Archiwum: Czerwiec 2010


czemu nie sentymentalnie?

2010-06-30 22:43:57

Zakupiłem ostatnio CD. Ot tak sobie. Może i z jakimś zamiarem, a może wpadło mi w ręce...

"Songs of Love" Simply Red.

Chyba się starzeję, bo płytka wydaje się być sympatyczna, a ja nigdy nie przepadałem za rudzielcem Mickiem Hucknallem. "If You Don’t Know Me By Now", "Holding Back The Years", "Stars" czy "Ev’ry Time We Say Goodbye" to pioseneczki wdzięczne, dobrze dobrane pod wspólnym tytułem.

Niestety na nie ma utworu, który najbardziej kojarzy mi się z Simply Red. Utworu, którym niemalże zaistnieli. Utworu, który niestety nie pasuje do melodii miłosnych. Utworu, który wydawał się odkrywać zespól, który może stać się jednym z mych ulubionych... Potem było nieźle, ale nie tak jakbym się spodziewal :)))

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka | Komentarze 4 , zobacz komentarze

w życiu piękne są tylko chwile

2010-06-28 23:21:02

Choć "Naiwne pytania" grupy Dżem przez swoją prostotę i tekst to jeden z utworów niezaprzeczalnie wielkich, choć słyszałem go dziś jadąc samochodem (nie omieszkałem sobie zanucić razem z Ryśkiem Riedlem), to nie on był motorem tego krótkiego postu.

Nic więcej pisał nie będę - zamieszczę tylko ten filmik znaleziony w sieci...

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 15 , zobacz komentarze

ostatnie chwile urlopowe

2010-06-27 22:09:58

Ktoś już udowodnił, że wypoczynek powinien trwać trzy tygodnie. Ja niestety miałem na to tylko 14 dni. I dużo, i mało. Zapewne wszyscy, którzy w tym czasie pracowali zazdrościli mi tych chwil wolnych, jednak niestety praktycznie cały gorący okres (dosłownie i w przenośni) spędzę w robocie - synoptycy zapowiadają nadchodzące upały, a i w szpitalu także będzie "upalnie" - wszak remont oddziału nie należy do najłatwiejszych okresów w jego funkcjonowaniu...

 

Ale, czegóż nie robi się dla potomnych? Przecież nie dla własnej przyjemności wybieram rokrocznie czerwiec jako termin urlopu. Mój syn na szczęście jeszcze jest w takim wieku, że okres tzw. "nauki" nie obowiązuje go zanadto. Tak będzie jeszcze tylko w przyszłym roku (myślę, że z "zerówki" da się go wyciągnąć przed końcem roku szkolnego), więc kolejny urlopowy czerwiec przede mną. Poza "niepewną pogodą" (właściwie ostatnio w Polsce nigdy nie jest pewna) i niestety okropnie zimnym morzem, nie mogę narzekać - wszędzie spokój i w miarę cicho, można swobodnie nikogo po drodze nie tratując przejść przez "kurort", na plaży miejsca wystarczająco na tyle by nie trzeba zasuwać kilku kilometrów do wolnego skrawka piasku, restauratorzy (trochę szumna nazwa, ale niech będzie) jeszcze starają się o klienta serwując dania smaczne i zjadliwe, a i turyści podobni do mej rodzinki - sporo dzieci i młodzi rodzice :)))

 

No dobra. Tyle jak na razie o urlopie - reszta (także fotki) wkrótce. Dziś ostatni dzień "swobody", który spędziłem także na lenistwie... Poza rozpakowaniem waliz, zapuszczeniem kilku pralek ciuchów, zrobieniem najpotrzebniejszych zakupów, spędziłem czas na oglądaniu TV (nawet za bardzo nie wiem, co się dzieje na mistrzostwach świata w piłce nożnej - a to już przecież faza pucharowa!), sączeniu piwka i innych tego typu przyjemnościach...

Udało mi się także wypić kawę (nawet dwie!) w bardzo miłym towarzystwie!

 

I to by było dobrego - od jutra powrót do szarej rzeczywistości. Za kabaretem TEY powiem tylko tyle:

z pracy do pracy, z pracy do pracy, o k...a jak można tak dłużej rodacy!

