, jakże brzemiennej przecież w skutkach, decyzji. Mamy już swoje osiemnaście lat skończone i każdy jest kowalem swojego losu (tak przynajmniej mówi przysłowie). A to jest przecież Jego wybór i należy go uszanować. Ale powiem jeszcze tylko jedno - nie będę się dłużej rozwodził nad tym jakie mam ale :))) 

 

Można by się do wielu rzeczy doczepić. Że zimno (któż to bierze ślub w pełni zimy?), że luty (znaczy się miesiąc bez litery "R" w nazwie - podobno powinno być "R"), że daleko (nie tyle od miejsca mego zamieszkania, co od kościoła do sali weselnej), że sala weselna naprzeciw cmentarza (fajny widok), że trochę mało miejsca na taniec (na dodatek trza było się gramolić po schodach na piętro), że z obsługą gości też nie do końca (cytuję: "Teraz podaję mięso, nie mam czasu na roznoszenie herbaty"), że parę innych "że"... Ale powiem jedno - ubawiłem się po pachy!

I nic mi nie przeszkadzało! Absolutnie! 

 

Oderwanie się, po tak długim czasie niebytności na tego typu imprezach, od rzeczywistości zrobiło mi bardzo dobrze. Pomimo pewnych "ale", "jednak", "aczkolwiek", "lecz" i innych tego typu spójników, nie mówiąc już o słówku "prawie". Było po prostu EKSTRA! Zwłaszcza, że spotkałem się z osobami których nie widziałem od lat wielu.

I powiem jeszcze jedno, choć różne miałem obiekcje - fajno jest, że osoby te nie zmieniły się wcale. Mimo, że upłynęło lat parę. A czasem i więcej niż parę...

 

I choć ten utwór nie pojawił się w trakcie "wirtuozerskich" popisów grupy wokalno-muzycznej (większość piosenek w języku polskim), to jakoś tak mi się kojarzy z weselem. I to niejednym...  

 

 

 

 

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 7 , zobacz komentarze

(z)męczenie tematu

2010-01-17 19:16:02

Dyżur jak na razie przebiega spokojnie, pozwolę sobie zatem na strzelenie posta.

Dziś wykończę temat coverów, pomimo że nie cieszy się on zbytnią popularnościa.

Zamieszczę tylko jeden utwór, ale za to przetworzony przez kilku...nastu wykonawców. W tym jeden oryginał!

Zacznę własnie od niego:

 

 

Całkiem nieźle. Nie wiem, czy nie najlepiej. Tak to jest z oryginałami, przynajmniej jeżeli chodzi o muzykę :)

A teraz powyjemy sobie trochę z Axlem Rose’m. Stara się pokazać swoje zdolności wokalne, znaczy się skalę głosową. Genialny Slash na gitarze. Podobno tworzy płytkę z zaproszonymi do współpracy gośćmi - same sławy! Czekam z niecierpliwością!

 

 

Bluesowo-rastafariański Eric Clapton. Gitarowe brzmienie w jego wykonaniu jak zwykle bez zarzutu :)

 

 

Także brzmiący trochę rastafariańsko Phil Collins chwycił byka za rogi... Ale cóż za skomplikowana oprawa perkusyjna! Toż to do Phila niepodobne :)

 

 

Kolejna potęga muzyczna i "Knocking on Heaven’s Door" - chyba musi byc dobry kawałek, skoro najlepsi biorą się za covery! Każdy w swoim (charakterystycznym dla swej twórczości) wykonaniu. Dave Evans i Bono słyszalni z daleka. Nie do podrobienia!

 

 

No i kolejny geniusz gitary biorący się za ten utwór. Mark Knopfler - fenomen grający na gitarze elektrycznej palcami, nie kostką! Też z zamkniętymi oczami można odgadnąć wykonawcę... Tak charakterystyczne, że aż boli...

 

 

Bardzo lubię Bryan’a Ferry. Niestety pomimo, że czuć jego styl, to "Knocking on Heaven’s Door" w jego wykonaniu mnie nie przekonuje...

 

 

A to już pani w tym męskim gronie wykonawczym. Uważam, że całkiem nieźle...

 

 

Pamiętacie filmik "Leningrad Cowboys go to America"? Fiński zespół (utworzony notabene na potrzeby filmu) zarobił całkiem niezłą kasę koncertując często z Chórem Armii Czerwonej. Oto jeden z przykładów. Chór rosyjskich chłopców w mundurach powalający!

 

 

Kolejny wykonawca. Trochę płytko, bo i głosiku nie starcza :(Znaczy się Heaven:

 

 

A to bardzo ciemna twórczość Sisters of Mercy. Andrew Eldritch - trochę pokiereszowany intelektualnie wokalista mający na stałe w składzie swojego zespołu jedynie automat perkusyjny nazwany Dr Avalanche... Mimo wszystko podoba mi się!

 

 

Starający się brzmieć nieco psychodelicznie Bob Weir z kolegami. To po prostu Grateful Dead:

 

 

Nawet Jon Bon Jovi (osobiście nie przepadam) sobie nieźle poradził z tym kawałkiem:

 

 

Jest zapewne jeszcze paru lub parunastu wykonawców tej piosenki. I tych profesjonalnych i tych zupełnie amatorskich. Wybór jest trudny. Jak się ich razem zbierze do "kupy" to w sumie "kupa" dobrej muzyki się jawi. I wcale nie z przewagą "kupy"...

Bardzo dobry utwór!

I tyle na dziś!

 

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka | Komentarze 8 , zobacz komentarze

(un)cover

2010-01-13 12:54:39

Niestety mój poprzedni muzyczny post nie wywołał zbytniej polemiki, choć miałem nadzieję ze obudzą się jakieś wspomnienia, ktoś poda jakąś ciekawostkę o wykonawcach, utworach, czy coś tam jeszcze...

Nędzne 3 (słownie: trzy!) komentarze - dwa moje i jeden gwóźdź (przybity chyba z litości, żeby nie nazwać go gwoździem do trumny) nie stanowią istotnego pocieszenia.

Dla osłody zamieszczam dziś zatem "oryginalny" cover, który wydaje mi się być udanym. Oryginał w wykonaniu Talk Talk też jest ekstra.

 

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka | Komentarze 13 , zobacz komentarze

(dis)cover

2010-01-08 19:34:13

Wczoraj w głośnikach mego samochodu zabrzmiały dźwięki utworu, który już kiedyś słyszałem (całkiem go lubię, pozostałe utwory tego wykonawcy także), lecz w wykonaniu zupełnie mi nie znanego zespołu.

Nie wiem czy tak miało być, czy może taki zamysł miał któryś z prowadzących program, ale po pierwszym (znanym dobrze z przeszłości utworze) pojawił się kolejny (równie dobrze mi znany). I kolejny. I jeszcze jeden - ten w polskiej wersji językowej...

Większość z nich (stety lub niestety) przegrywa z pierwotnym wykonaniem.

Oto zasłyszane utwory. W oryginale:

 

 

 

 

 

Chyba tylko Metallica sprostała zadaniu nagrania dobrego covera. Ale to tylko moje zdanie :)

czytaj resztę »

Dodane w muzyka | Komentarze 3 , zobacz komentarze

midnight oil czyli z(a)jazd lekarski

2009-12-13 22:01:44

Praktycznie niemalże przez przypadek znalazłem się na Sprawozdawczo-Wyborczym Zjeździe Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie. Jako jeden z delegatów, wybrany w okręgu wyborczym o jakże wymownym numerze 1, miałem okazję naocznie i "nacielnie" doświadczyć mąk bycia uczestnikiem tegoż zgromadzenia. Domyślam się, a wręcz jestem pewien, że cierpiętników takich jak ja było tam wielu. Lecz nie wszyscy. Część delegatów bowiem ochoczo wręcz i aktywnie brała udział w obradach zjazdu, skutecznie przedłużając nadejście kulminacyjnego i najważniejszego dla całego spotkania momentu wyborów.

 

Zdumiony faktem rewelacyjnego przygotowania kandydatów do objęcia "stołka" przewodniczącego Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie (prezentacja programu także w formie multimedialnej), nie mniej zdumiony byłem podjazdową wojną toczoną w tzw. kuluarach. Dwa obozy (nazwijmy je "szlachtą" od nazwiska głównego kandydata i "włodarzami" od nazwiska jednego z głównych opozycjonistów) rywalizowały ze sobą w próbach przekabacenia kolejnych ludzi na swoją stronę. Zwłaszcza, że było o kogo walczyć. Wielu podobnych mnie ludzi znalazło się w tyglu regularnej wojny, w centrum wydarzeń o których nie mieli wcześniej zielonego pojęcia. Ludzi, którzy często nie za bardzo wiedzieli na kogo głosować. Obóz "szlachecki" promując swego znanego powszechnie z mediów kandydata (notabene przykładnego chyba katolika, bo ojca aż ośmiorga dzieci) składał na prawo i lewo różnego rodzaju obietnice. Obóz drugi, mając kandydata z piekielnie brzmiącym nazwiskiem i niewielkie nadzieje na wygrane, nie poddawał się kombinując jakby tu może zerwać obrady...

 

Wybory odbyły się późnym wieczorem po dogrywce, którą wygrał (chyba przy udziale mocy nieczystych) kandydat ugrupowania drugiego, zaznaczając w swym krótkim przemówieniu chęć zerwania z dotychczasowym "ładem" panującym dotychczas w OIL (obecnie Okręgowej Radzie Lekarskiej) w Warszawie. Później były jeszcze kolejne wybory (na Okręgowego Orzecznika Odpowiedzialności Lekarskiej, jego zastępców, na członków ORL, członków Okręgowego Sądu Lekarskiego, członków Okręgowej Komisji Rewizyjnej, członków Okręgowej Komisji Wyborczej i delegatów na Krajowy Zjazd Lekarzy). Wszystko to poprzedzone prezentacją kandydatów, pytaniami, odpowiedziami, zarzutami, ich odpieraniami, sporami, kłótniami i innymi "przedłużaczami". Dzień pierwszy zjazdu skończył się tuż przed północą! Nieżywy, po 16 godzinach "pracy", mogłem wrócić do domu!

 

Smaczku całej tej opowieści dodaje fakt, że obrady odbywały się w dniach 12-13 grudnia (sobota i niedziela) w Centrum Konferencyjnym Wojska Polskiego - w miejscu, z którego w 1981 roku (w nocy z soboty na niedzielę) został ogłoszony stan wojenny w Polsce. Jadąc już grubo po północy samochodem w kierunku domu (notabene według załączników zjazdowych zawierających między innymi dane adresowe uczestników powinienem udać się chyba do gabinetu prezydenta RP!) zastanawiałem się czy ta zbieżność dat będzie dobrą, czy złą monetą dla nowopowstałych władz samorządu lekarskiego, a tym samym nas lekarzy. Martwi mnie to jako delegata (niestety) na mający się odbyć w styczniu zjazd krajowy...

 

Stąd odpowiedni będzie na dobranoc kawałek Midnight Oil :)))

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 4 , zobacz komentarze

influenza?

2009-12-10 00:19:55

Poczuwszy się nieco lepiej zapakowałem zwłoki do samochodu i obrawszy azymut na pracę pojechałem tamże, by w końcu wykonać test na grypę. Poprzednia moja wizyta w tej kwestii zakończyła się bowiem fiaskiem kompletnym - dostępność przesiewowych testów grypowych jest w "dniach świątecznych" żadna! Żadna dla personelu, a w dniach roboczych także dla pacjentów, bowiem w swej wielkości dyrekcja zakupiła je tylko dla osób zatrudnionych w szpitalu. Dziwne, ale z drugiej strony patrząc na skuteczność testów w wykrywaniu wirusa, to nie ma po co się ładować w koszty...

 

W każdym razie przyjechałem, wykonałem wszystkie czynności zgodnie z instrukcją (a przez przypadek dodatkowo pod nadzorem Przenitka) i odczytałem: test wykonany prawidłowo, nie stwierdza się infekcji wirusem grypy A, nie stwierdza się infekcji wirusem grypy B (Przenitek podejrzewał ewentualnie ciążę). He, he, he! Trudno, żeby po terapii Tamiflu miało cokolwiek wyjść :) Test bardziej dla rodziny, niż dla siebie - po objawach sądząc była to grypa lub grypa to była (i tego zdania będę się trzymał). Podobno mogłem sobie także wykonać specjalistyczny test w kierunku grypy A/H1N1. Warunkiem jednak była hospitalizacja, na co zgodzić się nie chciałem :)

 

No dobra - wynik testu ujemny. I co dalej? Przyznać się, że symulowałem? W sumie po kąpieli, ogoleniu zarostu i zapodaniu zapachu nie wyglądałem źle. Nikt patrząc na mnie nie da wiary, że jestem chory. I wydaje mi się, że patrzono na mnie z lekka krzywym wzrokiem. Trudno. Choć jest o niebo lepiej, to czuję się nadal niepewnie. Przeraża mnie jedno - słabość, słabość, słabość... Ile jeszcze czasu minie, by siły witalne całkowicie wróciły do normy? Mam jeszcze kilka dni na rekonwalescencję (szefostwo szafowało nawet tygodniem), więc mam nadzieję że się do końca wykuruję...

 

Zwłaszcza, że są na tym świecie ludzie poważniej chorzy. Nie tylko na ciele...

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 6 , zobacz komentarze

lepiej...

2009-12-07 21:50:42

...powinno mi być po tych kilku dniach na "chorobowym". Ale wcale tak nie jest. 

 

Obstawiony jestem baterią leków, które łykam systematycznie (jako podstawa kapsułki Oseltamivirum, jako dodatek tabletki z Dexbrompheniramini maleas+Pseudoephedrini sulfas, jako wspomaganie drażetki z Acidum ascorbicum+Rutosidum, obrzydliwe Fusafunginum, syropek z Guaifenesinum, płukanka do gardła z Natrii benzoas+Natrii tetraboras+Mentholum, okresowo niestety było w użyciu Ibuprofenum). Stosuję nazewnictwo międzynarodowe by nie być posądzonym o kryptoreklamę:))) 

A tak poza tym ciekawie byłoby poruszać się wśród leków w ten właśnie sposób. Nazwa międzynarodowa na receptę, a o preparat niech martwi się farmaceuta. Ileż zarzutów wobec lekarzy nie miałoby uzasadnienia...

 

Tak, czy siak pomimo leczenia nie jest lepiej. No może nie do końca, spojrzawszy na to obiektywnie to nie mam już gorączki (obecnie termometr ledwie dobija 34 stopni Celsjusza), gardło przestało nieco boleć, chrypka z rana i z wieczora jest (ale nie barytonowo-basowa), mięśnie, głowa i skóra już nie bolą. Właściwie powinienem się cieszyć - prawie zdrowy. "Prawie" niestety robi różnicę. Bowiem przejście do kuchni, zrobienie herbaty i powrót do sypialni powodują wystąpienie lekkiej zadyszki i oblanie się potem tak intensywnie, jakbym przebiegł maraton a nie przeszedł te parę metrów. Słabo, słabo, słabo...

Dawno mnie taka franca nie dorwała. Powiem jeszcze inaczej - nigdy mnie taka franca nie dorwała. Choroba zwykle nie stanowiła problemu. Gorączka, kaszel, chrypa, czy uczucie rozbicia - ileż to razy bywałem w pracy z takimi objawami. Ileż razy z takimi objawami dyżurowałem! Nie zliczę. 

Teraz jednak "świństwo" jakieś "grypowe" mnie dorwać musiało. Muszę zrobić sobie test na A/H1N1. Brat Wacław ma załatwić, więc jak się trochę lepiej poczuję to sobie zrobię. Tylko czy warto? Po przechorowaniu? Chyba, że dla wiadomości otoczenia. Jak ktoś będzie leżał i kwiczał (jak ja niedawno) to testu już nie trzeba będzie robić :)))

 

Na dobranoc coś bardziej ambitnego niż Szymon Wydra i Kenny G.

 

 

Miło, że martwią się o mnie znajomi. I szefostwo też!!! Telefony (nawet te budzące z drzemki) dają dodatkowy zastrzyk energii. I chce się już wracać do pracy. Ale jakby to powiedzieli sąsiedzi zza wschodniej granicy - У меня нет сил !!!

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 3 , zobacz komentarze

horyzontalnie

2009-12-06 00:02:48

Świat z pozycji leżącej nie wygląda tak fajnie jak na stojaka. Teraz wiem, dlaczego człowiek starał się wyprostować. Po kilkudziesięciu godzinach spędzonych w łóżku współczuję tym wszystkim, którzy są skazani na ciągłe leżenie. Bowiem wszystkie gnaty (a zwłaszcza kręgosłup i lędźwie) bolą mnie od "nietypowej" jak dla mnie pozycji. Lub bolą mnie, bo tak ma być. Przyzwyczajony do "szybkiego" snu (4-5 godzin/dobę), teraz - spędziwszy niemalże dwie doby w łóżku nie mogę już znaleźć wygodnego ułożenia. A wszystko to właściwie bez przymusu, choć jestem tak osłabiony, że dwie godziny aktywności przeplecione są czterema snu. Dorwała mnie niezła cholera! Jestem dość twardy facet i byle gorączka, kaszel, czy złe samopoczucie nie powodowały pracowniczej absencji, a tym bardziej nie zaganiały mnie do wyrka. Tym razem jednak mój stan fizyczny pogarszał się niemalże z minuty na minutę. Na dodatek ma latorośl także chora. Ale chyba jakieś inne "świństwo" bo dziś jest w rewelacyjnej formie, w przeciwieństwie do mnie. Zastanawiam się, czy jednak wiek nie odgrywa tu jakiejś roli?!

 

Zatem: ból wszystkich członków, skóry i włosów (można by go niemalże sprowadzić do ZBCC), ogólne rozbicie, ból gardła, gorączka do 39 stopni, krótki oddech, no i chrypka. Ta ostatnia z tendencją do falowania - rano i wieczorem mógłbym śmiało podkładać głos za Himilsbacha. I nietypowa jak dla mnie słabość. Niewielkie czynności powodują od razu chęć odpoczynku (czytaj snu). Dziś z rana poczułem się nieco lepiej i zmusiłem się do pojechania do pracy, by jakieś badanka zrobić, fotkę strzelić, pokazać gardło laryngologowi. Zajęło mi to wszystko w sumie może 1,5 godziny (całe szczęście na razie poza wysokim CRP, objawami zapalenia gardła i krtani nic złego się nie dzieje), ale wróciwszy do domu od razu ległem w wyrku przesypiając kolejne trzy godziny. Słabo, słabo, słabo. Ciekawe jak długo mnie będzie trzymało...

 

Ale wróciwszy do leżenia w łóżku i tak zwanego "wypoczynku". Ma to swoje i dobre strony. W fazie aktywnej można nadrobić zaległości filmowe i literackie. Przeczytałem kilka starych numerów "Newsweeka" i "Science Fiction", przejrzałem prasę kobiecą - kolorową (a jakże, żona czasem kupuje - "Gala", "Viva", "Twój Styl" - nie wiem, czy nie mają tego samego wydawcy, bo wszędzie to samo), obejrzałem także dwa dobre, choć wiekowe już filmy.

Pierwszy z nich to "Dwunastu gniewnych ludzi". Nakręcony w 1957 roku czarno-biały film z Henrym Fondą jako tym wkładającym kij w mrowisko. Mimo, że nakręcony w jednym pomieszczeniu, to majstersztyk w każdym calu. Genialna pod względem prostoty fabuła, a napięcie narastające zupełnie jak u Hitchcocka. A koniec? Hm. Ja nie jestem pewien. I chyba o to w tym filmie chodzi. Nie przesądzaj sprawy, jeżeli masz jakiekolwiek wątpliwości...  

Drugi to "Łowca jeleni" Michaela Cimino (1978) z genialną aktorską obsadą - Robertem de Niro, Christopherem Walkenem, Johnem Savage i Meryl Streep. Film tak naprawdę psychologiczny, nie wojenny. Tak jak "Czas apokalipsy" Coppoli. Oczywiście pokazana jest i sama wojna, jej okrucieństwo. Ale najbardziej przerażające jest przedstawienie zmian, jakie mogą się dokonać w ludzkiej psychice pod wpływem stresujących (w tym przypadku wojennych) przeżyć. Nawet u tych, wydawać by się mogło najmocniejszych psychicznie...

 

Na dobranoc temat z filmu w wykonaniu The Shadows:

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , varia | Komentarze 5 , zobacz komentarze

scrabble

2009-11-29 01:07:19

Pomimo natłoku prac wszelakich i ustawicznego braku czasu na cokolwiek, zwłaszcza związanego z tak zwanym odpoczynkiem, udało mi się (wspólnie z równie zapracowaną małżonką) oderwać od zajęć przyziemnych i zasiąść przy stole w celu bynajmniej nie konsumpcyjnym. Otóż, po raz pierwszy od nie wiem jakiego czasu, usiedliśmy do partyjki Scrabble. Wiem, że "wolny czas" można spożytkować zupełnie inaczej niż siedzenie nad planszą z literami, ale czasem i taka rozrywka (w moim mniemaniu wybitnie pobudzająco-relaksacyjna), jest bardzo przydatna w oderwaniu się od trosk życia codziennego. Co prawda rozgrywka ciągnie się w iście szachowym tempie (przynajmniej w naszym wykonaniu), ale sprzyja to jedynie możliwości rzucenia okiem w kierunku telewizora, posłuchania muzyki, czy też wspólnej konwersacji - co wydaje mi się rzeczą równie ważną jak jedzenie, spanie, czy praca.

 

Zatem udało nam się rozegrać partyjkę Scrabble. Ma żonka, kiedyś dość łatwy do pokonania przeciwnik, obecnie okazuje się być coraz bardziej wymagającym zawodnikiem. Oczywiście łut szczęścia jest potrzebny w każdej grze, ale poza nim trzeba czasem nieźle pogłówkować, by z wylosowanych przez siebie liter sklecić jakikolwiek wyraz. Albo mnie idzie coraz gorzej (starość?), albo jej coraz lepiej (druga młodość?). W każdym razie rozgrywka od początku toczyła się niemalże pod dyktando mej połowicy.

