Archiwum: Maj 2010


har-magedon

2010-05-23 17:15:29

Rok 2010 obfituje w wydarzenia, które niewątpliwie dla wyznawców katastroficznej teorii zdarzeń są niezłą pożywką dla tzw. spiskowej teorii dziejów.

Rok 2010 - trzęsienia ziemi na Haiti, w Qinghai i Chile, lawiny błotne na Maderze i w Brazylii, eksplozja platformy wiertniczej Deepwater Horizon, kilka tragicznych w skutkach wypadków autobusowych i kolejowych, parę katastrof lotniczych (w tym Tu-154 pod Smoleńskiem), wybuch wulkanu Eyjafjallajokull na Islandii (utrudniający uroczystość pochówku tragicznie zmarłego prezydenta Rzeczypospolitej), obecna majowa powódź w Europie (przysłowie: "Mądry Polak po szkodzie" nabiera nowego znaczenia?).

Toż to istny światowy spisek na życie ludzkie. Toż to istny światowy spisek, jak zechcą niektórzy mówić, na rzecz Polski i Polaków! Toż to Armageddon!

A propos końca świata - według przepowiedni Oriona i kalendarza Majów zbliża się on wielkimi krokami. 21.12.2012 to data przebiegunowania Ziemi, co ma wiązać się z licznymi kataklizmami z nim związanymi - trzęsienia ziemi, powodzie, tsunami... Jakże obecnie realizowany scenariusz pasuje do końca świata.

Tylko czyim dziełem się stał?

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 1 , zobacz komentarze

zajefajny dyżur

2010-05-20 22:31:00

Wczoraj spotkała mnie kolejna "wielka medyczna przygoda". Z gatunku tych "wielkich", w trakcie których człowiek zastanawia się dlaczego wybrał właśnie ten zawód.

 

Środa generalnie obfituje w same przyjemności - oprócz codziennych obowiązków dodatkowo w ten właśnie dzień "załatwiam" swoją część poradnianą. Oczywiście bardzo mi miło, że pacjenci przychodzą właśnie do mnie, że chcą wrócić na kolejny umówiony termin, że wypowiadają sympatyczne teksty pod moim adresem w trakcie wizyt, że starają się stosować do mych zaleceń (nie wszyscy oczywiście, ale jednak)... Ale. No właśnie, ale. Muszę się przyznać że urzędowanie w poradni to jedna z najmniej lubianych przeze mnie czynności. Wolę pracę w oddziale, wolę już nawet SOR, choć czasami mam go serdecznie dosyć 

 

A propos wczorajszej mej bytności w SOR. Niby nic specjalnego się nie działo, ale dyżur zapadł mi w pamięć. Gdzieś koło południa zostałem poproszony na pomoc do, niemalże przygniecionego przez stertę kart SOR-owskich, niejakiego brata Wacława który z szaleństwem w oczach starał się rozładować tłum oczekujących przed gabinetem "petentów" Na domiar złego pacjent aktualnie wymagający natychmiastowej koronarografii zdecydował, że się na nią nie zdecyduje. Wielokrotnie zastanawiałem się jak to jest - ci naprawdę wymagający hospitalizacji często się na nią nie godzą, odmawiają też wykonania różnych specjalistycznych procedur (w tym przypadku była to koronarografia), natomiast osoby bez wyraźnych wskazań do udzielenia jakiejkolwiek pomocy starają się wymusić na lekarzu wykonanie wszelkich badań i przyjęcie do szpitala. Niesamowite, ale tak jest. Jak dla mnie konieczność hospitalizacji określa ciężkość stanu pacjenta lub powaga choroby z którą mam do czynienia. Błahostki powinny być leczone ambulatoryjnie, ale niestety w naszym kraju tak się nie dzieje. Trochę odbiegłem od tematu, ale związek jest. Wracając zatem do pacjenta, który postanowił nie zawracać nam głowy swoją chorobą - po kilkunastominutowej rozmowie z dokładnym wyjaśnieniem na czym polega zabieg, co w trakcie niego można uzyskać a czym grozi jego niewykonanie - chory zgodził się na przejazd do pracowni hemodynamiki i podpisał zgodę na koronarografię. Uff! Ale to dopiero połowa sukcesu. Druga runda to kolejne rozmowy, tym razem prowadzone za pośrednictwem wynalazku niejakiego Alexandra Grahama Bella, z kardiologami i przewoźnikiem. Zwykle ten etap "udzielania pomocy" zabiera najwięcej czasu i energii. W tak zwanym międzyczasie wypisuje się tysiąc "niezbędnych formularzy" i przystawia się jeszcze większą ilość pieczątek na tychże "koniecznych drukach medycznych". Hurra! Pacjent może jechać. Oczywiście w chwili gdy zjawi się po niego zespół pogotowiarski. A to, pomimo rzekomo używanych przez nich sygnałów świetlnych i dźwiękowych, potrafi trwać wieczność. Jeden, wymagający różnych czynności i procedur, "ciekawy" przypadek może zatem zająć lekarza na długie godziny. A co z całą rzeszą oczekujących na pomoc pod drzwiami?

