Archiwum: Sierpień 2009


zawód

2009-08-24 23:22:43

Zdarzają się nieprawdopodobne wręcz dyżury, w trakcie których nie dzieje się nic specjalnego, a lekarz dyżurny może nawet odpocząć.

Zdarzają się nieprawdopodobne wręcz dyżury, w trakcie których Izba Przyjęć zamienia się w Izbę Wytrzeźwień.

Zdarzają się nieprawdopodobne wręcz dyżury, w trakcie których ręce opadają na myśl o całym otaczającym, niechętnym do współpracy świecie, zwłaszcza tzw medycznym.

Zdarzają się nieprawdopodobne wręcz dyżury, w trakcie których lekarz dyżurny może jedynie mieć mord w oczach.

Zdarzają się nieprawdopodobne wręcz dyżury, w trakcie których dzieje się tak dużo rzeczy, że lekarz dyżurny może jedynie myśleć o sklonowaniu siebie samego, by podołać chorobowej nawałnicy

 

Możnaby dołożyć jeszcze parę takich nieprawdopodobnych dyżurów. I jak tak patrzę na swoją dotychczasową "karierę medyczną" to każda chwila spędzona w Izbie Przyjęć niesie ze sobą coś niesamowitego. Zwłaszcza, że liczba pacjentów zgłaszających się z "naglącymi i niecierpiącymi zwłoki" problemami zdrowotnymi jest coraz większa. Wśród całej tej rzeszy osób trafiających do Izby zawsze znajdzie się jakiś "ciekawy przypadek", który zadziwia swoją złożonością i innością. Dlatego lubię pracę w Izbie Przyjęć (choć na dłuższą metę jest niezwykle męcząca), dlatego generalnie lubię pracę lekarza, zwłaszcza szpitalnego. I choć często (ostatnio zbyt często), głównie po "nieprawdopodobnych dyżurach", mam dosyć wszystkiego i wściekam się na ciężkość zawodu który wybrałem, to nie zamieniłbym go na żaden inny.

Po prostu jestem chory na bycie lekarzem. I nie ma na to lekarstwa.

To jest trochę jak pocałunek od róży...

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 11 , zobacz komentarze

let out czyli outlet

2009-08-22 23:59:32

Weekend z założenia nie do końca jest udany, bowiem czeka mnie jutro kolejna batalia w Izbie Przyjęć. Tym bardziej niesamowita, że szpital w którym pracuję zapewnia całodobową pomoc ortopedyczną dla stołecznego miasta Warszawy i okolic. Jako jedyny w mieście. Będzie zatem ciekawie jak cholera!

Nie wyjeżdżając zatem nigdzie, na jeden z ostatnich weekendów wakacyjnych, potanowiłem (czytaj żona postanowiła) zrobić jaki taki porządek w piwnicy. W sumie dobrze, bo do śmietnika wyleciało wiele z tzw. rzeczy niezbędnych, mogących przydać się w przyszłości, czyli zagracających podziemne pomieszczenie przynależne naszemu domostwu. Okazało sie także, że piwnica nie jest tak małym pomieszczeniem jak myślałem. Nagle jakby przejaśniała i można swobodnie wstawiać rowerek Miłka do środka nie zrzucając przy okazji paru pudeł wypełnionych badziewiem.

Tak spędziłem czas do wczesnego popołudnia. Potem, korzystając z pomocy Teściowej (zaopiekowała sie małym) wypuściliśmy się na wyprzedaż, znaczy sie pojechaliśmy do "outlet-u" (czytaj Factory w Ursusie, bo gdzie indziej daleko). Lubię tam jeździć tak bardzo jak do Ikei. Jeszcze nigdy nie wróciłem stamtąd z pustymi rękami. Zawsze coś jest kupione. I właściwie czemu się dziwić? Po to w końcu tam się jeździ - by złowić jakiś ciuch w cenie o połowę mniejszej niż w centrum, skorzystać z niewątpliwie istotnych przecen (czasami i 80%). I nierzadko jest to produkt zupełnie dobry, bez usterek i niedociągnięć (bowiem trafiają się tam końcówki serii już wycofanych z obrotu oficjalnego). Niestety przy okazji łapie się także parę rzeczy nie do końca w chwili obecnej potrzebnych, ale szkoda przepuścić "takiej" okazji i koniec końców wydaje się w takim sklepie kupę kasy (chciałoby się powiedzieć z przewagą kupy, ale to nieprawda).

