Archiwum: Marzec 2010


jajeczko

2010-03-31 22:57:55

Tradycja. Przekazywana z pokolenia na pokolenie. Coś, co wyróżnia jedną nację od drugiej.

 

Pracowniczy świąteczny śledzik i jajeczko to także tradycja, jakże głęboko zakorzenione w naszej kulturze, jakże chętnie wykorzystywana przez szefostwo do pokazania ludzkiej twarzy i złożenia świątecznych życzeń. Tradycja zakorzeniona tak głęboko, że niejeden z uczestników tego tradycyjnego spotkania zbyt głęboko zagląda do "przedświątecznej" butelki. Po prostu taka polska tradycja :)))

 

Można i inaczej, bez "wodnych" akcentów (choć lany poniedziałek się zbliża), z jajem jako wizją nowego życia i zmartwychwstania. Można kameralnie, w gronie pracowników, krótko, bez emfazy i ekstazy.

Niestety obecnie powoli robi się z tego impreza na całego, zupełnie pozbawiona formy, nastawiona na pokaz a nie wzmocnienie jedności zespołu. Wykraczająca zupełnie poza mury firmy, oddziału, ekipy, czy w jaki inny sposób nazwiemy sobie dany zespół ludzki. Impreza zupełnie nieprzystająca do tradycji, lub co gorsza, stwarzająca nowy rodzaj tradycji. Pytanie tylko czy lepszy?

 

Kawałek, który mi się kojarzy ze Świętami Wielkanocnymi. Simply Minds z płyty "Live in the City of Light" - "East at Easter"...

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , praca , muzyka | Komentarze 3 , zobacz komentarze

nie do końca palmowa niedziela

2010-03-29 22:45:04

Dla jednych dzień wolny od pracy i święto, dla innych dzień zupełnie do święta niepodobny. Dla mnie wczorajsza Niedziela Palmowa oznaczała kolejny dyżur. Niezbyt różniący się od wielu poprzednich i aż zbyt podobny do wielu ostatnich. Znaczy się ciężka batalia. Bitwa toczona z przeważającą liczbą przeciwników. I nie chodzi tylko o pacjentów walących do szpitala drzwiami i oknami. Głównie mam na myśli wzmożone i wyspecjalizowane poniekąd siły w postaci różnej maści przewoźników.

 

Ustawa umożliwiająca "samodzielność" ratownikom medycznym niestety jest kolejną pomyłką w polskim systemie organizacji ochrony zdrowia. Możliwie, że nie mam racji, że źle dzieje się tylko na gruncie stołecznym. Jednak "samodzielność" polegająca na zabraniu z domu pacjenta i przewiezieniu go do najbliższego szpitala, przy bardzo ograniczonych możliwościach leczniczych ratownika medycznego jest wyrzuceniem pieniędzy w błoto. W ten sposób stali się bowiem dla chorych kolejną bezpłatną taksówką w kierunku szpitala. Bezpłatną taksówką, za którą my wszyscy płacimy. Nie będę tu pisał o zadufaniu w sobie, arogancji, nonszalancji, a niestety często ignorancji, wynikających głównie z braku wiedzy medycznej i niespełnionych ambicji. Bo decyzję o przywiezieniu do szpitala wszystkich wzywających pomocy może podjąć każdy. I do tego nie trzeba kończyć szkół. Są owszem i chlubne wyjątki od reguły, ale niestety duża liczba spotykanych ratowników medycznych ogranicza się do wyżej opisanego procederu dowozu.

 

Dostało się ratownikom medycznym, ale  ich "nauczyciele" wcale nie są lepsi. "Nauczyciele", czyli lekarze funkcjonujący w strukturach Ratownictwa Medycznego, z którymi wielu obecnych ratowników kiedyś pracowało (jako pielęgniarze i sanitariusze). Wymagać należałoby od nich więcej niż od uczniów, ale niestety w dużej mierze to czcze nadzieje. Podobnie działają - byle dowieźć do szpitala, byle upchnąć pacjenta, byle pozbyć się problemu. W taki, czy inny sposób. Stąd i urągające wszystkiemu stawiane rozpoznania na wypisywanych na poczekaniu skierowaniach. Oczywiście dominuje "ból w klatce piersiowej" - wszak z takim rozpoznaniem pacjent musi zostać w izbie przyjęć, bo trzeba i Ekg, i dodatkowe badania. "Nadciśnienie tętnicze" bez próby podjęcia leczenia w domu, czy nagminnie przywożone wiekowe osoby z hasłem "odwodnienie". Ale są i "stany gorączkowe" od kilku godzin, "pogorszenie łaknienia" od rana - na boku najczęściej tłumaczone przez przewoźników jako "starość" lub "rodzina roszczeniowa, więc zabraliśmy". No i kuriozalne "zasłabnięcia" u osobników kompletnie pijanych.     

