Archiwum: Wrzesień 2009


ma tematyka medyczno-muzyczna

2009-09-30 23:48:02

Bardzo lubię rozwiązywać wszelkiego rodzaju zagadki. Szarady, rebusy, anagramy, kalambury, homonimy, diakrostychy, rebusy, jolki i różnego rodzaju krzyżówki. Niestety nie mam obecnie na to zbyt wiele czasu, Ostatnio mój syn namówił mnie do zakupu "Rewii Rozrywki" - szaradziarskiego pisma (jedno  z lepszych na polskim rynku), którego nie miałem w rękach od lat. O tyle jest ciekawe, że wszystkie wymienione przeze mnie wyżej zadania znajdują się w nim. Autorzy nie ograniczają się do jednego rodzaju zadań szaradziarskich, stąd pismo jest trudne, ale i interesujące zarazem.

 

Bawią mnie także same zabawy słowne, dlatego tak lubię Scrabble. I chyba dlatego też staram się dbać o poprawną polszczyznę. Czasem zupełnie niepotrzebnie czepiam się jakichś sformułowań, czasem zaś zupełnie potrzebnie (ale i dla śmiechu także) szukam dwuznaczności w różnego rodzaju wypowiedziach (za co wszystkich dotkniętych tym postępowaniem przepraszam). A propos Scrabble - radość ogarnia mnie wielka, gdy żonka zechce (niestety od wielkiego dzwonu) zagrać ze mną, lub gdy najdą nas znajomi lubiący ten rodzaj rozrywki na równi ze mną. Przy okazji rozmowa, jakiś drink. Naprawdę miło można spędzić czas. Szkoda, że ostatnimi czasy tak rzadko...

 

Generalnie chyba lubię wszelkiego rodzaju zagadki. Stąd bierze się między innymi moja pasja zawodowa. Powszechnie wiadomo przeczcież, że w medycynie nie zawsze jest tak jak w matematyce, niestety. Życie pokazuje, że A plus B nie zawsze równa się C. Niby choroba ta sama, a u każdego pacjenta przebiega inaczej. Czasem, a może nawet częściej niż rzadziej, przebieg choroby przebiega zupełnie odmiennie od opisywanych, a objawy nie do końca przystają tym "klasycznie opisywanym" w książkach. Dlatego mam ogromną atencję dla ludzi, którzy potrafią parę niepasujących do siebie kawałków puzzli poskładać w całość. A jet kilka takich osób, które znam. I nie noszą nazwiska House. Bo nie ma na świecie ludzi takich jak Dr House - postać dość mocno przerysowana, ale... jak każdy geniusz posiadająca wszystkie jego przywary. Przede wszystkim musi mieć dostęp do informacji! Bez niej jest nikim. A informacji dostarcza mu cały zespół ludzi zatrudnionych w szpitalu. Brak danych uziemnia naszego geniusza. Stoi w martwym punkcie. A co by było, gdyby faszerować go danymi nie do końca prawdziwymi? Zapewne podawałby diagnozy oparte na tychże danych, czyli nieprawidłowe! Stąd bardzo wielka rola jego współpracowników. Zespół, zespół i jeszcze raz zespół! Bez tego dr House jest tylko kulawym cynicznym internistą i nefrologiem (czyżby zbieg okoliczności jakichś?). I jak każdy genialny człowiek jest kompletnie aspołeczny. I raczej jest samotnikiem, bo któż z geniuszem jest w stanie wytrzymać?

 

No cóż. Dość prosta droga od szarady do samotności. Ale nie chciałem o tym. Na kanwie moich poprzednich postów o klamotach starych i klamotach starszych, postanowiłem zapodać kolejną zagadkę. Tym razem bardzo, ale to bardzo prosta. Pytanie brzmi: Dlaczego zamieściłem utwory tych wykonawców w jednym poście? 

 

 

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w urlop , muzyka , zagadki | Komentarze 6 , zobacz komentarze

klamoty także stare

2009-09-30 00:14:28

Natchniony poprzednim postem, a i zaangażowaniem w komentowaniu niejakiego Jaśnie Pana Leśniczego, korzystam z jego pomysłu i zapodam dziś trzy utwory, trzech różnych wykonawców z czasów dawnych. Będzie to jednocześnie zagadka, bo łączy je coś ze sobą. Ostatni kawałek, sądząc po poprzednich komentarzach, niewątpliwie zirytuje JPL. 

Zatem lecimy.

Bardzo wczesne lata Depeche Mode. Fajnie wyglądali w 1981 roku. David Gahan jeszcze nieopierzony. Jak oni wszyscy.

 

 

Następnie taki oto sobie duecik Yazoo z głęboko niskim głosem Alison Moyet:

 

 

I kolejny duet. Panowie chyba raczej homofilni.

 

 

Zagadka prosta dość do odgadnięcia :)

czytaj resztę »

Dodane w zagadki , muzyka , urlop | Komentarze 9 , zobacz komentarze

stare klamoty

2009-09-28 23:02:19

Jadąc dziś samochodem w godzinach zwykle spędzanych w pracy (choć sporą część dnia pomimo urlopu spędziłem dziś tamże) usłyszałem w radio kawałek z lat dawnych. Lat bardzo dawnych.

Otóż z głośników zabrzmiał utwór "Smaltown boy" grupy Bronski Beat. Naprawdę bardzo dawne dzieje. Jakiś początek lat osiemdziesiątych. Falset niewysokiego świńskiego blondynka brzmi dobrze nawet dziś. Mimo wszystko kawał głosu. Jimmy Somerville. Zadeklarowany gej, który nie bał się w tekstach swych utworów poruszać spraw ważnych. Dla siebie (homoseksualizm) i innych (wojna i prawa człowieka). W połączeniu z nietypowym jak na "mężczyznę" głosem daje to ciekawą mieszankę.

 

 

Kawałek ten spowodował małą lawinę wspomnień. Po Bronski Beat byli równie lewicujący Komunardzi z coverem "Don’t Leave Me This Way".

 

 

I jeszcze ciekawy duecik z równie homofilnym artystą jakim jest Marc Almond z Soft Cell. Widać, że "panowie" rozumieją się bez słów. Ale przy okazji świetnie się na scenie bawią! 

 

 

Na koniec jeszcze jeden duet. Utwór, który może nawet dawniej niż dawno był przebojem wylansowanym przez Gene Pitneya, a który powrócił za sprawą duetu z Markiem Almondem na pierwsze miejsca list przebojów. I to też było bardzo dawno temu. Chyba koniec lat osiemdziesiątych...

 

 

Było i parę innych skojarzeń, ale... pozostawmy to na kolejne posty...

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , urlop | Komentarze 9 , zobacz komentarze

manufaktura

2009-09-27 23:03:16

W bardzo wolnym tłumaczeniu - faktura człowieka. Groźnie brzmi, ale będzie o rzeczach lekkich, łatwych i czasem przyjemnych. 