Przeliczywszy wszystko wyszło na to, że małżonka w sumie zakupiła sobie 4 pary butów (po co jej tyle?), kilka łaszków od górnej partii ciała (znaczy się bluzeczki, koszulki itp) i jakieś tam inne. Ja też cokolwiek zakupiłem (w ilościach czterokrotnie mniejszych). I nie powiem, żebym żałował wydanych dziś pieniędzy...

Zastanawiam się tylko nad jednym. Kto tu kogo wpuszcza w maliny? Klienci uważają, że zyskują niewiadomo jakie upusty kupując na wyprzedażach (i to nie tylko w sklepach nazywanych "outletami", ale także na przecenach w sklepach firmowych), a firmy odzieżowe i tak są zadowolone, bo nie mają przepełnionych magazynów (a tak naprawdę ceny w "outletach" zjeżdżają poniżej ceny produkcji!). Któż tu jest frajerem? My wszyscy. Ale i tak lepiej kupować po cenie produkcji niż przepłacać dwu lub trzykrotnie wartość produktu...

Zatem do zobaczenia na kolejnej wizycie na wyprzedaży, znaczy sie kolejnym wpuszczeniu w maliny :)

Mam tylko nadzieję, że nie zachowujemy się na zakupach jak niektóre osoby...

 

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 7 , zobacz komentarze

(nie)możliwe

2009-08-21 22:46:03

Czy dyżur w obecnych czasach może być spokojny?

Czy w trakcie dyżuru można przyłożyć głowę do poduszki na dłużej niż 20 minut?

Czy jedynym sposobem na "nic nie dzianie się" w trakcie dyżuru jest zamknięcie oddziału z powodu biegunki

 

Otóż w zasadzie nie. Pamiętam czasy, gdy będąc młodym lekarzem i pracując w zupełnie innym miejscu niż teraz (znaczy się zamierzchłe czasy "wyklętej rejonizacji") zdarzały się dyżury, gdy nie byłem obecny ani razu w Izbie Przyjęć (bowiem dyżurowało sie jednocześnie w oddziale i izbie). Niemożliwe? A jednak.

 

Czasy te jednak minęły bezpowrotnie. I nie jest to problem zwiększonej zachorowalności, czy chorobowości społeczeństwa - bo to zrozumiałbym bez mrugnięcia okiem. Nazwałbym to problemem medialnym. Wszem i wobec trąbi się, że z każdym problemem można stawić się w Izbie Przyjęć najbliższego szpitala, gdzie zostanie niewątpliwie udzielona porada. Spróbowałby ktoś jej nie udzielić! Wtedy proszę zadzwonić na "gorącą linię" - każdą tego typu "sensację" wyjaśni zespół reporterski (czytaj "inwigilacyjno-szpiegowski"). Najchętniej ukrytą kamerą, by następnie móc przedstawić w mediach kompromitujący materiał. Jak to! Nie udzielono pomocy pacjentowi z bólem gardła?! Toż to skandal! To nieważne, że pomimo atakujących zewsząd reklam środków na ból gardła nie przyjął takowego. To nieważne, że boli go od 20 minut. To nieważne, że nie ma gorączki. A że rozbolało go gardło o 4-tej nad ranem (nota bene co robił o tej godzinie na nogach, a nie w łóżku?) to też nieważne! Powinien zostać przyjęty i zbadany. Zostało narażone na szwank jego zdrowie i życie! Tytuł reportażu będzie brzmiał: KOLEJNY BEZDUSZNY KONOWAŁ! To niewątpliwie mogący zdarzyć się scenariusz każdego dyżuru.