 

Tak więc zmasowany najazd na SOR. Czasem czuję się jakbym uczestniczył w bitwie pod Termopilami - przeważające siły wroga codziennie przypuszczają atak na garstkę obrońców. "Wąskim gardłem" czyli wąwozem Termopile jest Izba Przyjęć, perska nawałnica pod wodzą Kserksesa (nie mogę niestety nikogo do tej postaci przypasować) to znacząco wspomagani przez pracowników Ratownictwa Medycznego pacjenci i "wszyscy potrzebujący natychmiastowej pomocy", a 300 Spartiatów to niestety nie opisywany w mediach 30-osobowy zespół SOR-u, lecz jeden lekarz i pielęgniarka. 

Tak a propos - ostatnio stacja TVN wyemitowała film o Spartanach pod Termopilami. "300" - utrzymany w konwencji komiksu film stworzony notabene na podstawie komiksu Franka Millera o tym samym tytule. Prawie dosłowne przeniesienie komiksu na ekran. Nie do końca zgodne z faktami historycznymi, ale za to świetnie zrealizowane sceny walk. I choć Persów przedstawiono jako niezłe indywidua, to całość mi się podobała. Bitwa niemalże z góry skazana na przegraną. Męstwo, odwaga i postępowanie zgodnie z wyuczonymi zasadami jest chwalebne, ale dla wszystkich Spartan kończy się śmiercią.

Ja coraz bardziej nie mam ochoty być bohaterem wieloodcinkowego komiksu pod nazwą SOR. Jak na razie, pomimo okupienia tego dużym zmęczeniem, wychodzę z każdej z dyżurowych batalii z tarczą. Ale nadejdzie zapewne czas, że mój organizm nie wytrzyma i wyniosą mnie (lub kogoś innego) z pola bitwy na tarczy. Miewałem już w sowim życiu częstoskurcze nadkomorowe, ktoś tam przeszedł zapalenie mięśnia sercowego, ktoś inny niemalże stracił władzę w nogach, a o nieustannych objawach choroby wrzodowej, sumiennym (ale chyba jednak głupim) przychodzeniu do pracy z gorączką, biegunką czy innymi choróbskami nie mówię. Do czasu. Pozostanie wtedy jedynie wyryć na ścianach SOR-u napis: "Pacjencie, powiedz Medycynie, żem poległ wierny w jej służbie"    

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 3 , zobacz komentarze

odprawa

2010-03-23 22:40:00

Teraz zadam bobu.

 

Odprawa. Niemalże najbardziej znienawidzona część dnia. Przynajmniej w oddziale, w którym pracuję. Rzadko kiedy trwa krócej niż godzinę, a czas niestety jest cenny jak złoto, zwłaszcza w godzinach wczesnych gdy wiele wymagających kontaktu ze światem spraw da się załatwić niemalże od ręki (bo ludzie nie rozeszli sieę jeszcze do swoich zajęć).

Odprawa. Niektórzy unikają jej jak ognia spóźniając się notorycznie. Niektórzy sprytnie wymigują się od niej tłumacząc się nagłym pogorszeniem stanu pacjenta, nowym przyjęciem do oddziału, pogotowiem w Izbie Przyjęć lub czymkolwiek innym. Ja często też mam tak zwany luz mogąc swobodnie czmychnąć z odprawy z racji wykonywania badań endoskopowych - pacjent na leżance, trzeba zrobić gastroskopię, a każda zwłoka powoduje "obsuwę" w kolejnych badaniach :)))

Odprawa. Oprócz typowej "czytanki" - znaczy się liczby osób w oddziale, listy "szczęśliwców" (lub nie) wypisanych dnia poprzedniego, pacjentów przeniesionych do innych oddziałów lub szpitali, zgonów (jeśli takowe były), chorych przyjętych w trakcie dyżuru, ilości konsultacji, osób gorączkujących, pacjentów z biegunkami, liczby wydanych narkotyków, przetoczeń i innych typowych dla raportu lekarskiego spraw, odprawa ma być także nauką. Nauką dla tych, którzy chcą czerpać wiedzę nie tylko z książek i internetu, ale także z doświadczenia bardziej zaprawionych w bojach kolegów (w tym oczywiście i przede wszystkim szefa!).