 

Dlatego też mam na to pioseneczkę, którą od dawna chciałem już zamieścić pod którymś z postów. Może teraz jest na to pora? Nie wiem, ale przecież nie ma się po co w tym życiu tak spieszyć...

 

czytaj resztę »

Dodane w urlop , muzyka | Komentarze 5 , zobacz komentarze

powrót

2010-06-26 22:27:45

Powrót z urlopu...

Powroty nie zawsze są łatwe...

Zwłaszcza powroty do lat przeszłych...

Powrót do przeszłości, którą pamięć ma w szufladce - miłe...

Powrót do wspomnień które wydawały się być miłe, a w chwili obecnej zdezaktualizowały się zupełnie...

 

Mój powrót z urlopu przebiegał przez Bydgoszcz, Kutno i Łódź. Miasta jak każde inne w Polsce. Ale miasta, z którymi łączy mnie sentyment. Bydgoszcz, a właściwie Koronowo - miejsce, gdzie wiele godzin spędziłem na łajbie z kumplem obecnie mieszkającym w Bydgoszczy. Z kolegą, z którym wiele mnie łączy. I dobrego, i nie do końca dobrego. Miasto, w którym jestem witany jak przyjaciel. Kutno - miejsce, w którym ów znajomy mieszkał przez wiele lat, gdzie spotkałem się z przyjęciem jak dawno nie widziany "przyjaciel". Łódź - miasto rodzinne, które niestety okazało się najmniej przyjemną częścią podróży znad morza...

W związku ze zdrowiem rodzicielki zawitałem do instytucji, w której zdarzyło mi się pracować lat wiele. Instytucji, która wydawała się być najmilszą memu sercu. Instytucji, w której ludzie wydawali się być jak najbardziej życzliwi, mili i pomocni... Niestety życie i nieubłaganie mijający czas weryfikuje nasze wspomnienia... 

Oddział w którym pracowałem jest nie o poznania. I nie tylko ze względu na trwający remont. Wśród pracujących lekarzy ostała się tylko jedna osoba (notabene myślałem że jest już na emeryturze), poza tym przybyło kilka postaci, z których jedną znam jeszcze ze studiów - w związku z czym nie ośmieliłem się wejść do pokoju lekarskiego - facet nie do końca normalny w moim odczuciu, wiec i spotkanie byłoby nie na miejscu...

Ale konieczność była spotkać się z ortopedami, których skład (o dziwo!) nie zmienił się zanadto. I choć lat minęło wiele, nie wydaje mi się by zmieniło się ich podejście do człowieka w jakikolwiek sposób - ot, taka przypadłość zabiegowców! Całe szczęście okazało się, że problemy rodzicielki nie mają nic wspólnego z chirurgią ortopedyczno-urazową! Ale wypisanie skierowania na rehabilitację już tak - żaden z moich dawnych "współpracowników" niestety nie pokwapił się, by wspomóc "kolegę" przystawieniem swej pieczątki na druku skierowania. Bo trzeba oficjalnie..., bo coś tam..., bo niestety..., bo ordynator... Bez komentarza!

Okazało się, że tak zwany "personel średni" o wiele więcej jest w stanie okazać sympatii, co "koledzy po fachu". Koniec końców udało mi się ustalić terminy rehabilitacji i paru innych rzeczy przy współpracy nieocenionych Pań - Wioli i Danusi, niż panów - krzysztofa, pawła, czy andrzeja. I tyle na temat wspomnień. Ci, których szanowałem, dawno się z tego szpitala wynieśli. I chyba dobrze, bo niestety ta instytucja schodzi na psy...

 

Tyle wspomnień z podróży znad morza. Reszta ze zdjęciami pewno za tydzień...

