Archiwum: Luty 2010


dzień powolności

2010-02-25 23:31:16

25 luty. Podobno Światowy Dzień Powolności.

 

Niestety dyżur do takich nie należał. Już końcówka 24-go odbywała się w przyśpieszonym tempie, ale apogeum miało nastąpić po północy. Kilkadziesiąt osób, które przewinęły się przez Izbę Przyjęć stanowiły praktycznie przekrój całej medycyny. Ciężkie POChP, zatorowość płucna, częstoskurcz nadkomorowy (czynność serca jakieś 180-200/min), krwawienie do górnego odcinka przewodu pokarmowego, stany gorączkowe od kilku tygodni (max prawie do 40 stopni), nowotwór przełyku z przetoką do oskrzela, obrzęk płuc, głęboka niedokrwistość (stężenie hemoglobiny 3,6 g/dl!), zapalenie pęcherzyka żółciowego (tym razem chirurg także nie miał wątpliwości, więc chora trafiła do oddziału zabiegowego) i oczywiście "przypadek" upojenia alkoholowego (tylko 5,53 promila) ale przebiegający z hiperkaliemią. Łącznie w trakcie dyżuru do oddziału przyjęto chyba 16 osób. Większa część z nich w godzinach nocnych i porannych dnia dzisiejszego. I większość za moim "pośrednictwem". Ponadto załatwiłem kilka ciekawych konsultacji (także perforacja przewodu pokarmowego) oraz udzieliłem pomocy całej rzeszy osób z pomniejszymi dolegliwościami (uczulenia, "duszności", złe samopoczucie, niespecyficzne bóle w klatce piersiowej i nadciśnienie tętnicze). A wszyscy chcący być "obsłużeni" natychmiast!

 

Ot, taki dzień powolności.

Kolejny w moim życiu :)))

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 7 , zobacz komentarze

cena

2010-02-21 18:27:48

Czy postepując tak nie inaczej jesteśmy źli, czy dobrzy? Czy podejmując decyzje czasem niezgodne z naszym sumieniem stajemy się przez to gorsi? Czy może dokonujemy w ten sposób tylko (bądź aż) wyboru "mniejszego zła"? Ale czy przez to nie zatracamy części siebie? I czy przez to nie stajemy się przez przypadek hipokrytami? Z drugiej strony, czy ratując jedno życie nie skazujemy drugiego człowieka na śmierć? W sposób całkiem jawny lub mniej... Pytania bardzo trudne do rozstrzygnięcia. I co tak naprawdę jest "mniejszym złem". A przede wszystkim do kogo należy wybór?

 

Dla osób "wierzących" (cokolwiek to znaczy) nie ma problemu... Często spotykam się ze stwierdzeniem - "Bóg tak chciał". Dla ateistów i agnostyków chcacych być "dobrymi i prawymi obywatelami" problem chyba jest realny. O tym mówi Waldemar Łysiak. "Cena" to tylko jeden, z jego jakże bogatej twórczości, utworów. I mówi właśnie o tym. Akcja jest osadzona w realiach hitlerowskiej okupacji, choć problem w nim poruszany mógłby być przedstawiony w jakimkolwiek innym miejscu. Oczywiście z racji osadzenia fabuły, prowadzone w trakcie postępu akcji dyskusje są "typowo polskie". I dobór osób także jest nieprzypadkowy... A finał zaskakujący choć, po głębszym zastanowieniu, do przewidzenia. Przecież  to tylko ludzie... Resztę pozostawiam czytelnikom. Konkluzje po przeczytaniu książki niestety nie mogą być przyjemne. Zwłaszcza dla lekarza, choć nie ma to takiego znaczenia.