Odprawa. W tutejszym wydaniu to milion dygresji na różne tematy. Głównie dominują odnośniki do historii, ale klimaty polityczno-socjologiczno-kulturalno-naukowe są na porządku dziennym. Czy się to komuś podoba, czy nie. Czy ktoś chce słuchać, czy nie. Czasem w lepszej, czasem w gorszej formie, ale praktycznie zawsze to codzienne poranne spotkanie z szefem jest bezdenną kopalnią słowotwórstwa. Nierzadko żarty i dowcipy. I nawiązywanie do dzieciństwa i lat młodości, początków pracy w zawodzie i kariery. Wspomnienia.

 

I choć często jest to wszystko nie do zniesienia, często szkoda czasu na wysłuchiwanie po raz kolejny przytaczanych anegdot i wspominków, to warto być na takiej odprawie jak dziś. Choć nie różniła się praktycznie niczym innym od pozostałych, a trwała ponad wspomnianą jedną godzinę, to pod słowami wypowiedzianymi w dniu dzisiejszym przez szefa podpisuje się obiema rękami: "Ten kto nie czuje radości z medycyny i leczenia ludzi - niech pakuje manatki i przestanie być lekarzem. Chwila, gdy pacjent po długim okresie "niebytu" otwiera oczy, przynosi o wiele więcej radości niż kupno kolejnego luksusowego BMW. A wyjazd do innych krajów w celu lepszego zarobkowania nic nie zmieni, jeśli wykonywana praca nie przynosi satysfakcji. Bo pieniądze szczęścia nie dają!". 

Inaczej trochę to było w trakcie odprawy mówione, ale sens jest zachowany. I chociażby dlatego warto czasem bywać na odprawach. Bo i czasem dojrzy się łezkę w oku szefa. Nie zawsze, ale...

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 8 , zobacz komentarze

kryzys

2010-03-22 22:18:10

Światowy kryzys rozwija się lepiej niż dobrze. 

Podobnie się ma kryzys szpitalny i oddziałowy. Od kilku ładnych tygodni borykamy się z niedoborem łóżek przy jednoczesnym zmasowanym szturmie pacjentów na szpital. Pobudowane szańce, zasieki, okopy i transzeje w formie świeżo utworzonego SOR-u nie mogą przynieść otuchy i oddechu, bowiem samo przemianowanie Izby Przyjęć na SOR, bez jej reorganizacji (znaczy się przebudowy, doposażenia w sprzęt i zatrudnienia dodatkowych pracowników) nie ma absolutnie sensu. Pozostały na placu boju jeden lekarz internista (obecnie lekarz SOR) choćby chciał, to nie jest w stanie zapanować nad atakiem prowadzonym na wielu frontach jednocześnie. Zwłaszcza, że w świat płyną wiadomości o wielokrotnie większej armii zatrudnionych na miejscu fachowców medycyny ratunkowej.

Kryzys przejawił się także w postaci listy nieobecnych dziś w pracy, z takich czy innych powodów, kolegów. Nagle tak zwana "kolejka" skróciła się na tyle, że co poniektórzy musieli zająć się po weekendowej batalii nie jednym, a kilkoma przydzielonymi im pod opiekę pacjentami. Bój zatem przeniósł się z SOR-u do oddziału. I to nie jednego, bowiem liczba zajętych przez pacjentów łóżek jest tak duża, że mury oddziału nie mieszczą ich nawet na korytarzach. Zatem wolne miejsca innych oddziałów zostają powoli zajmowane przez pacjentów internistycznych. Jestem ciekaw, kiedy to interna opanuje cały kilkusetłóżkowy gmach szpitala w całości? I czy pozostali przy życiu lekarze będą jeszcze w stanie wczołgać się po schodach do kolejnego chorego, którego z woli łaskawie nam panującego dyrektora położy się na dachu tutejszego szpitala. I ciekawe, który z pacjentów pierwszy powie veto! I w przenośni i dosłownie...