 

To była jedynie koleżeńska pomoc. Moja "medyczna przygoda" miała się dopiero zacząć. Oczywiście dominowały porady typu wzrostu ciśnienia tętniczego, gorączki, bólu gardła, bólu placów, czy osłabienia. Kilka osób wszak trafiło do oddziału - zaostrzenie niewydolności serca, uogólniona reakcja uczuleniowa, ostre zapalenie trzustki... Jeden "przypadek" wymagał więcej niż tylko porady, czy prostego przyjęcia do szpitala. Jedna z "ulubionych" lekarek pogotowia przywiozła do SOR (oczywiście niezgodnie z rejonizacją - złośliwi powiedzą, że nie ma rejonów) młodą, zakażoną wirusem HIV i HCV narkomankę, dodatkowo w 4 stadium przewlekłej niewydolności nerek, z padaczką skroniową, po przebytej niedawno infekcji Clostridium difficile i Pseudomonas aeruginosa. Chora, nie muszę chyba mówić, w stanie daleko odbiegającym od dobrego - nieprzytomna (GCS 4-5), z gorączką 40,5 stopnia Celsjusza, glikemią mierzoną przez pogotowie 40 mg/dl, prawdopodobnie po nadużyciu benzodwuazepin - przywieziona do tutejszego OIOM, który od samego rana zgłaszał w cały świat brak miejsc! Rozmowa z lekarką pogotowia nie należała do najprzyjemniejszych, jednakowoż mam wrażenie że takie rozmowy nie do końca trafiają do jej świadomości, bowiem nie pierwszy raz miałem "przyjemność" wymienić z nią poglądy na temat celowości i zasadności przywozu pacjenta do SOR-u w którym pracuję. Pacjenci ci bowiem najczęściej wymagają pomocy ze strony specjalistycznych oddziałów, które nie figurują w spisie jednostek mojego szpitala, bądź (według słów tej lekarki) "zostali przywiezieni do najbliższej placówki medycznej". Nie mam siły na komentarz do tych sytuacji, a zdarzają się niestety w wykonaniu pani doktor nagminne. Wracając jednak do pacjentki. Gotowość do przyjęcia jej przez zespół OIOM była wielka, jednak stan pacjentów tamże przebywających nie za bardzo pozwalał na przenosiny gdziekolwiek. Cóż zatem dalej? Poza brakiem świadomości stan pacjentki był stabilny - wydolna oddechowo, krążeniowo, gorączka po przetoczeniu płynów i podaniu perfalganu zmniejszyła się do 38 stopni, glikemia uległa normalizacji. Z niejakim Głosem zza Ściany ustaliliśmy, że próba telefonicznej konsultacji z lekarzem Szpitala Chorób Zakaźnych (gdzie chora przebywała w lutym bieżącego roku) nie powinna zaszkodzić. Zatem znów trzeba się posłużyć wynalazkiem Bella. Znając me poprzednie doświadczenia w podobnych przypadkach spodziewałem się z drugiej strony prób wykręcenia się od problemu. I... tym razem pomyliłem się. Bardzo konkretna, rzeczowa i w dodatku miła rozmowa z dyżurną lekarką została sfinalizowana przekazaniem chorej do tamtejszej placówki (za co dziękuję w tym miejscu serdecznie). Oczywiście nie od razu - parę rzeczy w międzyczasie trzeba było wykluczyć. CT głowy czyste, wiec zaburzenia świadomości nie wynikały z krwawienia do OUN, RTG klatki piersiowej - bez zagęszczeń miąższowych, glikemia - jak już pisałem - uległa szybkiej normalizacji, parametry wydolności nerek (jak u osoby w 4 stadium niewydolności nerek) całkiem zadowalające (kreatynina 1,9 a mocznik 57 mg/dl), niewielka niedokrwistość mikrocytarna, bez zaburzeń elektrolitowych, bez cech infekcji układu moczowego. Co prawda obecność benzodwuazepin w moczu została potwierdzona (niestety tylko jakościowo, nie ilościowo), ale uprzedzałem o tym lekarkę ze Szpitala Chorób Zakaźnych. Tak więc po jakichś 2 godzinach (około pierwszej w nocy) chora trafiła do placówki, w której mogłaby się znaleźć dużo, dużo wcześniej.