 

Całe szczęście mój ostatni taki nie był. Muszę się przyznać, że trochę przypominał ten sprzed lat. Ale tylko trochę. W dzień pacjentów jak zwykle sporo. Ale "ruch w interesie" skończył się około 23.00. Nauczony przez lata praktyki, postąpiłem zgodnie z główną zasadą dyżuranta i pokręciwszy się jeszcze jakieś pięć minut po Izbie Przyjęć ległem w wyrko lekarskie, by złapać trochę odpoczynku przed niewątpliwie nadchodzącą nocną gonitwą. I... obudziłem się o 6-tej rano. Przyzwyczajony do tej godziny pobudki organizm zareagował zupełnie prawidłowo - obudził się. Trochę też za sprawą przepełnionego pęcherza moczowego, który opróżniłem raz dwa i ległem w wyrko ponownie, by złapać jeszcze trochę snu. O godzinie 7.00 obudził mnie budzik telefonu komórkowego. 8 (słownie osiem) godzin snu. Może coś przespałem? Może nie wstałem do jakiegoś potrzebującego? A może jeszcze śpię? Cóż za piękny sen... Ale nie - spotykam dyżurną pielęgniarkę i dowiaduję się, że spokój panował przez całą noc. Nie tylko interna, ale i neurologia, i chirurgia miały także wolne. To po prostu niesamowite. Pierwsza taka noc w szpitalu od niepamiętnych czasów. Ale i tak wypoczęty nie jestem. Zupełnie to inny sen w pracy, niż w domu. Nie dający odprężenia, nie dający wypoczynku... Ale jednak to osiem godzin snu - przynajmniej o 3 więcej niż w domu...

 

Zatem możliwe są i takie dyżury, na których lekarz ma szansę choć ociupinę odpocząć przed dniem następnym. Bo może się on okazać o wiele gorszy od poprzedniego. Bowiem późniejsze godziny spędzone w pracy (NIELEGALNIE!) dały mi nieźle popalić, więc "nocny odpoczynek" przydał się nad wyraz!

 

Wspomniawszy zamierzchłe czasy zapodam kawałek zespołu, który do tej pory lubię bardzo, bardzo :)

 

 

I jeszcze jeden na dobranoc...

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 8 , zobacz komentarze

joe black

2009-08-19 23:30:27

Pełniąc ostatni swój dyżur w szpitalu nie tylko nie mogłem być w domu (co się rozumie samo przez się i niestety szkoda), ale nie mogłem obchodzić kolejnych uroczystości "Cudu nad Wisłą" (za co mimo wszystko dziękuję Piłsudskiemu), nie mogłem być także na "bluźnierczym" koncercie Madonny (nie żebym sie wybierał, bo nie przepadam za nią, choć doceniam jej twórczość), w końcu nie mogłem obejrzeć wyświetlanego bodajże w państwowej jedynce filmu "Joe Black" (oryginalny tytuł "Meet Joe Black"). I tego żałuję najbardziej. Jest to bowiem jeden z ciekawszych filmów jakie widziałem ostatnio (czytaj w ciągu kilku ostatnich lat). A że tyczy tematyki śmierci tym bardziej mnie zaintrygował.

Właściwie na co dzień mamy do czynienia ze śmiercią. Jest wpisana w zawód lekarza, zwłaszcza pracującego w szpitalu, zwłaszcza lekarza chorób wewnętrznych. Żartujemy czasami, że "kostucha wpadła do oddziału i zbiera żniwo machając kosą na prawo i lewo". Przywyczailiśmy się do jej obecności i czasem (zrozumcie mnie dobrze) jej dobroczynności...