Jako, że w trakcie losowania wyjąłem z woreczka literę, która pojawia się wcześniej w alfabecie, do mnie należał pierwszy ruch. Słówko ZDAJE - to wszystko co było mnie stać na sam początek. Żonka odpowiedziała na to niewinnie brzmiącym słowem NIEWINNE, uzyskując już na samym starcie niezłą przewagę punktową. ZDAJECIE sobie sprawę, że nie nastroiło mnie to optymistycznie co do końcowego efektu rozgrywki. Pomimo stawania na GŁOWIE przejawiającego się między innymi GAMĄ tricków i TONAMI różnych słów, przewaga topniała dość powoli. Całe szczęście nie musiałem SETONAMI zbierać potu, który pojawił się na CZOLE podczas wytężonego wysiłku umysłowego. ŹLE się dzieje - dostaję NIEŹLE w KOŚĆ. A godzina była już późna - gdyby było LATO, niejedna ĆMA przyleciałaby zapewne zobaczyć nasz pojedynek. Całe szczęście (dla mnie), pod koniec zabawy sprzyjający do tej pory mej żonce LOS, uśmiechnął się TAKŻE do mnie i wyłożywszy na planszy słowo NOC (zabawny zbieg okoliczności) wygrałem rozgrywkę 2 (słownie dwoma!) punktami.

Szkoda, że tak rzadko mamy czas na takie zabawy. Jesteśmy albo za bardzo zmęczeni, albo za bardzo zagonieni. A czas ucieka bezpowrotnie...

 

Na dobranoc zapuszczę filmik, który przypomniał mi się, gdy byłem ze swą latoroślą w Cinema City, gdzie zakupiliśmy popcorn i colę w zestawie (obecnie w promocji filmu "Odlot") z taką szklaną zabaweczką wypełnioną wodą. Przy potrząśnięciu, pływające wewnątrz drobiny kotłują się przypominając latające malutkie baloniki. A skoro zima za pasem, to nie balony a śnieg. I Bobby McFerrin :)))

 

  

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 4 , zobacz komentarze

what a wonderful world...

2009-11-26 00:01:16

Ostatnie moje posty trąciły trochę depresyjno-melancholijną nutą. Bo życie niestety pisze scenariusze, do których grafomania "autorów popularnych seriali" się nie umywa.

I nie chodzi mi tylko o niedawną śmierć mego kuzyna, bo jest on tylko jedną z ogromnej rzeszy ofiar wypadków drogowych. Tylko w Polsce ginie w nich ponad 5 tysięcy osób rocznie. W skali światowej jest to już 1200000 (tak, nie mylę się, słownie: jeden milion dwieście tysięcy) zgonów, a liczba osób które odniosły w trakcie wypadku obrażenia zbliża się do 50 milionów.

Ale nie chcę znów o śmierci. Bowiem przemyślenia ostatnich dni przeprowadziły mnie od MEMENTO MORI przez FORTUNA CAECA EST i VIVE MEMOR, QUAM SIS AEVI BREVIS do CARPE DIEM. A jak żyć chwilą, to tylko wtedy gdy uzna się że świat wokół nie jest zły. I choć w życiu piękne są tylko chwile jak stara się przekonać Rysiek Riedel, to zaraz dodaje, że "dlatego czasem warto żyć!", bo tak naprawdę "życie to ja i ty, ten ptak, to drzewo i kwiat"... 

 

 

I choć powyższa muza to tylko cover z saksofonem w tle, to przesłanie Louisa Armstronga jest proste jak tekst, którym jest napisane. I jak się tak przyjrzeć bliżej słowom, to jasno widać że: "życie to ja i ty, ten ptak, to drzewo i kwiat"...

 

"I see trees of green, red roses too 
I see them bloom for me and you 
And I think to myself, what a wonderful world 

I see skies of blue and clouds of white 
The bright blessed day, the dark sacred night 
And I think to myself, what a wonderful world 

The colours of the rainbow, so pretty in the sky 
Are also on the faces of people going by 
I see friends shakin’ hands, sayin’ "How do you do?" 
They’re really saying "I love you" 

I hear babies cryin’, I watch them grow 
They’ll learn much more than I’ll ever know 
And I think to myself, what a wonderful world 
Yes, I think to myself, what a wonderful world" 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 4 , zobacz komentarze

carpe diem

2009-11-22 22:32:46

Wydarzenia takie jak chociażby wczorajsze zmusza człowieka do refleksji. Ogólnie pojętej refleksji, choć ta związana z sensem życia wysuwa się na plan pierwszy.

Spotkanie z rodziną także zmusza do refleksji. Często są to osoby dawno nie widziane (zwłaszcza z tzw dalszej rodziny), czasem są to osoby z którymi z jakichś tam powodów (często pokoleniowej zapyziałości) nie chcieliśmy się spotykać, a czasem wręcz ich unikaliśmy.

 

Śmierć nie jest dla mnie czymś obcym. Jest wpisana w zawód, który wykonuję. Nieuleczalnie chore osoby stanowią czasem 1/3 ogólnej liczby pacjentów oddziału, w którym pracuję - tak niestety wygląda większość oddziałów internistycznych w Polsce - więc zgon pacjenta, zwłaszcza z chorobą, która nie poddaje się leczeniu, nie jest czymś niespodziewanym. I my (jako lekarze) przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Z boku może się to wydawać "znieczulicą", ale inaczej się nie da. Gdybyśmy każdą śmierć pacjenta przeżywali tak jak zgon osoby bliskiej, nasz umysł chyba w krótkim czasie doprowadziłby nas do obłędu. Jest to poniekąd pewien rodzaj testu, sprawdzający czy ktoś się nadaje do zawodu, czy nie. Zwłaszcza do pracy w oddziale szpitalnym.

Ale nie o tym chciałem. Śmierć nie jest mi obca. Śmierć w wydaniu szpitalnym. Stare, często nieuleczalnie chore osoby - ich zgon jest często "wybawieniem" od ziemskich cierpień. Przynosi ulgę i samym chorym, często też ich rodzinom. Jest to śmierć niechciana, ale w jakiś sposób "oczekiwana".

Śmierć w wydaniu "nieoczekiwanym" jest ciosem, który niejednego już powalił - niedawny przykład bramkarza reprezentacji Niemiec Roberta Enke, który straciwszy córkę, będąc pomimo terapii w ciągłej depresji po jej śmierci, popełnił samobójstwo w trzy lata po zgonie tejże ukochanej córki, bo nie mógł się z tą "nieoczekiwaną" stratą pogodzić.

 

Stąd moje przemyślenia co do życia ziemskiego: CARPE DIEM, CARPE DIEM, CARPE DIEM. 

 

Po trzykroć, po jego wielokrotność i jeszcze więcej. Trzeba wyrwać z życia co tylko się da, bo każda minuta tak naprawdę jest nam darowana. I - to najbardziej sprawiedliwa strona życia - MEMENTO MORI, więc postępuj tak wobec Innych, jakbyś chciał żeby Inni postępowali wobec Ciebie. A może się wtedy okazać, że szacunek wobec Twojej osoby przełoży się na liczbę osób na Twym pogrzebie.

 

 

CARPE DIEM bo MEMENTO MORI. Właściwie staram się tak postępować od dawna. Ale wydarzenia takie jak wczorajsze jeszcze bardziej mnie do tego skłaniają :)

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

one dog and a funeral

2009-11-22 00:14:06

Pogrzeb. Jako forma pożegnania ze zmarłą osobą i poniekąd wyraz szacunku dla "ziemskiej cielesności" tegoż zmarłego nakłada na nas obowiązek stawienia się na obrządku pochówku. Obowiązek stawienia się... Chyba tak to trzeba nazwać, bo nie jest to przyjemna (zwłaszcza dla rodziny zmarłego) chwila. A i dla nie-rodziny chyba także (nie licząc wrogów). Nie spotkałem do tej pory osoby oficjalnie przyznającej się do czerpania przyjemności w chodzeniu na pogrzeby (choć zapewne psychiatrzy takowe przypadki mają opisane). Sam nie znoszę tego obrządku. Z kilku powodów...

 

Po pierwsze - zdarzało mi się bywać na pogrzebach osób z rodziny, a więc z założenia bliskich. Już sam fakt utraty bliskiej osoby nie jest przyjemny, a co dopiero ujrzenie w "realu" składania doczesnych szczątków bliźniego w jakiejś dziurze wykopanej w ziemi.

 

Po drugie - "spacer" za trumną (bądź urną) w kierunku ostatecznego miejsca złożenia ciała w towarzystwie żałobników w niczym nie przypomina spaceru (nawet w tym samym towarzystwie) odbytego po parku w celach rekreacyjnych, choć niektóre cmentarze mogą poszczycić się przepięknym drzewostanem.

 

Po trzecie - często nad mogiłą lub jeszcze w kościele (bo w przeważającej większości bywałem na pogrzebach odprawianych w obrządku katolickim) wygłaszane są wspominki o "ziemskich dokonaniach" nieboszczyka. Niejednokrotnie człowiek dopiero nad grobem dowiaduje się ile dobra, to znaczy dobrych uczynków (lub też niekoniecznie) uczynił zmarły. To wydaje się być całkiem mierzalne - liczbą osób na pogrzebie. 

 

Po czwarte - raczej staram się być twardy i nie wzruszać zanadto. Ale! Dźwięk pierwszych grud ziemi odbijających się od drewna złożonej w grobie trumny jest tak niesamowicie "kończący", że nagła świadomość tegoż końca na ziemskim łez padole przytłacza swą emocjonalnością i niestety powoduje nagłą wilgoć w oczach. Podobnie jest, przynajmniej w przypadku mojej osoby, z nagle słyszanym dźwiękiem trąbki (lub innego instrumentu, co stało się bardzo modnym zwyczajem w trakcie pochówku). Jako osoba, której słoń na ucho nie nadepnął, czuły jestem na dźwięki muzyki, a że utworem zwykle zapodanym na pogrzebie jest "Cisza", powoduje to zwykle u mnie dreszcz i gęsią skórkę na całym ciele.

 

Po piąte - stypa, konsolacja, czy też "uczta pogrzebowa". Przyjęcie podczas którego wszyscy (poza starymi ciotkami) omijają szerokim łukiem temat zmarłego, by nie sprawić przykrości jego najbliższym w ramach podziękowania za możliwość bycia na tejże konsolacji. Bowiem taka stypa, to jest z kolei wyraz szacunku rodziny dla osób związanych ze zmarłym (rodzina przede wszystkim, ale i znajomi, czasem sąsiedzi, kochanki i inne persony). Zwykle na takim przyjęciu bywają najbliżsi (choć raz jeden konsolacja mogłaby konkurować z niejednym weselem - specjalnie nie liczyłem, ale jakieś 100 - 150 osób było), zwykle są dania ciepłe (znaczy się obiad), zwykle kawa, herbata i ciasto (znaczy się deser), ale czasem jest i alkohol, który w niejednym przypadku leje się strumieniami (oczywiście dla pamięci zmarłego). Czasem brakuje tylko muzyki do tańca...

 

A powodem tego całego zamieszania w dniu dzisiejszym (cholera - już wczorajszym) był zabłąkany pies, który wybiegł na jezdnię. Reszta potoczyła się błyskawicznie. Próba ominięcia zwierzaka. Wjazd na przeciwległy pas ruchu. Czołowe zderzenie. Śmierć... No i niestety ostatnia droga na cmentarz...

 

Ale, jakby zapewne tragicznie zmarły, notabene kapitan miejscowego zespołu piłki nożnej, powiedział: The Show Must Go On!

Życie toczy się dalej, tylko czasem ciężko bez tych, którzy odeszli do Krainy Wiecznych Łowów.

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

(współ)praca online

2009-10-27 23:30:42

Dziś bardzo krótko, bo dzisiejszy dzień lekko mnie wykończył.

Dzisiejsza moja praca polegała głównie na uganianiu się za specjalistami. Dosłownie (znaczy się gonitwa po korytarzach przybytku medycznego, w którym pracuję) i w przenośni (równie ekscytująca gonitwa telefoniczna). Odniosłem tylko połowiczne sukcesy. Bowiem moja siła argumentacji nie zawsze znajdowała zrozumienie u rozmówców. I to o dziwo u tych, których zrozumienia najbardziej się spodziewałem.

Ciężki dzień.

Na osłodę muzyczka dawno przeze mnie nie słuchana. A dziś znów przypomniana przez którąś rozgłośnię radiową. Przynajmniej tu współpraca online coraz częściej pozytywna :)

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , praca | Komentarze 7 , zobacz komentarze

tęsknota

2009-10-26 23:15:56

Czytając ostatni post Muminy wróciłem pamięcią do "Bagdad Cafe" i przeniosłem się na pustynię Mojave. 

Eh... Czasem mam ochotę znaleźć się z dala od świata, w którym przyszło mi obecnie żyć. I choć tak daleko się nie wybieram, to coraz bardziej ciągnie mnie gdzieś na prowincję. Może Bieszczady? Tam jeszcze nie zawsze cywilizacja wzięła górę nad prawdziwym życiem...

Ale wracając do klimatu panującego na pustyni i amerykańskiego mitu o wolności, wielkich przestrzeni i ciągnących się setkami mil autostrad, zapuszczę kawałek o wielkiej miłości.  

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , varia | Komentarze 1 , zobacz komentarze

back to the future

2009-10-25 00:50:46

Jako pasjonat literatury science-fiction zastanawiałem się wielokrotnie nad podróżami w czasie. Móc zakrzywić czas i cofnąć się w przeszłość, powrócić do dzieciństwa, przeżyć ponownie pierwsze uniesienia i miłości... I mieć okazję naprawić popełnione błędy! Któż nie chciałby skorzystać z takiej możliwości?

Tylko, czy byłoby to dla ludzkości dobre? Człowiek potrafi zepsuć wszystko, nawet to co wydawałoby się jest nie do popsucia. A możliwość przeniesienia w czasie niestety daje ogrom możliwości. I tych dobrych. I tych złych. Jednocześnie ingerencja w przeszłości niesie ze sobą konsekwencje w przyszłości! Jeśli coś się nie wydarzyło (ponieważ mając możliwość podróży w czasie do tego nie dopuściliśmy) lub zmienił się bieg wydarzeń (bo go w ten sam sposób "poprawiliśmy") cały kolejny ciąg zdarzeń prowadzący do teraźniejszości ulega deformacji. I to w tempie wykładniczym. Kolejne zmienione (nawet drobne) epizodziki z przeszłości mogą okazać się kluczowym elementem np. odkrycia rewelacyjnego wynalazku, zwalczenia wszystkich chorób, czy usunięcia światowej epidemii głodu. Ale z drugiej strony mogą być przyczyną czyjejś śmierci, braku czyichś narodzin, czy zagłady ludzkości! Kto nie bałby się ponieść konsekwencji takich czynów? Jak przewidzieć, jak odbije się na teraźniejszości jakakolwiek dokonana zmiana w przeszłości?

To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. Zbyt wiele mądrzejszych ode mnie ludzi pisało już na ten temat. Ja odpowiedź poznam jeszcze tej nocy! Wraz z wielomilionową rzeszą ludności zamieszkałej na terytorium Polski (oraz całej Unii Europejskiej i paru innych krajach także) doznam trochę nietypowych "przenosin w czasie do przyszłości". Dziś bowiem przechodzimy w nocy na czas zwany zimowym i... cofamy zegarki o całą godzinę! Zatem przenosząc się czasowo w przeszłość tak naprawdę podróżujemy w przyszłość. Lekki paradoks, ale całkiem wytłumaczalny.

Przenieśmy się zatem do przeszłościo-przyszłości razem ze wskazówkami zegara. I żyjmy chwilą, bo inaczej obudzimy się rano mając wrażenie, że czas nam przecieka między palcami. CARPE DIEM.

 

 

 

Nie zapomnijcie cofnąć wskazówki zegarka dzisiejszej nocy! Godzina dłużej spania :)

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

klimat z moczarów

2009-10-22 21:42:49

Jak zwykle decyzje zapadają wyżej.

Oczywiście bez naszej wiadomości.

Mamy to podane w formie skróconej dyrektywy.

Po prostu trzeba zrobić tak i tak.

Bo przyjacielskie stosunki, bo grzeczność, bo tak wypada, bo musimy zrozumieć.

 

Cholera! Dlaczego nikt nie chce nas zrozumieć. Nas - niezabiegowców. Nas - internistów. Byle gorsze samopoczucie pacjenta z innego oddziału, a jesteśmy w trybie "pilnym" do niego wzywani. I nie daj Boże nie przyjdź w podskokach! Skarga murowana! Następnego dnia ordynator odpowiedniego oddziału składa "kurtuazyjną" wizytę u naszego szefa, przy okazji oczerniając tego, czy innego konsultanta. BAGNO

W drugą stronę jakoś to nie działa. Perforacja, niedrożność, ostre zapalenie pęcherzyka żółciowego, krytyczne niedokrwienie kończyny, uraz głowy, złamanie, wywichnięcie, skręcenie... Można by mnożyć przykłady i mierzyć czas w godzinach do przyjścia konsultanta. Tłumaczenie jest zawsze takie samo - wszyscy są na bloku operacyjnym, nikt nie może przyjść. Tere fere kuku! Bujać to my, ale nie nas. Może w okresie wakacyjnym tak było, ale nie teraz w październiku! BAGNO

Nie wiadomo czemu dajemy po sobie jeździć jak po łysej kobyle. A próby rozwiązania problemy zwykle kończą się niczym. Wysuwane są kolejne "żelazne" argumenty - że temu to nie podskoczysz, że ktoś się kogoś boi więc nic nie zdziałasz, że trwa jakaś wojna pomiędzy kimś a kimś, że lepiej nosa nie wychylać... BAGNO

 

Narzekam, mimo że nie mam tego w naturze, ale Buka i moje drzwi sforsowała. Trochę później niż inne, to chyba zasługa krótkiego wypoczynku w cieple, ale jednak dorwała i mnie. Innym chyba już przechodzi, mnie jak zwykle chwyta wtedy gdy nie trzeba.

Mam nadzieję, że szybko minie, bo nie chce mi się nic.

 

Całe szczęście jest muzyka. Usłyszałem dziś w radiu kawałek, który mi się spodobał. Chyba przez duże podobieństwo do, jak często przecież nie tylko przeze mnie słuchanej, Duffy. Oto on:

 

 

Kiepska forma także przez fakt, że czeka mnie bardzo pracowity weekend. Dyżur jutro i w niedzielę. W ten sposób cały tydzień spędzę w pracy. Bossssssssko!

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 5 , zobacz komentarze

zniechęcenie

2009-10-21 23:49:54

Miałem dziś nic nie pisać na blogu.

 

Miałem szykować się do spotkania z "inglisz diwiżyn", opracować dla nich seminaria i szlifować swój angielski. Wszystko to miałem dziś w zamiarze robić, ale mi nie wyszło. Tak już czasem jest, że nie chce się i tyle. Zwłaszcza po dyżurze, który choć nie był jakoś wybitnie męczący, to jednak jak każdy już dyżur daje o sobie znać. Głównie wieczorami. Już nie te siły co kiedyś, już większa potrzeba odpoczynku. I coraz większe zniechęcenie. Nie do zawodu. Nie do pacjentów. I nie do pracy jako takiej, choć lekko nie jest.

Mam coraz większe zniechęcenie do tego, co się dzieje dookoła. I coraz większy "ambiwalentny" stosunek do tego wszystkiego. Odnoszę nieodparte wrażenie, że ponoszę (ponosimy, bo nie tylko ja jestem w takiej sytuacji) konsekwencje nie przeze mnie podjętych decyzji. Jakby mało było pracy w oddziale, to jeszcze na łeb nam spuszczono studentów anglojęzycznych. Co prawda nie ma ich jeszcze fizycznie, ale ich oddech można już poczuć na karku. Raptem dwa tygodnie do pierwszego z nimi kontaktu. Co innego przedstawić problem w języku polskim, co innego anglojęzycznej grupie studentów w języku, którym się biegle posługują. Trochę przerażające, ale... uświadomiło mi to, że się zmieniłem. Bowiem nie przejmuję się tym zanadto. Kiedyś zapewne sen spędzałoby mi to z powiek. Dziś sen mam całkiem spokojny. Przynajmniej jeżeli chodzi o "english division". Nie wiem czy to dobrze, czy źle ale mam w swoim życiu inne, o wiele ważniejsze dla mnie, priorytety. I nie mam zamiaru tego zmieniać.

 

Bo jestem już całkiem dużym chłopcem. I wiem, że należy czerpać z życia ile się da, bo:

 

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , praca | Komentarze 6 , zobacz komentarze

kalispera...

2009-10-11 23:01:04

...znaczy się dobry wieczór w języku rodowitych mieszkańców kraju, w którym krótko urlopowałem. Jednakowoż pokrywająca me ciało skóra nawet w tak krótkim okresie czasu zdążyła przybrać brązowawy odcień pod wpływem tamtejszego słońca. Na początku października średnia temperatura na wyspie Kos wynosi około 23-25 stopni Celsjusza. Aktualnie w trakcie pisania tego postu temperatura powietrza wynosi 20 stopni. Ciepło. Zwłaszcza gdy za oknem nie sięga nawet 10.

 

Ale nie o pobycie na Kos. O tym opowiem innym razem (czytaj w najbliższej przyszłości), bo zdjęcia jeszcze nie zgrane do komputera, bo trzeba rozpakować wszystko to, co zostało uprzednio na urlop zabrane, bo trochę czasu brak, bo przede wszystkim trzeba psychicznie przygotować się do powrotu do smutnej, w porównaniu z błogim leniuchowaniem, rzeczywistości!