 

"Wybór mniejszego zła". Cóż to oznacza? I dla kogo? I jaką płacimy cenę za podjęte w ciągu całego życia decyzje? Te parę złotych polskich wydanych na książkę Waldemara Łysiaka są tego warte. Bo na szczęście "Cena", którą płacimy za kilkadziesiąt zapisanych mistrzowską ręką stron nie wydaje się być zbyt wygórowana...

czytaj resztę »

Dodane w książki , varia | Komentarze 2 , zobacz komentarze

kill grill

2010-02-17 12:55:59

Czasowo jestem odłączony od komputera. Tego domowego (coś się popsuło, a ja w tej dziedzinie mocny nie jestem), bo w pracy na "nie"szczęście muszę się nim posługiwać. Co prawda w większości przypadków służy jako maszyna do pisania (karty informacyjne, grupper itp), ale niestety zabiera mi to dość dużą część czasu spędzonego w szpitalu. Tym bardziej, że w ramach akcji "modernizacji" placówki w której pracuję od pewengo juz czasu mamy także za pośrednictwem sieci dostęp do badań laboratoryjnych pacjentów a i takowoż ich badań obrazowych - co znacznie ułatwia funkcjonowanie moje i moich kolegów. Zatem nie jestem zupełnie pozbawiony kontaktu z komputerem (co chociażby widać na przykładzie tego postu pisanego w wolnej chwili, czyli w tzw. "pomiędzy").

 

Dom bez komputera zrobił się jakiś taki pusty, ale... ileż przez jego brak zyskałem czasu!

Z braku "wieczorno-nocnych" przesiadywań przed komputerem zabrałem się za czytanie. Czytanie zaległości książkowych tworzacych przy łóżku coraz większą hałdę, przez którą codziennie (niemalże) przedzieram się do wyrka próbując nie zburzyć którymkolwiek z odnóży, utworzonej z kolejnych tomiszczy, piramidy.

Na wierzchu leżała książka o temetyce wydawać się by mogło kulinarnej. "Kill grill". Anthony Bourdain - dość nietypowy szef kuchni, kucharz z zamiłowania od dziecka, w młodości hulaka, narkoman i ochlaptus (to ostatnie chyba do tej pory) napisał w sposób typowy dla siebie książkę o świecie znajdujacym się za drzwiami restauracyjnej kuchni. Ciekawy to świat... Jeśli komuś wydawoło się, że gotowanie (zawodowe) to przyjemność - mylił się znacznie. Mam pewne ciągoty do kuchni, ale tej zupełnie amatorskiej! Przygotowanie potrawy zajmuje mi sporo czasu - wkładam w nią całe serce i umiejetności (notabene niezbyt wielkie) - więc spędzenie wiekszości swego życia w kuchni doprowadziłoby mnie chyba do szaleństwa. I całkowitego wyczerpania fizycznego i emocjonalnego. Zwłaszcza, że podanie jednorazowo różnych dań z menu jest czynnością strasznie niebezpieczną - noże i tasaki lataja w powietrzu, gorący olej kipi z garnków, rozgrzane do czerwoności patelnie parzą nie tylko ręce. Przy tym wszystkim jest to świat zdominowany przez płeć męską, a kobieta chcąca stać się jednym (tak - jednym, nie pomyliłem końcówki) z wielkich tego świata kulinarnych rozkoszy musi po prostu mieć "jaja". "Mięso" rzuca się nie tylko na patelnię. Fruwające w powietrzu niewybredne dowcipy i "uszczypliwości" to porządek dnia codziennego. I wszystko dookoła jednego tematu! I oczywiście nie chodzi o jedzenie... Trochę jak w gronie zabiegowców! Po prostu kobieta musi mieć w sobie dużo z mężczyzny.

Jest i parę ciekawych spostrzeżeń co do spożywania w określonych dniach niektórych potraw, ciekawostki co do ich przyrządzania, jakości mięsa, ryb i innych tego typu spraw.

 

I choć całość nie rzuca na kolana, to ostatni rozdział jest naprawdę dobry.

Facet ze swoim podejściem do pracy przypomina trochę mnie. A może ja jego?