"Meet Joe Black" przedstawia śmierć w sposób nieco odmienny od ogólnie przedstawianego - obleczoną w ciało Brada Pitta. Któż nie chciałby być przeprowadzonym "na drugą stronę" przez przystojnego faceta? Nie koniec na tym ciekawostek. Filmowa śmierć ma "ludzkie" odczucia. Nie żeby od razu, ale szybko sie uczy. Zastanawiam się, czy przybranie ludzkiej postaci tego nie sprawiło... Niby ochydna białkowa powłoka z dużą zawartością wody, ale jednak... Tak to przemienia kostuchę (myślę że sprawiają to także ludzie dookoła, zwłaszcza jedna kobietka), że ta gubi się nieco w tym co ma robić i w końcu ulega jednej prośbie bogatego faceta. Ale przecież nie o forsę tutaj chodzi... 

Nie streszczę filmu, bo Ci którzy go nie oglądali straciliby całą przyjemność oglądania (lub spania - bo film jest ckliwy i akcja toczy się "nie szybko"). Oczywiście świetna gra głównych aktorów - Brad Pitt, Claire Forlani i niesamowity, niepodrabialny Anthony Hopkins. Polecam. Zwłaszcza że temat ciekawy i potraktowany w dość oryginalny sposób...

 

 

Całe szczęście żona nagrała filmik. Miałem obejrzeć go dziś (stąd ten post), ale się nie udało. Może pojutrze siądę spokojnie przed telewizorem? Bo jutro czeka mnie niestety kolejny odcinek z serii "wielka medyczna przygoda". A reżyser i scenarzysta tego filmu (potocznie życiem zwanym) lubią przysparzać mi multum pracy :)

 

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 3 , zobacz komentarze

ikea

2009-08-17 22:54:13

Ostatnio miałem okazję być w sklepie ikea. I to nawet dwa razy w bardzo niedługim czasie. Tak bardzo lubię ten sklep, że postanowiłem sobie kiedyś nie odwiedzać go zbyt często. Ile razy tam jestem, to w oko wpadnie coś na tyle ciekawego a i w cenie przystępnego, że nie mogąc się oprzeć ładuję kolejny sprawunek do torby lub koszyka (w zależności jak wiele rzeczy już zdążyłem po drodze nabrać).

A tu masz - dwa razy po rząd... W trakcie pierwszej wizyty oczywiście zapomniałem kupić tego, po co naprawdę tam się zjawiłem. Będąc w "szale koszykowego ładowania" ominąłem (właściwie powinieniem powiedzieć ominęliśmy) dział na którym najbardziej mi zależało. Przypomniałem sobie o tym dopiero tuż przed domem (i tak uważam, że szybko!). Trzeba było zatem zawitać tamże w dniu dzisiejszym. Tym razem z listą sprawunków, która o tyle była przydatna że nie zapomnieliśmy o celu przyjazdu do sklepu. Bo i tak w koszyku, poza rzeczami zapisanymi na kartce, znalazło się dodatkowo kilka interesujących przedmiotów...

 

Oczywiście, że daję się jako klient złapać na socjologiczno-psychologiczne sztuczki speców od sprzedaży. Sklep jest tak skonstruowany, że chcąc nie chcąc człowiek przechodzi praktycznie przez wszystkie działy. Jest co prawda parę skrutów, ale i tak jakoś tak idzie się "głównym szlakiem". A nuż jest coś nowego za rogiem? A nuż w oko wpadnie jakiś ciekawy pomysł na rozwiązanie funkcjonalnego problemu? A nuż wejdzie się na interesujący element dekoracyjny? A nuż przypomni się konieczność zmiany (czytaj zakupu) mebla, pościeli, świeczek, garnków, sztućców, czy innych "niezbędnych" drobiazgów? O ile umeblowanie jest dla mnie zbyt surowe (choć muszę przyznać, że zakupiona do pokoju lekarskiego ikeowska kanapa jest bardzo wygodna), to prostota pudełek i pudełeczek, kartoników, czy innych form przechowalniczych, ale zarazem ich funkcjonalność urzeka mnie. Mam oczywiście zastrzeżenia co do ich wykonania, ale nie można mieć przecież wszystkiego. Natomiast dział "jedzenie" jest dla mnie przejściem przez mękę. Właściwie niemalże po kolei mógłbym zapełniać kosz kolejnymi produktami z tego działu. I kubeczki, i miseczki, talerzyki i szklaneczki, i sztućce, podstawki i podkładkii, garnki i patelnie, pojemniki na różne produkty sypkie, nawet głupie otwieracze do konserw, czy inne przybory kuchenne... Całe szczęście buforujemy sie z żoną dość dobrze w tym względzie i do toreb trafia połowę tego, co byśmy kupili każde z osobna :)