Później było już spokojnie, co nie znaczy że odpoczywałem :)))

 

 I choć jest cholernie ciężko, głównie ze względu na kompletny brak współpracy ze strony kolegów po fachu (choć wyjątki od reguły zdarzają się) i niestety ogólnie spotykany brak szacunku dla drugiego człowieka (wszak jesteśmy wszyscy traktowania jak służba - mamy to w swej nazwie), to jednak po krótkim wypoczynku dochodzę do wniosku, że nie mógłbym robić w życiu nic innego.

Może jednak za krótko spałem :)))

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 4 , zobacz komentarze

a po burzy spokój

2010-05-19 00:26:38

Mam nadzieję, że to koniec deszczu, bo szaro-bure niebo nie działa na mnie kojąco...

I wszystkie pamiętane przeze mnie piosenki, choć przecież piękne i nie do końca smutne, przyprawiają mnie o kolejny epizod depresji. Czyżby jakaś choroba afektywna? 

Tak czy siak wena się mnie w tej szarzyźnie nie trzyma, więc korzystam z czyichś dokonań.

 

Jeden z wyżej wspomnianych utworów. Jak dla mnie - bomba.

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka | Komentarze 3 , zobacz komentarze

królestwo deszczu?

2010-05-17 23:22:42

Jak tak dłużej pójdzie, to zaleje nas woda. A nastrój, pomimo całkiem niezłego poniedziałku, sięgnie dna.

Po wczorajszym "frywolnym" wręcz utworze o ulewie, dziś mroczny kawałek z deszczem w tytule. Ciekawa kompilacja The The i Sinead O’Connor. Tekst też całkiem, całkiem...

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka | Komentarze 1 , zobacz komentarze

ciągle pada

2010-05-16 22:15:54

Kawałek dla lubiących deszcz:

 

Ciągle pada! Asfalt ulic jest dziś śliski jak brzuch ryby, 
Mokre niebo się opuszcza coraz niżej, 
żeby przejrzeć się w marszczonej deszczem wodzie. A ja? 
A ja chodzę desperacko i na przekór wszystkim moknę, 
Patrzę w niebo, chwytam w usta deszczu krople, 
patrzą na mnie rozpłaszczone twarze w oknie, to nic. 

Ciągle pada! Ludzie biegną, bo się bardzo boją deszczu, 
Stoją w bramie, ledwie się w tej bramie mieszcząc, 
ludzie skaczą przez kałuże na swej drodze. A ja? 
A ja chodzę, nie przejmując się ulewą ani spiesząc, 
Czując jak mi krople deszczu usta pieszczą, 
ze złożonym parasolem idę pieszo, o tak! 

Ciągle pada, alejkami już strumienie wody płyną, 
Jakaś para się okryła peleryną, 
przyglądając się jak mokną bzy w ogrodzie. A ja? 
A ja chodzę w strugach wody, ale z czołem podniesionym, 
Żadna siła mnie nie zmusza i nie goni, 
idę niby zwiastun burzy z kwiatkiem w dłoni, o tak. 

Ciągle pada, nagle ogniem otworzyły się niebiosa, 
Potem zaczął deszcz ulewny siec z ukosa, 
liście klonu się zatrzęsły w wielkiej trwodze. A ja? 
A ja chodzę i niestraszna mi wichura ni ulewa, 
Ani piorun, który trafił obok drzewa, 
słucham wiatru, który wciąż inaczej śpiewa. 

Ciągle pada, nagle ogniem otworzyły się niebiosa... 
który wciąż inaczej śpiewa. A ja? 
A ja chodzę desperacko i na przekór... 
patrzą na mnie rozpłaszczone twarze w oknie, to nic.

 

 

Rewelacyjny tekst, a ówczesny "teledysk" powala na kolana.

czytaj resztę »

Dodane w muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

eponimy

2010-05-12 00:28:38

Zastanawiałem się wielokrotnie nad ogromnym trudem, do jakiego zmuszani są adepci sztuki medycznej. Ilość wiedzy, która muszą posiąść jest ogromna. I na nieszczęście (lub jak kto woli na szczęście) nie kończy się na jednorazowym jej przyswojeniu. Jako że jest to jedna z bardziej dynamicznie rozwijających się dziedzin nauki, więc i obserwowany postęp zmusza już wykształconych medyków do poszerzania swych horyzontów naukowych. Nie chciałem jednak wychwalać (?) swego zawodu w tym względzie. Praktycznie rzecz biorąc niemalże wszystkie zawody w jakiś tam sposób podążają za rozwojem nauki. I w każdym niemalże zawodzie dokształcanie jest "conditio sine qua non" dobrego jego wykonywania. 