Zwłaszcza, że "kosmiczne" okolice trochę przypominały te z jednego z wczesnych teledysków WHAM :)

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w urlop , muzyka | Komentarze 7 , zobacz komentarze

ko(s)miczna wyprawa

2009-10-03 01:54:18

Chciałeś - to masz można by powiedzieć. Gdybym wiedział ile różnych spraw będę miał do załatwienia w minionym tygodniu, to nie wiem, czy zdecydowałbym się na ten krótki urlop za granicą. Całe szczęście czas miałem wolny (bowiem urlop już trwa), więc beztrosko w godzinach gdy większość ludzi pracuje (chociaż odniosłem niejakie wrażenie, że jednak pracuje mniejszość) mogłem po kolei załatwić wszystkie związane z wyjazdem rzeczy. Począwszy od paszportu dla małego (dziękuję bardzo za nieocenioną pomoc brata Wacława), przez karty EKUZ (Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego) załatwiane w NFZ, po szereg "koniecznych" i "niezbędnych" według mojej drogiej połowicy sprawunków. 

Zatem po intensywnie spędzonym tygodniu (w tempie niekoniecznie urlopowym) przyszedł czas pakowania. Nie wiedziałem, że tyle rzeczy będzie potrzebnych na wyjeździe. Zwłaszcza, że raptem 7 dni i kraj raczej cywilizowany się jawi. A gabaryty bagażu ograniczone. Całe szczęście spokój zwyciężył i nawet się z zona nie pokłóciłem.

Teraz już czekamy na taksówkę, która powiezie nas na lotnisko.

Reszta wrażeń po powrocie. Mam nadzieję, że uda mi się zobaczyć takie widoczki, no i... zatańczyć razem z Grekami :)

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , urlop | Komentarze 2 , zobacz komentarze

ma tematyka medyczno-muzyczna

2009-09-30 23:48:02

Bardzo lubię rozwiązywać wszelkiego rodzaju zagadki. Szarady, rebusy, anagramy, kalambury, homonimy, diakrostychy, rebusy, jolki i różnego rodzaju krzyżówki. Niestety nie mam obecnie na to zbyt wiele czasu, Ostatnio mój syn namówił mnie do zakupu "Rewii Rozrywki" - szaradziarskiego pisma (jedno  z lepszych na polskim rynku), którego nie miałem w rękach od lat. O tyle jest ciekawe, że wszystkie wymienione przeze mnie wyżej zadania znajdują się w nim. Autorzy nie ograniczają się do jednego rodzaju zadań szaradziarskich, stąd pismo jest trudne, ale i interesujące zarazem.

 

Bawią mnie także same zabawy słowne, dlatego tak lubię Scrabble. I chyba dlatego też staram się dbać o poprawną polszczyznę. Czasem zupełnie niepotrzebnie czepiam się jakichś sformułowań, czasem zaś zupełnie potrzebnie (ale i dla śmiechu także) szukam dwuznaczności w różnego rodzaju wypowiedziach (za co wszystkich dotkniętych tym postępowaniem przepraszam). A propos Scrabble - radość ogarnia mnie wielka, gdy żonka zechce (niestety od wielkiego dzwonu) zagrać ze mną, lub gdy najdą nas znajomi lubiący ten rodzaj rozrywki na równi ze mną. Przy okazji rozmowa, jakiś drink. Naprawdę miło można spędzić czas. Szkoda, że ostatnimi czasy tak rzadko...

 

Generalnie chyba lubię wszelkiego rodzaju zagadki. Stąd bierze się między innymi moja pasja zawodowa. Powszechnie wiadomo przeczcież, że w medycynie nie zawsze jest tak jak w matematyce, niestety. Życie pokazuje, że A plus B nie zawsze równa się C. Niby choroba ta sama, a u każdego pacjenta przebiega inaczej. Czasem, a może nawet częściej niż rzadziej, przebieg choroby przebiega zupełnie odmiennie od opisywanych, a objawy nie do końca przystają tym "klasycznie opisywanym" w książkach. Dlatego mam ogromną atencję dla ludzi, którzy potrafią parę niepasujących do siebie kawałków puzzli poskładać w całość. A jet kilka takich osób, które znam. I nie noszą nazwiska House. Bo nie ma na świecie ludzi takich jak Dr House - postać dość mocno przerysowana, ale... jak każdy geniusz posiadająca wszystkie jego przywary. Przede wszystkim musi mieć dostęp do informacji! Bez niej jest nikim. A informacji dostarcza mu cały zespół ludzi zatrudnionych w szpitalu. Brak danych uziemnia naszego geniusza. Stoi w martwym punkcie. A co by było, gdyby faszerować go danymi nie do końca prawdziwymi? Zapewne podawałby diagnozy oparte na tychże danych, czyli nieprawidłowe! Stąd bardzo wielka rola jego współpracowników. Zespół, zespół i jeszcze raz zespół! Bez tego dr House jest tylko kulawym cynicznym internistą i nefrologiem (czyżby zbieg okoliczności jakichś?). I jak każdy genialny człowiek jest kompletnie aspołeczny. I raczej jest samotnikiem, bo któż z geniuszem jest w stanie wytrzymać?

 

No cóż. Dość prosta droga od szarady do samotności. Ale nie chciałem o tym. Na kanwie moich poprzednich postów o klamotach starych i klamotach starszych, postanowiłem zapodać kolejną zagadkę. Tym razem bardzo, ale to bardzo prosta. Pytanie brzmi: Dlaczego zamieściłem utwory tych wykonawców w jednym poście? 

 

 

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w urlop , muzyka , zagadki | Komentarze 6 , zobacz komentarze

klamoty także stare

2009-09-30 00:14:28

Natchniony poprzednim postem, a i zaangażowaniem w komentowaniu niejakiego Jaśnie Pana Leśniczego, korzystam z jego pomysłu i zapodam dziś trzy utwory, trzech różnych wykonawców z czasów dawnych. Będzie to jednocześnie zagadka, bo łączy je coś ze sobą. Ostatni kawałek, sądząc po poprzednich komentarzach, niewątpliwie zirytuje JPL. 

Zatem lecimy.

Bardzo wczesne lata Depeche Mode. Fajnie wyglądali w 1981 roku. David Gahan jeszcze nieopierzony. Jak oni wszyscy.

 

 

Następnie taki oto sobie duecik Yazoo z głęboko niskim głosem Alison Moyet:

 

 

I kolejny duet. Panowie chyba raczej homofilni.

 

 

Zagadka prosta dość do odgadnięcia :)

czytaj resztę »

Dodane w zagadki , muzyka , urlop | Komentarze 9 , zobacz komentarze

stare klamoty

2009-09-28 23:02:19

Jadąc dziś samochodem w godzinach zwykle spędzanych w pracy (choć sporą część dnia pomimo urlopu spędziłem dziś tamże) usłyszałem w radio kawałek z lat dawnych. Lat bardzo dawnych.

Otóż z głośników zabrzmiał utwór "Smaltown boy" grupy Bronski Beat. Naprawdę bardzo dawne dzieje. Jakiś początek lat osiemdziesiątych. Falset niewysokiego świńskiego blondynka brzmi dobrze nawet dziś. Mimo wszystko kawał głosu. Jimmy Somerville. Zadeklarowany gej, który nie bał się w tekstach swych utworów poruszać spraw ważnych. Dla siebie (homoseksualizm) i innych (wojna i prawa człowieka). W połączeniu z nietypowym jak na "mężczyznę" głosem daje to ciekawą mieszankę.

 

 

Kawałek ten spowodował małą lawinę wspomnień. Po Bronski Beat byli równie lewicujący Komunardzi z coverem "Don’t Leave Me This Way".

 

 

I jeszcze ciekawy duecik z równie homofilnym artystą jakim jest Marc Almond z Soft Cell. Widać, że "panowie" rozumieją się bez słów. Ale przy okazji świetnie się na scenie bawią! 

 

 

Na koniec jeszcze jeden duet. Utwór, który może nawet dawniej niż dawno był przebojem wylansowanym przez Gene Pitneya, a który powrócił za sprawą duetu z Markiem Almondem na pierwsze miejsca list przebojów. I to też było bardzo dawno temu. Chyba koniec lat osiemdziesiątych...

 

 

Było i parę innych skojarzeń, ale... pozostawmy to na kolejne posty...

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , urlop | Komentarze 9 , zobacz komentarze

przedszkole

2009-09-16 23:21:15

Dzięki zaangażowaniu i uprzejmości Muminy, za co dziękuję jej w tej chwili, mogłem dziś po kolejnej wielkiej medycznej przygodzie wrócić do domu na tyle wcześnie (patrz 14.30), by móc osobiście odebrać mego syna z przedszkola. A dawno tego nie czyniłem. Powodów takiego stanu rzeczy wymieniać nie będę, bo praktycznie jest tylko jeden. I to od dawien dawna - niezły zapieprz w pracy. Ostatnio wydaje mi się że niedoceniany (a może niezauważany) przez zwierzchników. W każdym razie dziś mi się udało to co niemożliwe. Odebrałem syna z przedszkola nie angażując przy okazji w to osób trzecich. Jego ogromna radość wyrażana w podskokach, pląsach, skrętach ciała i wydawanych dźwiękach, no i przede wszystkim w pełnych szczęścia oczach puszcza w niepamięć wszystkie jego "wybryki" popełnione wcześniej. Tak to już w relacjach z potomstwem jest - jeden uśmiech, powiedziane słowo, gest przytulenia, czy całus złożony na policzku niwelują wszystkie "złe" uczynki z przeszłości. Mimo, że za chwil parę potrafi doprowadzić człowieka "do wrzenia"!

 

Ale a propos przedszkola. Wczorajsza końcówka dyżuru okazała sie być w dużej mierze "pediatryczna". Coraz większe ogarnia mnie przeświadczenie w kwesti narastającej słabości kolejnych pokoleń. Średnia lat ostatnich, zgłaszających się koło północy do Izby Przyjęć (oczywiście bez skierowania) osób, wyniosła niecałe 22 lata! Nawet nie chce mi się rozwodzić nad problemami, z którymi się zgłosili, bo nie warto. Ktoś powie, że łatwo mi podejmować decyzje w kwestii własnego zdrowia, bo jestem lekarzem. Owszem, jednakowoż ból gardła, temperatura 37,5°C, uczucie "kłucia" w boku, czy ogólne złe samopoczucie w danym dniu nie zmusiłyby mnie do stawienia się w Izbie Przyjęć jakiegokolwiek szpitala. Chyba wstyd byłoby mi angażować do tego typu problemów kogokolwiek w środku nocy. Ale ludzie niestety są bezwględni. Bezwzględni wobec innych. I nie mają wobec innych szacunku. Liczy się tylko własne ja, czubek własnego nosa i chyba źle pojmowane "własne dobro"... A opisywany proceder niestety narasta. Zwłaszcza wśród młodych - jak dla mnie niemalże z kręgu zainteresowań pediatry, bowiem mimo metrykalnej "dorosłości" obserwuję wśród zgłaszających się do szpitala osób zachowania na poziomie przedszkolnym. A może i jeszcze niższym.

 

Na dobranoc kawałek, którego fragment Mumina przytoczyła w którymś ze swoich komentarzy:

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , praca , muzyka | Komentarze 24 , zobacz komentarze

poznańskie reminiscencje

2009-09-14 00:36:34

Dzisiejsza rodzinna wycieczka do Otrębus (Otrębusów?), do miejsca o szumnej nazwie Muzeum Motoryzacji i Techniki zakończyła sie ledwie półgodzinnym przejściem po zaaranżowanym pod miejsce wystawowe zadaszonym podwórkiem. Najciekawsze oczywiście samochody  - rolls royce silver spirit, daimler 420 - najładniejszy dla mnie samochód w wystawianej kolekcji, buick wildecat, kilka różnowiekowych fordów i mercedesów, dobrze utrzymane stare packard i chlysler, ponadto wartburg, trabant, maluch, fiat 125p, warszawa, syrenka, wołga, byłe samochody Szapołowskiej i Lindy (jaguary, a jakże!) oraz papamobile (skonstruowany na bazie stara). Ponadto parę motorów (z polską motorynką, komarem, sokołem i junakiem na czele), kilkadziesiąt starych rowerów (najfajniejsze bicykle - te z wielkim przednim i małym tylnym kołem) oraz różne inne rekwizyty począwszy od wózków dziecięcych, przez kufry, walizki, maszyny do szycia, radia, telewizory, po saturator (sic!) włącznie. Przyjemnie, ale na wspomniane 30 minut nie więcej. Mało miejsca, wszystko na kupie, trudno sie przecisnąć między eksponatami i jakoś tak mało wszystkiego. Zobaczyć raz i wystarczy.

Przejechawszy przez Pruszków, gdzie zatrzymaliśmy się na jakąś godzinkę w tamtejszym parku na spacer (stawik, zieleń, bardzo dużo śmieci, paru śpiących pijaczków), po drodze do domu niestety zaliczyliśmy z rodzinką wizytę w outlecie w Ursusie. Miało być krótko i po konkretne sprawunki, zrobiło się długo i niekoniecznie konkretnie. Dotarliśmy do chałupy cokolwiek koło dwudziestej (znaczy się, że buszowaliśmy w outlecie prawie do samego końca - bowiem w niedzielę zamykają o 20.00). Ale z butów, które sobie przy okazji zakupiłem (gino rossi i geox) jestem zadowolniony!

A że nie były to jedyne poczynione sprawunki, i dodam że nie jedyne buty zakupione w dniu dzisiejszym, przypomniała mi się popoznaniowa rozmowa z Muminą, która notabene chyba także ma jakiś problem obuwniczy. Zatem na koniec teledysk, który niesie ze sobą niejedno przesłanie...  

 

 

A... Jeszcze jedno... Cały dzień unosił sie wokól mnie delikatny zapach kawy, która także jakoś z Poznaniem mi się kojarzy. Kawy z dodatkiem pieprzu. Sam nie wiem, bowiem Amen Pure Coffee, którym się na tę okoliczność spryskałem opisywany jest jako niemalże czysty zapach kawy. Ale jak wiadomo powszechnie, to od pH skóry zależy głębia aromatu i generalnie sam zapach. Tylko cóż ja mogłem w tak ładnym pachnidle spieprzyć? 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 11 , zobacz komentarze

tortilla

2009-09-11 23:17:04

Jakoś tak stało się, że meksykańskie i pseudomeksykańskie żarcie podąża za mną od Poznania. Po odwiezieniu Muminy razem z GłosemZzaŚciany podjechaliśmy na szpitalny parking, gdzie wsiadłszy do własnych wozów rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę. Natchniony smakiem placka z mąki kukurydzianej jeszcze po drodze wstąpiłem do McDonald’s kupując zestaw HappyMeal dla syna, sobie zaś zafundowałem tortillę. Jest to właściwie jedyna, poza niesamowitymi frytkami, spożywana przeze mnie potrawa w tejże fastfoodowej sieci. Jakież było moje zdziwienie, gdy syn postanowił spróbować tejże tortilli. I to nie tylko samego ciasta (które od dawna mu smakowało), lecz pełnej jej wersji. Jak dla mnie szok, bowiem warzywa, które jak wiadomo znajdują się w tej potrawie, jak do tej pory gryzły mego małego w podniebienie. Jedynie brokuł przechodził przez wąskie sito warzywnej niechęci. Zatem pełen gryz tortilli. Pełen, z kurczakiem, sałatą i pomidorem. Przeszło bez problemu. I jeszcze kilka kolejnych. Radość wielka, bo chociaż niewielka dawka "świeżych" witamin, to zawsze jakiś początek jest. Bowiem umówiłem się z nim na kolejne tortille. Tym razem domowego wyrobu.

 

Zaopatrzywszy się zatem w ogólnodostepne (chyba już w każdym sklepie) pszenne placki postanowiliśmy z żoną samemu zrobić tortille. Farsz mięsny, którym między innymi wypełnialiśmy placki, wyszedł trochę jak chili con carne. Nie posiadał oczywiście tej mocy (czytaj ostrości) co oryginał - wszak "specialite de la maison" miało nadawać się do spożycia także dla najmłodszego członka rodu. Do środka miał być wpakowany także dip pomidorowo-paprykowy, sałata, pomidor, dla dorosłych jeszcze papryka. Potem poszło już gładko, bowiem trudność w prygotowaniu potrawy jest praktycznie żadna.

Mały zasiadł z animuszem do posiłku i zjadł tortillę... ogałacając ją wpierwej ze wszystkich włożonych do środka warzyw! Cholera! A już myślałem, że się uda i polubi to co dobre. Nic to, jak mawiał Wołodyjowski, walka się jeszcze nie skończyła. Przegrana bitwa nie świadczy o przegranej wojnie. Będę próbował dalej. Są rózne sposoby na przemycenie tego i owego w potrawach...

A na kolejną tortillę już się z synem umówiłem. Mam już kupione placki. Może się uda w ten weekend? Bo przy akompaniamencie trzech gitarowych wirtuozów, kto wie na jakie wyżyny wzniosą się moje kulinarne wybryki? 

 

czytaj resztę »

Dodane w kulinaria , muzyka | Komentarze 11 , zobacz komentarze

dziwny jest ten świat

2009-09-08 23:04:01

Z różnych powodów nie oglądałem tegorocznego festiwalu sopockiego. Zwłaszcza dnia drugiego, gdyż oddawałem się wtedy jednej z częstszych mych rozrywek - znaczy się pełniłem kolejny w swoim życiu dyżur. Dyżur, który chyba nie pozwolił spojrzeć choc na chwilę w okienko izbowego telewizora. A szkoda, bo dzień poświęcony był pamięci Czesława Niemena. I choć za całą jego twórczością nie przepadam, to muszę przyznać że jest kilka utworów, bez których moja muzyczna wrażliwość byłaby inna. Któż nie zna "Płonącej stodoły", "Jednego serca", "Nim przyjdzie wiosna", "Czy mnie jeszcze pamiętasz", "Wspomnienia", "Pod papugami", czy ulubionego mego "Snu o Warszawie"...

 

Całe szczęście TVN, stacja posiadająca obecnie wyłączność na Sopot Festval, przypomniała w niedzielę rzeczony koncert. Wykonania niektórych z tych piosenek przez artystów takich jak Kayah, Stanisław Soyka, Kasia Kowalska, Ewa Bem, Maryla Rodowicz, Piotr Cugowski, czy Zbigniew Wodecki nadały uroku całemu przedsięwzięciu. Niektóre dobre, niektóre nie do końca... Ale popisem samym w sobie był utwór finałowy, gdzie wykonawcy stanęli na wysokości zadania dając popis swojego kunsztu. A tekst piosenki mówi sam za siebie. Nic się na tym świecie nie zmieniło...

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

w środku nocy...

2009-09-02 23:05:34

...zamiast spać, buszuję. Choć raczej powinienem rzucić się w łoże i postarać odespać nieprzesapaną wczorajszą noc. Jakoś nie potrafię. Chyba przyzwyczaiłem się do "nocnego markowania". Tylko rano jakoś problem ze wstaniem. Dlaczego praca zaczyna się tak wcześnie? Wiem, że nie powinienem narzekać bo niektórzy jeszcze wcześniej muszą wyrwać się z objęć Morfeusza. Współczuję im serdecznie, lecz nie zmienia to faktu że rano pospałbym sobie ociupinę dłużej.  

Wczorajszy dyżur była fajny. Do północy. Potem kawalkada "ciężkich przypadków". Dokonuję niestety coraz częstszej obserwacji, że społeczeństwo stołeczne (zapewne nie tylko) w dużej mierze składa się z hipochondryków. Aż wstyd przytaczać problemy, z którymi zgłaszali się do Izby Przyjęć. W środku nocy. Niestety bardzo podobne do opisywanych przeze mnie kiedyś nocnych wizyt. Tylko, że w dwukrotnie większym natężeniu...

Koniec! Dość narzekania! Chyba tak marudzę, bo jestem nieco zmęczony. Zatem kładę się spać, bowiem trzeba nabrać sił przed nadchodzącym weekendem (dla mnie i paru innych nieszczęśników ropzoczynającym się już jutro). Ale najpierw pobuszuję jeszcze trochę - trzeba się przecież do wyjazdu na konferencję przygotować.

A ładując do walizki ciuchy posłucham sobie muzyczki. Coś wesołego, jeżeli chodzi o brzmienie, żebym nie zasnął :)

 

 

I jeszcze coś niepokojącego. Przynajmniej jeżeli chodzi o głos wokalistki. Bo tekst piosenki jest sympatyczny :)

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , praca | Komentarze 3 , zobacz komentarze

zawód

2009-08-24 23:22:43

Zdarzają się nieprawdopodobne wręcz dyżury, w trakcie których nie dzieje się nic specjalnego, a lekarz dyżurny może nawet odpocząć.

Zdarzają się nieprawdopodobne wręcz dyżury, w trakcie których Izba Przyjęć zamienia się w Izbę Wytrzeźwień.

Zdarzają się nieprawdopodobne wręcz dyżury, w trakcie których ręce opadają na myśl o całym otaczającym, niechętnym do współpracy świecie, zwłaszcza tzw medycznym.

Zdarzają się nieprawdopodobne wręcz dyżury, w trakcie których lekarz dyżurny może jedynie mieć mord w oczach.

Zdarzają się nieprawdopodobne wręcz dyżury, w trakcie których dzieje się tak dużo rzeczy, że lekarz dyżurny może jedynie myśleć o sklonowaniu siebie samego, by podołać chorobowej nawałnicy

 

Możnaby dołożyć jeszcze parę takich nieprawdopodobnych dyżurów. I jak tak patrzę na swoją dotychczasową "karierę medyczną" to każda chwila spędzona w Izbie Przyjęć niesie ze sobą coś niesamowitego. Zwłaszcza, że liczba pacjentów zgłaszających się z "naglącymi i niecierpiącymi zwłoki" problemami zdrowotnymi jest coraz większa. Wśród całej tej rzeszy osób trafiających do Izby zawsze znajdzie się jakiś "ciekawy przypadek", który zadziwia swoją złożonością i innością. Dlatego lubię pracę w Izbie Przyjęć (choć na dłuższą metę jest niezwykle męcząca), dlatego generalnie lubię pracę lekarza, zwłaszcza szpitalnego. I choć często (ostatnio zbyt często), głównie po "nieprawdopodobnych dyżurach", mam dosyć wszystkiego i wściekam się na ciężkość zawodu który wybrałem, to nie zamieniłbym go na żaden inny.