Oczywiście, że daję się złapać na ichniejszą kuchnię. Nie chodzi mi tutaj o dział "kuchnia", lecz o dość duże pomieszczenie, w którym można cokolwiek zjeść. Ładujesz samemu co chcesz (samoobsługa), lecz widzisz co bierzesz. Tanio i całkiem smacznie. Chłodnik, rostbef, de volaiile z frytkami, klopsiki szwedzkie. A zwłaszcza łosoś z warzywami (wydaje się być ten bałtycki a nie hodowlany). Zapłacony napój i kawa do woli, znaczy się dolewek ile dusza zapragnie (w taki dzień jak dzisiaj to frajda). Ponadto ogólnie dostępna kuchenka mikrofalowa i kącik dla dzieci - można podgrzać coś dla pociechy i samemu zjeść w trakcie zabawy. Rozsądne i pomysłowe, bo wiele przecież rodzin przyjeżdża na zakupy z dziećmi (tymi najmniejszymi także).

Oczywiście, że łapię się czasem na hot-doga, kawę z pączkiem, czy loda za 1 (słownie jedną) złotówkę. Jak nie ja to mój mały.

Na sam koniec powiem jeszcze jedno. To trochę głupie, ale strasznie podobają mi się nazwy sprzedawanych w tej sieci produktów: BOLMEN, DRAGAN, KATTUDEN, MOLGER, BLADHULT, FIRA, KNIPSA, SAMLA, TRISSA, OMSORG, SVAJS... To tylko część. Jeszcze fajniejsze są te ze znakami diakrytycznymi: DRÖNA, FLÖRT, BOASJÖ, NÄRA, GLÄTTIG, SNÄLL, ARV BRÖLLOP, FÄRGRIK TROLSK, PÅTÅR... Wymieniać by tu długo, ale nie sposób. Brzmią egzotycznie i kojarzą mi się z lieraturą fantasy. Naprawdę bardzo ładne imiona dla troli :)

Oto kolejna lista - tym razem całkiem prostych nazw:)

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , kulinaria | Komentarze 11 , zobacz komentarze

dzień dla ojca z dzieckiem

2009-08-15 00:32:04

Nie wszyscy mieli to szczęście mieć dziś dzień wolny. Władze ukochanej placówki w której obecnie haruję postanowiły że za jutrzejsze, ustawowo wolne od pracy a niestety wypadające w tym roku w sobotę, podwójne święto kościelno-państwowe (Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i Wojska Polskiego) ustanowią dzień wolny dla pracowników.

Mnie każdy dzień wolny od pracy coraz bardziej cieszy. Co myślę osobiście na temat tzw. długich weekendów w szpitalach - przemilczę, bo nie mam wpływu na ich powstawanie. Często w zależności od potrzeb władz danej placówki.

Tak czy siak, jak wspomniałem nie wszyscy mieli szczęście już dziś na wolność w świętowaniu. Moja żona nie, więc dzień ten stał się dniem męskim w naszej rodzinie. Mogłem go bowiem w dużej mierze spędzić z mą latoroślą. Płci męskiej. Bardzo dobrze robią takie dni na kontakty ojcowsko-synowskie i synowsko-ojcowskie. 