Ale w tzw. międzyczasie pewno coś napiszę - przecież reanimacja ze średnią półtora oddechu na dobę nie może być skuteczna :)))

czytaj resztę »

Dodane w urlop | Komentarze 2 , zobacz komentarze

w przeddzień urlopu

2010-06-11 21:59:41

Zwykle ostatni dzień przed urlopem jest w pracy lekkim koszmarem. I najczęściej właśnie w tym dniu człowiek ma najmniejszą chęć do jakiegokolwiek wysiłku. Umysł szybuje już ku miejscom urlopowego wypoczynku, więc mowa o chociażby znikomej koncentracji jest żadna. Nie dość, że koniec tygodnia to na dodatek przeddzień wakacji. W piątki zwykle jest nieco więcej pracy - często wypisuje się większą ilość pacjentów by przygotować miejsce dla kolejnych chorych weekendowych, trzeba złożyć zlecenia na trzy dni i przewidzieć różne sprawy mogące w ten jedynie dyżurancki czas wydarzyć, no i oczywiście na koniec tygodnia zwala się całą listę spraw "biurowych" - znaczy się zwykła papierologia stosowana. Na dodatek podwójna - staram się być w miarę odpowiedzialny i rzetelny, więc przed urlopem załatwiam wszystkie sprawy niedokończone, niestety w dużej mierze właśnie te papierowe. A że zwykle nie ma na to czasu, więc opuszczenie "świątyni pracy" tego dnia jest znacznie opóźnione w stosunku do dnia powszedniego...

Aura dnia dzisiejszego bynajmniej nie pomagała. Ukrop taki, że pot ściekał nie tylko po twarzy. "Sinobrody", znaczy się zakupiony ze wspólnej składki przenośny klimatyzator, grzał ile mógł czyli chłodził na maksa- niestety dawało to jedynie chwilowe uczucie jakiegoś komfortu termicznego. Cieszę się, że mamy chociaż taką maszynę chłodniczą, bo przed rokiem sytuacja była cokolwiek bardziej tragiczna, choć temperatura w tym czasie była nieco niższa niż dziś.

Nie tylko w szpitalu aura dawała znać o sobie. Już jazda do pracy obfitowała w mnogość napotkanych kierowców otumanionych chyba dzisiejsza gorączką - termometr mego wozu o godzinie siódmej rano pokazywał 23 stopnie. Po południu sytuacja rozmiar klęski żywiołowej (cokolwiek wiele ich w tym roku) - jedyne 36 stopni wręcz wytapiało resztki koncentracji z mijanych "władców szos". Powrót do domu zajął mi całą godzinę, gdy zwykle zajmuje mi to góra 30 minut. Czyżby czas reakcji niektórych wydłużył się dwukrotnie? A może to ja się tak wlokłem? Chyba jednak nie ja - wypiwszy trzy kawy (w tym jedną moją "zwykłą"), poprawiwszy to wszystko napojem energetyzującym czułem się wyśmienicie i niosło mnie do domu jakbym dostał skrzydeł.

W końcu wyrwałem się przecież z pracy i zacząłem urlop.

I zapuszczę w związku z tym "gwizdaną" pioseneczkę:

 

 

I choć tekst nie do końca jest urlopowy, to dobrze mnie w dzisiejszej drodze powrotnej nastroił na czekający mnie nadmorski wypoczynek :))) 

PS. Nie wiem tylko, kto będzie kontynuował rozpoczętą reanimację...

czytaj resztę »

Dodane w urlop , muzyka | Komentarze 9 , zobacz komentarze

zapomniany pacjent?

2010-06-10 22:14:38

"Blogilekarzy.pl" nigdy nie były bardzo popularne. Ostatnimi jednak czasy nie cieszą się już kompletnie żadnym wzięciem. Z miesiąca na miesiąc ubywa blogowiczów, a i ci ostatni z ostatnich zamieszczają także coraz mniej postów. Administratorom już chyba też przestało zależeć na kontynuacji przedsięwzięcia - poza systematyczną aktualizacją "aktualności", od ponad pół roku nie zmieniło się nic.

Jednym słowem - agonia.

Agonia rzadko tylko przerywana serwowanymi przez Tecumseha naturalnymi lekami, skład których pamiętają jedynie najstarsi Indianie, czy medykamentami dawno już przekazanymi muzeum medycyny. Od czasu do czasu o oddziale "blogilekarzy.pl" przypomni sobie dawno temu zalogowany medyk, przykładając swój wirtualny stetoskop do ledwie dychającej piersi pacjenta. Okresowo bradykardię (asystolię?) przerwie Leala, wstrzykując w zapadnięte naczynia niewielką dawkę muzycznych katecholamin. Przenitka kompletnie przestało interesować co się tutaj dzieje - nie poda nawet tabletki w formie komentarza. Tak samo Makro, Cellula, czy "spec od wszystkiego" - Dziadzia. Mumina obiecywała wysokoprocentową mieszankę tlenową, ale notorycznie gdzieś zapodziewają się koncentrator, reduktor, maska lub wąsy tlenowe. Na dodatek Kaeri zniknęła gdzieś z pełnionego blogowego dyżuru...

