status quo
2010-01-30 23:56:39
Ktokolwiek spodziewałby się zmiany obecnej sytuacji panującej w Izbach Lekarskich, myliłby się znacząco. Było, jest i będzie! Ta dewiza będzie niestety jeszcze długo panowała. I nie dotyczy to tylko władz Naczelnej Rady Lekarskiej, ale i całego systemu dotyczącego medycyny w Polsce. Co prawda niebywały kult jednostki w postaci męża jakże "szlacheckiego" z nazwiska chyba minął bezpowrotnie, ale wpływ tejże do tej pory sprawującej "władzę" osoby jeszcze nie przeminął. Obecnie wybrany prezes NRL jest mocno uzależniony od potomka książęcego rodu, więc sterowanie z tak zwanego tylnego siedzenia może być bardzo prawdopodobnym scenariuszem, jednakże dr Hamankiewicz (doktor nauk medycznych, specjalista chorób wewnętrznych, Śląsk) sprawiał wrażenie osoby mocno wierzącej w swoje racje, a wygrana w wyborach mocno umocniła jego "samoświadomość". Zatem może być różnie. Niestety niejaki Krajewski Romuald (neurochirurg), który również kandydował na przewodniczącego (prezesa) NRL oddawszy swe głosy na dr Hamankiewicza zapewnił sobie (bądź co bądź po kuluarowych rozmowach z wybranym prezesem Hamankiewiczem) stanowisko wice-prezesa NRL. Niestety, bo w trakcie zjazdu widać było "sznurki" przywiązane do ramion marionetki doktora (o przepraszam - doktora habilitowanego, znaczy się docenta) Krajewskiego. Sznurki przymocowane przez Konstantego Mikołaja Melchiora Marii książęcego nazwiska! Jak nie w ten, to w inny sposób trzeba postarać się o wpływy. Nieprawdaż?!
Chcąc nie chcąc (bardziej nie chcąc niż chcąc), zostałem (teraz już mogę powiedzieć niestety) delegatem na Krajowy Zjazd Izb Lekarskich. Dziesiąty - z liczby można by sądzić że jubileuszowy, ale chyba pomiędzy tymi zwoływanymi co cztery lata były jakieś nadzwyczajne (nawet trzy), więc fety nie było. Sprawozdawczo-wyborczy z nazwy (jak odbywający się w grudniu dla Mazowieckiej Izby Lekarskiej, którego także miałem nieszczęście być delegatem). Bagienno-manipulacyjny z przebiegu. Mam nadzieję, że już nigdy nie będę musiał w czymś takim uczestniczyć, bo mierzi mnie to znacznie. Praktycznie dwa dni wyjęte z życia. Dwa dni, w trakcie których mógłbym spokojnie "dopatrzyć" swoich oddziałowych pacjentów (przecież nie ma to jak lekarz prowadzący!), dni w trakcie których spędziłbym radosne (tak mi się wydaje!) chwile z rodzinką, dni podczas których nie oglądałbym wojny podjazdowo-zaczepnej pomiędzy głównymi "rycerzami" zjazdu. Średniowiecze było chyba lepsze - wyjść na "ubitą ziemię", pobić przeciwnika w otwartej walce i w ten sposób udowodnić swoje "umiejętności" do zdobycia "wymarzonej" przez siebie posady! Niestety przyłbice (zwłaszcza te otwarte) zostały już dawno przekazane do muzeum (lepiej to brzmi niż do lamusa), więc i "uczciwe" starcie dawno stało się synonimem "naiwniactwa" niż odwagi.
Jeszcze jedno spostrzeżenie - tak na prawdę cała kołomyja jest o "nieokreśloną" w sumie "władzę", bowiem patrząc na to jak środowisko lekarskie spostrzega Izby Lekarskie, to ich żywot zmierza jedynie ku łowiskom Wielkiego Manitou, bowiem niejeden bizon rozniesie tę organizację na swych rogach!
A na koniec powiem tylko tyle - walka była zaciekła, a zjazd pod względem wyborów mocno ekscytujący, lecz całokształt pokazał jedno - lekarzom dobrze jest w zupie uwarzonej przez poprzedników.