 

P.S. Post zakończony w tzw pomiędzy, czyli o 21.30 :)))

czytaj resztę »


paracetamoxyfrusebendroneomycin

2010-02-11 23:32:48

Ilość pojawiających się nowych leków na rynku jest zastraszająca. I tych oryginalnych i tych tzw "generycznych". Zapamiętać ich wszystkich nie sposób, zwłaszcza że ludzie odpowiedzialni za ich nazewnictwo nie mają chyba zielonego pojęcia o zdolnościach lingwistycznych statystycznego lekarza. Nie mówiąc już o zasobach pamięciowych także :))) 

 

Do kogo należy wprowadzenie nazwy nowego medykamentu? Do wynalazcy leku? Do pierwszego pacjenta, który go przetestował? Do sponsora (najczęściej firmy farmaceutycznej)? Czy też od jakiegoś karkołomnego przypadku splecenia ze sobą trzech odmiennych kulturowo języków? 

 

Nazwy chemiczne są bardzo skomplikowane (choć ich logiczność jest niezaprzeczalna) i nikt nie zmusza nas do ich zapamiętywania. Ale nazwy międzynarodowe, a zwłaszcza te handlowe (wypisywane przecież przez nas non stop na drukach zwanych receptami) wypadałoby pamiętać. A nie jest to proste działanie. Owszem - te najczęściej stosowane w końcu włażą jakoś do głowy, ale liczba nowych poraża. I to nie tylko ilością, ale właśnie nazwami. 

 

Chociażby najprostsze. Acetylocysteina, znana wszem i wobec jako ACC (cóż za piękna i prosta nazwa!) ma oczywiście swoje odpowiedniki w postaci preparatów Fluimucil, czy Syntemucol. 

Kolejna amlodypina z mnogością preparatów - Agen, Aldan, Amlonor, Amlopin, Amloratio, Amlozek, Apo-Amlo, Cardilopin, Tenox i Vilpin. Te z czołówką "amlo" jeszcze jakoś się kojarzą, resztę trzeba wbić do głowy młotkiem.

Weźmy na tapetę taki cefuroksym - oto formy dożylne: Biofuroksym, Novocef, Pixym, Tarsime, Xorim, Xorimax, Zamur i Zinacef. I trzy jego preparaty doustne: Bioracef, Ceroxim i Zinnat. Który wybrać?

I kolejny antybiotyk - azytromycyna. Liczba preparatów ustawia ją w czołówce peletonu: Azibiot, Azimycin, Aziteva, Azithro-Mepha, Azithromycin-1A Pharma, Azithromycin-Ratiopharm, Azitrin, Azitrogen, AzitroLEK, Azitrox, Azycyna, Bactrazol, Macromax, Macromaxin, Nobaxin, Oranex, Sumamed, Zetamax. Ile i które z tych nazw można zapamiętać?

A może coś z antagonistów receptora angiotensyny? Proszę uprzejmie. Taki losartan - czyli Lakea, Lorista, Losacor, Losartic, Lozap, Rasoltan i Xartan.

Jakiś inhibitor pompy protonowej? Na przykład omeprazol? Toż to tylko Bioprazol, Gasec, Helicid, Losec, Loseprazol, Omar, Ortanol, Polprazol, Prazol i Ulzol.

A takie inhibitory receptora IIb/IIIa - abciksimab, eptifibatid, czy tirofiban? Jedynie nazwa handlowa tego pierwszego jest w miarę przystępna - Reo-Pro, bo Integrillin, czy Aggrastat już nie do końca.

 

Przedstawiciele medyczni farmaceutyków stają na głowie by zachęcić do kolejnego "cudownego" medykamentu, oczy wyłażą z orbit w trakcie czytania samej jego nazwy, język kołkiem w gębie staje od próby wymowy, a mózgownica się przegrzewa starając uporządkować cokolwiek w szufladce z napisem "farmakopea". Dlatego czasem powstaje w niej nazwa cudownego leku na wszystko - PARACETAMOXYFRUSEBENDRONEOMYCIN!