Jak kryzys to płyta "Crises" Mike’a Oldfielda. Jak Mike Oldfield to między innymi pochodząca z tej płyty "Shadow on the Wall" - piosenka napisana pod wpływem stanu wojennego. Jak stan wojenny to poprzedzająca go Solidarność, strajki i rozruchy społeczne. Coraz bliżej zatem do wybuchu. A jak pieprznie, to coś czuję, że z wielkim hukiem :))) 

 

 

Nie powiem, że czuję się jak Roger Chapman w celi, ale blisko coraz bliżej...

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

weekend u teściów

2010-03-21 22:55:30

Weekend bez dyżuru. Niesamowite!

 

To bardzo miłe uczucie nie musieć iść do pracy. Co prawda poniekąd byłem zmuszony się w niej stawić (nie będę tłumaczył powodów) i zajęło mi to całe bite trzy godziny, ale resztę dnia spędziłem poza jej murami. I nawet myślami nie wróciłem do niej, choć może powinienem!

W takich sytuacjach - znaczy się wolna sobota z niedzielą - staram się ten wolny czas bardzo pielęgnować i robię wszystko, by jak najpełniej spędzić go z rodziną. Jestem przede wszystkim dobrym tatą (lub tak mi się wydaje), a czasem nawet udaje mi się być dobrym mężem i kochankiem...

 

Jednakże ten weekend był zarezerwowany dla teściów. Dawno nie byliśmy w rodzinnych stronach mej połowicy. Tak dawno, że droga miejscami przybrała nowy wymiar (czytaj - została wyremontowana, a ja nie jeździłem nią w trakcie jej remontu!). Pogoda była znośna (jeszcze nie padało), więc zauważyłem parę rzeczy do tej pory nie odnotowywanych w trakcie podróży do teściów. Jakiś drewniany kościół po lewo, nowy zajazd po prawo, w mijanym większym mieście nowe centrum handlowe (zajmujące niezły kawał ziemi), a i roboty drogowe tamże (strasznie utrudniające przejazd). I parę innych drobiazgów. Samo miasto rodzinne żony nie zmieniło się za bardzo. Co prawda nie mieliśmy zbyt wiele czasu na zwiedzanie, ale nowo otwarta galeria tak bardzo kusiła mą "druga połowę jabłka", że trzeba było ją odwiedzić. "Wzorcownia" - bo taką nazwę nosi owa galeria handlowa - nie różni się niczym od pozostałych przeze mnie widzianych. Wiele znanych butików, ceny stołeczne, wielu ludzi, mało kupujących. Przeszliśmy się zatem, zajrzeliśmy i tu, i tam, coś niecoś przymierzyliśmy, a nogi nieźle uchodziliśmy. I tyle byłoby na temat galerii.

 

Co do teściów... Wielce radzi byli naszej wizycie. Pomimo wielokrotnych próśb o ograniczenie kulinariów szykowanych na nasz przyjazd, skończyło się to oczywiście miejscowym obżarstwem niesamowitym, a i wywózką w stronę Warszawy masy wiktuałów, które będziemy spożywać chyba przez najbliższy tydzień. Nie narzekam z tego powodu, ale zamiar odchudzenia bierze w łeb w ciągu raptem dwóch dni. Wszystko było smaczne i podetknięte niemalże pod nos, więc tym łatwiej korzystało się z dobrodziejstw stołu. Boję się stanąć na wadze, ale czuję po spodniach że nieco przesadziłem. Małżonka tez coś narzeka na "wysadzony brzuch" :)

 

Poza tym było ekstra. Miło jest popatrzeć na radość dziadków z zabawy z wnukiem. Miło jest popatrzeć na wnuka cieszącego się ze spotkania z dziadkami. Po prostu miło jest gdy jest miło. A tak było!

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 5 , zobacz komentarze

powtórka z rozrywki

2010-03-15 22:31:24

Tym razem nie o kolejnej superprodukcji telewizyjnej, choć praca w Izbie Przyjęć (bo do SOR-u jej daleko) jest nigdy niekończącym się reality show. Nabierającym niestety coraz większej prędkości.