Byłem jednym z "młodszych" uczestników zjazdu - jak okiem sięgnąć widać było osoby wiekowo przynajmniej o 15 lat starsze ode mnie, choć już tak młody nie jestem. Najstarsza osoba na sali miała 87 lat, a osoba o trzy lata tylko młodsza została zgłoszona została jako kandydat na członka Naczelnej Rady Lekarskiej (oby żyła jak najdłużej, ale statystyczne biorąc jej szanse na preżycie nie są już optymistyczne, a i sprawność intelektualna sądząc po wypowiedziach też niestety nie). Środowisko emerytalno-rentowe (bardzo energiczne skąd inąd, a i okazuje się stanowiące około 15 procent wszystkich członków Izb Lekarskich) domaga się jakichś specjalnych przywilejów, ktoś jeszcze woła o jakieś pieniądze, zabierają w "debatach" i "dyskusjach" głos osoby, które wydaje mi się chciały w jakiś sposób zaistnieć, w głosowaniach nagle pojawiały się głosy sprzeciwu w sprawach, które wydawały się być priorytetowe i dobrze przeanalizowane - jednym słowem CYRK.
A jako że syn mój jest jeszcze w okresie bajkowo-wierszykowym, to całość tegorocznego zjazdu można by określić tytułem wiersza Jana Brzechwy:
"Na straganie"
Na straganie w dzień targowy, Takie słyszy się rozmowy:
- Może pan się o mnie oprze, Pan tak więdnie, panie Koprze.
- Cóż się dziwić, mój Szczypiorku, Leżę tutaj już od wtorku!
Rzecze na to Kalarepka: -Spójrz na Rzepę - ta jest krzepka!
Groch po brzuszku Rzepę klepie: - Jak tam, Rzepo? Coraz lepiej?
- Dzięki, dzięki, panie Grochu, Jako żyje się po trochu,
Lecz Pietruszka - z tą jest gorzej: Blada, chuda, spać nie może.
- A to feler - Westchnął Seler.
Burak stroni od Cebuli, A Cebula doń się czuli:
- Mój Buraku, mój czerwony, Czyby nie chciał takiej żony?
Burak tylko nos zatyka: - Niech no pani prędzej zmyka,
Ja chcę żonę mieć buraczą, Bo przy pani wszyscy płaczą.
- A to feler - Westchnął Seler.
Naraz słychać głos Fasoli: - Gdzie się pani tu gramoli?!
- Nie bądź dla mnie taka wielka! - Odpowiada jej Brukselka.
Widzielicie, jaka krewka! - Zaperzyła się Marchewka.
Niech rozsądzi nas Kapusta! - Co, Kapusta?! Głowa pusta?!
A Kapusta rzecze smutnie: - Moi drodzy, po co kłótnie,
Po co wasze swary głupie, Wnet i tak zginiemy w zupie!
- A to feler - Westchnął Seler.
Pytanie tylko brzmi jaka to zupa?
Bo jeżeli z przewagą roślin strączkowych, to ja mam tak zwane "wiatry".
I chyba podziekuję za konsumpcję :)))
czytaj resztę »pomiędzy
2010-01-24 00:07:38
Czytałem kiedyś (dawno temu) powieść "Jeźdźcy smoków" Ann McCaffrey. Bardzo sympatyczna książka zaliczana do literatury fantastyczno-naukowej, a dokładnie z gatunku fantasy. Nie mam zamiaru streszczać całego utworu, jednakże jedno muszę powiedzieć - współistnienie ludzi i smoków, ich wzajemne więzi emocjonalne umożliwiały bardzo szybkie podróżowanie pomiędzy różnymi punktami (dziś nazwano by to teleportacją). Jedna trochę buntownicza dzioucha przez przypadek odkryła, że można przemieszczać się nie tylko pomiędzy punktami oddalonymi w przestrzeni ale i w czasie. To co się działo z człowiekiem i smokiem w trakcie przenosin odległościowo-czasowych nazywano "pomiędzy", czyli gdzieś (nie wiadomo gdzie - jeszcze nie tam i już nie tu, już nie przed chwilą a jeszcze nie za chwilę). Takie czasoprzestrzenne zawieszenie...