 

Nie mam pojęcia jak u innych przebiega początek urlopu, ale mnie zwykle dopada wtedy jakaś chorobowa przypadłość. Tak jak i w wolne od pracy święta. Tym razem jakiś cholerny (nie mylić z cholerą!) drobnoustrój zawiesił się na mych strunach głosowych sprawiając, że przypomniałem sobie czasy "pokwitaniowe", gdy głos mój na przemian przybierał ton basu lub falsetu. Dodatkowo ochrypła faktura sprawiła, że ludziska spoglądali na mnie jak na niezłego menela, bowiem bas dominował w wydawanych przeze mnie dźwiękach. Nie muszę dodawać, że wszystkie inne objawy także mnie nawiedziły. Ból gardła z początku dnia był nie do zniesienia - zajrzałem w lustro szeroko otwierając paszczę - łuki podniebienne barwy bordowej, całe szczęście bez nalotów na migdałkach. Z nosa leje się wydzielina (początkowo przezroczysta jak woda, obecnie koloru żółto-zielonego), która spływając także po tylnej ścianie gardła powoduje napady kaszlu z odkrztuszaniem tejże jakże ohydnej wydzieliny. Ból głowy, mięśni, i złe samopoczucie. Straszne.

 

A to wszystko nałożone na wyjazd do "rodzinnego" miasta. Do Łodzi. W sobotę zwykle około dwugodzinna jazda zajęła mi ponad trzy godziny. Senność, z którą walczyłem od rogatek stolicy, w połowie drogi zwyciężyła. Zatrzymaliśmy się na krótki "popas" (prawie 50 minut) w jakiejś przydrożnej zagrodzie by zregenerować, między innymi kawą, nadwątlone siły. Trochę pomogło, ale dalsza droga i tak była trudna. Dojechaliśmy, babcia zajęła się wnuczkiem (lub wnuczek babcią) i tyle było z soboty. Jakaś tam kolacyjka, ale niewiele pamiętam, bo padłem wykończony i niezdrowy. Ale sen był chyba niezły, bo w nieco lepszej formie po rodzinnej krótkiej debacie postanowiliśmy w niedzielę odwiedzić łódzką Manufakturę. Coś tam trzeba było zakupić, coś obiecane było, więc wybraliśmy się razem z moja Rodzicielką. Wstyd się przyznać, ale choć rodowitym Łodziakiem jestem, to jeszcze nigdy tam nie byłem. Teraz już się nie wstydzę. Byłem, zobaczyłem, i... chyba długo tam nie zawitam. Pięknie to wygląda tylko spoza murów (odrestaurowanych, a jakże) dawnej fabryki Poznańskiego. Z zewnątrz jak dawna fabryka, a wewnątrz... Duże to to jest. Z ryneczkiem, fontannami, melexami w formie tramwajów, niezliczoną ilością kawiarenek, restauracyjek i fastfoodów. No i oczywiście ogromna galeria, która niczym się nie różni od wszystkich innych przeze mnie widzianych. Sklepy, sklepy, sklepy... I morze kupujących. Lub "zwiedzających". Całe szczęście skupienie pozwoliło nam na szybkie wyłowienie wśród rzeszy ofert to, na czym najbardziej nam zależało. Stąd tak naprawdę dość krótki pobyt tamże (znaczy się w galerii sklepowej), bo całość pobytu w Manufakturze zamknęła się jedynie w 4 godzinach.

Fakt, że postanowiliśmy spożyć małe co nieco na miejscu, by nie mitygować mej Rodzicielki staniem przy garach w niedzielę, był głównym sprawcą tak długiego pobytu w tym miejscu. Mały wybrał pizzę, więc zatrzymaliśmy się w Pizza Hut. A że miło rozmawiało się nam, to i czasu nie liczyliśmy, domawiając od czasu do czasu coś z karty. Bar sałatkowy niczego sobie - brokuł i fasolka szparagowa podawane z sosem czosnkowym, rzodkiewka, ogórek i pomidor z jakimś sosem jogurtowym, sałatka z kukurydzy, grzanek i sałaty oraz wszystkim smakujące blanszowane pieczarki także w sosie o posmaku czosnku. Pizza, jak to pizza. Zjadliwa, ale mnie bardziej smakuje z innej firmy. Duo gusto - potrawa mająca udawać meksykańskie danie. Do skonsumowania, ale bez zachwytów. Sosy (musztardowy i barbecue) chyba w tym wszystkim najlepsze. Spinaci Al Forno - najsmaczniejsze danie przez nas zamówione (właściwie przez moją połowicę - skąd wiedziała, że najlepsze?), naprawdę pycha. Na koniec jeszcze desery - trzy w jednym - Krem a la Brulle, Chocolate Flan i Panna Cotta, znaczy się waniliowy, czekoladowy i śmietankowy - wszystkie przykryte "łamiącymi" smak wisienkami... Dobre!

 

Niestety! Moja forma fizyczna spadała z minuty na minutę. Miło zaczęta niedziela stawała się złem koniecznym. Dodatkowa myśl o powrocie do domu za kółkiem niezbyt mnie pozytywnie do życia nastrajała. A że i pogoda ładna była, więc gorąc, pot na czole (podwójny) i generalna niechęć. Stąd może niezbyt pozytywna ocena Manufaktury. Poznański Stary Browar, w którym niedawno byłem, wydaje się być jednak pod względem architektonicznym o wiele ciekawszy. Bo sklepy identyczne. I towar ten sam.

Ale wróciłem do domu w całości. Pomimo ogarniającego mnie coraz większego zmęczenia z sennością włącznie. A że do stolicy w niedzielę wieczór wraca się źle, to i tym razem podróż zajęła prawie trzy godziny (w tę stronę bez przystanków!). I dobrze, że zmusiłem się resztką sił bazgrnąć ten post, bo już nie za bardzo pamiętam Manufaktury... Jutro nie byłoby o czym pisać. Tak, to chociaż jutro zerknę na gryzmoły. Może to wzbudzi jakieś pozytywne emocje?

czytaj resztę »

Dodane w kulinaria , urlop | Komentarze 13 , zobacz komentarze

sezon na trzustkę

2009-09-24 23:00:21

Wczorajszy dyżur nie do końca fajny był. I tyle. Pracy sporo miałem ja, pracy sporo mieli koledzy dyżurujący w oddziale. Przenitek był jednym z nich i pomimo sięgających brody worków pod oczami, krwistego koloru twardówek, niepokojącego przekrwienia spojówek obu oczu, przejściowego błysku spod znaku mordu w tychże oczach radził sobie bardzo dzielnie i na szczęście (dla mnie oczywiście) nie utłukł mnie na dobranoc za dużą liczbę osób przyjętych do oddziału. Bo tak naprawdę nie znoszę przyjmować ludzi do szpitala. Po prostu nie lubię, gdy ludzie chorują na tyle poważnie, że wymagają hospitalizacji. W jednym ze swoich wcześniejszych postów wymieniałem możliwe gatunki dyżurów. Co prawda nie ubrałem ich w jakąś specjalną klasyfikację, czy systematykę, ale pewne "główne" ich rodzaje zostały wymienione. Wczorajsza kolejna w mym życiu wielka medyczna przygoda należała do tych z gatunku "przyszedł pacjent do szpitala i musiał w nim zostać". Niestety, praktycznie każdy przyjazd zespołów pogotowiarskich znamionował kolejne przyjęcie do oddziału, co jest dość dużym ewenementem, bowiem zdobyte doświadczenie pokazuje, że często przywóz pacjenta do Izby Przyjęć nie oznacza konieczności jego hospitalizacji. Powiem jeszcze dobitniej - najczęściej pacjent nie powinien zostać do tej Izby Przyjęć przywieziony. Stąd ten wczorajszy ewenement. 80% przywiezionych osób wymagała bądź intensywnego leczenia, bądź przyspieszonej diagnostyki w warunkach szpitalnych.