 

Był sobie kiedyś dzień powolności. Wczorajszy dyżur bardzo go przypominał, choć tym razem główny szturm odbywał się w świetle dziennym. Co prawda noc także przechodzona była, ale skłamałbym gdybym twierdził że była tak intensywna jak ta sprzed parunastu dni. Zadziwiające jest jak duża ilość osób wykorzystuje dni wolne od pracy (czytaj sobotę, niedzielę, czy święta) do odwiedzenia najbliższej swemu miejscu zamieszkania placówki leczniczej (czytaj szpitalnej Izby Przyjęć), bo o całodobowo czynnych poradniach, tzw. NPL-ach nikt przecież nie słyszał. Stąd tak wielka rzesza potrzebujących natychmiastowej (sic!) pomocy i porady lekarskiej. I to bardzo często w sprawach zupełnie nie mających związku z zagrożeniem zdrowia i życia.

Został pobity chyba kolejny rekord weekendowych przyjęć do oddziału (36 osób wymagających hospitalizacji, z czego 11 z mego "poręczenia" jako lekarza izbowego). Znów szerokie spektrum problemów internistycznych. Pacjentka ze zdekompensowaną cukrzycą tylko nieznacznie wyprzedziła osobę z neuroglikopenią. Ciężka hiponatremia (sód - 105 mmol/l), napadowe migotanie przedsionków z szybką czynnością zespołów komorowych, zaostrzenie przewlekłej obturacyjnej choroby płuc, zapalenie płuc, zatorowość płucna (klasyczny wywiad), ostre zapalenie trzustki (a jakże - poalkoholowe) i uogólniona choroba nowotworowa. Nie wiedzieć czemu były także przyjęcia planowe, które przemknęły przez Izbę niczym Latający Holender. A poza tym cała rzeka przypadków nadciśnienia tętniczego, uczucia kłucia w boku, swędzenia palców, bólu gardła, zawrotów głowy czy złego samopoczucia.

 

Na okrasę reanimacja. Niestety, tym razem bez powodzenia...

I ludzie za drzwiami gabinetu poirytowani, że nikt się nimi nie zajmuje...

Następnym razem zaproszę ich chyba wszystkich do gabinetu. Niech pooglądają sobie - przecież w sumie wybrali wolny dzień na wizytę u lekarza. Siedzą za drzwiami a czas mija bezproduktywnie. I nuda. Dostarczmy im zatem rozrywki. Będą mieli o czym rozmawiać przy kolacji. Lepiej niż w telewizji!

 

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 8 , zobacz komentarze

jak tylko we dwoje zaśpiewać w tańcu z gwiazdami

2010-03-13 23:34:36

Wiosna za oknem?

Chyba raczej nie, choć słonko w trakcie dzisiejszego dnia nieco ociepliło nieco atmosferę doprowadzając do zniknięcia z chodników i trawników pozostałości po porannych opadach śniegu. Dzień jest już całkiem długi, a człowiek rano wstając do pracy nie widzi tylko ciemności i udaje mu się z tejże pracy za jeszcze widności wyjść. Za mym oknem widoczne pomiędzy blokami skąpane w słońcu patio sprawia wrażenie wiosennego. Nawet jest i trawa. I choć jej kolor wydaje się być zielony, to nie jest to niestety soczysta zieleń wiosenna.

 

Podobnie jest i z wiosną w telewizji.

Zarządcom wydaje się, że zmieniając nieco ramówkę sprawią, że odświeżą program. Choć kolejny sezon "Tańca z gwiazdami" nie zapowiada niczego nowego. Nowe, zapowiadane rewelacyjne teleturnieje i inne tego typu show zapewne także nic nowego nie wniosą. Bo cóż tu nowego można zrobić? Czym zaskoczyć widza? I na jak wysokim poziomie ma to być rozrywka?

Na szklanym ekranie właściwie było już wszystko. I "gwiazdy" śpiewające, i "gwiazdy" tańczące, i "gwiazdy" żonglujące, uprawiające woltyżerkę, gimnastykę akrobatyczną. I te udające klownów także. A może dla pieniędzy wcale ich nie udające? Były też i "gwiazdy" wpuszczane w maliny. I te "gwiazdy", które innych tamże wpuszczały.