Rano wspólne śniadanie (tak rzadkie niestety) z napominaniem do patrzenia w talerz, a nie robieniu wszystkiego innego, poza jedzeniem oczywiście. Potem wspólne zakupy na pobliskim ryneczku (targowisku, czy bazarku jak kto woli) - przecież jutro święto, więc sklepy nieczynne będą, a jeść trzeba. Zakupy podczas których oczy dookoła głowy mieć trzeba, bo mały coraz sprytniejszy, więc i ulica niebezpieczna, i niecierpliwość ze strony syna w kolejkach, i niespodziewane sprawunki w koszyku czy torbie. Potem powrót do domu. Nawet widoczne w oczach zrozumienie, że najpierwej trzeba sprawunki porozkładać do lodówki i po kątach temu przeznaczonych. Zrozumienie przez 5 minut. Później uporczywie wyrażana konieczność zabawy przeważyła nad sprawunkami. Ale do lodówki trafiło wszystko co konieczne! Zabawa ekstra. Układanie puzzli i klocków, czytanie książeczek, grzybobranie. Komputer także, a jakże! I w czasie nieco dłuższym niż zwykle... W końcu dzień ojca z dzieckiem :) Obiad niestety podobny do śniadania - kombinacje alpejskie nad jedzeniem. Szkoda, że nie nakarmiłem go przy komputerze - zapatrzony w ekran połknąłby wszystko! 

Potem niestety wizyta u stomatologa. Mama nie odpuściła (wyrywając się na godzinkę z pracy) i u pani doktor od zębów byliśmy całą rodzinką. Całe szczęście obeszło sie bez wiertła, jedynie ozon. I za ten bezbolesny zabieg dostał jeszcze w gabinecie od pani stomatolog zabawkę! Szczęście zupełne widoczne jak u psiaka (tylko bez machającego ogona). I duma z samego siebie jaki był dzielny :))) Pokręciliśmy się potem jeszcze po jednym sklepie, zaliczyliśmy McDonald’s (frytki koniecznie i McNuggets - bez zestawu HappyMeal, bo zabawki coś nie tego i nie przypasowały) i zabierając po drodze z pracy mą połowicę, koniec końców (przejeżdżając jeszcze przez Cepelię i zakład wytwarzający wkładki ortopedyczne do butów - niestety dla Miłka) wylądowaliśmy w Batidzie przy Placu Konstytucji na lodach (dla małego) i kawie (dla nas).

Fajny dzień. Na koniec zabawa samochodami. Mimo zabawki od stomatologa dostał też od nas samochodziki. Z ulubionego animowanego filmu "Auta". I choć większości tekstów chyba nie rozumie (uważam, że filmy te robione są z myślą o dorosłych), to fanem Zygzaka McQueena jest oddanym.

Na dobranoc zatem fragmenty filmu z podkładem muzycznym:

 

 

 

Patrzę, która to godzina i okazuje się, że mamy już dziś święto. Niestety tak jak wczorajszy (znaczy się czternastego) dzień wolny był dla niektórych, tak i dzisiejsze święto nie dla wszystkich bedzie dniem wolnym. Ja na ten przykład spędzę je w pracy. A z racji ogólnopolskiego zamieszania wokół dzisiejszego koncertu Madonny, choć nie jest moją ulubioną artystką (ale płyta Ray of Light jest dobra), to dla jej wkładu w rozwój muzyki rozrywkowej zamieszczę jeden z jej najbardziej, według niektórych, obrazoburczych teledysków.

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

komórka

2009-08-13 22:47:47

Przedwczoraj po przyjściu do pracy stwierdziłem rzecz okropną. Nie zabrałem z domu telefonu komórkowego! Ogarnął mnie lekki niepokój. Straszne! Dyżur, a ja jak bez ręki. Co zrobię bez komórki?! Jak ludzie mnie znajdą? Jak ja znajdę ludzi? A jak coś złego się wydarzy i nie będzie można ze mną nawiązać szybkiego kontaktu?! Krótka analiza. Czy miałem dziś załatwić coś pilnego? Coś co wymagałoby użycia telefonu? Coś co wymagałoby wykręcenia numeru, którego się nie pamięta?! 