 

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , praca , muzyka | Komentarze 11 , zobacz komentarze

zabawa

2010-02-08 23:21:32

Dawno nie byłem na weselu. Chyba jakieś pięć lat. I potrzeba było mi tego. Zabawiłem się niemalże jak za lat młodzieńczych. Nie obliczę objętości spożytych "wyrobów alkoholowych". Nie pomnę ilości wchłoniętych przez otwór paszczowy potraw. Nie zliczę kroków wykonanych na parkiecie. Nie wspomnę paru innych rzeczy, które miały miejsce. Ale powiem jedno - ubawiłem się nieźle! 

 

Nie dość, że "hajtał" się kumpel z lat studenckich (kawał czasu minęło), to na dodatek była to ostatnia osoba, którą mógłbym podejrzewać o ten "nieszczęsny" w skutkach krok. Nawet nie śmiem próbować domyślać się powodu tej, jakże brzemiennej przecież w skutkach, decyzji. Mamy już swoje osiemnaście lat skończone i każdy jest kowalem swojego losu (tak przynajmniej mówi przysłowie). A to jest przecież Jego wybór i należy go uszanować. Ale powiem jeszcze tylko jedno - nie będę się dłużej rozwodził nad tym jakie mam ale :))) 

 

Można by się do wielu rzeczy doczepić. Że zimno (któż to bierze ślub w pełni zimy?), że luty (znaczy się miesiąc bez litery "R" w nazwie - podobno powinno być "R"), że daleko (nie tyle od miejsca mego zamieszkania, co od kościoła do sali weselnej), że sala weselna naprzeciw cmentarza (fajny widok), że trochę mało miejsca na taniec (na dodatek trza było się gramolić po schodach na piętro), że z obsługą gości też nie do końca (cytuję: "Teraz podaję mięso, nie mam czasu na roznoszenie herbaty"), że parę innych "że"... Ale powiem jedno - ubawiłem się po pachy!

I nic mi nie przeszkadzało! Absolutnie! 

 

Oderwanie się, po tak długim czasie niebytności na tego typu imprezach, od rzeczywistości zrobiło mi bardzo dobrze. Pomimo pewnych "ale", "jednak", "aczkolwiek", "lecz" i innych tego typu spójników, nie mówiąc już o słówku "prawie". Było po prostu EKSTRA! Zwłaszcza, że spotkałem się z osobami których nie widziałem od lat wielu.

I powiem jeszcze jedno, choć różne miałem obiekcje - fajno jest, że osoby te nie zmieniły się wcale. Mimo, że upłynęło lat parę. A czasem i więcej niż parę...

 

I choć ten utwór nie pojawił się w trakcie "wirtuozerskich" popisów grupy wokalno-muzycznej (większość piosenek w języku polskim), to jakoś tak mi się kojarzy z weselem. I to niejednym...  

 

 

 

 

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 7 , zobacz komentarze

trzydzieste plenum spółdzielni zenum

2010-02-01 23:31:22

Są takie dni, gdy nie wiadomo w co ręce włożyć. Tak było dziś, ale przeciez nie ma róży bez ognia. Niemalże trzydzieści przyjęć w trakcie weekendu do oddziału, dłuuuuga odprawa, zmiana zespołów co doprowadziło do tego, że łącznie sprawuję "opiekę" nad szesnastoma pacjentami (zmiennicy?), kilka spraw "pobocznych" wymagających niestety załatwienia w dniu dzisiejszym, konieczność jazdy do Akadami Medycznej (o pardon - już do Uniwersytetu Medycznego i to bez mozliwości alternatywy!), załatwienie po drodze do domu bardzo szybkich sprawunków, odebranie latorośli z przedszkola (całe szczęście wyrobiłem się w miarę czasowo, więc nie był jedynym pozostałym dziś w tej instytucji dzieckiem) i parę jeszcze innych "konieczności". Straszny dzień - gonitwa na całego (taki poszukiwany/poszukiwana). A to dopiero poniedziałek. Nie lubię poniedziałku.

 

To pisałem ja - Miś, specjalista internista (znaczy się brunet wieczorową porą).

Czysty realny socjalizm. Taki bareizm :)))

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 8 , zobacz komentarze