Po prostu jestem chory na bycie lekarzem. I nie ma na to lekarstwa.

To jest trochę jak pocałunek od róży...

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 11 , zobacz komentarze

(nie)możliwe

2009-08-21 22:46:03

Czy dyżur w obecnych czasach może być spokojny?

Czy w trakcie dyżuru można przyłożyć głowę do poduszki na dłużej niż 20 minut?

Czy jedynym sposobem na "nic nie dzianie się" w trakcie dyżuru jest zamknięcie oddziału z powodu biegunki

 

Otóż w zasadzie nie. Pamiętam czasy, gdy będąc młodym lekarzem i pracując w zupełnie innym miejscu niż teraz (znaczy się zamierzchłe czasy "wyklętej rejonizacji") zdarzały się dyżury, gdy nie byłem obecny ani razu w Izbie Przyjęć (bowiem dyżurowało sie jednocześnie w oddziale i izbie). Niemożliwe? A jednak.

 

Czasy te jednak minęły bezpowrotnie. I nie jest to problem zwiększonej zachorowalności, czy chorobowości społeczeństwa - bo to zrozumiałbym bez mrugnięcia okiem. Nazwałbym to problemem medialnym. Wszem i wobec trąbi się, że z każdym problemem można stawić się w Izbie Przyjęć najbliższego szpitala, gdzie zostanie niewątpliwie udzielona porada. Spróbowałby ktoś jej nie udzielić! Wtedy proszę zadzwonić na "gorącą linię" - każdą tego typu "sensację" wyjaśni zespół reporterski (czytaj "inwigilacyjno-szpiegowski"). Najchętniej ukrytą kamerą, by następnie móc przedstawić w mediach kompromitujący materiał. Jak to! Nie udzielono pomocy pacjentowi z bólem gardła?! Toż to skandal! To nieważne, że pomimo atakujących zewsząd reklam środków na ból gardła nie przyjął takowego. To nieważne, że boli go od 20 minut. To nieważne, że nie ma gorączki. A że rozbolało go gardło o 4-tej nad ranem (nota bene co robił o tej godzinie na nogach, a nie w łóżku?) to też nieważne! Powinien zostać przyjęty i zbadany. Zostało narażone na szwank jego zdrowie i życie! Tytuł reportażu będzie brzmiał: KOLEJNY BEZDUSZNY KONOWAŁ! To niewątpliwie mogący zdarzyć się scenariusz każdego dyżuru.

 

Całe szczęście mój ostatni taki nie był. Muszę się przyznać, że trochę przypominał ten sprzed lat. Ale tylko trochę. W dzień pacjentów jak zwykle sporo. Ale "ruch w interesie" skończył się około 23.00. Nauczony przez lata praktyki, postąpiłem zgodnie z główną zasadą dyżuranta i pokręciwszy się jeszcze jakieś pięć minut po Izbie Przyjęć ległem w wyrko lekarskie, by złapać trochę odpoczynku przed niewątpliwie nadchodzącą nocną gonitwą. I... obudziłem się o 6-tej rano. Przyzwyczajony do tej godziny pobudki organizm zareagował zupełnie prawidłowo - obudził się. Trochę też za sprawą przepełnionego pęcherza moczowego, który opróżniłem raz dwa i ległem w wyrko ponownie, by złapać jeszcze trochę snu. O godzinie 7.00 obudził mnie budzik telefonu komórkowego. 8 (słownie osiem) godzin snu. Może coś przespałem? Może nie wstałem do jakiegoś potrzebującego? A może jeszcze śpię? Cóż za piękny sen... Ale nie - spotykam dyżurną pielęgniarkę i dowiaduję się, że spokój panował przez całą noc. Nie tylko interna, ale i neurologia, i chirurgia miały także wolne. To po prostu niesamowite. Pierwsza taka noc w szpitalu od niepamiętnych czasów. Ale i tak wypoczęty nie jestem. Zupełnie to inny sen w pracy, niż w domu. Nie dający odprężenia, nie dający wypoczynku... Ale jednak to osiem godzin snu - przynajmniej o 3 więcej niż w domu...

 

Zatem możliwe są i takie dyżury, na których lekarz ma szansę choć ociupinę odpocząć przed dniem następnym. Bo może się on okazać o wiele gorszy od poprzedniego. Bowiem późniejsze godziny spędzone w pracy (NIELEGALNIE!) dały mi nieźle popalić, więc "nocny odpoczynek" przydał się nad wyraz!

 

Wspomniawszy zamierzchłe czasy zapodam kawałek zespołu, który do tej pory lubię bardzo, bardzo :)

 

 

I jeszcze jeden na dobranoc...

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 8 , zobacz komentarze

dzień dla ojca z dzieckiem

2009-08-15 00:32:04

Nie wszyscy mieli to szczęście mieć dziś dzień wolny. Władze ukochanej placówki w której obecnie haruję postanowiły że za jutrzejsze, ustawowo wolne od pracy a niestety wypadające w tym roku w sobotę, podwójne święto kościelno-państwowe (Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i Wojska Polskiego) ustanowią dzień wolny dla pracowników.

Mnie każdy dzień wolny od pracy coraz bardziej cieszy. Co myślę osobiście na temat tzw. długich weekendów w szpitalach - przemilczę, bo nie mam wpływu na ich powstawanie. Często w zależności od potrzeb władz danej placówki.

Tak czy siak, jak wspomniałem nie wszyscy mieli szczęście już dziś na wolność w świętowaniu. Moja żona nie, więc dzień ten stał się dniem męskim w naszej rodzinie. Mogłem go bowiem w dużej mierze spędzić z mą latoroślą. Płci męskiej. Bardzo dobrze robią takie dni na kontakty ojcowsko-synowskie i synowsko-ojcowskie. 

Rano wspólne śniadanie (tak rzadkie niestety) z napominaniem do patrzenia w talerz, a nie robieniu wszystkiego innego, poza jedzeniem oczywiście. Potem wspólne zakupy na pobliskim ryneczku (targowisku, czy bazarku jak kto woli) - przecież jutro święto, więc sklepy nieczynne będą, a jeść trzeba. Zakupy podczas których oczy dookoła głowy mieć trzeba, bo mały coraz sprytniejszy, więc i ulica niebezpieczna, i niecierpliwość ze strony syna w kolejkach, i niespodziewane sprawunki w koszyku czy torbie. Potem powrót do domu. Nawet widoczne w oczach zrozumienie, że najpierwej trzeba sprawunki porozkładać do lodówki i po kątach temu przeznaczonych. Zrozumienie przez 5 minut. Później uporczywie wyrażana konieczność zabawy przeważyła nad sprawunkami. Ale do lodówki trafiło wszystko co konieczne! Zabawa ekstra. Układanie puzzli i klocków, czytanie książeczek, grzybobranie. Komputer także, a jakże! I w czasie nieco dłuższym niż zwykle... W końcu dzień ojca z dzieckiem :) Obiad niestety podobny do śniadania - kombinacje alpejskie nad jedzeniem. Szkoda, że nie nakarmiłem go przy komputerze - zapatrzony w ekran połknąłby wszystko! 

Potem niestety wizyta u stomatologa. Mama nie odpuściła (wyrywając się na godzinkę z pracy) i u pani doktor od zębów byliśmy całą rodzinką. Całe szczęście obeszło sie bez wiertła, jedynie ozon. I za ten bezbolesny zabieg dostał jeszcze w gabinecie od pani stomatolog zabawkę! Szczęście zupełne widoczne jak u psiaka (tylko bez machającego ogona). I duma z samego siebie jaki był dzielny :))) Pokręciliśmy się potem jeszcze po jednym sklepie, zaliczyliśmy McDonald’s (frytki koniecznie i McNuggets - bez zestawu HappyMeal, bo zabawki coś nie tego i nie przypasowały) i zabierając po drodze z pracy mą połowicę, koniec końców (przejeżdżając jeszcze przez Cepelię i zakład wytwarzający wkładki ortopedyczne do butów - niestety dla Miłka) wylądowaliśmy w Batidzie przy Placu Konstytucji na lodach (dla małego) i kawie (dla nas).

Fajny dzień. Na koniec zabawa samochodami. Mimo zabawki od stomatologa dostał też od nas samochodziki. Z ulubionego animowanego filmu "Auta". I choć większości tekstów chyba nie rozumie (uważam, że filmy te robione są z myślą o dorosłych), to fanem Zygzaka McQueena jest oddanym.

Na dobranoc zatem fragmenty filmu z podkładem muzycznym:

 

 

 

Patrzę, która to godzina i okazuje się, że mamy już dziś święto. Niestety tak jak wczorajszy (znaczy się czternastego) dzień wolny był dla niektórych, tak i dzisiejsze święto nie dla wszystkich bedzie dniem wolnym. Ja na ten przykład spędzę je w pracy. A z racji ogólnopolskiego zamieszania wokół dzisiejszego koncertu Madonny, choć nie jest moją ulubioną artystką (ale płyta Ray of Light jest dobra), to dla jej wkładu w rozwój muzyki rozrywkowej zamieszczę jeden z jej najbardziej, według niektórych, obrazoburczych teledysków.

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

komórka

2009-08-13 22:47:47

Przedwczoraj po przyjściu do pracy stwierdziłem rzecz okropną. Nie zabrałem z domu telefonu komórkowego! Ogarnął mnie lekki niepokój. Straszne! Dyżur, a ja jak bez ręki. Co zrobię bez komórki?! Jak ludzie mnie znajdą? Jak ja znajdę ludzi? A jak coś złego się wydarzy i nie będzie można ze mną nawiązać szybkiego kontaktu?! Krótka analiza. Czy miałem dziś załatwić coś pilnego? Coś co wymagałoby użycia telefonu? Coś co wymagałoby wykręcenia numeru, którego się nie pamięta?! 

W czasach sprzed telefonii komórkowej wszystkie ważne numery miało się w pamięci. Pozostałe numery pozostawały starannie zapisane w notesie lub kalendarzu, bądź na milionie karteczek (notabene skrzętnie do tego notesu przypinanych). Obecnie posiadając komórkę wszystkie bez wyjątku znajdują się w pamięci. W pamięci telefonu komórkowego...  

 

Jakże łatwo przyzwyczajamy się do luksusu. Wydaje mi się, że już coś takiego kiedyś pisałem. Ale powtórzę to raz jeszcze. Czy wyobrażacie sobie życie bez elektryczności, gazu i bieżącej wody? Życie bez lodówki, prysznica i komputera? Czy w końcu życie bez telefonów?

Ja już niestety nie.

Choć są chwile, gdy chciałbym pozbyć się telefonu popularnie zwanego komórką... 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 10 , zobacz komentarze

ognicho, czyli tam i z powrotem

2009-08-09 23:26:00

Jak dawno nie byłem na ognisku... Wieki całe. Zapaliłem się zatem do pomysłu Kaeri jakbym po raz pierwszy miał widzieć "żywy" ogień. Po części tak było. W roli rodzica. A moja latorośl będąc tak naprawdę przy ognisku po raz pierwszy w życiu, lgnęła do niego jak ćma do światła. Dużo wysiłku kosztowało mnie, a i zapewne obecnych tamże, baczenie na wyczynania mego potomka. Nie za bardzo mu się dziwię, bowiem ogień naprawdę potrafi przyciagnąć swą uwagę. Zwłaszcza jak się ma patyk w ręku, którego końcówka po włożeniu do ognia nie wiadomo dlaczego zaczyna się palić :) A potem można nieźle nim powywijać na prawo i lewo, kreśląc przy okazji dymne kółka i inne esy-floresy. Całe szczęście nikt nie miał końca kija w oku lub innym miejscu, choć sam niemalże nadziałbym się swą piersią na rozżarzoną końcówkę wcelowanej we mnie, a trzymanej przez mego syna gałązki. Nic dookoła nie spłonęło także, więc ognisko udane :)  

Nie mogłem niestety być do samego rana, czego niewatpliwie żałuję. Nie mogłem także dołączyć do zaszczytnego grona podtrzymywaczy ognia, podsycanego równie ognistymi napojami, bowiem sprawowałem rolę kierowcy mej drużyny (znaczy się żony i syna).

 

A wyprawa na ognicho porównywalna z hobbitowską Tolkiena. Bagażnik zapakowany na każdą ewentualność - ciuchy na zimno, zabawki z piłką na czele, preparaty przeciwkomarowe (te istotnie sie przydały) i parę innych drobiazgów, o których pisać już nie będę... Oczywiście przygotowania do niej spowodowały opóźnienie w kwestii samego przybycia (co niemalże nie doprowadziło do słownego starcia z połowicą), ale że dotarliśmy do celu jeszcze na pozycji punktowanej (trzecie miejsce, tzn podium) mój humor uległ istotnej poprawie.

O samym ognichu pisać nie będę - w formie graficznej przedstawiła to w swym poście sama organizatorka tak miłego spotkania. Powiem tylko, że było ekstra. Ale następnym razem (mam nadzieję, że taki nastąpi) przyjeżdżam bez mej latorośli. Zbyt duży stres... Za dużo pomysłów (szalonych oczywiście) na raz... Rankiem spojrzałem w lustro. Chyba więcej siwych włosów. Nie wiem, czy to od ognicha - sam przecież także się nad nim pochylałem, czy od stresu związanego z pilnowaniem syna...  

 

Potem powrót do domu. Zbyt wcześnie niestety, ale posiadanie dzieci zobowiązuje. Tzw. odległość pomiędzy to godzina jazdy samochodem. Myślałem, że syn po przeżyciach dnia padnie jak dętka, ale po przyogniskowej muzycznej prezentacji rozśpiewał się w samochodzie jak trójka tenorów. A że repertuar ma jeszcze dość ograniczony, więc do dzieła musiałem zaprzęgnąć swój głos. I niestety pojechałem. Po starociach. Znaczy się utworach z lat mej młodości. Choć nie wszystkie teksty zapamiętane w całości, to poleciało: "Wieża radości, wieża samotności" i "Nie gniewaj się na mnie Polsko" Sztywnego Palu Azji, "Skóra" Aya RL, kawałki Starego Dobrego Małżeństwa - "Jak", "Z nim będziesz szczęśliwsza", "Opadły mgły, wstaje nowy dzień" - wszystkie z tekstami Edwarda Stachury, "Diamentowa kula" i "Szklana pogoda" Lombardu, "Jolka, Jolka" Budki Suflera"... Żona (choć ciszej niż ja) wtórowała mi dzielnie. A mój syn, choć z lekka zdziwiony nagłym zapałem taty do śpiewu, z zainteresowaniem słuchał fałszu w moim wykonaniu. I nie usnął. Może jednak mu się podobało? 

Zatem wyprawa nie tylko na ognisko, ale i w przeszłość daleką...

Oczywiście, że słuchałem dziś SDM. A z racji festiwalu w Sopocie także i Budki Suflera. Nie za bardzo wiedziałem co wybrać do posłuchania, więc będą dwa filmiki. Mam nadzieję, że zrozumiecie :)

 

Zatem jako pierwsza śpiewana poezja Stachury:

 

 

A teraz trochę bardziej ambitnie:

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 6 , zobacz komentarze

pełnia...

2009-08-07 23:11:40

Właściwie to nie wiem jak to nazwać. Kilka już razy siadałem do komputera z zamiarem napisania jakiegoś posta i skończyło się na niczym. Zastanawiałem się dlaczego? Z jednej strony to cóż  takiego tu opisywać, skoro kolejne dni podobne są do siebie jak dwie krople wody, z drugiej jednak strony każdy z tych dni zawierał w sobie chociażby jedno warte opisania zdarzenie. Kilka, niemalże gotowych do opublikowania, postów zawisło w próżni. Nic mi się nie podobało. A to temat jakiś taki do niczego, a to styl wypowiedzi nie do końca zachęcający, a to jeszcze coś innego...

 

Kilka przykładów:

1. Następnego dnia po rozpoczęciu Tour de Pologne wyszedłem z latotroślą na rower. Znaczy się synowi wyjąłem z piwnicy rower i wyszliśmy na świeże powietrze. Ja "per pedes", on pedałując zacięcie na jednośladzie, choć niestety z jeszcze doczepionymi bocznymi wspomaganiami (znaczy sie czterokołowiec). Popitalał na nim jak oszalały, ja za nim goniłem jak zdyszany pies ledwo co łapiąc powietrze. Kiepsko z kondycją... I wątek urwał mi się tak szybko jak gilotyna oddziela głowę od ciała! W sumie dość dobre porównanie, bo mózg jakoś nie chciał współpracować z palcami, gotowymi do śmigania po klawiaturze komputera... 

Dziś myślę, że może dam namówić się Przenitkowi do kupna jakiegoś bicykla! W końcu dobrze mi to zrobi na moją tężyznę fizyczną, bo coś ostatnio  nią krucho. Zacznę od 1 kilometra. Może nie padnę :)

2. Post miał być tym z rodzaju kulinaria. Obiecałem małemu wyprawę do McDonald’s. Nie, żebyśmy się tam stołowali, ale od czasu do czasu z uwagi właśnie na małego tamże bywamy. Wiadomo - zestaw Happy Meal z zabawką, słomką czekoladową do mleka i frytkami stanowi nie lada radość! Uważam, że frytki mają najlepsze na świecie. Ale nie o tym. Nie przepadamy za owocami morza (no chyba że ryby), więc zdziwiła mnie zachcianka mej połowicy odnośnie krewetek królewskich. Zakupiłem, a jakże! Nawet spróbowałem! I co? Rewelacja! Tłuste jak cholera (jak wszystko co smażone na głębokim oleju), ale pod tłustą panierką kryje się przepyszne zwierzątko morskie... I koniec. Pojechaliśmy i zjedliśmy. Czarna plama przed oczami. Zaćmienie umysłu? Jakoś puenty z tego wszystkiego nie mogłem wydobyć!

Dziś widzęę, że chyba polubię smaki morza. Wybieram się po krewetki. Tylko gdzie kupić najlepsze? Może w Makro? Widziałem tam całkiem nieźle zaopatrzony dział z produktami morza i oceanu. A może gdzieś indziej? Jedno wiem! Muszę omijać McDonald’s z daleka bo przytyję jeszcze bardziej :) 

3. Gość (pracownik szpitala od nie wiem czego) wchodzi do pokoju lekarskiego chcąc wymierzyć metraż gabinetu pod nową wykładzinę. Dziwię się, bowiem niedawno nowa podłoga została położona, więc kieruję go do szefa będącego aktualnie w poradni. Na co facet podaje mi powierzchnię podłogi gabinetu poradnianego - 13 metrów kwadratowych! Śmieszne? Na początku wydawało mi się że tak, ale jakoś nie za bardzo się z tego uśmiałem po przeczytaniu przelanej na monitor komputera przytoczonej powyżej anegdoty...

Patrząc na to dziś wydaje mi się, że to niezbędny dla funkcjonowania szpitala pracownik! Mieć wszystkie wymiary pomieszczeń szpitalnych we łbie to nie lada sztuka. Nie trzeba szukać papierzysk, wystarczy zapytać! Tylko właściwie po co komu takie informacje w głowie? Ciekawostka!  

 

Było jeszcze pare innych tematów... I co z tego? Nic! Wszystko wylądowało w koszu!

 

Straszny malkontent się ze mnie zrobił. Poza tym jakiś taki drażliwy jestem, niespokojny, spać nie mogę. Prawie jak zgłaszający się po pólnocy do Izby przyjęć pacjenci. To do mnie nie podobne, więc zaczynam zastanawiać się o co chodzi?

Depresja? Objawy pasują jak ulał, ale przecież w dzień mi przechodzi...

Zwykłe zmęczenie? Chyba nie, bo wielokroć bywałem bardziej zmęczony i słowa same przelewały się z umysłu na monitor komputera...

Zniechęcenie? Nie, bo mam ogromną ochotę wysmażyć kolejny wpis (co robię chociażby teraz)...

Niemoc twórcza? Nigdy się za twórcę nie uważałem, więc i niemoc nie może być. Zwłaszcza twórcza...

 

Mam. Już wiem. Księżyc! Pełnia! To jest wytłumaczenie! Cały okres poprzedzający jej nadejście był kiepski. A wczoraj, pomimo kolejnego dyżuru, było całkiem znośnie. Dziś jest już niemal rewelacyjnie. Zaraz, zaraz. Kiedy to była pełnia? Wczoraj?! 6 sierpnia?! Czyżbym zmieniał się w jakieś monstrum? Patrząc na nieogoloną facjatę, to rzeczywiście upodabniam się do jakiegoś włochatego zwierzęcia. Trzeba będzie się ogolić, choć nie znoszę tej czynności. I można się zaciąć...

Na dobranoc zapuszczam zatem Michaela Jacksona w "Thrillerze". Tym samym, choć nigdy nie był moim ulubionym artystą, składam mu hołd za to co zrobił dla muzyki rozrywkowej:

 

 

czytaj resztę »


tour de pologne

2009-08-03 00:27:35

Moja latorośl dostaje kota w domu. A ja z nim także. Potrzeba wyhasania na świeżym powietrzu jest zauważalna w każdym jego ruchu. Ściany jescze wytrzymują wszystkie jego szaleńcze pomysły, ale  ja powoli już nie. A że po zabiegu nie może jeszcze za bardzo przebywać na słońcu i zagrzanie może mu zrobić niezbyt dobrze, więc przy dzisiejszej aurze pozwoliliśmy sobie na wyjście poza mury dopiero późnym popołudniem. Padło na Łazienki Królewskie. Lubię ten park z racji mikroklimatu, który jest zapewne dziełem dużej ilości roślin tam bytujących, a i zapewne tej odrobiny wody tamże się znajdującej. Woda co prawda do najczystszych nie należy (chyba że spojrzymy na źródełko przy popiersiu Wyspiańskiego), ale drzewa cień dają solidny więc nie odczuwa się tak upału jak poza jego granicami.