Czuję się dziś podobnie jak niejeden z jeźdźców smoków. "Pomiędzy". Pomiędzy jednym a drugim dyżurem. Choć wczorajsza gonitwa izbowa nie była Wielką Pardubicką (a takie zdarzają się niestety coraz częściej) to i tak zmęczenie daje o sobie znać. A czasu na tak zwaną regenerację nie za wiele... Zwłaszcza że domowe obowiązki wzywają. Trzeba zrobić i to, i tamto... Chciałoby się pobawić z dzieckiem, porozmawiać z żoną, obejrzeć film, posłuchać muzyki, przeczytać książkę lub czasopismo... Wszak to dzień wolny od pracy!
Jedynie z małym pobawiłem się jak należy (tego nie odpuszczam nawet jak padam na pysk!), w tle leciała jakaś muzyczka (więc i ten punkt dnia mam zaliczony). Filmu nie obejrzałem żadnego (nawet nie zajrzałem do programu telewizyjnego - nie było szans na to), cudem ujrzałem koniec konkursu skoków narciarskich w Zakopanem (Małysz w czołówce - czwarte miejsce - BRAWO!). Krótką chwilę (w tak zwanym odosobnieniu - tam gdzie król piechotą chodzi) spędziłem na lekturze. "Newsweek" sprzed dwóch tygodni... I muszę powiedzieć, że z połowicą talże udało mi się porozmawiać! I to nie tylko o tym co upichcić na obiad :)))
Nie będę marudził o podyżurowych "ryneczkowych" zakupach w piętnastostopniowym mrozie. Nie będę marudził o wypadzie do pobliskiego centrum handlowego (konieczność zakupów pilna, rzec by można natychmiastowa - w dziedzinie odzieżowo-imprezowo-weselnej - za dwa tygodnie ślub mojego kumpla, więc żona szaleje bo przecież jak każda kobieta nie ma co na siebie włożyć). Nie będę marudził o paru innych dzisiejszych "obowiązkach". Bo jestem zmęczony.
Na koniec dodam jeszcze jedno pomiędzy - jazda w niedzielny poranek do pracy z punktu widzenia kierowcy to czysta przyjemność. Mała liczba samochodów na drodze, brak korków, płynna jazda. Niby same zalety, ale... nieobecność na drodze innych pojazdów bardzo demobilizuje, bowiem uświadamia że dziś to ja będę jednym z nielicznych, którzy pracują... Przy całej rzeszy tych odpoczywających. Taki zawód. Wymagający ciągłych wyborów - między domem a pracą, między pracą a świętem, między dniem a nocą, miedzy wczoraj a dziś, między wysiłkiem a odpoczynkiem, między złem a mniejszym złem, między radością a smutkiem i w końcu miedzy życiem a śmiercią. Taki zawód "pomiędzy"...
czytaj resztę »dzień imienin
2010-01-19 23:02:34
Rano, po kąpieli, ogoleniu się (nie znoszę!), zjedzeniu śniadania, ubraniu się i kilku innych innych rutynowych czynnościach prowadzonych w tak zwanym półśnie, gotowy do wyjścia z domu zostałem zatrzymany z lekka zapytującym stwierdzeniem połowicy: "Dokąd dziś tak elegancko?" Cholera, myślę sobie, elegancko jak elegancko. To że się nietypowo dziś ogoliłem (nie znoszę! robię to naprawdę z konieczności, gdy gęba zarasta zanadto!), to że założyłem na grzbiet nieco lepszą koszulę ma być bardziej elegancko? No może zapodany na siebie zapach Gucci Pour Homme był lekką ekstrawagancją (lubię go acz ciężki jest), lecz przecież dziś są moje imieniny, więc mogę chcieć czegoś więcej od życia niż szarości dnia codziennego?! W ten jakże miły sposób przypomniałem małżonce o ważnej (sic!) jakby nie było dacie, jaką jest 19 stycznia. Dla niewtajemniczonych - rok 1945 - dzień wyzwolenia Łodzi (notabene mego miasta rodzinnego) spod okupacji niemieckiej. I dzień wejścia miasta pod okupację kolejnego sąsiada :)))