W czasach sprzed telefonii komórkowej wszystkie ważne numery miało się w pamięci. Pozostałe numery pozostawały starannie zapisane w notesie lub kalendarzu, bądź na milionie karteczek (notabene skrzętnie do tego notesu przypinanych). Obecnie posiadając komórkę wszystkie bez wyjątku znajdują się w pamięci. W pamięci telefonu komórkowego...  

 

Jakże łatwo przyzwyczajamy się do luksusu. Wydaje mi się, że już coś takiego kiedyś pisałem. Ale powtórzę to raz jeszcze. Czy wyobrażacie sobie życie bez elektryczności, gazu i bieżącej wody? Życie bez lodówki, prysznica i komputera? Czy w końcu życie bez telefonów?

Ja już niestety nie.

Choć są chwile, gdy chciałbym pozbyć się telefonu popularnie zwanego komórką... 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 10 , zobacz komentarze

makiawelizm

2009-08-12 23:35:50

Im bardziej analizuję swoje dotychczasowe postępowanie, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu o mym egoizmie. Posunę się dalej - w całej mojej dotychczasowej pracy kierowałem się doktryną makiawelizmu. Na dodatek jestem uczestnikiem spisku mającego na celu zamęczenie na śmierć młodszych kolegów, co zgadza się w 100% z prezentowanym przeze mnie typem osobowości. Pełen hipokryzji, bez skrupułów i po trupach dążę do celu. Tym razem po trupach młodszych kolegów z pracy...

Dlaczego tak sądzę i tak publicznie przyznaję się do mego socjologiczno-psychopatycznego defektu?

Bowiem dotychczasowe me postępowanie strasznie mnie wykańcza. Będę musiał je zmienić o 180 stopni i zacząć postępować inaczej. Ciekawe komu to wyjdzie na dobre? Myślę, że mnie na pewno!

 

Jako starszy już lekarz (i wiekiem, i stażem pracy, i co by tu nie mówić doświadczeniem) pracuję coraz ciężej. Dziwne. co? A jednak. Nie jestem z gatunku osób narzekających, ale niestety tak jest. Trochę burzy to mój światopogląd, bowiem wydawało mi się, że im więcej będę umiał, tym mniej będę musiał harować. Nic bardziej błędnego! Bowiem do zakresu moich obowiązków należą:

1. Praca w oddziale - wiadomo. Dla niewtajemniczonych - obchód, badanie pacjentów, wydanie zleceń i to co tygrysy lubią najbardziej - robota papierkowa (znaczy się niezbędne wpisy w historii choroby, zbieranie podpisów od pacjentów na "tysiącu" niezbędnych kwitków - a jakże!, w końcu tworzenie karty informacyjnej). Średnio kilka godzin. Całe szczęście obecnie "wywalczyłem" sobie do pomocy stażystkę Kasię, dzięki której w dużej mierze mam pracę z dokumentami załatwioną. Mówię "wywalczyłem", bowiem poprzednio, pomimo dość dużej ilości osób stażujących, mnie pominięto w przydziale pomocnika. Młodsi koledzy jednak taką pomoc zyskali. Chyba jestem za mało przebojowy. A może przez chwilę zapomniałem patrzeć tylko na swój koniec nosa? Muszę to zmienić i nie tracić już go ani na chwilę z pola widzenia!

2. Badania i zabiegi diagnostyczne - znaczy się pobieranie gazometrii, nakłucia jam ciała, nakłucia szpiku... Jakoś nikt tego szpiku nie chce kłuć! Proszeni są do tego starsi...