 

A dominował, jak to mówi jeden z Wielkich tego świata w tzw "żargonie lekarskim", brzuch. Różnego rodzaju dolegliwości bólowe, nudności, wymioty, luźne wypróżnienia, które finalnie lokalizowały się w trzustce. To naprawdę bardzo drobny jak na człowieka narząd. Raptem jakieś 100 gram, znaczy się jedna siedemsetna masy przeciętnego dorosłego człowieka. A dolegliwości potrafi dawać potężne, zwłaszcza w przypadku ostrego jej zapalenia. A sezon na ostre zapalenia trzustki w pełni. Trudno zliczyć ilość osób obecnie hospitalizowanych w szpitalu z tym schorzeniem. Trudno policzyć wszystkie osoby, które z takim rozpoznaniem opuściły mury naszego leczniczego przybytku w ostatnim czasie. Dziwne. Spodziewałem się wysypu tego typu dolegliwości w miesiącach urlopowych, które notabene do łatwych w tym roku nie należały, bo wiadomo - słońce, grill, alkohol... Wiele więcej nie potrzeba, by "zapalić" ten, skądinąd dość ważny dla funkcjonowania organizmu, gruczoł. Tak zwany błąd dietetyczny! Dla jednego będzie to tłusty pokarm, dla drugiego (niestety w przeważającej polskiej populacji) będzie to nadmiar spożytego procentowego trunku. Osobnicy z alkoholową etiologią zapalenia nawet nie zarzekają się co do "nie-spożycia" i często biją się w piersi twierdząc, że zrobili głupio, że to ostatni raz, że przysięgają na wszystko co najświętsze (dla nich), że pić już nie będą. Bowiem stałymi bywalcami Izby Przyjęć są. A to z racji "upojeń alkoholowych", a to z racji "rozbitych łbów" w przebiegu poalkoholowych zaburzeń równowagi, a to znowu z powodu  kolejnego epizodu ostrego zapalenia trzustki (lub zaostrzenie przewlekłego). Bo okoliczne rejony wokół szpitala obfitują w osoby będące z butelką "za pan brat".  

 

Zatem uważam sezon na ostre zapalenie trzustki za otwarty.

Nie wiem tylko, czy nie jestem odrobinkę spóźniony. Bo falstartu w tym kraju z racji OZT nie da się popełnić :)

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 13 , zobacz komentarze

blok III stopnia

2009-09-20 22:50:45

Jak mówi przysłowie - nieszczęścia chodzą parami. Powiedziałbym, że czasami trójkami albo i jeszcze większą liczbą.

Coś w tym jest, bowiem obserwuję różnorodne okresy w swojej pracy. Jest okres zatorowościowy - spora część pacjentów z dusznością okazuje się mieć zmiany zatorowe w płucach, jest okres trzustkowy - duża liczba pacjentów ze wstępnym rozpoznaniem ból brzucha ma zmienioną zapalnie (ostro) trzustkę, jest okres zawałowy - bóle w klatce piersiowej okazują się być martwicą mięśnia sercowego, jest okres pękajacych tętniaków aorty, jest okres neuroglikopenii i okres kwasic ketonowych w przebiegu zdekompensowanej cukrzycy, w końcu jest także okres nowotworowy - niemalże każdy diagnozowany pacjent finalnie okazuje się mieć jakiś nowotwór (aż strach dotykać się kogokolwiek). I najlepiej widać to na tzw. wysuniętym przyczółku szpitala, czyli w Izbie Przyjęć.

Z racji urlopowania brata Wacława ponownie byłem rzucony w jego zastępstwie do Izby Przyjęć. Codziennie od rana praca izbowa jest strasznie męcząca. Lubię spędzić dyżur od czasu do czasu tamże, ale przebywanie non stop w tejże Izbie Przyjęć znacznie ogranicza człowieka. I strasznie niestety frustruje z racji niedoskonałości systemu opieki medycznej okolicznych poradni, braku sprzętu i możliwości diagnostycznych szpitala, ciagłego braku miejsc w szpitalu, braku kompetencji "kolegów po fachu" różnych firm tzw Ratownictwa Medycznego, ciągłej walki z napastliwymi rodzinami pacjentów, nieustającej zabawy w lekarza Izby Wytrzeźwień, czy w końcu napotykanych niemalże na każdym kroku agresji, bezczelności i chamstwa ze strony samych potencjalnych hospitalizowanych jak i osób im towarzyszących. I żadnego wsparcia ze strony dyrekcji - lekarz przecież musi być uśmiechnięty i zadowolony przez cały czas. I musi być grzeczny i miły dla wszystkich, nawet jeżeli sam został potraktowany niekulturalnie. 

Ale dziś nie o tym. Zatem nieszczęścia chodzą parami. Tym razem był to blok przedsionkowo-komorowy III-go stopnia. Nie, nie u mnie. U osób przywiezionych w trakcie pełnionych przeze mnie dyżurów. Oczywiście hasło bradykardia, a jakże - osoby wiezione są do szpitala najbliższego (najczęściej mam wrażenie naszego), które nie ma zaplecza kardiologicznego, a i z możliwością założenia elektrody endokawitarnej czasem (czytaj zwykle) mogą być problemy. Nie do końca rozumiem wspomnianych już wyżej "kolegów po fachu", skoro posiadając wykonane przez siebie zapisy elektrokardiograficzne nie rozpoznają zaawansowanego bloku, nie podają atropiny (bo i właściwie po co?) i nie wiozą pacjentów do oddziałów i klinik kardiologicznych (których w stolicy jest przecież sporo). Przestraszeni chyba samym faktem wolnej czynności serca starają się pozbyć problemu (bo tak trzeba to nazwać) i "podrzucają" chorego do najbliższej Izby Przyjęć. Nie będę opisywał detali, w każdym razie zarówno piątkowy jak i sobotni przypadek zawansowanego bloku okazał się absolutnie nie reagować na podawaną przeze mnie atropinę, więc zmuszony byłem znaleźć pacjentom miejsce w ośrodkach mogących realnie im pomóc (znaczy sie posiadających i elektrody endokawitarne, i możliwość wszczepienia kardiostymulatora). O ile w piątek było to dość proste, o tyle w sobotnią noc już niekoniecznie - spędziłem na telefonie około 40 minut rozmawiając chyba ze wszystkimi dyżurnymi stołecznych oddziałów kardiologicznych. Koniec końców pacjentów udało się dowieść gdzie trzeba, choć jak zwykle współpraca z tzw. przewoźnikami układała się conajmniej fatalnie. W sobotnią noc, a było to około północy czekałem 60 minut (znaczy się godzinę!) na przyjazd zespołu "R"!!!