No dobra. Pożartowałem sobie nieco. Ale dziś mogę :) Przecież jestem solenizantem (nie mylić z jubilatem, którym zapewne w tym roku się stanę - i to okrągłym - na ciele i wieku). A imieniny dziś obchodzą (wymienię w kolejności alfabetycznej): Adarlyk, Alderyk, Andrzej, Basjan, Basjana, Bernard, Biernat, Erwin, Erwina, Eufemia, German, Germanik, Geroncjusz, Henryk, Jan, Januariusz, January, Józef, Juliusz, Kaliksta, Kalista, Kanut, Marceli, Mariusz, Marta, Matylda, Mechtylda, Poncjan, Pia, Racimir, Sara, Saturnin i Wulstan. Trzydzieści trzy imiona. To dużo, bo wiedziałem raptem o trzech, no może czterech współsolenizantach! To dużo, bowiem wczoraj święto to przypadało tylko piętnastu imionom (Ammonia, Ammoniusz, Beatrycze, Bogumił, Jaropełk, Krystyna, Libarat, Lubart, Małgorzata, Piotr, Pryska, Regina, Sędziwoj, Wenerand i Zuzanna). A jutro jeszcze mniejsza okazja do świętowania - imieniny przypadają tylko Dobiegniewowi, Dobroniegowi, Dobrożyźniemu (?), Dobrzegniewowi, Eutymiuszowi, Fabianowi, Fabianie, Maurowi i Sebastianowi (zaledwie dziewięć imion).
Cholera! Nawet nie wiedziałem, że niektóre z tych imion istnieją! Odmienić trudno, a zastanawiam się już jak niektóre z nich zdrobnić? A może to tylko taki żart niektórych rodziców? Jak dla mnie trochę okrutny...
Dobra. Koniec dobrego, bo muszę zbierać siły na rok następny. Ponieważ niejaki brat Wacław (który mógłby obchodzić dziś imieniny, a nie wiedzieć czemu nie obchodzi) jako dorosły już chłopczyk zapowiedział, że w przyszłym roku przenosi dzień swoich imienin na 19 stycznia. Tak byśmy mogli wspólnie świętować. To dopiero będzie heca! Już się boję!
czytaj resztę »(z)męczenie tematu
2010-01-17 19:16:02
Dyżur jak na razie przebiega spokojnie, pozwolę sobie zatem na strzelenie posta.
Dziś wykończę temat coverów, pomimo że nie cieszy się on zbytnią popularnościa.
Zamieszczę tylko jeden utwór, ale za to przetworzony przez kilku...nastu wykonawców. W tym jeden oryginał!
Zacznę własnie od niego:
Całkiem nieźle. Nie wiem, czy nie najlepiej. Tak to jest z oryginałami, przynajmniej jeżeli chodzi o muzykę :)
A teraz powyjemy sobie trochę z Axlem Rose’m. Stara się pokazać swoje zdolności wokalne, znaczy się skalę głosową. Genialny Slash na gitarze. Podobno tworzy płytkę z zaproszonymi do współpracy gośćmi - same sławy! Czekam z niecierpliwością!
Bluesowo-rastafariański Eric Clapton. Gitarowe brzmienie w jego wykonaniu jak zwykle bez zarzutu :)
Także brzmiący trochę rastafariańsko Phil Collins chwycił byka za rogi... Ale cóż za skomplikowana oprawa perkusyjna! Toż to do Phila niepodobne :)
Kolejna potęga muzyczna i "Knocking on Heaven’s Door" - chyba musi byc dobry kawałek, skoro najlepsi biorą się za covery! Każdy w swoim (charakterystycznym dla swej twórczości) wykonaniu. Dave Evans i Bono słyszalni z daleka. Nie do podrobienia!
No i kolejny geniusz gitary biorący się za ten utwór. Mark Knopfler - fenomen grający na gitarze elektrycznej palcami, nie kostką! Też z zamkniętymi oczami można odgadnąć wykonawcę... Tak charakterystyczne, że aż boli...