Zapomniałem jednak, że w dniu dzisiejszym rozgrywany jest pierwszy etap największej imprezy kolarskiej w Polsce - Tour de Pologne. Etap, którego trasa dokładnie otaczała rejon, w który zamierzałem z rodziną dotrzeć. Plac Trzech Krzyży, Książęca, Czerniakowska, Wisłostrada, Witosa, Idzikowskiego, Sobieskiego, Belwederska, Aleje Ujazdowskie, Plac Trzech Krzyży. A pomiędzy nimi co? Oczywiście że cel mojej przejażdżki - Park Łazienkowski. Co za niefart! I dla chcących dojechać do parku, i dla chcących skorzystać z "usług" znajdujących się w tym rejonie szpitali - ulubionego Czerniakowskiego, a zwłaszcza CMKP im. Orłowskiego, pod którego murami cały peleton przejeżdżał bodajże 9 (słownie dziewięć) razy.  

Nie było jednak tragicznie. Całe szczęście moja eskapada wypadła na godziny popołudniowe, więc gdy dojechałem do skrzyżowania ulic Gagarina z Belwederską okzało się, że peleton chyba już jest na mecie. Z drugiej strony szkoda, że nie wyjechałem ociupinę wcześniej bo zapewne uczyniłbym wycieczkę do Łazienek jeszcze ciekawszą. Zwłaszcza dla małego. Widok wielobarwnej masy kolarskiej na pewno wzbudziłby zachwyt mej latorośli. Ponadto przejeżdżający peleton robi dość dużo szumu i wiatru, przez co niechybnie zrobiłoby się ociupinę chłodniej. Tak się jednak nie stało, co i może dobrze, bo dojazd miałem niezbyt utrudniony, a na wyżej wymienionym skrzyżowaniu postałem raptem chwilę - do momentu usunięcia przez służby porządkowe zagradzających przejazd barierek.

W Łazinkach było fajno jak zwykle. Poza dużą ilością tlenu zaaspirowanego podczas spaceru, mały oczywiście załapał sie na lody. A my w ciszy i spokoju wypiliśmy kawę mrożoną. Są bowiem w życiu takie momenty, gdy moja latorośl jest cicha i skupiona. Jak podczas spożywania lodów :)

 

Tytuł postu zobowiązuje, więc trochę o Tour de Pologne. Jak wspomniałem jest to obecnie największa impreza kolarska w Polsce. Największa i z polskich wyścigów najbardziej licząca się w świecie. Należy do grupy imprez tzw. ProTour Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI), w których rywalizują najlepsi kolarze świata. W kalendarzu wyścigów ProTour polski wyścig znajduje się obok imprez tak znanych jak wyścig Paryż-Nicea, Tirreno-Adriatico, Paryż-Roubaix, czy trzech największych imprez kolarskich na świecie - Giro d’Italia, Tour de France i Vuelta a Espana. Jest to zasługą Czesława Langa (były świetny polski kolarz) - obecnego dyrektora Tour de Pologne. I choć sama impreza powoduje trochę utrudnień komunikacyjnych w miastach przez które przebiega trasa corocznego wyścigu, to jednak wypada się tylko cieszyć, że potrafimy (tzn. my Polacy) nie tylko popsuć, utruć, namieszać i zniszczyć, ale także stworzyć coś udanego, co doceniane jest nie tylko w Polsce ale i poza granicami naszego kraju. 

 

Post trochę pisany dla Przenitka, wielkiego fana cyklizmu. Nie tylko w wersji fotelowo-telewizyjnej (jak ja na ten przykład), ale rekreacyjno-wyczynowej zwłaszcza (dla mnie przejechanie paru kilosów jest wyczynem - on to robi od niechcenia). Wraca człowiek z urlopu, z tego co wiem częściowo spędzonego w siodełku rowerowym, więc niech miły będzie przynajmniej ten post. Bo powrót po urlopie do harówki na pewno takim być nie może.

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 15 , zobacz komentarze

refleksja...

2009-08-01 23:36:45

...nad dniem wczorajszym. Opisywana wściekłość minęła. Chyba odpoczynek i perspektywy spędzenia kolejnego wolnego weekendu w domu podziałały kojąco. Nie na tyle jednak, by nie odnieść się do zdarzeń z dnia poprzedniego, bowiem jest to kolejny w ciagu krótkiego okresu czasu przykład bemyślności i skrajnej wręcz ignorancji w sposobie działania przewoźników (znaczy się karetkowiczów). Myślę, że nie do końca trzeba ich o to obwiniać, ale osoby zatrudnione w roli telefonistów-rejestratorów-dyspozytorów powinny mieć trochę więcej rozeznania w sprawach życia i smierci niż przysłowiowa już Goździkowa, która może pomoże na ból głowy, ale innej decyzji oprócz porady przyjęcia reklamowanego leku (niech bedzie kryptoreklama - etopiryny) nie podejmie. A z przeprowadzonych przeze mnie w ostatnich dniach rozmów z telefonistami-rejestratorami-dyspozytorami jednoznacznie wynika, że nie czują bluesa.  

 

W poprzednim poście nie doddałem, że całą zaistniałą sytuację opisałem w karcie ambulatoryjnej pacjenta oraz w raporcie lekarskim Izby Przyjęć. Dość dokładnie - z godziną wezwania nieszczęsnego zespołu i godziną ich przyjazdu do szpitala. Nie żebym był osobą skarżącą się, czy donoszącą na kogoś. Co to, to nie! Nie mój styl, nie moja filozofia, po prostu nie Misiek. Kto zna, ten wie. Mam przynajmniej taką nadzieję. Ale moja cierpliwość skończyła się. Poza tym mając przed oczyma mozliwość śmierci pacjenta oraz wizję spotkania z prokuratorem poczyniłem wpisy zgodnie z powszechnie znaną zasadą - ChSD. Dla niewtajemniczonych - chroń swoją dupę! 

 

Ponieważ strasznie bazgrolę, a że notatki były odręczne, niedawno powołany kolejny dyrektor (pełniący obowiązki dyrektora ds medycznych) poprosił mnie o tłumaczenie (znaczy sie odczytanie) zapisków. Grzecznie przedstawiłem w kilku zdaniach sytuację z ranka dnia wczorajszego. Nawet rzuciłem hasło o piśmie do władz przewoźnika w celu wytłumaczenia zaistniałej sytuacji... I co? Wielkie G! Że trzeba ich zrozumieć, bo godzina niewyjściowa, bo akurat zmiana zespołów bo coś tam jeszcze... Nie dyskutowałem, bo po co. Byłem wściekły i zmęczony, więc mogłem palnąć coś nieprzychylnego. Poza tym szkoda tracić energię na tłumaczenie spraw, dla niektórych z założenia niezrozumiałych. Ponadto od dłuższego czasu odnoszę wrażenie, że w naszej placówce medycznej nikt z władz nie ma ochoty podjąć jakiejkolwiek decyzji (nawet najbardziej błahej, nie mówiąc o tych najważniejszych).

 

Zatem dupa blada. Powtórzę więc za postem poprzednim - coraz mniejszą mam ochotę robić jako błazen na arenie naszego szpitala w cyrku zwanym "służba zdrowia". Nikt sobie z niczego nic nie robi (takie wielkie nicestwo). A ja jestem ulepiony z innej gliny. A że jestem coraz starszy, to nie za bardzo widzę możliwości jakichkolwiek zmian. I w moim postępowaniu, i w postępowaniu innych. Ciekawe do czego to doprowadzi?!

 

Eh, miało być milej niż poprzednio, lecz nie udało się. Zaleganie afektu?! Może...

Dla rozweselenia chciałbym zatem na koniec zapodać kawałek, który kojarzy mi się dobrze. Zwłaszcza jak zamknę oczy i wsłucham się w muzykę i słowa...

 

...a hush in the air, you can feel anywhere...

 

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 5 , zobacz komentarze

child in time

2009-07-29 23:18:58

Właściwie to nie chce mi się nic pisać, ale pandemia grypy (a i idiotyzmu także, lub przede wszystkim) zatacza coraz szersze kręgi. Można komentować to na różne sposoby i cały post poświęcić na ujawnianie głupoty zaistniałej sytuacji i ludzi ją prowokujących. Tylko po co?

Najpewniej ukarani zostaną ci, którzy niczemu nie zawinili. Jak zawsze. Jakiś kozioł ofiarny musi się znależć. I nie będzie to osoba najbardziej w sprawę zamieszana...

Przychodzi mi jedynie na myśl tekst jednego z moich ulubionych utworów - "Child in time" - jeżeli masz pecha oberwiesz nie tylko kulą, ale i rykoszetem...

 

CHILD IN TIME 

 

The story of a loser - it could be you. 

Sweet child in time you’ll see the line 
The line that’s drawn between the good and the bad 
See the blind man shooting at the world 
Bullets flying taking toll 
If you’ve been bad, lord I bet you have 
And you’ve been hit by flying lead 
You’d better close your eyes and bow your head 
And wait for the ricochet 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 5 , zobacz komentarze

una varieta di pasta

2009-07-28 00:01:46

Pierwszy od miesiąca wolny weekend spędziłem w domu. Nie, żebym nie chciał się gdzieś ruszyć, ale wykonana u mej latorośli adenotomia z konchoplastyką (to jest usunięcie "trzeciego" migdałka - znaczy się gardłowego i korekta przerośniętych małżowin nosowych) wymagają pewnych wyrzeczeń. Zarówno z jego, jak i z naszej (czytaj rodziców) strony. Polega to głównie na conajmniej tygodniowym przebywaniu w pomieszczeniach zamkniętych. A że piątek wypadał raptem dwa dni po zbiegu, stąd weekend wypadło spędzić w tak zwanym zaciszu domowym. Może i dobrze, bowiem niedzielna aura w stolicy nie zachęcała do wyjścia poza mury. Temperatura jak dla mnie OK, dla mełego też - nie można przy okazji przegrzewać osobnika, lecz nagłe i niespodziewane opady deszczu nie do końca sprzyjały jakimkolwiek wojażom. Nawet tym niedalekim. Zatem trzy dni w domu. Fajno. Odespałem całe zmęczenie, nadrobiłem zaległości w byciu ojcem, porozmawiałem nawet chwil kilka z "drugą połówką jabłka", trochę posiedziałem przed telewizornią (głównie sport i wiadomości) i dość sporo czasu spędziłem w kuchni... Jakoś tak mam, że gdy jestem w domu to niestety ciągnie mnie do spiżarni. Właściwie jak każdego niedźwiedzia. A że i staram sie czasem coś uwarzyć, to kuchnia jest przednim miejscem do realizacji smakowych zachcianek. Weekend zdominowany został przez makaron.

Nie, żeby innych smakołyków nie było. Sezon przecież na owoce, a że w sobotę rano udałem sie na ryneczek (tutaj wolą niestety mówić bazarek) to i w domu pojawiło się ich mnóstwo. Słodkie morele i maliny, borówka amerykańska, czereśnie (ubóstwiam te wielkie - odmiana kordia - o skórce ciemnobordowej lub jakby powiedział znawca win - w kolorze burgunda a miąższu twardym i słodkim). I jagody. Nie jestem jakimś wybitnym ich entuzjastą, ale żona zapodała taki koktajl z jagód, że palce lizać. Może jednak usta lizać (oblizywać!), bo przecież nie ma siły, by fioletowy szron napoju nie osiadł na mych wargach i wąsach :) Zatem owoce mamy zaliczone. Szkoda tylko że, mimo przecież dość dobrej aury dla sadowników, ceny trzymają się wysoko. Ale warto. Zwłaszcza te czereśnie...

Były jeszcze posiłki główne. Śniadania raczej bez ekstrawagancji, choć sporządzony przeze mnie niedzielny twarożek ze szczypiorkiem podany z chrupiącą bułką z masłem i pomidorem z szalotką był ekstra! Proste danie, ale jakże smacznie rozpoczyna się dzień... Kolacji z racji obiadowego obżarstwa nie było, więc przejdę od razu do posiłków spożywanych w środku dnia.

 

Piątek. Mając nieco kurek postanowiłem zrobić je w śmietanie. Przepis skrajnie prosty, należy jedynie pamiętać o dość dokładnym ich umyciu, chyba że ktoś lubi czuć zgrzytający między zębami piasek. No i zblanszować, żeby nie były za bardzo twarde. Reszta to "piece of cake" jak mówią Anglicy. Przesmażyć na maśle cebulkę, następnie dodać kurki, trochę posmażyć jeszcze, dodać pokrojony koperek lub natkę pietruszki, posolić, popieprzyć (koniecznie pieprz świeżo zmielony) i dodać śmietany. Musi być gęsta (22 lub więcej procent). Trochę jeszcze podusić i... podawać. Najlepiej smakują prosto z patelni bez dodatków, ale że "połowica" chciała makaron, to ugotowałem w tak zwanym międzyczasie tagliatelle, wrzuciłem je na patelnię z kurkami, wymieszałem i przerzuciwszy danie na talerze posypałem jeszcze z wierzchu natką pietruszki. Do tego wino. Co prawda powinno być czerwone wytrawne, ale nie miewszy takiego na stół wtoczył się riesling, który skomponował się z potrawą wyśmienicie. Nie wiem tylko, czy byliśmy aż tak głodni, czy rzeczywiście wyszło smacznie...

 

Sobota. Od dłuższego czasu chodziła za mną "chińszczyzna". Postanowiłem więc zabawić się nieco i zrobić jakąś pseudazjatycką potrawę w domu. Były składniki, byłem ja i kuchnia gotowa mi pomagać. Przepisy kuchni azjatyckiej nie są bardzo skomplikowane, więc zabrałem się do roboty. Znalazłszy pieczarki, paprykę czerwoną, seler i por pokroiłem je w słupki. Poobnie uczyniłem z filetem z piersi kurczaka. Przesmażyłem na ryżowym oleju mięso z dodatkiem kilku ząbków pokrojonego w drobną kostkę czosnku, następnie wrzuciłem warzywa, posmażyłem jeszcze chwil kilka i dodałem wcześniej przygotowaną zalewę (mieszanina sosu hoisin, sosu sojowego, cukru i soli). Jeszcze tylko dwie, trzy minuty smażenia i... potrawa gotowa. Małżonka znów uparła się na kluski, więc wyjąłem z zakamarków makaron gryczany (TOKYOTO) i zapodałem danie posypane pokrojona cebulka dymką. Dość smacznie, ale na przyszłość chyba trzeba będzie trochę więcej sosu hoisin, może dodać jeszcze przyprawę "Pięć smaków" żeby było bardziej "chińsko". Dla mnie stanowczo za delikatnie, ale żonie smakowało. Albo była tak głodna...  

 

Niedziela. Też makaron. A jakże. Oddałem niedzielne kucharzenie małżonce - od rana w garze powoli dochodził rosół, a że weekend makaronowy, tym razem podany został w wydaniu "śródziemnomorskim". Do przesmażonych na oleju winogronowym papryki, oliwek i czosnku odała pesto z bazylią, jeszcze trochęposmażyła i wymieszawszy z ugotowanym wcześniej szerokim pszennym makaronem zapodała na stół. Smaczne, chociaż trochę tłuste (chyba przez to pesto). Ale najedliśmy się po kokardki... 

A na deser były lody śmietankowe. Latorośl zadowolona, bowiem może sobie poużywać. Dozwolone niemalże bez ograniczeń. Gdyby mógł, jadłby tylko lody :)

 

Fajna domowa, weekendowa kuchnia. Waga zaczyna nie wytrzymywać ciężaru... Ale jakże się tu oprzeć pokusom jedzenia, gdy siedzi się w domu? Zwłaszcza, gdy przez cały dzień ciągnie się za człekiem jedna z piosnek chwalących rozkosze podniebienia. Choć panowie w "teledysku" wydają się być oderwani od rzeczywistości, to tekst piosenki opisuje w dużej mierze włoskie dobra spożywcze :)  

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , kulinaria | Komentarze 9 , zobacz komentarze

out of order

2009-07-19 12:27:58

Mimo, że ostatni mój dyżur (piątek 17 lipca) nie należał do najtragiczniejszych, to chyba zdarzyło mi się złapać jakieś cholerstwo. Musi być wirus, bo objawy pasują. Nieprzyjemne wibracje w żołądku, sraczka, głowaból i rozbicie. Totalne. Z rańca po dyżurze rzęsisty pot na czole, twarz szaro-żółta, sińce pod oczami, wszystkie mięśnie bolesne. Resztką sił dokonałem zakupów na pobliskim ryneczku (bazarku, czy targowisku jak kto woli) i wróciwszy do domu walnąłem się do wyra. Musi być, że spociłem się okrutnie, bo cała pościel (a ja w niej) pływała od potu. Trochę dopomogła temu aura (o której dużo w poprzednich postach - bo duszno i parówa), więc właściwie czemu się dziwić? Ale to chyba nie to. W tak zwanym międzyczasie kilka wizyt w przybytku zwanym toaletą. Nie będę opisywał dokładnie szczegółów z tym związanych... Całe szczęście bez gorączki, choć przecież jako medyk nie pokwapiłem nawet się jej mierzyć :) Wiadomo - szewc bez butów chodzi. Pokręciwszy się trochę po chałupie ległem po raz drugi w wyro. Kolejne kilka godzin w objęciach Morfeusza, pływającego w jeziorze potu. Wieczorem trochę lepiej. Obudziłem się nawet głodny, ale z rozsądku nie pokusiłem się o spożycie posiłku. Jedynie płyny w dowolnej ilości, bo na szczęście żołądek nie odmawiał współpracy w ich przyjęciu. Trza dziadostwo zwalczyć, bo przecież jutro (tzn dziś - 19 lipca) ponownie przygoda w Izbie Przyjęć. Więc powrót do łóżka. Zaspać cholerstwo na amen! To jest metoda! Chyba skuteczna, bo każde zamknięcie oczu sprawia, że obudziwszy się czuję się lepiej. Łącznie przespałem chyba z 15 godzin...

Dziś jest lepiej, ale nie do końca. Co prawda wyglądam już jak człowiek (nie jakieś zombie), ale ogólne samopoczucie niespecjalne. I dyżur. Oby było spokojnie, bo cały tydzień pracy przede mną. I na pewno delikwenci z podobnymi objawami jak nic będą się pojawiali na Izbie Przyjęć. Znając życie w środku nocy...

Cóż! Upadek autorytetu! Nie ma szacunku dla nikogo, zwłaszcza dla lekarza!

A ja się czuję zmęczony i bez sił:

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 10 , zobacz komentarze

parówka

2009-07-16 22:32:16

Znając moje upodobania (patrz urlopowe smaki i kuchnia) możnaby się spodziewać kolejnego postu o tematyce kulinarnej. Parówki rzeczywiście towarzyszą mi niemalże codziennie, są bowiem jednym z podstawowych produktów spożywczych na dyżurze. Łatwo je przetransportować (wszak zapkowane są szczelnie) a i z kwestią przygotowania do spożycia nie jest źle (można je spożyć na zimno, co nie zabiera przecież wiele czasu). Któż nie lubi hot-dogów (zwłaszcza na stacji Statoil?), gdzie parówka (obecnie zastępowana także różnymi kiełbaskami) jest podstawowym składnikiem tego nieskomplikowanego dania. I skomplikowanego zarazem. Ileż bowiem zależy od rodzaju bułki. A jakże ważny jest rodzaj dressingu, gatunek ketchupu czy musztardy zapodanych razem z parówką i bułką... Eh! Niby nic a cieszy! Nawet moja latorośl (wybredna jak nie wiem co jeżeli chodzi o jedzenie) zasmakowała w tak mało, wydawałoby się, wyrafinowanym posiłku.

W czasach kryzysu parówki wzbudzały równie niezdrowe emocje co obecnie radio Maryja i ksiądz dyrektor, majtki Dody (lub ich brak), kolejne operacje nieżyjącego już "króla popu" Jacko, czy mająca pojawić się w sierpniu na koncercie "skandalistka" Madonna. Mistrz polskiej komedii prześmiewczo przedstawił to tak:

 

  

 

Eh, te kulinaria! Odciągnęły mnie od głównego tematu mojego postu. Właściwie będzie on ciągiem poprzedniego. Parówka, a właściwie parówa dziś była. Czlowiek nie ma ochoty na żaden ruch. Zwłaszcza odkleić się od krzesła, odejść od dającego względny chłód klimatyzatora i wyruszyć na obchód do pacjentów leżących w salach z "naturalną klimatyzacją", czesto pogarszającą jeszcze sprawę panującej duchoty. Lub ruszyć do pracowni endoskopowej, gdzie wiatrorób w postaci wentylatora daje ochłodę jedynie skierowawszy strumień powietrza bezpośrednio na siebie samego. Mielenie przezeń powietrza w innych kierunkach zupełnie nie ma sensu. Jest jeszcze Izba Przyjęć, w której o ile się nie mylę dach stanowi metalowa blacha (doskonale słychać jej dźwięk podczas deszczu), która podczas słonecznej pogody może również służyć za płytę grzewczą, a wnętrze Izby Przyjęć zaczyna przypominać warunki panujące w kuchence mikrofalowej (znów te kulinaria). Oczywiście w trakcie stawiania budynku obecnej Izby Przyjęć nikt nie pomyślał o klimatyzacji, więc w dni takie jak ostatnio człowiek czuje się jak parówka w ukropie!

Na dodatek sąsiad spotkany w windzie uśmiecha się radośnie i twierdzi, że lubi takie pogody. Na moje stwierdzenie, że klimę mam tylko w samochodzie (właściwie to ogromna radość przecież, choć w pracy spędzam znacznie więcej czasu niż w samochodzie) uśmiecha się tym razem ze zrozumieniem twierdząc, że ma zatem o wiele więcej szczęścia niż ja (bowiem pracuje w warunkach klimatyzowanych). W sumie jestem jednak zadowolony, bowiem mogłoby być jezscze gorzej. "Parówka" za zamkniętymi szybami. Jak w piosence Tiny Turner :)

 

czytaj resztę »


porno i duszno

2009-07-15 22:42:25

Bynajmniej, wbrew tytułowi, nie mam ochoty perwersyjnie rozwodzić się nad ludzkimi zachowaniami seksualnymi...