Za trzy dni kolejny dyżur, a i oddziałowa kolejka pacjentów niewątpliwie dotknie mnie. Ciekawe kiedy napotkam kolejny blok III-go stopnia, bo jak przysłowie mówi - nieszczęścia chodzą parami...

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 8 , zobacz komentarze

przedszkole

2009-09-16 23:21:15

Dzięki zaangażowaniu i uprzejmości Muminy, za co dziękuję jej w tej chwili, mogłem dziś po kolejnej wielkiej medycznej przygodzie wrócić do domu na tyle wcześnie (patrz 14.30), by móc osobiście odebrać mego syna z przedszkola. A dawno tego nie czyniłem. Powodów takiego stanu rzeczy wymieniać nie będę, bo praktycznie jest tylko jeden. I to od dawien dawna - niezły zapieprz w pracy. Ostatnio wydaje mi się że niedoceniany (a może niezauważany) przez zwierzchników. W każdym razie dziś mi się udało to co niemożliwe. Odebrałem syna z przedszkola nie angażując przy okazji w to osób trzecich. Jego ogromna radość wyrażana w podskokach, pląsach, skrętach ciała i wydawanych dźwiękach, no i przede wszystkim w pełnych szczęścia oczach puszcza w niepamięć wszystkie jego "wybryki" popełnione wcześniej. Tak to już w relacjach z potomstwem jest - jeden uśmiech, powiedziane słowo, gest przytulenia, czy całus złożony na policzku niwelują wszystkie "złe" uczynki z przeszłości. Mimo, że za chwil parę potrafi doprowadzić człowieka "do wrzenia"!

 

Ale a propos przedszkola. Wczorajsza końcówka dyżuru okazała sie być w dużej mierze "pediatryczna". Coraz większe ogarnia mnie przeświadczenie w kwesti narastającej słabości kolejnych pokoleń. Średnia lat ostatnich, zgłaszających się koło północy do Izby Przyjęć (oczywiście bez skierowania) osób, wyniosła niecałe 22 lata! Nawet nie chce mi się rozwodzić nad problemami, z którymi się zgłosili, bo nie warto. Ktoś powie, że łatwo mi podejmować decyzje w kwestii własnego zdrowia, bo jestem lekarzem. Owszem, jednakowoż ból gardła, temperatura 37,5°C, uczucie "kłucia" w boku, czy ogólne złe samopoczucie w danym dniu nie zmusiłyby mnie do stawienia się w Izbie Przyjęć jakiegokolwiek szpitala. Chyba wstyd byłoby mi angażować do tego typu problemów kogokolwiek w środku nocy. Ale ludzie niestety są bezwględni. Bezwzględni wobec innych. I nie mają wobec innych szacunku. Liczy się tylko własne ja, czubek własnego nosa i chyba źle pojmowane "własne dobro"... A opisywany proceder niestety narasta. Zwłaszcza wśród młodych - jak dla mnie niemalże z kręgu zainteresowań pediatry, bowiem mimo metrykalnej "dorosłości" obserwuję wśród zgłaszających się do szpitala osób zachowania na poziomie przedszkolnym. A może i jeszcze niższym.

 

Na dobranoc kawałek, którego fragment Mumina przytoczyła w którymś ze swoich komentarzy:

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , praca , muzyka | Komentarze 24 , zobacz komentarze

poznańskie reminiscencje

2009-09-14 00:36:34

Dzisiejsza rodzinna wycieczka do Otrębus (Otrębusów?), do miejsca o szumnej nazwie Muzeum Motoryzacji i Techniki zakończyła sie ledwie półgodzinnym przejściem po zaaranżowanym pod miejsce wystawowe zadaszonym podwórkiem. Najciekawsze oczywiście samochody  - rolls royce silver spirit, daimler 420 - najładniejszy dla mnie samochód w wystawianej kolekcji, buick wildecat, kilka różnowiekowych fordów i mercedesów, dobrze utrzymane stare packard i chlysler, ponadto wartburg, trabant, maluch, fiat 125p, warszawa, syrenka, wołga, byłe samochody Szapołowskiej i Lindy (jaguary, a jakże!) oraz papamobile (skonstruowany na bazie stara). Ponadto parę motorów (z polską motorynką, komarem, sokołem i junakiem na czele), kilkadziesiąt starych rowerów (najfajniejsze bicykle - te z wielkim przednim i małym tylnym kołem) oraz różne inne rekwizyty począwszy od wózków dziecięcych, przez kufry, walizki, maszyny do szycia, radia, telewizory, po saturator (sic!) włącznie. Przyjemnie, ale na wspomniane 30 minut nie więcej. Mało miejsca, wszystko na kupie, trudno sie przecisnąć między eksponatami i jakoś tak mało wszystkiego. Zobaczyć raz i wystarczy.

Przejechawszy przez Pruszków, gdzie zatrzymaliśmy się na jakąś godzinkę w tamtejszym parku na spacer (stawik, zieleń, bardzo dużo śmieci, paru śpiących pijaczków), po drodze do domu niestety zaliczyliśmy z rodzinką wizytę w outlecie w Ursusie. Miało być krótko i po konkretne sprawunki, zrobiło się długo i niekoniecznie konkretnie. Dotarliśmy do chałupy cokolwiek koło dwudziestej (znaczy się, że buszowaliśmy w outlecie prawie do samego końca - bowiem w niedzielę zamykają o 20.00). Ale z butów, które sobie przy okazji zakupiłem (gino rossi i geox) jestem zadowolniony!

A że nie były to jedyne poczynione sprawunki, i dodam że nie jedyne buty zakupione w dniu dzisiejszym, przypomniała mi się popoznaniowa rozmowa z Muminą, która notabene chyba także ma jakiś problem obuwniczy. Zatem na koniec teledysk, który niesie ze sobą niejedno przesłanie...  

 

 

A... Jeszcze jedno... Cały dzień unosił sie wokól mnie delikatny zapach kawy, która także jakoś z Poznaniem mi się kojarzy. Kawy z dodatkiem pieprzu. Sam nie wiem, bowiem Amen Pure Coffee, którym się na tę okoliczność spryskałem opisywany jest jako niemalże czysty zapach kawy. Ale jak wiadomo powszechnie, to od pH skóry zależy głębia aromatu i generalnie sam zapach. Tylko cóż ja mogłem w tak ładnym pachnidle spieprzyć? 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 11 , zobacz komentarze

tortilla

2009-09-11 23:17:04

Jakoś tak stało się, że meksykańskie i pseudomeksykańskie żarcie podąża za mną od Poznania. Po odwiezieniu Muminy razem z GłosemZzaŚciany podjechaliśmy na szpitalny parking, gdzie wsiadłszy do własnych wozów rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę. Natchniony smakiem placka z mąki kukurydzianej jeszcze po drodze wstąpiłem do McDonald’s kupując zestaw HappyMeal dla syna, sobie zaś zafundowałem tortillę. Jest to właściwie jedyna, poza niesamowitymi frytkami, spożywana przeze mnie potrawa w tejże fastfoodowej sieci. Jakież było moje zdziwienie, gdy syn postanowił spróbować tejże tortilli. I to nie tylko samego ciasta (które od dawna mu smakowało), lecz pełnej jej wersji. Jak dla mnie szok, bowiem warzywa, które jak wiadomo znajdują się w tej potrawie, jak do tej pory gryzły mego małego w podniebienie. Jedynie brokuł przechodził przez wąskie sito warzywnej niechęci. Zatem pełen gryz tortilli. Pełen, z kurczakiem, sałatą i pomidorem. Przeszło bez problemu. I jeszcze kilka kolejnych. Radość wielka, bo chociaż niewielka dawka "świeżych" witamin, to zawsze jakiś początek jest. Bowiem umówiłem się z nim na kolejne tortille. Tym razem domowego wyrobu.