Ja też powoli tracę zapał do wirtualnego chorego. Sposoby "wskrzeszania" umierającego pacjenta powoli się wyczerpują, a wydaje się że "reanimację" zaczynam ciągnąć sam. A nie jest to łatwa sprawa, zwłaszcza że siły także opuszczają ratownika...

Czyżby tak wyglądało ostatnie tchnienie? 

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 13 , zobacz komentarze

warszawa-gołębiewski-boathouse

2010-06-02 17:28:42

Jubileuszowy Zjazd Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej.

Z racji obfitującej w różnorodne specjalizacje nazwy oddziału w którym pracuję, spotkania lekarzy rodzinnych pod hasłem konferencji lub zjazdu, stały się miejscem corocznych eskapad w różne rejony kraju. W tym roku padło na Wisłę - miasto Adama Małysza, Apoloniusza Tajnera i Jerzego Pilcha. Miasto słynące także z hotelu Gołębiewski, w którym to odbywała się cała tegoroczna impreza. Ale, po kolei...

Najpierw trzeba dojechać. Z uwagi na znaczną odległość od stolicy, ciężkość trasy, a również innych (nie)spodziewanych trudności drogowo-konsumpcyjnych padło na kolej. Bezpośredniego pociągu w oczekiwanych godzinach nie było, więc czekała nas (znaczy się Muminę, Mimineo i mnie) przesiadka w Pszczynie. Tuż przed samą stacją przesiadkową utknęliśmy w szczerym polu, oczekując z lekkim niepokojem na dalszy bieg wypadków. Jak się bowiem okazało w trakcji elektrycznej zabrakło prądu. Brzmi trochę niewiarygodnie, ale taką informację uzyskaliśmy od uśmiechniętego od ucha do ucha konduktora. Cale szczęście w sieci cudownie pojawił się przepływ elektronów, więc i cały skład wtoczył się w końcu na stację w Pszczynie. Brak prądu w trakcji musiał dotknąć także szereg innych pociągów, bowiem ten przesiadkowy (tzw. osobowy) miał równie duży czas spóźnienia co ten z Warszawy (znaczy się InterCity). Ostatnie 56 km do Wisły przejechaliśmy w rekordowym czasie 1,5 godziny. Rewelacja! Kocham polską kolej! 

W Wiśle byliśmy zakwaterowani nie w Gołębiewskim, lecz w sympatycznej Villa Almira, choć początek nie wydawał się rokować dobrze. Klucz mający wpuścić mnie do pokoju by odświeżyć się po podróży uparcie odmawiał ze mną współpracy. Gdy już został przekodowany i śmiało otworzyłem drzwi okazało się, że na środku pokoju stoi goły facet wycierający ręcznikiem blady tyłek. On osłupiał. Ja zresztą też. Szybko zamknąwszy drzwi do pokoju ruszyłem do recepcji już nie na żarty wkurzony. Przeprosiny i uśmiech sympatycznej recepcjonistki wystarczyły bym szybko zapomniał o przykrym incydencie. Dla mnie zakończonym pomyślnie - drugi pokój okazał się być całkiem miły, lecz z zasłyszanych wiadomości - opisywana wcześniej blada twarz miała kłopoty z wejściem w nocy do swej kwatery :))) 

Potem był zjazd. W baaaaardzo dużym skrócie - było OK. I choć nie było przygotowanej dla mnie plakietki z imieniem i nazwiskiem (jakieś fatum nade mną wisiało?), to figurując tylko jako "uczestnik" mogłem się tym bardziej wśród tłumu zjazdowiczów ukryć. Merytorycznie i kulinarnie OK, logistycznie tak sobie, a co do reszty nie miałem większych zastrzeżeń. Zwłaszcza jeśli chodzi o osoby z którymi przyszło mi ten czas zjazdowy spędzać :))) Gdzieś przy fontannie w pełnym słońcu wypita z kierownictwem Kliniki kawa (szef musiał kupić pantenol, mnie zaczerwieniło połowę twarzy i łapy, Mumina opaliła lewe przedramię). Poza tym w tak zwanym międzyczasie wypad do kurortu (niestety Wisła sprawiła na mnie niezbyt dobre wrażenie - może zimą jest ładniej), drobne zakupy prezentowe (głównie dla latorośli), jakieś piwko wypite w pubie (no, może dwa), krótka sjesta w Almirze i powrót do "obowiązków towarzyszących", które zakończyć się miały grubo po północy...