 

Nie wiem jak to w tych innych profesjach bywa, lecz medycy muszą w swym życiu zawodowym wykazać się przynajmniej niezłymi zdolnościami lingwistycznymi. Ilość eponimów powala wręcz na kolana. Tych anatomicznych, histologicznych, nazw objawów klinicznych jak i poszczególnych jednostek chorobowych są setki. Weźmy na tapetę chociażby literę "A". Z tych najbardziej znanych mamy więc ścięgno Achillesa, jabłko Adama, tętnicę Adamkiewicza, węzeł Aschoffa-Tawary, splot Auerbacha, skalę Apgar, szmer Austina Flinta,  liczbę i triadę Addisa, guz Abrikosowa, chorobę d’Acosty, chorobę Addisona, zespół Albrighta, zespól Alporta, chorobę Alzheimera, czy zespół Aspergera. To tylko wierzchołek góry lodowej. Świadczy to oczywiście o szacunku dla "przeszłych odkrywców", ale język można połamać na niektórych. A co tu mówić o ich zapamiętaniu. 

Przytoczę tu, jako komentarz, treść jednego z sms-ów Muminy znad książki podczas nauki do egzaminu: "Co ja, k... , na japonistykę się dostałam, czy medycynę? Właśnie czytam o chorobie Takayasu. Ma cztery typy, z czego trzy to: Shimizu-Sano, Kimoto i Inada".

 

Tyle na dziś. No, może jeszcze jedno. List twórców "Paracetamoxyfrosebendroneomycin", czyli Amateur Transplants. Krótka informacja do lekarza POZ. Bez eponimów!

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , praca | Komentarze 6 , zobacz komentarze

warszawski spleen

2010-05-09 21:32:34

Choć pogoda za oknem nieco lepsza niż w ostatnim tygodniu, to niestety jakoś nie mogę się wziąć do kupy. Zebranie się w sobie i wykrzesanie choć ociupiny energii staje się zadaniem ponad siły. 

Dlatego też nie rozpisuję się zbytnio i zamieszczam stary kawałek Maanamu. On mówi wszystko:

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka | Komentarze 10 , zobacz komentarze

wielka majówka

2010-05-02 22:50:29

Miałem napisać post na temat Święta Pracy - jako dziecko bardzo ten dzień lubiłem. 

Miałem napisać o głupocie tworzenia "długich weekendów", ale ten wcale nie był tak długi.

Miałem napisać o tym jak spędziłem ten majowy weekend - zwięźle brzmi: było rodzinnie i spacerowo.

Miałem także napisać wiele mądrych w moim mniemaniu rzeczy, ale niestety tak zwana wena wzięła i odeszła.

 

Może to objaw starości (niestety) lub zdziecinnienia (jeszcze gorzej), ale coraz częściej wspominam różne rzeczy, fakty i wydarzenia z życia mojego, moich bliskich i znajomych. I te wspomnienia, choć obarczone bardzo dużą (z różnych względów) dozą goryczy, jawią mi się o wiele milej niż czasy obecne. Choć posiadam kochającą rodzinę (tak przynajmniej mnie zapewniają), choć starcza mi do "pierwszego" z pewną nawiązką (niestety zbyt małą jak na me oczekiwania), choć każdy artykuł mogę nabyć w sklepie lub przez internet (oczywiście ten, na który mnie stać), choć żyję w kraju wolnym i demokratycznym (sprawia takie wrażenie), choć nie muszę w dzień wolny od pracy iść na obowiązkowy pochód (a propos Święta Pracy), choć wiele innych rzeczy wydaje się być bardziej pozytywna niż kiedyś to jednak czegoś mi brakuje.

I za Chiny Ludowe nie wiem co to jest!

 

Z majem skojarzenia mam różne, nie tylko pochodowe, ale w pamięci utkwiła mi (może przez muzykę zespołu Maanam) jedna z całkiem niezłych polskich produkcji filmowych. Jej tytuł - "Wielka majówka". A to jeden z utworów wykorzystanych na ścieżce dźwiękowej tego filmu.

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 6 , zobacz komentarze