Byli ludzie zamykani na kilkadziesiąt dni w jednym pomieszczeniu, ludzie wspólnie prowadzący bar, ludzie zabrani w ekstremalne warunki, ludzie zjadający ochydztwa, ludzie ryzykanci, ludzie zmieniający swój wygląd i ludzie dający sobą pomiatać w każdym innym wymiarze życia codziennego. Był nawet kiedyś program o facetach, którzy rywalizowali ze sobą o kobietę, która okazała się transeksualna!

I byli też zwykli ludzie opowiadający o wszystkim co się tylko da. Da się sprzedać publice, a tym samym może (a nawet musi) być pokazane widowni szerszej niż tylko ta zgromadzona w studiu telewizyjnym. I mówili o strachu, miłości, alkoholizmie, gwałtach, wierze, samotności, dobroci, zdradzie, intymności, chorobach, przemocy, okrucieństwie, seksie, dzieciach, fanatyzmie, terroryzmie, dewiacjach, narkotykach, prawdzie i kłamstwach. I dali się nawet podpiąć, oczywiście w celu wzrostu atrakcyjności programu (a i wielokrotności zarobionych przy tym pieniędzy), do urządzenia stwierdzającego ich prawdomówność...

 

Ludzie mówili także o śmierci, a nawet tę śmierć "na żywo" w telewizji pokazywano. Czy to za sprawą powszechnie znanego Michaela Jacksona, czy w związku z umieraniem jednej z uczestniczek brytyjskiej edycji Big Brother - niejakiej Jane Gody. Kolejny show. Tylko nieco bardziej kontrowersyjny niż inne. I zapewniam, że mający rzeszę wiernych fanów. Lub podglądaczy jak kto woli. 

 

Czym zatem może nas zadziwić telewizja? O tym traktuje krótkie opowiadanie Kamila Letkiego "Trywialna transcendencja #1" (zamieszczone w styczniowym numerze miesięcznika "Science Fiction Fantasy i Horror" - całe wydanie ekstra). Tytuł sugerujący spotkanie z czymś spoza opisywanego ludzkimi zmysłami świata. I tak jest. Upakowane w ramy kolejnego telewizyjnego show! Świetne opowiadanko z dużym znakiem zapytania nad ludzką głupotą, brakiem zahamowań i niezaspokojonym apetytem na nowe. Zwłaszcza gdy to nowe powoduje wzrost wydzielania adrenaliny. Ale czy tylko na ekranie?  

czytaj resztę »

Dodane w książki , varia | Komentarze 1 , zobacz komentarze

sor(townik)

2010-03-06 23:11:48

Pierwszy w mej karierze medycznej dyżur w sor. Dla niewtajemniczonych - w szpitalnym oddziale ratunkowym.

 

Traktuję to małą literą, bowiem i maluczkość z tegoż sor-u wynika. Do tej pory jako tako funkcjonująca Izba Przyjęć zmieniła się w ciągu raptem jednego dnia w sor. I to niestety zmienia wszystko. Nie tylko dla szpitala, ale i dla pacjentów, i dla oficjeli miasta, i dla służb medycznych w tym mieście będących! (mam na myśli oczywiście różnego rodzaju transporterów karetkowych, w tym głównie tych z ulicy Poznańskiej w Warszawie). I choć struktura, wyposażenie, organizacja, personel ludzki nie zmieniły się zupełnie w stosunku do tego co było przed kilkoma dniami, to jednak nazwa SOR zobowiązuje. Bowiem zadania stawiane przed takim oddziałem ociupinę różnią się od zadań zwykłej Izby Przyjęć.

 

Co prawda "na bazie starej Izby Przyjęć" powstały konieczne dla funkcjonowania sor-u tak zwane obszary (jako internista znalazłem się w tym z napisem obserwacyjny) i nawet pojawiły się wielofunkcyjne monitory nad łóżkami w obszarze obserwacyjnym, nie zmienia to jednak faktu że nie zmieniło się nic! Choć szumna nazwa SOR figuruje w tej placówce już co najmniej od początku lutego. 