Bardzo lubię Bryan’a Ferry. Niestety pomimo, że czuć jego styl, to "Knocking on Heaven’s Door" w jego wykonaniu mnie nie przekonuje...
A to już pani w tym męskim gronie wykonawczym. Uważam, że całkiem nieźle...
Pamiętacie filmik "Leningrad Cowboys go to America"? Fiński zespół (utworzony notabene na potrzeby filmu) zarobił całkiem niezłą kasę koncertując często z Chórem Armii Czerwonej. Oto jeden z przykładów. Chór rosyjskich chłopców w mundurach powalający!
Kolejny wykonawca. Trochę płytko, bo i głosiku nie starcza :(Znaczy się Heaven:
A to bardzo ciemna twórczość Sisters of Mercy. Andrew Eldritch - trochę pokiereszowany intelektualnie wokalista mający na stałe w składzie swojego zespołu jedynie automat perkusyjny nazwany Dr Avalanche... Mimo wszystko podoba mi się!
Starający się brzmieć nieco psychodelicznie Bob Weir z kolegami. To po prostu Grateful Dead:
Nawet Jon Bon Jovi (osobiście nie przepadam) sobie nieźle poradził z tym kawałkiem:
Jest zapewne jeszcze paru lub parunastu wykonawców tej piosenki. I tych profesjonalnych i tych zupełnie amatorskich. Wybór jest trudny. Jak się ich razem zbierze do "kupy" to w sumie "kupa" dobrej muzyki się jawi. I wcale nie z przewagą "kupy"...
Bardzo dobry utwór!
I tyle na dziś!
czytaj resztę »
(un)cover
2010-01-13 12:54:39
Niestety mój poprzedni muzyczny post nie wywołał zbytniej polemiki, choć miałem nadzieję ze obudzą się jakieś wspomnienia, ktoś poda jakąś ciekawostkę o wykonawcach, utworach, czy coś tam jeszcze...
Nędzne 3 (słownie: trzy!) komentarze - dwa moje i jeden gwóźdź (przybity chyba z litości, żeby nie nazwać go gwoździem do trumny) nie stanowią istotnego pocieszenia.
Dla osłody zamieszczam dziś zatem "oryginalny" cover, który wydaje mi się być udanym. Oryginał w wykonaniu Talk Talk też jest ekstra.
czytaj resztę »
wośp
2010-01-10 23:07:12
Dziś kolejny finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
W związku z nim postanowiłem zapodać na obiad dawno nie widzianą na mym stole, a jakże smaczną potrawę. Oczywiście, że przygotowałem się zawczasu do jej sporządzenia kupując wczoraj u "znajomych" (znaczy się sprawdzonych) z ryneczku handlarzy ładny kawałek wołowiny. Miałem bowiem w planie przekształcić ten kawałek mięsa w... bitki wołowe!
Od rana zbiłem mięcho (tak byle oberwało tłuczkiem), przyprawiłem odpowiednio (znaczy się sól i pieprz), umączyłem (ale nie za wiele - nie staram się obtoczyć w całości mąką, bo sos później wychodzi zbyt "mączny"), usmażyłem na oleju (dwie, trzy minuty z każdej strony) a następnie wrzuciłem do rondla z gotującą się wodą (objętość w zależności od ilości mięsa - niektórzy mówią że powinien być bulion, choć i sama woda wystarcza). Jeszcze pokrojona w kostkę (przesmażona na tej samej patelni co mięso) cebula. I dwa, trzy ząbki czosnku do gotującej się strawy (w całości). Teraz spokój, czas na jakąś lekturę, od czasu do czasu zamieszać w garze lekko "pyrkoczącej" strawy (gotowanie na "małym" ogniu), można wypić kawkę, pobawić się z dzieckiem i takie tam inne... Przed finałem, gdy sos już znacząco zgęstnieje, ścieram jeszcze do garnka jednego (średniej wielkości) ogórka kiszonego. Znacząco to podnosi smak sosu. Tak jak i wcześniej dodany czosnek. Teraz wystarczy tylko zapodać na talerzu. Najchętniej z kopytkami, do których sos lgnie jak puch do smoły, oblepiając każdą z klusek gęstą smakowitą cieczą na bazie wołowej (wydaje mi się, że już ten tekst był kiedyś w użyciu). Mięso (tak ważne jest długie gotowanie) rozpadało się w ustach jak krucha beza. Jedliśmy wszyscy (nawet moje wybredne w gustach smakowych dziecko) aż nam się uszy trzęsły. I nikt nie narzekał na nadmiar szczęścia na talerzu!