 

Zaopatrzywszy się zatem w ogólnodostepne (chyba już w każdym sklepie) pszenne placki postanowiliśmy z żoną samemu zrobić tortille. Farsz mięsny, którym między innymi wypełnialiśmy placki, wyszedł trochę jak chili con carne. Nie posiadał oczywiście tej mocy (czytaj ostrości) co oryginał - wszak "specialite de la maison" miało nadawać się do spożycia także dla najmłodszego członka rodu. Do środka miał być wpakowany także dip pomidorowo-paprykowy, sałata, pomidor, dla dorosłych jeszcze papryka. Potem poszło już gładko, bowiem trudność w prygotowaniu potrawy jest praktycznie żadna.

Mały zasiadł z animuszem do posiłku i zjadł tortillę... ogałacając ją wpierwej ze wszystkich włożonych do środka warzyw! Cholera! A już myślałem, że się uda i polubi to co dobre. Nic to, jak mawiał Wołodyjowski, walka się jeszcze nie skończyła. Przegrana bitwa nie świadczy o przegranej wojnie. Będę próbował dalej. Są rózne sposoby na przemycenie tego i owego w potrawach...

A na kolejną tortillę już się z synem umówiłem. Mam już kupione placki. Może się uda w ten weekend? Bo przy akompaniamencie trzech gitarowych wirtuozów, kto wie na jakie wyżyny wzniosą się moje kulinarne wybryki? 

 

czytaj resztę »

Dodane w kulinaria , muzyka | Komentarze 11 , zobacz komentarze

dziwny jest ten świat

2009-09-08 23:04:01

Z różnych powodów nie oglądałem tegorocznego festiwalu sopockiego. Zwłaszcza dnia drugiego, gdyż oddawałem się wtedy jednej z częstszych mych rozrywek - znaczy się pełniłem kolejny w swoim życiu dyżur. Dyżur, który chyba nie pozwolił spojrzeć choc na chwilę w okienko izbowego telewizora. A szkoda, bo dzień poświęcony był pamięci Czesława Niemena. I choć za całą jego twórczością nie przepadam, to muszę przyznać że jest kilka utworów, bez których moja muzyczna wrażliwość byłaby inna. Któż nie zna "Płonącej stodoły", "Jednego serca", "Nim przyjdzie wiosna", "Czy mnie jeszcze pamiętasz", "Wspomnienia", "Pod papugami", czy ulubionego mego "Snu o Warszawie"...

 

Całe szczęście TVN, stacja posiadająca obecnie wyłączność na Sopot Festval, przypomniała w niedzielę rzeczony koncert. Wykonania niektórych z tych piosenek przez artystów takich jak Kayah, Stanisław Soyka, Kasia Kowalska, Ewa Bem, Maryla Rodowicz, Piotr Cugowski, czy Zbigniew Wodecki nadały uroku całemu przedsięwzięciu. Niektóre dobre, niektóre nie do końca... Ale popisem samym w sobie był utwór finałowy, gdzie wykonawcy stanęli na wysokości zadania dając popis swojego kunsztu. A tekst piosenki mówi sam za siebie. Nic się na tym świecie nie zmieniło...

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

smak poznania

2009-09-06 23:08:51

VII Zjazd Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej, na którym miałem przyjemność być, przeszedł do historii. Zjazd, jak to zjazd - nie trzeba szerzej opisywać. Kto choć raz był na tego typu imprezie ten wie, czym się to je. 

 

A propos jedzenia. Poznań, bo tamże odbywała się ta "naukowa" impreza, będzie mi się niewątpliwie kojarzył z małą ucztą kulinarną. Mnie i mam nadzieję, że towarzyszącym mi osobom których było kilka (Mumina, Przenitek, Kaeri, niejaki GłosZzaŚciany, panna M. i dwie panie M. dwojga nazwisk). I nie chodzi wcale o modrą kapustę (choć i kapustę jedliśmy na tym wyjeździe także), zasmażane buraczki po poznańsku (nie przepadam za buraczkami), szagówki (znaczy się kopytka - uwielbiam), czy sławetne marcińskie rogale. W wolnych od "naukowych rozważań" chwilach zwiedziliśmy troszkę miasto. Głównie "stare", bo i Stary Rynek, i Stary Browar, choć o tym drugim trudno rzec że jest wiekowy.

 

W Starym Browarze, poza szybkim przejściem dość dużej ilości sklepów (ceny wyższe niż w stolicy!), krótkim spojrzeniem na ciekawy i wymagający dużego nakładu pracy i ogromnych sum pieniędzy pomysł rewitalizacji Browarów Huggera, zatrzymawszy się na krótki odpoczynek w "coffeeheaven" smakowaliśmy kawę. Może powiem tak - ja smakowałem tam napój kawowy, bowiem (wstyd, czy nie wstyd się do tego przyznać?) nie byłem jeszcze nigdy wcześniej w tejże kafeterii. Zatem (po smakowaniu) przypadło mi do gustu klasyczne frostito kawowe - kawa wymieszana z rozdrobnionym na miał lodem. Orzeźwiający kawowy chłodzik! Pyszne!

 

Ale ważniejszy pod względem kulinarnym okzał sie być Stary Rynek i okoliczne uliczki. Mieszkaliśmy bowiem tuż tuż, a okna naszych pokoików wychodziły na restauracyjkę, której smak był pewien od spojrzenia na jej nazwę - "The Mexican". Zapowiadało się ostre i smaczne jedzonko. Zaczęliśmy oczywiście od Nachos z kilkoma różnymi dipami do tego. Najostrzejszy (ten pomidorowo-paprykowy) był chyba najlepszy. Następnie dania główne. Każdy wybrał coś innego. Ja tym razem kierowałem się wagą dania (0,45 kg) wybierając Solomilo de Cerdo, co na przetłumaczywszy na polski okazało się być podaną na frytkach i sałatce z kapusty, kukurydzy i czegoś tam (ale dobrze przyprawione) przepysznie zgrilowaną polędwicą wieprzową z ziołami i dodatkiem ostrego sosu, Nie spociłem się za bardzo, co świadczy o małej ostrości potrawy. Pyszne i dość ostre danie w postaci zapiekanych papryczek wybrała jedna z pań M., która notabene namówiła nas na odwiedzenie tejże knajpki. Danie popijałem jak wszyscy piwkiem, ale nie odmówiłem sobie także trunku z agawy, zwłaszcza że podawała je sympatyczna kelnerka :)