Niestety w sobotę 05.45 rano rozpoczynała się nasza eskapada powrotna. Po tzw. "mniej oficjalnej" części zjazdu, gdzie do kotleta przygrywał zespół mianujący się polską ABBĄ, trzeba było się zebrać w sobie, odświeżyć, na dodatek spakować i nie spóźnić na stację - Wisłę opuszczało z nami niewiele osób - wszak podobnych nam wariatów trudno spotkać z samego rana! Droga w kierunku Warszawy przebiegała w równie zawrotnym tempie jak ta do Wisły, a u celu podróży mieliśmy około 30-minutowe spóźnienie. Jednakże poznaliśmy uroki kolejowego przybytku gastronomicznego, zjadając w WARS-ie śniadanie polskie, znaczy się jajecznica, pomidor, pieczywo i masło. A że głód trochę doskwierał (wszak przesiadka do "luksusowego" InterCity miała miejsce o 7.30), więc smakowało dobrze. Prawie jak w Gołębiewskim :))) Ale to nie koniec doznań, bowiem wieczorem czekał na nas...

 

Boathouse.

Dla niewtajemniczonych - knajpa przy Wale Miedzeszyńskim w Warszawie. Knajpa, do której zaproszeni byliśmy przez świeżo upieczonego żonkosia i jego świeżo upieczoną połowicę, znaczy się niejakiego Przenitka i Kargulenę. Knajpa, której nazwa w okresie powodziowym jest nad wyraz adekwatna - zatopiona na jakiś metr wysokości mogła sprawiać wrażenie unoszącego się na wodzie domu. Podobno co roku jest podtapiana (oczywiście nie tak bardzo jak w obecnym), więc załoga nie miała zupełnie problemów z przywróceniem funkcjonalności miejsca i imprezka miała szanse odbyć się bez zakłóceń.

Choć kulinaria były niestety lepsze w wiślańskim Gołębiewskim, toż przecież nie żarcie w tym spotkaniu chodziło. Napoje bowiem niczym nie odbiegały w swym smaku i mocy od trunków spotykanych w innych regionach kraju i świata. Poza tym mnogość otaczających miłych ludzi (z Przenitkiem i Karguleną na czele) robiła swoje - wszak głównie po to się tamże spotkaliśmy - mile spędzić czas, honorując przy okazji swoją obecnością młodych nowożeńców. Były toasty, było "słodzenie" wódki, były żarty i śmiechy - dwoma słowami - było radośnie i wesoło.

Ale łzy się także pojawiły. Nie wiem, czy nazwać je łzami szczęścia, bo nie wylewał ich ani Przenitek, ani Kargulena... Mam dość specyficzny stosunek do osoby żonkosia - traktuję go jak kolegę, młodszego lekarza, faceta z którym pracuję, ale przede wszystkim - choć różnica w wieku nie jest oszałamiająca (nie mógłbym być jego ojcem) - jak mego wychowanka i ucznia. Bardzo dobrze zapowiadającego się, wesołego, kulturalnego i zdolnego internistę.

I, choć trochę wstyd się przyznać (przecież prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze), to opisywane łzy pojawiły się w mych oczach. Niestety (lub stety jak kto woli) spowodowały to wspomnienia sprzed paru ładnych lat, gdy to ja byłem świeżo upieczonym żonkosiem, gdy mój także nieco starszy kumpel (dla mnie do tej pory przyjaciel, ale i "guru") wręczał mi prezent ślubny i składając mi życzenia odchylił głowę bym nie zauważył spadającej z kącika oka łzy...

 

Poza tym impreza była OK. Następnego dnia długo odpoczywałem odsypiając wszelkie "niedospania" :)))

 

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 4 , zobacz komentarze