Zatem w skrócie - Wielkie Obżarstwo Świetną Potrawą!
Chyba za bardzo wychwalam swe zdolności kulinarne. Zjadliwe było. I tyle :)
czytaj resztę »egzamin z chirurgii
2010-01-09 22:56:20
Nie! Nie przekwalifikowuję się jak na razie, choć kto wie? Mówią, że jestem sprawny manualnie (cokolwiek ma to znaczyć), więc radę bym sobie chyba dał. Bo rozpoznanie przypadków wymagających pilnej interwencji chirurgicznej jak na razie nie nastręcza mi zbyt wielkich problemów.
Niestety muszę zwykle to udowodnić tzw "miękkim zabiegowcom", że to ja mam rację. Zatem wykonuję serię badań laboratoryjnych a i obrazowych także, by móc podać na tacy "przypadek wymagający wjazdu na salę operacyjną". Bo nie wiedzieć czemu chirurdzy z którymi mam do czynienia nie garną się za bardzo do chwytania za skalpel. Po części może to i racja, ale z drugiej strony zbyt często (zwykle po wielodniowej batalii o przeniesienie na chirurgię) pacjent już się nie nadaje do zabiegu, bo jego stan pogorszył się w sposób tak drastyczny że nie jest w stanie przeżyć znieczulenia, nie mówiąc o samej operacji. Tak... Odwieczny spór. Pracowałem już w kilku szpitalach i niestety problem jest wszędzie taki sam.
Wczorajszy dyżur, poza tym że był piekielnie ciężki, obfitował w "przypadki" chirurgiczne. I, o dziwo, przy niechęci ze strony "starszego chirurga" wylądowały w oddziale zabiegowym. Nie jestem do końca pewien, czy zostały zoperowane, bowiem dość często ujawnia się wśród dyżurnych chirurgów tendencja do przybrania tzw. pozycji wyczekującej - to znaczy do "przeciągnięcia" chorego do rana, do kolejnej zmiany dyżurowej...
Pierwsza osoba - jak zwykle bez skierowania (choć nie wściekam się, gdy ktoś jest poważnie chory) - trafiła do mnie (bo chirurg przecież osoby bez skierowania nie przyjmie) z bólem brzucha i objawami niedrożności. Istotna przeszłość chirurgiczno-onkologiczna. Na "macanego" i "słuchawkę" objawy klasyczne. Wystarczyło wykonać tylko przeglądowy radiogram jamy brzusznej, by tę niedrożność potwierdzić. I zapewne osoba ta, z rozdętym do około 10 cm jelitem, wylądowałaby na internie (cytuję: co to za niedrożność? nie ma istotnego problemu, tylko pojedyncze poziomy płynu...) gdybym nie podsunął pod nos przezornie wykonanego zdjęcia klatki piersiowej, które to ujawniło problem trochę poważniejszy - wolny gaz pod przeponą. Perforacja! No tego się na szczęście na internie nie leczy!