 

Po obżarstwie w knajpce meksykańskiej (niektórzy pochłonęli niemalże kilogramowe dania) przeszliśmy się, szukając dalszych kulinarnych wrażeń, po poznańskim Starym Rynku. Ładne miejsce, zwłaszcza w oświetleniu nocnym. I jak wszystkie rynki w Polsce pełne ogródków restauracyjnych. Mumina (będąc w Poznaniu na jakimś kursie) zaprowadziła nas w boczną uliczkę, gdzie wchodząc na dziedziniec którejś z kamienic znaleźliśmy się w innym (czytaj zaczarowanym) świecie. "Cocorico cafe" - taką bodajże nazwę ujrzałem zachwyciła ogródkiem. Wiszące z nieba girlandy liści jakiejś pnącej rośliny, tchnące w nas świeżość i dające niewątpliwie chłód w gorące dni. Oczywiście że kawka była, niektórzy skusili sie na ciasto, ja zaś podtrzymując meksykański smak zakończyłem wieczór drinkiem Morton’s Special (wódka, tequila, sok pomarańczowy i grenadina). Zjadłem także po raz pierwszy w życiu owoc dzikiego agrestu, którym tenże drink był przyozdobiony. Zjadliwe, o smaku cierpko-kwaśnym. Żyję do tej pory :)

 

Następnego dnia na zjeździe poza dużą ilością różnej maści kawy załapaliśmy się na tzw lunch. Do wyboru były cannelloni ze szpinakiem lub jakieś "chińskie" żarcie. Cannelloni zjadliwe, danie azjatyckie - nie wiem. Potem opisywany już Stary Browar i przejście ulicą Ratajczaka do indyjskiej restauracyjki Reeta’s Haveli. Prowadzona przez Hindusów daje lekki pogląd na to, jakże ogzotyczne, jedzenie. Oczywiście jeden posiłek nie wystarczy do poznania hinduskiej kuchni, ale że i tym razem wszyscy zamówili coś innego, to popróbowaliśmy różnych smaków. Piliśmy tam mango lassi - napój z mango, jogurtu i mleka - ja tylko skosztowałem, bowiem nie do końca dobrze znoszę produkty mleczne. Ale przyznać muszę, że napój orzeźwiający i smaczny. Potem dania główne - ja zamówiłem jagnięcinę w sosie curry z dodatkiem białego ryżu. Smaczne, bardzo curry, trochę ostre. Ale znów najlepsze (i zarazem najostrzejsze) danie wybrała jedna z pań M., która notabene bardzo nas na wyprawę do tejże knajpki namawiała. Kolejne ciekawe kulinarne przeżycie.

 

Po drodze gdzieś tam było jeszcze KFC i pikantne skrzydełka, różne napoje i kawy na kolejnym dniu zjazdu, ponownie frostito w coffeehaven tuż przed wyjazdem, kawa w pociągu i powrót do domu. Tyle kaw, w ciągu krótkiego przecież pobytu w stolicy Wielkopolski, jeszcze w swoim życiu nie wypiłem. Z reguły pijam jedną w ciągu dnia. Ale takiej jeszcze nigdzie nie serwowali :))))

czytaj resztę »

Dodane w kulinaria | Komentarze 6 , zobacz komentarze

w środku nocy...

2009-09-02 23:05:34

...zamiast spać, buszuję. Choć raczej powinienem rzucić się w łoże i postarać odespać nieprzesapaną wczorajszą noc. Jakoś nie potrafię. Chyba przyzwyczaiłem się do "nocnego markowania". Tylko rano jakoś problem ze wstaniem. Dlaczego praca zaczyna się tak wcześnie? Wiem, że nie powinienem narzekać bo niektórzy jeszcze wcześniej muszą wyrwać się z objęć Morfeusza. Współczuję im serdecznie, lecz nie zmienia to faktu że rano pospałbym sobie ociupinę dłużej.  

Wczorajszy dyżur była fajny. Do północy. Potem kawalkada "ciężkich przypadków". Dokonuję niestety coraz częstszej obserwacji, że społeczeństwo stołeczne (zapewne nie tylko) w dużej mierze składa się z hipochondryków. Aż wstyd przytaczać problemy, z którymi zgłaszali się do Izby Przyjęć. W środku nocy. Niestety bardzo podobne do opisywanych przeze mnie kiedyś nocnych wizyt. Tylko, że w dwukrotnie większym natężeniu...

Koniec! Dość narzekania! Chyba tak marudzę, bo jestem nieco zmęczony. Zatem kładę się spać, bowiem trzeba nabrać sił przed nadchodzącym weekendem (dla mnie i paru innych nieszczęśników ropzoczynającym się już jutro). Ale najpierw pobuszuję jeszcze trochę - trzeba się przecież do wyjazdu na konferencję przygotować.

A ładując do walizki ciuchy posłucham sobie muzyczki. Coś wesołego, jeżeli chodzi o brzmienie, żebym nie zasnął :)

 

 

I jeszcze coś niepokojącego. Przynajmniej jeżeli chodzi o głos wokalistki. Bo tekst piosenki jest sympatyczny :)

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , praca | Komentarze 3 , zobacz komentarze

konkurs

2009-09-01 00:29:44

Patrząc na ilość zgłoszeń konkursowych, także i ja zrezygnowałem ze zgłoszenia swoich wspomnień. Po prostu nie chcę robić konkurencji :)

A tak poważnie. Wydaje mi się, że temat strasznie trudny jest. Po drugie nie dopełniłem formalności. Nie dość, że nie zmieściłem sie w terminie nadsyłania zgłoszeń, to jeszcze stanowczo przekroczyłem limit słowny. Jakiś spóźnialski się zrobiłem i gaduła. Niechybne oznaki starości człowieka do tej pory punktualnego i małomównego...

I choć konkurs wydaje sie być nierozstrzygnięty, bo chyba nikt nie zgłosił tekstu do konkursu, to zamieszczę poniżej tekst, który finałowo okazał się nie być najbardziej dramatycznym w mojej karierze lekarskiej. Zatytuowałem go:

 

 „Cztery lata temu...”