 

Podam przykładowe różnice pomiędzy świeżo otworzonym sor-em szpitala, w którym pracuję a SOR-em szpitala białostockiego. Choć wymieniłem go jako drugi będę przedstawiał najpierw stan jaki powinien być (czytaj Białystok) a stan jaki funkcjonuje (czytaj Warszawa):

podjazd dla karetek mieści 6 ambulansów (u nas jedynie 3)

wydzielone w zależności od ciężkości stanu pacjenta strefy: zielona i czerwona (w Warszawie brak stref, w środku sor-u wydzielona olbrzymia poczekalnia)

niezależna sala resuscytacyjna, zabiegowa, obserwacyjna, intensywnej terapii, operacyjna, gispownia (obecna jest sala resuscytacyjna, obserwacyjna i gipsownia, no może jeszcze zabiegowa?)

2 (słownie dwa) aparaty do znieczulenia ogólnego i dwa (słownie dwa) stanowiska operacyjne (cholera - muszę iść do okulisty bo nie przypominam sobie, aby takie istniały)

ramię C - znaczy się aparat RTG stosowany w chwilach, gdy chory jest w ciężkim stanie i nie można go transportować (u nas jest w zakładzie radiologii, nie w sor)

7 respiratorów (widziałem gdzieś pod ścianą starego Bennetta lub inny archaiczny sprzęt) 

2 aparaty do terapii nerkozastępczej (w tym szpitalu nie ma ani jednego, nie mówiąc już o sor)

9 profesjonalnych łóżek z możliwością regulacji ułożenia, podnoszenia itp. (mniej niż zero!)

zatrudnionych na stałe 4 anestezjologów, 7 internistów, 2 chirurgów oraz konsultacje wszystkich specjalistów zatrudnionych w szpitalu (drobna różnica - 1 zatrudniony na stałe internista + ewentualne konsultacje specjalistów szpitalnych)

personel średni i pomocniczy w liczbie 36 pielęgniarek i 20 osób personelu pomocniczego (nie chcę się wypowiadać, bo nie jestem w tym temacie do końca zorientowany, ale niewątpliwie liczby te są mniejsze niż w Białymstoku)  

 

Choć z biegiem lat mój wzrok pogorszył się już nieco, właśnie mam na nosie okulary, to jednak i bez nich widzę dość spore różnice. I nie wiem, czy mam ochotę brać na siebie odpowiedzialność za tak znaczące niedociągnięcia (bardzo delikatnie to zowię!) w funkcjonowaniu dwóch jakże bliskich sobie z nazwy jednostek opieki medycznej.

Różnica jest taka: białostocki SOR wygląda jak ekologiczne gospodarstwo rolne, gdzie każdy produkt jest ręcznie opracowany, umyty, zapakowany i wysłany w odpowiednie miejsce zapotrzebowania. SOR warszawski przypomina trochę sortownik do ziemniaków, gdzie liczy się jedynie wielkość produktu, a miejscem końcowego odbioru jest najczęściej Klinika Chorób Wewnętrznych. Bowiem reszta specjalistów tegoż szpitala najchętniej odgania od siebie każdy niemalże problem, jakby to była natarczywa mucha niosąca ze sobą fetor zgniłego ziemniaka. 

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 7 , zobacz komentarze

w hołdzie muzyce

2010-03-01 22:34:14

Nie jestem fanem muzyki poważnej, ale Fryderyk Chopin wielkim kompozytorem był!

Genialny twórca i kropka. I choć jego dorobek muzyczny jest bogaty, to miano geniusza trzeba by mu przyznać chociażby za skomponowanie etiudy rewolucyjnej. Nie mówiąc już o marszu żałobnym... Rachmaninow, Debussy, Wagner, Grieg, Ravel, Liszt, Schumann - to "potęgi", jak by się dzisiaj to nazwało, światowej muzyki którzy czerpali inspirację z dzieł Polaka. Cieszmy się zatem, że mamy czym, a właściwie kim chwalić się w świecie. 

 

I choć zabrzmi to jak truizm, myślę że gdyby nie geniusz Chopina to nie powstałoby wiele utworów. I tych dobrych, i tych mniej doskonałych.

Zatem w hołdzie Fryderykowi zapuszczę dwa kawałki zespołu, którego nazwa w wolnym tłumaczeniu brzmi: Młodzież, lub jeszcze lepiej: Potomstwo. Potomstwo wielkiego artysty.

 

Mam nadzieję, że Ferdek mi wybaczy :)))

 

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka | Komentarze 4 , zobacz komentarze