Dziś o pogodzie, która niestety intensywnie wpływa na naszą funkcjonalność. Jest parno i duszno. Pot leje się ciurkiem już nie tylko po czole, ale cienką strużką spływa swobodnie po karku i plecach dochodząc czasami do ich dolnej partii, tyłkiem po prostu zwanej (jednak coś o seksualności). Pot zatem leje się po tyłku, a każdy ruch sprawia, że tej mokrej wydzieliny gruczołów potowych przybywa w tempie zastraszającym. Nie wiedzieć czemu im bardziej człowiek jest zmęczony, tym bardziej się poci. Przynajmniej ja tak mam. A że zmęczenie ostatnio narasta w tempie lawinowym, to i lawina kropli spływających kasakadami po ciele jest większa.

O przypominających saunę warunkach panujących w naszym pokoju lekarskim pisał już kiedyś Przenitek. Klimatyzator zakupiony za własne składkowe pieniądze nieznacznie poprawia tylko komfort pracy. Nie za bardzo jest to bowiem możliwe, bo ogrzewanie mamy zapewnione non stop. Gabinet usytuowany jest od strony południowo-wschodniej i na nim kończy się budynek szpitala. Zatem operujące od samego rana słońce nieźle nagrzewa ściany zewnętrzne budynku przenosząc ciepło do jego wnętrza. Na dodatek pod gabinetem znajduje się kotłownia dająca równie dużą (jak nie większą) porcję promieniowania cieplnego. Warunki zatem ekstra, choć wspomniany klimatyzator naprawdę sprawia radość.

Jest jednak w gabinecie lekarskim miejsce, które nazwałbym nawet nie sauną a łaźnią turecką (dosłownie i w przenośni). To łazienka. Fajno, że jest i nie trzeba gnać na drugi koniec oddziału za potrzebą i z rańca po dyżurze można się wykąpać. Ale w połączeniu z wcześniej opisywaną emisją ciepła z każdej strony przebywanie (nawet krótkotrwałe) tamże staje się niezłym wyczynem. No, chyba że ktoś lubi pływać.

Dziś, po kolejnej porcji dyżurowych doznań władowałem się do kabiny prysznicowej chłonąc przyjemność lejącej sie na łeb wody spłukującej z ciała, zebrany w trakcie 24 godzin, lepki pot. Ekstra! Przez chwilę. Ręcznik w ruch - wycieram mokrość z siebie i... wydaje mi się, że ponownie jestem mokry. Że niby ręcznik nie zbiera? A może jestem tak zmęczony, że czegoś tam nie wytarłem dokładnie? Otóż nie! Zebrana w małym pomieszczeniu para wodna powoduje tak dużą wilgotność, że człowieka pot zalewa strumieniami i staje się w krótkiej chwili równie mokry jak przed wyjściem z kabiny prysznicowej...

Fajny poczatek dnia. A zapowiedzi synoptyków mówiły o 32-stopniowym upale...

Cały dzień był lepki i mokry, mokry i parny, parny i duszny. Prawie jak przed tajfunem. Wieczór też jakiś taki nie dający ochłody. Jutro ma być podobnie. I znowu będę miał wrażenie jakbym stał na deszczu, gdy strugi potu zalewają głowę i spływają po mych członkach (a jednak porno!).

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 7 , zobacz komentarze

polskie drogi...

2009-07-12 12:38:25

...to tytuł świetnego polskiego serialu o czasach wojny i okupacji. Nie o przeszłości chciałbym, ale o teraźniejszości. I nie w przenośni, a dosłownie. Nurt narzekania i biadolenia skieruję tym razem nie na ogólnie pojętą "służbę" zdrowia (zwłaszcza tę najbliższą - czytaj szpital), ale na sprawy bardziej przyziemne (dosłownie i w przenosni).

 

Dziś o polskich drogach i... ich remontach. Zostałem nieco zmotywowany do tego przez moją małżonkę, która dopiero co wróciła ze służbowego wyjazdu poza granice naszego kraju. Jazda samochodem musiała być w tym  kraju (jednym z europejskich) przyjemnością, bowiem podobno prędkość 140km/h była podstawową w poruszaniu sie tamże, a wóz mknął po szosie jak po gładkiej tafli. Bez wybojów. Bez zbędnych drgań. Bez niebezpieczeństwa wjechania w dziurę...

Nieco odmienny od wyżej opisanego jest stan dróg naszych. Jeździmy po nich wszyscy, czy to prowadząc samochód, czy w roli pasażera, więc nie muszę opisywać katorgi podróży polskimi drogami. Mnożyć możnaby przykłady najgorszych dróg. I nie myślę tutaj o trasach gdzieś na krańcach Polski, nie myślę o drogach podrzenych, ale tych głównych noszacych miano "krajowe". Jaki kraj, takie drogi chciałoby się powiedzieć. I coś w tym jest, bowiem dopiero co wyremontowane, w krótkim czasie nadają się do ponownego remontu. Jak wszystko w Polsce :)

Na dodatek okres wakacyjny jest ubóstwiany właśnie przez wszelkiego gatunku ekipy remontowe mające rzekomo na celu "poprawę stanu nawierzchni". Zarówno w miastach jak i poza nimi. Niby logiczne. Ludzie wyjeżdżają na wakacje, powinien ruch być mniejszy, więc remontujemy. Miesiąc, dwa, trzy... i dłużej też. Remontujemy w taki sposób, że duża część miasta jest wyłączona z ruchu (np. ciąg most Śląsko-Dąbrowski, Plac Bankowy, Aleja Solidarności zwłaszcza jej skrzyżowanie z Aleją Jana Pawła II). Przejazd przez centrum w godzinach szczytu zawsze był trudny, teraz jest tragiczny. Korkują sie wszystkie ulice dookoła. 5-minutowa kiedyś jazda staje się około półgodzinną wyprawą. Tak jest w stolicy (a remontownych jest jeszcze parę innych miejsc), tak jest zapewne i w innych miastach. Pozostali "niewyjechani urlopowo" nieszczęśnicy męczą się zatem jazdą na stojąco w zakorkowanym mieście, jeżdżąc bocznymi uliczkami, których stan nawierzchni pozostawia wiele do życzenia :)

Wydaje się, że drogi pozamiejskie powinny być zatem w okresie wakacyjnym wolne od remontów. Nic bardziej mylnego. Modernizacja skrzyżowań (patrz masowa produkcja rond), naprawa zniszczonej nawierzchni asfaltowej (lub pseudoasfaltowej), poszerzanie dróg (znaczy się dorobianie poboczy), czy nawet zapoboczowe prace melioracyjne w dużej mierze dezorganizują ruch w kierunkach miejsc masowego urlopowania (Bałtyk, Mazury, góry). Wyrwawszy się zatem z remontowanych "drożnie" miast trafiamy na kolejne remonty, które sprawiają że wakacyjna podróż staje się męczarnią. I choć ta w stronę urlopowiska nie wydaje się aż tak przykra (przed nami wszak okres wypoczynku), to droga powrotna nie nastraja optymistycznie - nie dość, że wracamy do pracy, to jeszcze wjeżdżamy do zakorkowanego przez remonty miasta!

Istne szaleństwo! Kwadratura koła!

 

Jak fajnie jest sobie ponarzekać na coś odmiennego niż stan "służby" zdrowia. Lżej się robi na duchu. I jak fajno, że problem stanu jakościowego polskich dróg nie dotyczy tylko mnie. Gdy sobię pomyślę, że w korkach nie "jadę" sam, to robi się lżej na duszy. Tylko dlaczego tak musi być?

Post walnąłem w tzw. międzyczasie pomiędzy jednym, drugim a trzecim nieszczęśnikiem przywiezionym do tutejszej placówki medycznej. Dla niewtajemniczonych: kolejna wielka medyczna przygoda!

Załączam kawałek, przy którym nieźle się pogina po drodze. Oczywiście jeżeli sa na to warunki :)

Phil Lynnot i Thin Lizzy. Stare, ale jare!

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 10 , zobacz komentarze

upoj(o)ny dyżur

2009-07-06 21:23:15

Sobota. Dla większości dzień wolny od pracy. Dla mnie akurat nie (miałem dyżur w Izbie Przyjęć), ale nie o tym. Zatem dzień wolny od pracy, dodam że parny i gorący. Najfajniej byłoby siedzieć gdzieś nad wodą (na wodzie lub w wodzie) i popijać zimne piwko (przecież wszystko jest dla ludzi). Zatem dzień wolny od pracy, parno, gorąco i pić się chce. Jak cholera. Niektórym bardziej niż innym. Do tego niekoniecznie wody (gazowanej lub nie), soków lub oranżady, niekoniecznie kawy czy herbaty (zwłaszcza mrożone są ekstra w taki upał, choć to te gorące naprawdę gaszą pragnienie), niekoniecznie nawet wcześniej wspomnianego piwka! Niektórym w taki dzień chce się pić tzw. alkohole wysokoprocentowe. W dodatku w ilościach powalających niejednego na łopatki i w warunkach urągających czemukolwiek. Bowiem pite na świeżym powietrzu w pełnym słońcu napoje wysokoprocentowe działają naprawdę zniewalająco. Dosłownie i w przenośni.

Sobota. Przyjazd zespołu Pogotowia Ratunkowego. Godzina 10.00, może 11.00. Rozpoznanie: "upojenie patologiczne"! Ciekawe skąd to wiedzą?! Bo według definicji to bardzo rzadko pojawiający się stan krótkotrwałych zaburzonych zachowań i świadomości z gwałtownymi nieukierunkowanymi działaniami i niezrozumiałą agresją, pokryty niepamięcią (może wystapić po dowolnej ilości wypitego alkoholu). To, że delikwent będzie miał niepamięć to pewnik, bo leży jak kłoda, ledwie reaguje na ból, a woń roztaczająca się wokół mogłaby posłużyć reklamie jakiejś gorzelni. Zatem może prędzej zatrucie alkoholem? Ale nie. Na skierowaniu stoi jak wół: "upojenie patologiczne". To i tak lepiej niż wcześniej stawiane w takich przypadkach rozpoznanie: "stan po zasłabnięciu". Trudno. Zbadać trzeba... Poza tym, że jest "uchlany w tak zwanego trupa", to nic mu nie jest. Stężenie alkoholu - 3,46 promila. Nieźle, ale rekord to nie jest. Postępowanie rutynowe - niskie nosze (żeby sobie łba nie rozbił), płyny w żyłę (głównie glukoza) i czekamy, aż nadmiar płynów znajdzie ujście drogą naturalną (tzw. wody płodowe odpłyną). Wtedy to takowy delikwent najczęściej budzi się i odchodzi w kierunku nieokreślonym... Czasem hasło "Kolska" (przy tej ulicy znajduje sie stołeczna Izba Wytrzeźwień) działa na takowego jak płachta na byka i jeszcze szybciej odzyskuje "świadomość" (jeżeli wogóle takową kiedykolwiek posiadał). Nie zatrzymujemy siłą...

Sobota. Trochę później - około 13.00 (dawniej o tej porze rozpoczynała się sprzedaż alkoholi, dziś - wolna amerykanka, sklepy całodobowe, stacje benzynowe - chlać można przez całą dobę). Kolejny przywieziony "chory". Rozpoznanie na skierowaniu - "upojenie patologiczne"!! Czyżby rodzina tamtego? Kolejny rzadki przypadek w naszej Izbie Przyjęć! Co za ciekawy dzień! Badania - 5,58 promila. Też nie rekord, ale całkiem nieźle. Postępowanie podobne. Po kilku godzinach pojawiła się zaniepokojona rodzinka (w tak zwanym miedzyczasie miał już w pokoju VIP-owskim towarzysza niedoli). "Czy ktoś go zatruł?" Odpowiadam: "Nie widzę śladów krępowania na rękach, czy nogach, twarz nie poharatana, i wogóle nie stwierdzam śladów przemocy fizycznej, więc zakładam że nikt siłą nie zmuszał do picia alkoholu... Zatem zatrucie tak, ale na własne życzenie..." Zabrali "upojonego" do domu. Nawet nie czekali na papiery...

Sobota. Godzina 14.00. Kolejne "upojenie patologiczne" przywiezione przez zespół pogotowia. Cholera. Same ciekawe przypadki. Rzadkie to przecież rozpoznanie, a w dniu dzisiejszym już trzeci taki przypadek w naszym szpitalu! Tym razem zapowiadają się schody. Łeb rozwalony. Jedno oko wygląda jak dorodna fioletowa śliwa - szpara powiekowa niemożliwa do rozwarcia. Nos rusza się we wszystkie strony. Zatem trzeba CT. Głowa z twarzoczaszką. Co ciekawe - delikwent gada. Nie, że sam z siebie. Trzeba trochę cierpliwości i tzw. bodźców drażniących, ale przemawia. Podaje nawet swoje personalia, datę urodzenia i miejsce zamieszkania (dokumentów przecież nie ma, bo zapewne gdzieś zginęły). I tu (poza oczywiście upojeniem z rozpoznania) zaczyna się kolejna patologia... Bowiem niezbyt przekonany co do wybełkotanych danych osobistych "pacjenta" pozwoliłem sobie zadzwonić na Policję. Wiem, że często to właśnie Policja jest "pierwszym kontaktem" dla podobnych osobników. Zatem zadzwoniłem na Policję chcąc uściślić cudem zdobyte przeze mnie od "chorego" dane. I co? Nie można od ręki ustalić tego typu wiadomości... Trzeba uruchomić zespół wyjazdowy... Bo trzeba protokół i takie tam inne... Po godzinie przyjechało dwóch funkcjonariuszy (bez pasków na pagonach, więc najmłodsi). Nawet nie byli zdziwieni problemem. Na moje hasło, że trochę szkoda tracić kasę podatników (także moją przecie!) na takie duperele wysyłajac dwójkę ludzi do sprawdzenia danych nawet nie byli zdziwieni. Chyba to nie jest najgłupsze zadanie z jakim mieli do czynienia w trakcie służby! W każdym razie ustalenie danych polegało na głośnej rozmowie przez krótkofalówkę z kimś kto sprawdzał w komputerze, tak pieczołowicie wyłowione przeze mnie z głębin alkoholowych oparów, dane. Wydaje mi się, że z tym kimś od komputera z danymi można się porozumieć tylko przez krótkofalówkę! Ależ niesamowita organizacja pracy! Podziwiam Policję! Koniec końców dane osobniczo-adresowe zostały potwierdzone (co upewniło mnie o braku powikłań mózgowych po urazie i o całkiem niezłej "głowie" delikwenta!), w CT poza nosem z wieloodłamowym złamaniem nic złego nie było, laryngolog za bardzo "przypadkiem" sie nie przejął, a sam rzeczony po odejściu "wód płodowych" odszedł w siną dal... Aha, "upojenie" wynosiło 5,21 promila...

Sobota. Już nie pamiętam która godzina, ale później. Tym razem poważna sprawa! Podtopienie. Ale z zabarwieniem upojenia alkoholowego w tle (tym razem bez epitetu "patologiczne"). Dzień bowiem gorący i parny, pić się chce jak cholera, więc ludziska piją co im kto da (zwłaszcza kolega przecież), a że starczyło tylko na wysokoprocentowe trunki, wiec się piło takowe. Wypiwszy do woli delikwent chciał nieco ochłodzić się w jednym ze stołecznych wodotrysków. Nie była to tak znana fontanna jak rzymska "di Trevi", ale wystarczyło by straciwszy nieco równowagę dać nura w odmęty rozpoztartej wokół fontanny "sadzawki" i próbować oddychać przez wodę. Niestety nie do końca się to udało (choć może jaźń mówiła, że jest się jakąś rybą na przykład). I szczęście, że koledzy od kieliszka wykazali się dobrym, jak na warunki spozycia, refleksem. Powiem tylko, że niedoszły "topielec" miał jedynie 2,46 promila... Niestety jako jedyny został przyjęty do szpitala. I to do OIOM!

Sobota. Nie, już niedziela. A może poniedziałek?

Chyba nie ma znaczenia, jaki jest dzień. Świątek, piątek, czy niedziela - karuzela upojenia alkoholowego (niestety nie patologicznego, jakby chcieli koledzy z pogotowia) kręci się na całego. A płacimy za to my wszyscy! Przywożąc do szpitala, przyjmując do oddziałów, wykonując kosztowne badania... Naprawdę bogaty (ale i paradoksalnie chory) kraj ta nasza Polska...

 

Przestanę chyba zamieszczać posty, bo ogarnia mnie fala ogólnego pesymizmu i depresji. Załączam zatem poniżej, związany (poniekąd) z tematem dzisiejszego wpisu kawałek :)

 

 

Ktoś kiedyś nazwał dyżur wielką medyczną przygodą. Jeżeli okres wakacyjny ma obfitować w doznania przedstawione powyżej, wolę jednak urobić się po pachy i mimo wszystko mieć choć odrobinę satysfakcji ze swojej pracy. Tak jak na dyżurze przed kilkoma miesiącami... 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 8 , zobacz komentarze

podyżurowo, depresyjnie, refleksyjnie

2009-07-01 23:25:25

Skończył się mój krótki dyżurowy maratonik. Co prawda następny dyżur już niedaleko, ale przynajmniej 3 dni wypoczynku (czytaj pracy bez dyżuru) miną nim ponownie trzeba będzie spędzić całą dobę w murach szpitala. Nie mam już niestety tyle sił co kiedyś, ale mimo to jestem zaskoczony swoją kondycją. Bardziej fizyczną niż psychiczną, bo ta druga zaczyna szwankować. I to nie tylko ze względu na kolejne "medyczne przygody", do których z biegiem lat się przyzwyczaiłem...

Niestety okoliczności, nazwę je "pracowe", nie napawają optymizmem. Funkcjonowanie w miejscu niewiele chłodniejszym od kaflowego pieca (przenitkowa sauna) przy obecnie panujacych warunkach pogodowych staje się szkołą przetrwania w warunkach ekstremalnych. Poza tym tzw. czynnik ludzki, od którego przecież wiele zależy zaczyna powoli ulegać rozkładowi. I nie chodzi bynajmniej o związek z temperaturą otoczenia. Przytoczę chociażby koleżeńskie blogi Kaeri i Przenitka obfitujące wręcz w depresyjne posty na temat atmosfery. Tej w pracy, nie na zewnątrz. To tylko jakby wierzchołek góry lodowej. Są młodzi, a już zniechęceni. Co mają powiedzieć stare pryki jak ja? Także odczuwam narastające zniechęcenie do wszystkiego co związane z obecnym miejscem zatrudnienia. Nie z pracą jako taką - kocham medycynę, kocham szpital i, co może wydać się dla niektórych dziwne, lubię także dyżurować. Taki sobie zawód wybrałem i choć tropikalne wręcz warunki panujące w pokoju lekarskim (i nie tylko) nie sprzyjają wydajnej pracy, to bardziej boli jednak narastająca wśród współtowarzyszy niedoli apatia, wzajemna agresja, a w niektórych przypadkach (nie boję się użyć tego słowa) samolubstwo. Ja wiem, że człowiek jest tak skonstruowany, by robić sobie dobrze, ale niestety jeżeli ma cokolwiek funkcjonować prawidłowo, to wpierw stosunki międzyludzkie powinny być przynajmniej poprawne. A tak nie jest. I nie będzie. Podejście do całej sprawy tych mniej obciążonych pracą wydaje mi się być skandaliczne. Nie widzą, lub nie chcą widzieć narastającego międzyludzkiego napięcia dokręcając jeszcze śrubę różnego rodzaju "dziwnymi pomysłami". Nie można non stop kogoś walić po głowie! Od czasu do czasu trzeba pogłaskać. Bez chociażby słownego wsparcia czy ustnej pochwały, ten naładowany płynną nitrogliceryną wóz, daleko nie zajedzie. Rozwali sie na najbliższym wystającym z drogi kamieniu. Mam wrażenie, że siedzimy na tykającej bombie, która w najmniej oczekiwanym momencie rozpirzy wszystko, co do tej pory wspólnie zbudowaliśmy. A szkoda byłoby...  

Ponarzekałem sobie, teraz wrócę do medycznego maratonu. Problematyczny był dzień po trzecim z rzędu dyżurze, gdy tak naprawdę nie chciało mi się nic. Zmęczenie wlazło we wszystkie członki, a i stan umysłu tego dnia nie należał do najlepszych. Musiałem po pracy odespać choć jedną godzinkę i chwała mojej latorośli, że mi to umożliwiła. Wczorajszy dyżur był nieco lżejszy, więc i mój stan jest o niebo lepszy od przedwczorajszej podyżurowej formy. Może zaczynam sie do takich komasacji przyzwyczajać, przecież kiedyś 12-15 dyżurów w miesiącu było niemalże normą. Pomiędzy tysiace spraw do załatwienia, spotkania ze znajomymi, imprezki, z których bezpośrednio szło się na dyżur. Jakoś człowiek to wytrzymywał. A może był do tego przyzwyczajony, bo innego życia nie znał? Nie mnie rozsądzać, aczkolwiek naprawdę dziś czuję się stokroć lepiej niż przed dwoma dniami. Oczywiście, żeby za słodko nie było przemożna chęć wcześniejszego wyjścia z roboty nie ziściła się. Zbyt dużo obowiązków i problemów do załatwienia, więc jak zwykle po dyżurze opuściłem mury szpitala przed piętnastą. Ja chyba nie do końca jestem normalny! Pocieszam się tylko myślą, że inni też nie do końca zachowują się racjonalnie - podobnie do mnie nie udaje im sie podyżurowo wyjść wcześniej. Jesteśmy wśród medyków, więc może to jakaś ciężka nieuleczalna choroba... 

Ażeby nie było tak smutno, na sam koniec jakaś muza. Na powitanie kolejnego radosnego dnia :)

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 5 , zobacz komentarze

PRL

2009-06-27 23:53:31

Trudno polemizować z faktami zawartymi w ostatnim poście Przenitka.