 

Długo zastanawiałem się jakiż to najbardziej dramatyczny moment w mojej karierze lekarskiej opisać. Uzbierało się bowiem tego tyle, że trudno wybrać jedno konkretne zdarzenie. Mógłbym opisać pacjentkę z zatorowością płucną, która otrzymawszy streptokinazę dostała napadu kolki nerkowej i zaczęła krwawić z układu moczowego. Mógłbym opisać starszą kobietę ze zdekompensowaną cukrzycą (wyjściowy poziom glikemii 1100 mg/dl), której początkowa dobowa diureza wynosiła 8 litrów. Mógłbym opisać chorą po zabiegu usunięcia guza piersi lewej (okazał się być włókniakiem), która trafiła do oddziału z sepsą w przebiegu zakażenia loży po wyłuskanym guzie. Mógłbym opisać dziewiętnastolatka po zażyciu amfetaminy ze świeżym zawałem mięśnia sercowego. Mógłbym opisać młodą dziewczynę z gronkowcowym zapaleniem płuc, które pozostawiło na trwałe dziury w miąższu płucnym. Mógłbym opisać umierającego 25-latka ze zdekompensowaną (niestety poalkoholową) marskością wątroby. Mógłbym opisać kobietę z przełomem tyreotoksycznym, istotną tachykardią i czterdziestojednostopniową gorączką. Mógłbym opisać kilka pękających tętniaków, agresywnie przebiegające (jak zwykle) zespoły abstynencyjne, niespodziewane nagłe zgony sercowe, psychotycznych pacjentów z nożami w ręku, wiele tragicznych przypadków nowotworów. Mógłbym opisać szereg reanimacji zakończonych sukcesem i tych zakończonych zgonem. I wiele, wiele innych zdarzeń. I mógłbym opisać wszystkie swoje pierwsze doświadczenia medyczne – pierwsze podanie streptokinazy w zawale serca, pierwsze istotne zaburzenia rytmu, leczenie pierwszej kwasicy metabolicznej (pH 6,98), pierwszy stan astmatyczny, masywny udar krwotoczny, pierwsze cudowne uzdrowienie po podaniu roztworu stężonej glukozy w hipoglikemii, rozpoznanie pierwszego zatoru do tętnicy udowej, diagnoza pierwszej zatorowości płucnej. I morze innych. Oraz pierwszy stwierdzony samodzielnie zgon. Kilka razy chodziłem do zmarłego upewniając się, pomimo ewidentnych znamion śmierci, że nie żyje... Wszystkie momenty wydają się być obecnie mniej dramatyczne niż w chwili, gdy się działy. Stąd tak trudno zdecydować się na wybór tematu. Streszczę zatem pokrótce przebieg jednego dnia z mego życia, w trakcie którego dramatyzm przeplatał się z chwilami radości, a sprawy rodzinne przeplatały się z tymi zawodowymi, lub odwrotnie...

 

Działo się to na kilka dni przed pierwszą rocznicą urodzin mego syna. Przypomniałem sobie te chwile dość dokładnie z racji niewielkiej rodzinnej imprezki uświetniającej obecną (niestety już piątą – jak ten czas gna do przodu) rocznicę urodzin pierworodnego. Wiadomo - nieodzowne w takich chwilach wspominki jak huragan gwałtownie przywołują obrazy sprzed lat...

Dzień zdarzenia - 20 sierpnia 2005 roku. Sobota. Aż dziwne, bo dzień wolny od pracy, znaczy się bez dyżuru. Dzień, w którym przeprowadzaliśmy się do nowego mieszkania. I dzień, w którym znajoma żony stawała na ślubnym kobiercu. Z założenia wydawał się być trudny, bowiem i przeprowadzka, i urząd stanu cywilnego, i możliwe przyjęcie weselne - którego z racji obciążeń dnia chcieliśmy uniknąć...

 

Przeprowadzka. Nie znoszę się przeprowadzać! Doświadczyłem tej „przyjemności” kilka razy w życiu. Nie dość, że człowiek natyra się jak juczne zwierzę, to jeszcze bałagan niemiłosierny i zawsze coś się rozleci w trakcie. Tak było i tamtym razem. Ekipa przenosząca „graty” nieopatrznie wstawiając część segmentu zahaczyła o próg ciężarówki urywając cokół. Drobnostka, tym bardziej że jakoś poskładałem to do kupy, ale wkurzyłem się nieźle. I to na samym początku przenosin na nowe lokum! Na samym początku dnia! Całe szczęście później obyło się bez specjalnych strat. Co prawda coś się jeszcze stłukło, jakiś kwiatek doniczkowy nie dotarł w całości, ale „zasłona czasu” przymgliła już te drobne uszczerbki w naszym dobytku. Jedyny pozytyw z przeprowadzek, poza oczywistą nową jakością – a w tym przypadku także nową wielkością, to możliwość pozbycia się ”niezbędnych dupereli”. A wiele ich znalazło się na śmietniku tamtego dnia. I akurat tych strat nie żałuję. Potem ustawianie „staroci” po nowych kątach. Jednym słowem radość przeprowadzki :) Oczywiście zanim się obejrzeliśmy upłynęło tyle czasu, że do ślubu znajomej żony została raptem godzina...

 

Ślub. Godzina na kąpiel, ubranie się (łącznie z prasowaniem), zakup kwiatów i dojazd na miejsce zaślubin. Rzecz niewykonalna! Ale prawie udało się. Prawie, jak w reklamie, robi różnicę... Spod kwiaciarni wyjeżdżaliśmy o godzinie mającej rozpocząć się ceremonii w urzędzie stanu cywilnego. Już byliśmy „nie na czas”. Ale może zdążymy na życzenia? I zdążylibyśmy (łamiąc wszystkie przepisy ruchu drogowego - a jakże!) gdyby nie coroczne, wakacyjne remonty dróg stołecznych. A wtedy remontowany był między innymi most Śląsko-Dąbrowski – bezpośrednie połączenie z docelowym miejscem zaślubin znajomej. Pokluczywszy nieco musiałem wybrać trasę przez most Świętokrzyski. I wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt że jadąc Wybrzeżem Szczecińskim nie skręciłem w ulicę Okrzei, tylko przejechawszy dalej miałem nadzieję na prawoskręt w Kłopotowskiego (przy której to ulicy znajdowało się rzeczone miejsce przypieczętowania kolejnego związku małżeńskiego). Niestety, słuchając porad czytającej mapę żony (sic!), nie mogłem tegoż manewru wykonać bowiem skręt w prawo okazał się być niemożliwy do wykonania. Znaczy się teoretycznie możliwy, ale władowałbym się w ulicę jednokierunkową, co niechybnie skończyłoby się jakąś tragedią. Przykre było także to, iż po prawo widzieliśmy „młodą parę” zbierającą drobniaki z gruntu oraz gotowych do składania życzeń gości z naręczami kwiatów. Nieszczęsne nakazy jazdy w lewo (remonty przecie wtedy były!) doprowadziły nas powtórnie na most Świętokrzyski i trasę musieliśmy powtórzyć. Tym razem skręciłem odpowiednio wcześnie, ale i tak dojechawszy na miejsce zastaliśmy zamknięty na cztery spusty urząd stanu cywilnego. Zatem zdążyliśmy prawie na czas. Ale, powszechnie to wiadomo, prawie robi różnicę...