Osoba druga - blady jak ściana młody mężczyzna, rzygający żółcią jak kot, z bólami jamy brzusznej od tygodnia, obecnie z gorączką do 39 stopni. Błąd dietetyczny a jakże - przecież sylwester, wcześniej święta (w wywiadzie przyznał się, że już w drugi dzień świąt było niedobrze). Brzuch "prawie" zdrowy w badaniu przedmiotowym. Prawie - do prawego podżebrza, gdzie nie za chętnie dawał się zbadać. Zafundowawszy mu skok pod sufit w trakcie wyzwalania objawu Chełmońskiego utwierdziłem się w przekonaniu, że to kolejny "przypadek" z domeny chirurgii. Nauczony jednak wieloletnim doświadczeniem (po podaniu biedakowi w pośladek leków przeciwbólowych i rozkurczowych) pokusiłem się o pobranie krwi do badań laboratoryjnych. Leukocytoza prawie 23 tysiące, CRP ponad 20, niewielka hiperbilirubinemia, cechy odwodnienia (nieznaczny wzrost stężenia mocznika i kreatyniny, dość wysoki hematokryt, liczba krwinek czerwonych i hemoglobiny). Godzina grubo po północy, ale cóż - trzeba wezwać chirurga. Młodszy (znaczy się ten schodzący do Izby Przyjęć) nie miał wątpliwości, ale niestety to do "starszego" chirurga należała decyzja, co mogło niestety oznaczać komplikacje co do pobytu chorego w oddziale zabiegowym. I, o dziwo, człowiek został przyjęty na chirurgię. Zapewne do leczenia zachowawczego do rana...
Egzamin z chirurgii zdany po raz kolejny :)))
czytaj resztę »(dis)cover
2010-01-08 19:34:13
Wczoraj w głośnikach mego samochodu zabrzmiały dźwięki utworu, który już kiedyś słyszałem (całkiem go lubię, pozostałe utwory tego wykonawcy także), lecz w wykonaniu zupełnie mi nie znanego zespołu. Nie wiem czy tak miało być, czy może taki zamysł miał któryś z prowadzących program, ale po pierwszym (znanym dobrze z przeszłości utworze) pojawił się kolejny (równie dobrze mi znany). I kolejny. I jeszcze jeden - ten w polskiej wersji językowej... Większość z nich (stety lub niestety) przegrywa z pierwotnym wykonaniem. Oto zasłyszane utwory. W oryginale:
Chyba tylko Metallica sprostała zadaniu nagrania dobrego covera. Ale to tylko moje zdanie :)
2010 odyseja ko(s)miczna
2010-01-01 22:51:24
Le roi est mort, vive le roi!
Stary rok minął jak z bicza strzelił. Dopiero co świętowaliśmy początek 2009, a dziś pierwszy dzień 2010 roku chyli się już ku końcowi. Jakiż będzie ten Nowy Rok? W życzeniach składanych o północy często przewijało się, żeby ten nadchodzący rok nie był gorszy od mijającego. Oczywiście życzymy sobie także zdrowia, spokoju, szczęścia, spełnienia wszystkich marzeń, miłości i radości. I paru innych miłych rzeczy.
A niestety miło się nie zapowiada. W dzisiejszych wiadomościach oprócz relacji z przebiegu nocy sylwestrowej, dominującym tematem były nadchodzące podwyżki cen. OC dla posiadaczy samochodów, papierosy, może zdrożeć cukier i kakao a co za tym idzie słodycze, ale przede wszystkim pójdą w górę ceny paliw i energii elektrycznej, co automatycznie zapewne podniesie ceny wszystkich usług i towarów.
Chodzą słuchy że mogą stanieć kredyty, ceny bananów i telewizorów LCD oraz korzystanie z internetu - to w sumie dobrze. Za tani kredyt zakupimy sobie duży telewizor przed którym zasiądziemy pożerając tony bananów. Tymi samymi bananami będziemy się żywić surfując po necie, choć z racji podwyżek energii elektrycznej nie wiadomo, czy koszty poboru prądu nie będą wyższe niż wartość nowego telewizora i narastającego uzależnienia od sieci.
Dodatkowo według któregoś z horoskopów (nie czytuję z zasady, ale żona podetknęła mi pod nos) 2010 rok pełen będzie niespodzianek i radykalnych zmian. A że będzie to rok Plutona i Saturna, to najsilniej odczują tego skutki osoby spod znaku Koziorożca i Wagi (znaczy się moja żona i chyba przez przypadek ja także) - skutki w postaci nawet (jak wieszczy ów horoskop) największych życiowych zmian!
Już się boję. Zapowiada się na niezły galimatias. Zwłaszcza, że idąc za noworocznymi życzeniami "nie gorszego" roku 2010 to w Polsce może być w najbliższym czasie całkiem wesoło, przecież zbliżają się wybory prezydenckie :)))
czytaj resztę »