Mogę jedynie dodać, że uroczyście otwarta przez panią prezydent Warszawy Pracownia Radiologiczna pracuje oczywiście na pół gwizdka. Poza tomografem komputerowym (64-rzędowym a jakże!) nie ma nic. Władze szpitalne twierdzą, że będzie. Ale kiedy? Nie wiadomo. Poza tym są podobno lekkie problemy z możliwością wjazdu łóżkami do niektórych pomieszczeń, oczywiście nie chodzi o pokój lekarza dyżurnego, czy rejestrację:)

Jest dokładnie tak samo jak w przypadku szumnie otwieranego Centrum Laryngologiczno-Okulistycznego. W Polskę poszła wieść o supernowoczesnym miejscu całodobowego ambulatorium tychże specjalności i co? Następnego dnia waliły tłumy pacjentów, ktorzy niestety odchodzili z kwitkiem, bowiem po uroczystym otwarciu (ta sama władza prezydencka to czyniła) Centrum zostało zamknięte na trzy spusty na kilka chyba miesięcy. Sprzęt był a jakże, ale nie było komu na nim pracować. A w tej chwili funkcjonuje to jako poradnia (i to niekoniecznie całodobowa).

Mógłbym tutaj mnożyć przykłady postępowania Lorda. Ważne jest, by był szum medialny (i to ten dobry), cała reszta się nie liczy. Premię, czy nagrodę zgarnie ten, który nie powinien. Jak zawsze.

Ale nie chciałem na smutno. Takie zachowania najlepiej zwalczyć śmiechem. Stąd zamieszczę kilka scenek z kultowego filmu polskiego w reżyserii Stanisława Barei. Choć zupełnie niezwiązane z tematem medycznym, to pokazują funkcjonowanie systemu, do którego niektórzy chcieliby chyba wrócić ...

Zwłaszcza, że obstawiają się (może dobierają sobie lepiej by brzmiało) ostatnio osobnikami, którzy zaprzedają się narzuconej im wizji (patrz niezłą kasę z tego mają).

 

 

 

 

Pomimo jednak ewidentnych absurdów i kom(un)izmu wszystko kręci się jakoś dalej. W jaki sposób?

To chyba zasługa dobrego poczucia humoru Polaków. I tego, co wielu z nas przyświeca pomimo napotykanych trudności - zgodnie z tekstem Młynarskiego po prostu uczciwie robimy co do nas należy!

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 8 , zobacz komentarze

prawie 7 czerwca

2009-06-06 23:44:42

Już prawie miałem wyjechać, nieprawdaż? Niestety "prawie" robi różnicę. 

Trochę mi sie pokomplikowało, ale jestem już w 99% spakowany i gotowy do wyjazdu. Jutro z samego rana, tj. siódmego czerwca ruszam w drogę i naprawdę chyba tylko trzęsienie ziemi może mnie zatrzymać (a i to niekoniecznie). Będę jutro nad morzem i już, mimo że prognozy nie są najciekawsze.

I może nad morzem będą takie obrazki.

 

 

Prawie jak w Polsce. Niestety "prawie" robi różnicę...

Jedyny pozytyw jaki widzę w całej tej sprawie, to że może jutro zagłosuję...

czytaj resztę »

Dodane w urlop , muzyka | Komentarze 1 , zobacz komentarze

5 lub 6 czerwca

2009-06-06 00:23:01

Piszę kole północy, więc nie wiem z jaką datą post pojawi się na blogu. Głównie będzie tyczył piątego czerwca, bo z szóstego trudno coś wybrać tak krótki na razie jest. Mam nadzieję, że będzie lepszy od poprzedniego, chociażby z racji wyjazdu z Warszawy. Urlop się zaczął, trzeba zatem korzystać i odwiedzić polskie morze. Może się uda :)

Zatem 5 czerwca. Zawsze ostatnie dni przed urlopem sa bardziej "pracujące" niż inne. Zwłaszcza w naszym fachu. Staramy sie wtedy nadrobić wszystkie zaległości (głównie papierowe), dopiąć sprawy pozostawianych pacjentów na ostatni guzik, by koledzy nie musieli tego robić, trzeba strzelić jakieś krótkie epikryzki itd. Roboty jest zatem co niemiara. Mnie (z racji bezkolejkowej egzystencji) udało się tym razem wypisać wszystkich chorych do domu. Ale niestety nie wszystkie sprawy dało sie załatwić do samego końca, choć tak naprawdę trzeba ich tylko dopilnować (z góry dziękuję Przenitkowi). 

Sam dzień był z lekka męczący. Tak jest niestety po dyżurze, gdy trzeba nadal kwitnąć w Izbie Przyjęć i z uśmiechem załatwiać wszystkich petentów. O innych obowiązkach już nie mówię, bo zdaje się że powtarzam się jak jakiś paranoik. A było co robić, zwłaszcza że dnia poprzedniego w trakcie dyżuru nająłem do szpitala parę osób wymagających założenia "rury" do żołądka. I postanowiłem załatwić wszystkie gastroskopie, które się da, bo przez następne dwa tygodnie może być różnie z ich dostępnością. Sam sobie zgotowałem ten los! Chciałeś - masz i rób!

O chęci pomocy ze strony niektórych nie będę pisał. Ci którzy pomogli to wiedzą, Ci którzy nie pomogli pewno też zdają sobie z tego sprawę. Pierwszym dziękuję, do drugich mam trochę żalu, który jednakowoż minął już z racji nadchodzącej laby. 

Ostatnia naprawdę nieprzyjemna rzecz która zdarzyła się tuż przed wyjściem to informacja o śmierci jednego z moich pacjentów. Dlaczego ludzie naprawdę mili, uprzejmi, weseli i pełni życia schodzą z tego "łez padołu" szybciej niż zrzędliwi, aroganccy i nieuprzejmi hipochondrycy? Nie wiem. Nie mam pojęcia jaki jest w tym zamysł Boga, Istoty Wyższej, Przeznaczenia, czy innej Siły Sprawczej. I pewnie nikt mi na to pytanie nie udzieli odpowiedzi. Smutne, dołujące i silniej dźgające styranego po dyżurze człowieka.

Ale żeby smutkom było dość to na koniec obrazek dla tych, co zostają i będą musieli harować. Oby tacy pacjenci się Wam nie zdarzyli :)

pacjenci.JPG

 

Ponieważ nie mam tak zwanego "laptoka", więc kontakt z blogiem może mi się urwać. Ale jak znajdę jakąś internetową kafejkę, to kto wie, czy nie walnę urlopowego posta. Oczywiscie nie odmówię sobie komentarzy pod innymi. Słonecznie się z Wami na razie żegnam nucąc sobie pod nosem...

 

 

czytaj resztę »

Dodane w urlop , muzyka | Komentarze 1 , zobacz komentarze

deprecha

2009-05-19 22:34:03

Żartowaliśmy ostatnio w pokoju lekarskim na temat choroby afektywnej dwubiegunowej (a propos zachowań jednej z koleżanek), ale jak tak na siebie popatrzę, to blisko mi do jednego z biegunów tejże psychiatrycznej przypadłości (kierunek depresja). Staram się nie dramatyzować (jak niektórzy w naszym gronie) i wszędzie widzieć stronę dobrą, ale nie zawsze się to udaje. Lub inaczej - istnieją granice wytrzymałości (w tym przypadku psychicznej), a potem jest równia pochyła...

Bowiem bardzo cienka jest granica między "normalnością" a jej brakiem. Tak jak między zdrowiem a chorobą. Według do niedawna obowiązującej definicji WHO zdrowie to "stan pełnego, dobrego samopoczucia fizycznego, psychicznego i społecznego, a nie tylko brak choroby". Zatem ze świecą szukać tych zdrowych. Zmodyfikowanie w ostatnich latach definicji o "sprawność do prowadzenia produktywnego życia społecznego i ekonomicznego" niemalże uznaje starość za chorobę. A myślałem, że to fizjologia. A co z ciążą? Według WHO wydaje się też być chorobą! Zatem żyjemy w świecie chorych ludzi. Jak tu nie mieć depresji?

Klasyczna skala depresji Becka (opracowana w 1961 roku) obejmuje 21 pytań. Punktacja każdego od 0 do 3. Biorąc pod uwagę tę najbardziej podstawowe i przyznając tylko po 1 punkcie za odpowiedź (obniżenie nastroju, poczucie niewydolności, utrata satysfakcji, drażliwość, brak decyzji, trudności w pracy, zaburzenia snu, zmęczenie, niski poziom energi, dolegliwości somatyczne, zniekształcony obraz własnego ciała, brak akceptacji siebie, utrata łaknienia) da nam wynik prekraczający 10 punktów, czyli rozpoznanie łagodnej depresji. W jednym z programów wyświetliło się okienko z napisem "porozmawiaj z przyjacielem, bądź udaj się po radę do psychologa"... 

Chory, zdepresjonowany świat!

Na dodatek wirus świńskiej grypy, HIV, WZW, VZV, EBV, CMV, HSV, HPV, Coxsackie, rota-, adeno-, polio-, rino-, Ebola, denga, B19V, HTLV-BLV!!!!!!!!!!

Na dobranoc kolejna kołysanka:

 

 

 

czytaj resztę »


zastępstwo 2

2009-05-14 21:55:53

Jestem tak zmęczony po 30 godzinach spędzonych w Izbie Przyjęć, że zaraz legnę w wyrku.

Prawie zapomniałem o 65 urodzinach mojej Rodzicielki!

Zatem szybko kończę ten krótki post.

Na dobranoc muza:

 

 

czytaj resztę »


zastępstwo

2009-05-13 19:53:39

Po przeczytaniu moich wiosennych i kulinarnych doznań, Mumina namawia mnie do opisu przyjemności jeszcze bardziej intymnych. Chyba nie jestem jeszcze na to gotowy :)

Brat Wacław - kierownik Izby Przyjęć ma kilka dni wolnego, więc zostałem oddelegowany w jego miejsce. Frontowa służba na wysuniętej placówce jest wprost przesiąknięta adrenaliną. Ale najczęściej niezwiązaną z ciężkością stanu pacjentów - toć przecież z tym żyjemy na codzień, lecz z indolencją osób je kierujących oraz przywożących tychże pacjentów do szpitala.

Złość ogarnia mnie, gdy chorzy z nadciśnieniem tętniczym po podaniu Captoprilu "podrzucani" są do Izby Przyjęć. W jakim celu? Żebym wybadał najczęściej prawidłowe już wartości ciśnienia? Wsciekłość, gdy osoba z ostrym zespołem wieńcowym trafia do naszej placówki (tzn. do szpitala, który nie dysponuje możliwością wykonania koronarografii), a ja tracę cenne minuty wisząc na telefonie uzgadniając przyjazd zespołu R i ustalając miejsce w ośrodkach dysponujacych pracownią hemodynamiki. Nieprzytomna, zaintubowana, ze zniesionymi odruchami pacjentka po połknięciu 150 tabletek leków uspakajających przywożona do najbliższego szpitala (czyli do nas, a nie do Oddziału Toksykologii). Przewlekle dializowani notorycznie upychani do tutejszej Izby Przyjęć (a nie zawożeni do swoich macierzystych ośrodków dializ). Albo pełnienie roli "Izby Wytrzeźwień" dla zwożonych okolicznych pijaczków "po zasłabnięciu"? Bądź Przychodni Rejonowej, w której wykona się badania dodatkowe, prześwietlenia i elektrokardiogram, bo lekarz pierwszego kontaktu nie chce dac skierowań, bądź sam wysyła do Izby Przyjęć mówiąc, że tam wszystko zostanie zrobione! A jak już nie wiadomo co choremu jest, to na skierowaniu wpisuje się "bóle w klatce piersiowej"!

Nie mam pretensji do chorych, którzy często nie wiedzą, po co zostali zabrani z domu, a zapytani o powód wezwania pogotowia podają zupełnie inną przyczynę od tej napisej na skierowaniach. Nie mam pretensji do osób, które same zgłaszają się do Izby Przyjęć, bo nie wiedzą co im dolega.

Ale od swoich "kolegów po fachu" wymagam pewnej uczciwości w pełnieniu swoich obowiązków i nie traktowanie Izby Przyjęć jako worka, do którego można wrzucić wszystko co się komu podoba. W ten sposób stan Służby Zdrowia (nie znoszę tego określenia!) nigdy nie ulegnie poprawie. Może stanę się nagle nielubiany i potępiany przez "środowisko medyczne", ale wyrzucane są w błoto setki tysięcy złotych przez brak prawidłowej koordynacji w ich zarządzaniu oraz przez ignorancję i niechciejstwo wielu pracowników tejże Służby Zdrowia. Adrenalina wyzwalana w ten sposób nie działa niestety budująco. A funkcjonowanie nas w tym wszystkim przypomina mi trochę dom wariatów i jeden sympatyczny teledysk:

 

 

Aha. Na sam koniec coś przyjemnego. Dziękuję serdecznie Pani Administrator tej stronki za starania, które doprowadziły do przywrócenia wszystkich komentarzy pod postami na blogu. Fajna musi być Babka! Pozdrowionka!

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 6 , zobacz komentarze

i got life

2009-04-25 21:41:20

Czasem żałuję, że posiadam potomstwo. Tak jak dziś z samego rana. Dzień o dziwo wolny od pracy, więc z założenia można trochę dłużej pospać. Można, gdy nie posiada się dzieci. Bowiem mój urwis obudził się dziś o szóstej rano! I nie dał się dalej uśpić! Rześki i radosny potrzebował towarzysza do zabawy. I ani myślał odpuścić. Trzeba się było zatem zwlec z łóżka i rozpocząć dzień o nieprzyzwoitej jak na wolne porze. 

Przeważnie nie żałuję, że mam potomstwo. Okazało się, że nie do końca jest tak różowo jak myślałem. Chęć zabawy to jedno, a ból mięśni, kości i gardła z towarzyszacym katarem i gorączką do 38 stopni to drugie. Mimo tych dolegliwości dość szybko przekonałem się, że forma fizyczna mojego syna jest zadziwiająca. Większość z objawów bólowych ustąpiła w ciągu dnia, pozostał katar z bólem gardła, co nie przeszkadzało mu przeciągnąć ojca przez większość gier i zabawek. Ojca, którego po ostatnim dyzurze chyba też bierze jakieś dziadostwo. Tak, czy siak dzień okazał się rewelacyjny, było wesoło, rodzinnie i pogodno, mimo że z wyjścia na spacer i grę w piłkę nici. To jest zadziwiające - jak zapowiada się ładna pogoda, to któreś z nas choruje. Mam nadzieję, że jutro będziemy w lepszej kondycji.

Mimo objawów rozpoczynającej sie infekcji oraz braku wyspania (a może właśnie dlatego) od rana wlazł mi do łba kawałek, który stanowi swoistą pochwałę życia:

 

 

czytaj resztę »


gil

2009-04-10 23:52:55

W pracy jak na razie ekstra. Poszalałem dziś na Izbie Przyjęć. I muszę przyznać, że zdobyta wiedza nawet okazała sie być użyteczna. Nie żebym stawiał z marszu niewiadomo jakie rozpoznania, ale... Tu drobnostka, którą pewno przepuściłbym kiedyś, tam drobnostka którą się wyhaczyło... Ciekawe na jak długo starczy tej wiedzy i zapału. Mówią, że bardzo szybko wietrzeje z głowy...

Jak można się było domyślić mój organizm odzwyczaił się od zjadliwych szczepów oddziałowych. Ledwie dwa dni w pracy, a już gil zaczyna mnie atakować. Gil, kichanie i drapanie w gardle. I jakieś takie ogólne rozbicie i chyba gorączka...

I fajno! Jak zwykle w Święta będę chorował. Już nie przypominam sobie jak wygladają bez choróbska. W minione Boże Narodzenie głosik miałem jakbym conajmniej cztery dni balował śpiewając pełnym głosem patriotyczne pieśni żołnierskie. W zeszłą Wielkanoc też nie było lepiej. Może mam to gdzieś zapisane w genach? A przecież cała rodzinka zjeżdża sie do nas. Extra! Ale co robić - u nas właściwie jest jedyne miejsce, gdzie możemy się wszyscy spotkać.

Zatem z gilem do pasa, nosem czerwonym i gardłem bolesnym idę szykować jadła wszelakie, jaja ze smakiem, zająców pasztety i inne takie tam bzdety.

I powtórzę za znajomą życzenia dla Wszystkich blogowiczów:

Lukrowania, malowania, oblewania, mazurzenia i chrzanienia!

 

czytaj resztę »


praca

2009-04-09 21:00:58

Jak miło znowu pójść do pracy.

Jak miło jest robić coś innego niż ślęczeć nad książkami.

Tak przynajmniej wygląda to na chwilę obecną. Co prawda koledzy postarali się (za co serdecznie im dziękuję), bym od razu nie musiał żałować że jestem znów w kieracie, ale myślę że i zwykła harówka byłaby dziś miłą odmianą dla ostatnich trzech miesięcy. Na razie mam "power" i oby tak zostało jak najdłużej. Mimo wszystkich upierdliwości naszego zawodu lubię swoją pracę i brakowało mi kontaktu z pacjentem. Brakowało mi także gastroskopii. Bałem się, że nie będę wiedział co zrobić z "rurą", ale poszło gładko. To jest chyba tak jak z jazdą na rowerze i pływaniem - raz posiądnięta umiejętność pozostaje na całe życie. A kolega S. niemalże skakał z radości na mój widok - przez cały czas mojej nieobecności w szpitalu sam zasuwał. Chyba do końca roku będę musiał wykonać wszystkie gastroskopie... Ale (choć niektórych może to dziwić) lubię to i za bardzo się nie przejmuję. 

Jak miło dziś spokojnie napisać post i nie myśleć, że czas spędzony na blogu wywoła wyrzuty sumienia, że się nie uczyłem. 

Jak miło...

 

Miło mi również móc złożyć w ten sposób życzonka Przenitkowi, który okrągło dziś jubileuszuje!

Specjalnie dla Niego:

 

czytaj resztę »


the day after

2009-04-08 20:58:14

Miło obudzić się i nie myśleć o nauce. To chyba jest najbardziej przyjemne w całej tej sytuacji.

I chce się zaśpiewać razem z Queen dla wszystkich, którzy trzymali za mnie kciuki:

 

 

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , muzyka | Komentarze 6 , zobacz komentarze

zero

2009-04-07 21:58:31

Są dni takie, w które otwarcie oczu jest aktem odwagi.

Taki nastrój miałem właśnie z samego rana. Włos jeżył mi się na karku od samego myślenia o egzaminie, do którego miałem przystąpić. Ręka drżała podczas golenia, maszynka wyślizgiwała sie z już spoconej ręki, a o koordynacji ruchowej lepiej nie mówić - jak się okazało to pozacinałem się nieco, co widać było na kołnierzyku egzaminacyjnej koszuli, w który wsiąkły resztki krwi zmieszanej z lepkim potem...

Taaaaaak. Fajno! A mus przecie się zebrać do kupy i jakoś niestety stanąć do próby. Ale najpierw trzeba w całości dojechać do miejsca kaźni. A z koordynacją tak jak przy goleniu. Wzrok rozbiegany, myśli niepoukładane. Jak do cholery przeszli przez to inni? W sumie dorosły facet a boi się jak dziecko.

Dojechałem. Szczęśliwie nikogo nie przejechałem i nie miałem żadnej stłuczki. Nawet udało mi sie porządnie zaparkować (tzn. między wyznaczonymi do tego miejsca liniami). Teraz do oddziału. Czwarte piętro. Winda? Nie. Po schodach. Byle dłużej...

Przydział pacjentów. Cholera obydwie kobitki z problemem. Żadna z czystą interną. Aaaaaaaaaa! Fajnie, że asystenci w porządku. Pomagają jak się da. Wszyscy uśmiechnięci, mili i grzeczni, odpowiadają na pytania, zwracają uwagę na istotne rzeczy. Tylko żebym w notatniku nie nabazgrał jak kura pazurem i coś z tego mógł później przeczytać (znów ta koordynacja!). Wchodzę dopiero o 11.00. Cztery osoby przede mną. Dłuży się jak nie wiem co. Dookoła ludzie wydają się być obryci na potęgę. Rzucają do siebie hasłami o których nie mam zielonego pojęcia. Co ja tutaj robię?!

Pierwsza osoba wychodzi z piątką. Dziewczyna gada jak nakręcona. Pewno zarzuciła komisje trajkotem. Jakie miała pytania? Cholera, na połowę bym prawie nic nie powiedział. Fajno, że zdała ale dlaczego tak dobrze! Źle dla następnych w kolejce...

Druga dziewczyna - druga piątka. Pytania? Hmmm, tak oczywiście że łatwe... Coraz bardziej się zastanawiam po co tutaj przyszedłem?

Chłopak chyba dostał czwórkę, ale nie wiem do końca bo wzywają mnie do sali egzaminacyjnej. Nagle zrobiło mi się sucho w ustach i wogóle sucho jakoś tak, gorąco i duszno... Podchodzę do komisji, żeby wylosować kopertę z pytaniami. Ta z samego środka, a niech tam - co ma być to będzie. Siadam przy wyznaczonym stoliku, żeby przygotować się do opdpowiedzi. Za moimi plecami kolejna pretendentka do bycia specjalista zaczyna mówić, ale przestaję słyszeć. Otwieram kopertę i czytam pytania...

I nagle ulga. Wiem już, że zdam ten egzamin. Wszystkie pytania mi pasują! Na wszystkie jestem w stanie odpowiedzieć trochę więcej niż coś! Z przedstawieniem pacjentów nie powinienem mieć kłopotu - najbardziej bałem się wylosowanego zestawu pytań. Mózg od razu zaczyna inaczej pracować, w notatniku zapisuję schemat odpowiedzi... Będzie dobrze. Za moimi plecami dziewczyna odpowiada tak sobie (albo tylko mi się tak wydaje). Zdała, ale nie wiem z jaką oceną, bo musiałem na moment decyzji komisji egzaminacyjnej wyjść z sali.

Teraz moja kolej. Prawie całkowicie już spokojny pewnym głosem zaczynam predstawiać pacjentki. Główny egzaminator (bardzo sympatyczna osoba) od czasu do czasu przerywa starając się uściślić moje wypowiedzi. Rezonans magnetyczny opisuję całkiem nieźle. Druga pacjentka - wydaje mi się, że też dobrze. Czas na odpowiedzi na wylosowane pytanka. Idzie całkiem gładko. Widzę to w oczach wszystkich egzaminatorów. Każdy wtrącił jakieś swoje trzy grosze, ale generalnie obeszło się chyba bez grubszych wpadek z mojej strony...