 

Droga do domu weselnego. Wysztyftowani jak na niewiadomo jaką imprezę, wyglądaliśmy w tym, pustym już niestety, miejscu trochę dziwnie. Krótka analiza faktów. Kwiaty – mamy! Prezent – mamy! Transport – mamy! No to, mimo że chcieliśmy tego uniknąć, jedziemy w kierunku domu weselnego. Może tam złapiemy „młodych” jeszcze przed wejściem na salę. Ale to nie takie proste. Nie wiadomo dlaczego w sobotnie popołudnie Trakt Brzeski zakorkowany, mimo że nigdzie nie widać wakacyjnych remontów. Jedziemy w ślimaczym tempie – jak tak dalej pójdzie to dotrzemy dopiero na oczepiny! Po prawej mijamy jakiś rozbity samochód... Pewnie ten wypadek zablokował całą trasę. Ale nie – nadal rowerzyści bez wysiłku wyprzedzają samochody. Co się dzieje? Teraz tempo jazdy spadło już do prędkości pieszego. Pieszego obciążonego dwudziestokilogramowym plecakiem! Koło za kołem, zderzak w zderzak samochody toczą się do przodu. A czas nieubłaganie mija. I zasuwa trochę szybciej niż chciałoby się. A jednak wypadek! Na samym skrzyżowaniu z Szosą Lubelską trzy rozbite samochody. Trzeba się zatrzymać – to pierwsza myśl – i udzielić pomocy. Na szczęście policja i służby medyczne są już na miejscu. Rzut okiem, jakby powiedzieli funkcjonariusze władzy, na miejsce zdarzenia. Niezły karambol. Przód jednego z wozów nie istnieje. Drugi (zapewne ten uderzony przez poprzedniego) zawinięty na słupku bocznym jak rogal. Trzeci to chyba tylko przypadkowy rykoszet poprzednich, ale tez nieźle pognieciony. Ciekawe co z ludźmi? Ale nie mam czasu na spytki. Trzeba jechać dalej, bo „młodzi”, bo życzenia, bo prezent. Teraz droga już wolna. I mam nadzieję bez przeszkód...

 

Wesele. Wypadek musiał zatrzymać także całą ślubną kawalkadę pojazdów, bowiem przyjechaliśmy kilka chwil za nimi - świeżo zaślubiona para stoi jeszcze przed domem weselnym. Niemalże słychać łoskot spadającego głazu z serca mej połowicy! Najlepsze życzenia na nowej drodze, stadka dzieci, uśmiechy, całusy, kwiaty, krótkie tłumaczenie że przeprowadzka, że wypadek itd. I decyzja. Mimo, że zmęczeni i rozpakunek nas jeszcze czeka, to zostaniemy godzinkę. Przy okazji pogadamy, coś tam zjemy, pokręcimy się po parkiecie – przecież to wesele! Dookoła wszyscy z biegiem czasu coraz bardziej radośni (wszak ognistej wody nie brakowało), my niestety coraz bardziej zmęczeni (bo z godzinki zrobiła się nieco dłuższa chwila), zatem myśl o powrocie do mieszkania (nowego!) stała się coraz bardziej natarczywa.

Nagle jedna ze znajomych żony podchodzi do mnie. Jesteś lekarzem?! Na drodze wypadek! Samochód potrącił pieszego! Ekstra! Co za dzień! Brakuje tylko trzęsienia ziemi! Biegniemy. Żona po drodze bierze z samochodu apteczkę. Cholera! Obiecywałem sobie kilka razy zapakować do niej rękawiczki jednorazowe. Ale na obietnicach się skończyło... Na miejscu wypadku tłum ludzi. Wszyscy skupieni dookoła leżącego na szosie mężczyzny. Miejsca nie ma na nic, bo gapie chcą wszystko widzieć by mieć później co opowiadać rodzinie i niemalże depczą poszkodowanego! Jestem lekarzem! Odsunąć się! Robi się tylko nieco bardziej swobodnie. Gapie przecież chcą wiedzieć, co będzie dalej! Krótka ocena sytuacji. Przytomny, oddycha swobodnie, ale kontakt nie do końca i woń alkoholu z ust. Prawa noga nienaturalnie ułożona (złamanie i to otwarte, bo spodnie nasiąknięte krwią). Ciśnienie trzyma, bo dość dobrze napięte na tętnicy promieniowej tetno, tylko cholera coś szybki jest. Jakieś 120/min. Ale to pestka, bo spod głowy wydobywa się strużka krwi... Rękawiczki przydałyby się jak cholera! Widok, pomimo panujących już na dworze ciemności dość dobry, bo kierowca samochodu który potrącił człowieka odjechał nieco do tyłu i nie wyłączył reflektorów. Nagle ktoś podaje mi rękawiczki – to stojący (chyba teraz już w kilometrowym korku) strażak miał je w swojej apteczce (pamiętać na przyszłość o zapakowaniu takowych do swojej!). Badam głowę starając się za bardzo nie wyginać kręgosłupa szyjnego. Poza drobnymi otarciami naskórka wydaje się być cała, ale z prawego ucha leje się krew. Złamanie podstawy czaszki. Fajno! Ktoś wezwał pogotowie? Tak! Już jadą! Zatem czekam. A właściwie czekamy wszyscy. I mam już pomoc. Na tym samym weselu znalazł się bowiem neurochirurg (kuzyn panny młodej) ze swoją żoną, notabene pielęgniarką. Raźniej się zrobiło na duszy. Tłumek dookoła komentuje sytuację. Że potrącony to bezdomny („mieszka w lesie, w szałasie”), że nadużywa („trzeźwego go nie widziałam”), że to na pewno ten bezdomny („poznaję go po butach”)... Szum i sensacja! A my czekamy. Stan mężczyzny wydaje się być stabilny. Po jakimś czasie (minęło trwających wieczność 15 minut) słychać „gwizdki” karetki. Dobra nasza. Są. Ale dojazd do miejsca wypadku przez zakorkowaną przez setki samochodów szosę nie jest wcale łatwy. Dźwięk syren urywa się tak nagle jak nagle się pojawił. Gdzie oni są? Może nie do nas jechali? Może to nie była karetka pogotowia? Człowiek na szosie zaczyna mieć zaburzenia oddychania. Cholera! Byle się nie zatrzymał! Trzeba go będzie reanimować, co w garniturze i na ulicy nie do końca jest przyjemne! Ale jak mus, to mus. Życie ratować trzeba. Neurochirurg złapał za język delikwenta przytrzymując go na brodzie – trochę lepiej. Ale gdzie jest pogotowie? Zza nas ponownie słychać syrenę. Musieli pewnie objechać korek. Dojeżdżają. Lekarz pogotowia otwiera drzwi. Rurkę intubacyjną! – wołamy jednocześnie z kolegą po fachu. Zaskoczony nieco sytuacją pogotowiarz, szykując zestaw intubacyjny, tłumaczy że wezwanie brzmiało: „zasłabł na ulicy...”. Sprawnie, bez ociągania biorą się do roboty. Aż miło popatrzeć. Szybko opanowali sytuację, założyli rurkę do tchawicy, przedtem kołnierz na szyję, sztywne nosze i na gwizdach odjechali do szpitala... Emocje jeszcze trzymają przez chwilę. Neurochirurg proponuje mi drinka – niestety muszę odmówić. Dziś jestem kierowcą. A szkoda, bo napiłbym się z przyjemnością. Zwłaszcza po tej śródweselnej akcji na szosie...

 

Dzień pełen zdarzeń. Może nie tych najbardziej dramatycznych (zwłaszcza zawodowo), ale pełen emocji. I tych pozytywnych i niekoniecznie. I tak naprawdę jeden z cięższych (głównie pod względem fizycznym) w moim dotychczasowym życiu... 

czytaj resztę »

Dodane w varia , praca | Komentarze 3 , zobacz komentarze