Znowu muszę wyjść. Czas na decyzję komisji. Ale za drzwiami czekam już całkiem wyluzowany. Zdałem na 100%. A ocena nie jest ważna. Mam to już za sobą. Ulga niesamowita!

Ponownie zapraszają mnie do środka. Gratulujemy, zdał pan. Teraz już jestem zupełnie spokojny :)

 

Strasznie długi post mi wyszedł, ale chyba musiałem po części odreagować w ten sposób. Emocje, których tak naprawdę (pomimo dobrego końcowego efektu) nie chciałbym przeżywać kolejny raz.

Teraz się napiję!

Ale najpierw zaśpiewam sobie:

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , egzamin | Komentarze 10 , zobacz komentarze

3... 2... 1...

2009-04-06 09:34:58

Przyspieszone odliczanie, bowiem i czasu pozostało mało. To już jutro...

Nogi mam "mientkie" jak z waty. Boję się okropnie! Chyba jeszcze bardziej niż przed testem.

Kto może niech trzyma za mnie kciuki.

 

czytaj resztę »

Dodane w egzamin , muzyka | Komentarze 12 , zobacz komentarze

cztery

2009-04-03 11:18:44

4 - cztery.

To suma dwóch dwójek i zarazem ich iloczyn. A jednocześnie kwadrat liczby dwa.

Jak kwadrat to i prostokąt, równoległobok, romb i trapez.

To czterech ewangelistów (święci Mateusz, Marek, Łukasz i Jan).

To czterech jeźdźców Apokalipsy (Zwycięzca, Wojna, Głód i Śmierć).

Czterech było chłopców z Liverpoolu - The Beatles.

Są cztery stany skupienia materii (ciało stałe, ciecz, gaz i plazma).

W 4 stopniach Cesjusza woda ma największą gęstość.

Cztery są główne kierunki geograficzne (północ-N, wschód-E, południe-S, zachód-W), a i pośrednie kierunki pierwszego stopnia też są cztery (NE, SE, SW, NW).

Serce człowieka posiada 4 jamy.

Człowiek posiada też cztery kończyny.

Istenieją cztery typy osobowości (sangwinik, choleryk, melancholik i flegmatyk).

To cztery pory dnia i cztery pory roku.

"Le quattro stagioni" - to cykl czterech koncertów smyczkowych Vivaldiego (Wiosna, Lato, Jesień, Zima).

To "The Sign of Four" Artura Conan Doyla - drugi z kryminałów o Sherlocku Holmesie.

To dla mnie "Ach, kiedy znów ruszą dla mnie dni" Edwarda Stachury ("...Lato, jesień, zima, wiosna - Do Boliwii droga prosta! Wiosna, lato, jesień, zima; Nic mi się nie przypomina...").

Jak quattro to oczywiście Audi Quattro, ale chyba jeszcze bardziej pizza - rewelacyjnie tłusta i ciężka Quattro Fromaggi - świetnie robiona niedaleko pracy.

To pioseneczki "Cztery słonie" oraz "Łapy, łapy, cztery łapy" z programów dziecięcych.

To szanty i zespół Cztery Refy. Jak szanty to także utwór "Cztery piwka na stół" (to raczej półszanty).

To świetne polskie seriale "Czterej panceni i pies" oraz "Czterdziestolatek" (to już teraz!).

To zespół Four Non Blondes i charakterystyczny głos Lindy Perry w "Whats up".

 

To kwiecień - miesiąc egzaminu. Pocieszam się, że to także czterolistna koniczynka - według przesądów przynosi podobno szczęście...

 

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , egzamin | Komentarze 18 , zobacz komentarze

pięć

2009-04-02 10:38:30

5 - pięć.

To jedna z liczb pierwszych.

To pięciolinia.

Pięciu muzyków to kwintet.

To bardzo ważna w życiu "piąta klepka".

To także niezmiernie ważna dla niektórych pora na herbatkę (tea time), czyli five oclock.

To przepiękna Dolina Pięciu Stawów w Tatrach.

Pięć kół olimpijskich to zarazem różnorodność jak i jedność ludzi na całym świecie. Symbolizują poszczególne kontynenty (niebieskie - Europa, czarne - Afryka, czerwone - Ameryki, żółte - Azja, zielone - Australia).

Pięć razy dziennie muezzzin wzywa z wieży minaretu wiernych muzułmanów do modlitwy.

Tora to Pięcioksiąg (Genesis, Exodus, Leviticus, Numeri, Deuterenomium).

To pięć palców u każdej ręki i nogi człowieka.

To pięć głównych zmysłów (wzrok, słuch, smak, węch i dotyk).

To pięć rozróżnianych smaków (słony, słodki, kwaśny, gorzki i umami).

To także chińska przyprawa pięć smaków.

W tradycji chińskiej wyróżniano 5 żywiołów (woda, ogień, drewno, metal i ziemia).

5 żywiołów japońskich to powietrze, ogień, woda, ziemia i piorun.

A w kulturze helleńskiej (nam najbliższej) do czterech żywiołów (powietrze, ogień, woda, ziemia) doszedł piąty element - kwintesencja (eter). Film Luca Bessona "The Fifth Element" porusza tę tematykę.

Pentagon to siedziba Departamentu Obrony USA. Ciekawe jest to, że budynek zbudowany został na planie regularnego pięciokąta, każdy bok budowli ma 5 pięter ponad ziemią, na każdym piętrze jest 5 korytarzy, a wewnętrzny dziedziniec ma powierzchnię 5 akrów.

"5" to tytuł piątego albumu w twórczym dorobku Lenny Kravitza.

To piąty album Dire Straits "Brothers in Arms"

To niezapomniany "Piątek z Pankracym", ale z ten z Zygmuntem Kęstowiczem.

To "Pięć lat kacetu" Stanisława Grzesiuka.

To utwór Republiki "Śmierć na pięć".

 

To najwyższa ocena, którą można było kiedyś uzyskać w szkole, na uczelni, na egzaminie...

Ale nie tak dobrej oczekuję za pięć dni... 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , egzamin | Komentarze 23 , zobacz komentarze

sześć

2009-04-01 21:51:25

6 - sześć.

To najmniejsza liczba doskonała (jest sumą wszystkich swoich dzielników właściwych).

To liczba atomowa węgla, który jest chemiczną podstawą życia.

To liczba atomów węgla w glukozie.

Szóstego dnia Bóg stworzył człowieka.

To ilość ramion w gwieździe Dawida.

To najwyższa liczba oczek na kostce do gry.

Kostka do gry to sześcian.

Sześciu muzyków to sekstet.

Puchar Sześciu Narodów to coroczne najważniejsze rozgrywki w rugby.

To sześć żon Henryka VIII (Katarzyna Aragońska, Anna Boleyn, Jane Seymour, Anna z Kleve, Katarzyna Howard, Katarzyna Parr).

Sześć stóp pod ziemią określa głębokość grobu w krajach anglosaskich. "Six Feet Under" to także tytuł niezłego serialu telewizyjnego zabawnie traktującego temat śmierci.

Szósty zmysł. Hm. Trudne do wytłumaczenia, ale wiadomo o co chodzi. "The Sixth Sense" to ponadto tytuł interesującego filmu z Brucem Willisem.

66 to gra karciana.

Route 66 - jak mawiają Amerykanie Droga-matka (mother road) to legendarna autostrada biegnąca praktycznie przez całe Stany Zjednoczone. To także animowany film "The Cars" tamże się rozgrywający.

To jak dla mnie trudne do wymówienia kiedyś zdanko w języku angielskim "six slippery snakes slide under the cellar floor" Surprised

To utwór "Six Blade Knife" z debiutanckiej płyty grupy Dire Straits. To także szósty na tej płytce oraz szósty na płycie "Alchemy" rewelacyjny ich kawałek "Sultans of Swing".

 

Według numerologii jestem szóstką. Jest to także dzień moich urodzin. Pamiętam, że imieniny wtedy obchodzą Bruno i Artur.Cool

Sześć lat już haruję w obecnej robocie Yell

Nie muszę przypominać, że za 6 dni będę egzaminowany...

 

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , egzamin | Komentarze 27 , zobacz komentarze

koniec

2009-04-01 09:21:16

Z racji coraz większej ilości czasu spędzanego na blogowaniu z przykrością donoszę, że z dniem dzisiejszym jestem zmuszony zakończyć moją "pisarską twórczość" i poświęcić się w całej reszcie nauce. Zapiski zapiskami, ale egzamin rzecz ważna i przygotować się trzeba.

Na pożegnanie zamieszczam jeden z moich ulubionych utworów węgierskiego rocka - "Dziewczyna o perłowych włosach" Omegi

 

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , egzamin | Komentarze 25 , zobacz komentarze

siedem

2009-03-31 10:07:58

7 - siedem.

Liczba mistyczna wielu mitologii i religii.

To jedna z liczb pierwszych (dzielnikiem jest 1 i ona sama).

007 - to tajny kod agenta Jego Królewskiej Mości Jamesa Bonda.

To liczba atomowa azotu - głównego składnika ziemskiej atmosfery.

Siedem dni to tydzień.

Siódmego dnia Bóg odpoczywał po Dziele Stworzenia.

Dlatego siódmy dzień tygodnia - niedziela - jest dniem odpoczynku.

Menora to siedmioramienny świecznik żydowski (symbolizuje krzew gorejący).

Jest siedmiu archaniołów.

Jest siedem sakramentów, tyleż samo cnót i grzechów głównych.

Siódemką przesycona jest Apokalipsa Świętego Jana. "The Seventh Sign" to świetny film z Demi Moore i Jurgenem Prochnowem podejmujący tematykę dni ostatecznych.

To liczba kolorów tęczy (czerwony, pomarańczowy, żółty, zielony, niebieski, indygo i fioletowy).

To także ilość kręgów w odcinku szyjnym kręgosłupa wszystkich ssaków.

7 cór Atlasa to Plejady (wg mitologii z żalu po śmierci brata przemieniły się w gwiazdy).

Siedmiu krasnoludków przygarnęło królewnę Śnieżkę (Mędrek, Gburek, Apsik, Płaczek, Śpioszek, Gapcio, Nieśmiałek) w bajce braci Grimm.

Siedmiu Lordów Valar i siedem Ladies Valar to najpotężniejsi z Ainurów w "Silmarillion" Tolkiena.

Siedem było cudów świata starożytnego. A "Seven Wonders" to tytuł piosenki zespołu Fleetwood Mac.

"Seven" to świetny film z Morganem Freemanem, Bradem Pittem i Gwyneth Paltrow.

Brad Pitt wystąpił także w filmie "Siedem lat w Tybecie" - filmie o tym, co w życiu jest ważne.

To także niesamowite "Siedmiu samurajów" Akiro Kurosawy oraz "Siedmiu wspaniałych" z rewelacyjnym Yulem Brynnerem i paru innymi (Steve McQueen, czy Charles Bronson).

Siedem dziewcząt było w "Beacie z Albatrosa" Janusza Laskowskiego.

"Siedem życzeń" to piosenka Bandy i Wandy z filmu o tym samym tytule.

To także "Seven Seas of Rhye" grupy Queen i "Seven Days" Stinga.

 

Niezapomniane 7 lat spędziłem w jednym z łódzkich szpitali (wsponienia mnie przytłaczają).

Mieszkam już prawie siedem lat w stolicy.

Jestem Wagą, która jest 7 znakiem w astrologicznym zodiaku.

A egzamin jest 7 kwietnia... Mam nadzieję, że to będzie szczęśliwa data.

 

 

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , egzamin | Komentarze 24 , zobacz komentarze

osiem

2009-03-30 16:09:48

8 - osiem.

To sześcian liczby 2.

8 bitów to jeden bajt.

8 marca to Dzień Kobiet.

Oktet to ośmiu muzyków w zespole.

To osiem klas szkoły podstawowej.

Ósme zęby nazywane są zębami mądrości.

To osiem (od 2006 roku) planet w Układzie Słonecznym.

8 to liczba atomowa tlenu, pierwiastka bez którego nie moglibyśmy żyć.

Osiem odnóży mają pająki.

Osiem ramion posiadają ośmiornice.

"La piovra" (Ośmiornica) to także tytuł serialu (1984 rok) z muzyką Ennio Morricone.

To kontrowersyjny "Ósmy dzień tygodnia" Marka Hłaski.

To "8 mm" - niezły film Joela Schumachera z Nicolasem Cage w roli głównej.

To "Alien" Ridleya Scotta w Polsce tłumaczony jako "Obcy - ósmy, obcy pasażer Nostromo".

To "Eight Days a Week" legendarnej czwórki z Liverpoolu.

Sierpień to ósmy miesiąc w kalendarzu gregoriańskim - miesiąc, w którym brałem ślub.Wink

A przede wszystkim to miesiąc, w którym urodził się MÓJ SYN!

 

Zatem te osiem dni do egzaminu to pestka...

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , egzamin | Komentarze 33 , zobacz komentarze

dziewięć

2009-03-29 14:27:31

9 - dziewięć.

To ostatnia z cyfr w szeregu.

To kwadrat liczby 3.

To dziewięć muz Apollina.

To dziewięć chórów anielskich i 9 bram do piekła.

To "Nine 1/2 weeks" z Kim Basinger i Mickey Rourke...

Dziewięć miesięcy to czas ciąży gatunku człowiek rozumny.

"Dziewięć miesięcy" to także tytuł komedyjki z Hugh Grantem, Julianne Moore i Robinem Wiliamsem.

Jak dla mnie to niezapomniany (obecnie trochę zabawny) serial science-fiction "Cosmos 1999"

To genialne "Dziewięciu książąt Amberu" - pierwszy tom z cyklu Kroniki Amberu Rogera Zelaznego.

999 to numer telefonu Pogotowia Ratunkowego :)

Trejos Devynerios (Trzy dziewiątki) to ziołowa litewska wódka wytwarzana pierwotnie z 33 ziół.

To "Nine Million Bicycles" Katie Melua.

 

Oraz... Tylko 9 dni do egzaminu!

 

 

Przypomniałem sobie jeszcze jedną, albo dwie dziewiątki - Nena i jej "99 Luft Balons". Nie mogłem odmówić sobie wklejenia jej piosenki. Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce...

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , egzamin | Komentarze 10 , zobacz komentarze

dziesięć

2009-03-28 18:48:30

10 - dziesięć.

To następna liczba po 9 i poprzedzająca 11.

To liczba atomowa neonu.

To dziesiąty miesiąc roku (październik) - miesiąc w którym się urodziłem Cool

To system dziesiętny.

To ilość palców u rąk (i nóg także).

To dziesięć przykazań i dziesięć plag egipskich.

To "Dekameron" Boccaccia.

To "Dziesięciu małych Murzynków" Agaty Christie.

To zapomniany, ale świetny film Gruzy ze scenariuszem Himilsbacha i Maklakiewiczem w roli głównej "Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy".

To rewelacyjny "Dekalog" Kieślowskiego.

"Ten" to tytuł debiutanckiej płyty Pearl Jam.

 

Dziesięć - tyle dni zostało mi do egzaminu...

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , egzamin | Komentarze 22 , zobacz komentarze

plastelina

2009-03-26 21:18:25

Moja pociecha z racji niedoskonałej jeszcze dyspozycji fizycznej przebywa w domu. Poza tym w przedszkolu panuje epidemia, a nawet dwie - zostało zdziesiątkowane przez rumień zakaźny i szkarlatynę. Stąd dość dużo czasu (choć nie muszę) staram się spędzić z małym - potrzebuje przecież trochę ojcowskiej opieki. Jest to też świetna wymówka przed nauką :) Zatem spędzam z nim sporo czasu. Dziś bawiliśmy się plasteliną. Nie przepadam za tym, tak jak i za ciastoliną (strasznie nie lubię mieć brudnych rąk), ale dzisiaj od rana w "Jedynkowym przedszkolu" dzieci robiły z łupinek orzechów, plasteliny, wykałaczek i papieru kolorowego łódki. Mały zapalił się do pomysłu tak, że nie było rady. Przy okazji dość ładnej pogody był także spacer po rzeczoną plastelinę. A potem robienie łupinkowych łódeczek. Od razu skojarzył mi się wiersz Juliana Tuwima "Pan Maluśkiewicz i wieloryb", który zotał odczytany. A potem składanie łódek z papieru. A potem malowanie tych łodek...

A potem jak zasiadłem przy biurku to obejrzałem sobie moje fotki z łódek. Jak dawno nie byłem na łajbie!

Cholera! Chyba się starzeję! Jak nie wspominki to dziecięce zabawy...

A dla tych co pamiętają - muzyczka z "Domowego przedszkola". Dla tych co nie pamiętają też.

To dopiero było dawno temu...

Nie umieściłem oryginalnej czołówki programu, bo facet który wtedy jako dziecko śpiewał tę pioseneczkę na YouTube umieścił oryginał z reklamą swojej strony, jakimiś napisami itd. Zatem sama tylko muzyczka.

 

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , egzamin | Komentarze 7 , zobacz komentarze

nauka

2009-03-23 16:40:49

Powrót do ślęczenia nad książką jest bolesny. Zarówno fizycznie (mój kręgosłup przestaje ze mną współpracować) jak i psychicznie. Odnalezienie w sobie jakichkolwiek chęci do nauki powoli zaczyna graniczyć z cudem. Stąd celebra wszystkich codziennych czynności. Coraz późniejsza pobudka (im później wstanę tym później zasiądę do pracy), stateczne szykowanie posiłków (gotowanie to przyjemność), powolne jedzenie (wszak zdrowiej jest nie jeść łapczywie), kąpiel (właściwie lubię postać sobie pod ciepłym prysznicem), mycie zębów (stanowczo przekraczające zalecane 3 minuty). O chwilach spędzonych w toalecie pisać nie będę, aczkolwiek jest to jedyne miejsce gdzie poczytuję cokolwiek innego niż "Choroby wewnętrzne" Szczeklika... A rozmowa telefoniczna! Nigdy nie przepadałem za długimi rozmowami, telefon służył mi do przekazywania zwięzłych informacji. Teraz cieszę się z każdego dzwonka telefonu. Mogę się wtedy oderwać od nauki. I to jest to - wszystko, co może mnie od niej odciągnąć jest błogosławieństwem!

A stan mojej psyche niech odzwierciedli krótki filmik poniżej :)

 

 

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , egzamin | Komentarze 31 , zobacz komentarze

muzyka

2009-03-21 15:38:25

Poprzedni post (no może ten jeszcze bardziej poprzedni) wywołał u mnie refleksje. Rzeczywiście niektóre krążki były przez wieki niesłuchane. Zajrzałem głębiej na półkę... Trochę kurzu i... Masa wspomnień... Ostatnie nabytki płytowe (już niestety stare) jak "Rockferry" Duffy, czy "Call Off the Search" Katie Melua brzmią jeszcze w uszach. Tłukłem je dość często razem z kolegami w pracy, a i w radio zdarza się je jeszcze usłyszeć. Ale prawdziwą frajdą było wziąć do ręki krążki stare jak świat, te z lat młodzieńczych...

Każda płyta to morze wspomnień... Bronski Beat z "The Age of Consent", świetny koncert "Live in the City of Light" Simple Minds, "Afternoons In Utopia" Alphaville, zmysłowy głos Sade, melancholijna Kate Bush w "Wuthering Height", kontrowersyjny jak na ówczesne czasy Billy Idol i jego balladki "Eyes Without a Face" czy "Sweet Sixteen", perfekcyjna gitara Santany, genialne "Child in Time" Deep Purple, Orchestral Manoeuvres in the Dark z ich "Maid of Orleans", rewelacyjne Queen, Bryan Ferry z Roxy Music w "Avalon" i "Slave to Love", elektronicznie brzmiący Jarre, swingujący sułtani z Dire Straits na świetnym dwupłytowym albumie "Alchemy", niesamowicie poetycki Marillion z Fishem... Dawno, dawno temu... A muzyka wciąż znakomita!

A pamiętacie irlandzki Clannad z muzyką do "Robin Hooda"? Już zapomniałem, że tę płytkę posiadam...

Poza tym wielu innych "uzdolnionych muzycznie": The Beatles ("Hey Jude"), The Doors (apokaliptyczne "Riders on the Storm"), Ray Charles ("Hit the Road Jack"), T.Rex ("Children of the Revolution"), Janis Joplin (rewelacyjne "Summertime"), Simon & Garfunkel (liryczne "Sound Of Silence"), Elton John ("Crocodile Rock", "Song for Guy"), INXS ("Never Tear Us Apart"), George Michael ("Let The Sun Go Down On Me"), U2 (cała "The Joshua Tree"), Perfect (ulubiona "Kołysanka dla nieznajomej")... Mógłbym długo jeszcze, bo pozostali też nie są gorsi: Eric Clapton, Gary Moore, The The, Maanam, ABBA (a jakże!), The Cranberries, Celine Dion, Diana Krall, The Phazz, a-ha, Tina Turner, Tytus Wojnowicz, Czesław Niemen, Rod Stewart, Robin Williams, 2+1... Kilka niezłych składanek... Parę ścieżek dźwiekowych do filmów...

Troche się uzbierało prze te wszystkie lata... I każda płytka z jakimiś wspomnieniami...

Muzyka towarzysząc nam nieustannie staje się niemym świadkiem naszych wzlotów i upadków, uniesień, wzruszeń i smutków. I ułatwia nam przywoływanie wspomnień...

Ech! Nostalgicznie się zrobiło i melancholijnie. Ale czasem tak trzeba. Miły dzień, choć siadam zaraz do Szczeklika. Na koniec jeden z kawałków, które lubię trochę więcej niż bardzo.

"... jeteśmy tylko watą cukrową na deszczu..."

 

 

Wiem, dlaczego nie chciało mi niczego zapisać. Używałem w tekście apostrofów, których ten program nie lubi :)

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , egzamin | Komentarze 46 , zobacz komentarze