3. Gastroskopie - obecnie jestem jedynym lekarzem wykonującym to badanie zarówno dla pacjentów szpitalnych jak i tych hospitalizowanych w ramach "jednego dnia", znaczy się przyjętych tylko celem wykonania gastroskopii. Całe szczęśćie, że są tylko dwa gastroskopy i jedna myjnia, bowiem inaczej spędzałbym zapewne w pracowni endoskopowej nie 2 godziny jak teraz, ale dwa lub trzy razy więcej. Obserwuję bowiem ogromne zapotrzebowanie na wziernikowanie żołądka. Słyszę też często tekst - przecież Misiek zrobi! Może najwyższy czas przestać robić? Słyszałem od młodszych kolegów deklaracje o nauce w tymże kierunku, także odczytu holterów, wykonania badania spirometrycznego i innych takich "dodatków". I co? Z tego co wiem jak na razie wszystko "obsługiwane" jest przez starszych...

4. Poradnia - wyrwana w środku dnia cała jedna godzina (całe szczęście tylko jeden raz w tygodniiu). To jest nagroda za posiadaną specjalizację! Choć o ile sobie dobrze przypomnę, to i przedtem także w poradniach różnych robiłem za specjalistę...

5. Konsultacje - znienawidzony kawałek chleba, bowiem odmiennych specjalności "koledzy" (znaczy się nie interniści) wzywają człowieka do wszystkich problemów opatrując skierowanie etykietką "pilne". Oczywiście konsultacje są nagrodą za zdobytą specjalizację. Młodsi koledzy borykają się z tym problemem tylko w trakcie dyżurów. No chyba, że jednocześnie na dyżurze jest któraś z bardziej doświadczonych "starszych" osób...

6. No i na sam koniec Izba Przyjęć. Zapalnik, który wywołał między innymi tę polemikę. Nie chodzi oczywiście o dyżur. Chodzi o godziny w ciągu których trzeba zastąpić wychodzącego po dyżurze brata Wacława. 8.00 - 15.30. Do Izby Przyjęć maszerują ci, którzy posiadają spoecjalizację (znaczy się także ja). Często 2-3 godziny, w trakcie których inni (czytaj młodsi) wyrabiają się (lub nie) z pracą oddziałową...

7. Aha. Jeszcze dyżury. Tu powiem tylko jedno. Jakoś tak się układa, że najmłodsi koledzy mają najmniej dyżurów. Ja zwykle 6-7, młodzi 4-5. Pięć dyżurów miałem w miesiącu, w którym byłem dwa tygodnie na urlopie. A po powrocie z tegoż urlopu w ciągu dziewięciu dni więcej nocy spędziłem w szpitalu niż w domu. Egoizm jak cholera! Z czyjej strony? 

 

Reasumując - obowiązki pełnione przeze mnie (i innych "starszych" kolegów także) nijak się mają do tego, czym obciążeni sa koledzy młodsi! A z której strony słyszę największe jęki o ciężkości pracy? To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. Przytoczyłbym parę anegdot z własnego życia, gdy to ja byłem "młodszym", ale po co się powtarzać? Przecież czasy się zmieniły odpowiedzą zapewne "najbardziej zapracowani". Tak zapracowani, że w dniu dzisiejszym z całego zespołu dyżurującego jako jedyny wyszedłem z pracy po 15-tej. Reszta ulotniła się gdzieś przed południem...

Oczywiście zrzucam to na karb mojego niedołęstwa, braku w organizacji pracy i starości.

I egoizmu. Oraz makiawelicznego spisku wobec młodych. 

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 36 , zobacz komentarze

ognicho, czyli tam i z powrotem

2009-08-09 23:26:00

Jak dawno nie byłem na ognisku... Wieki całe. Zapaliłem się zatem do pomysłu Kaeri jakbym po raz pierwszy miał widzieć "żywy" ogień. Po części tak było. W roli rodzica. A moja latorośl będąc tak naprawdę przy ognisku po raz pierwszy w życiu, lgnęła do niego jak ćma do światła. Dużo wysiłku kosztowało mnie, a i zapewne obecnych tamże, baczenie na wyczynania mego potomka. Nie za bardzo mu się dziwię, bowiem ogień naprawdę potrafi przyciagnąć swą uwagę. Zwłaszcza jak się ma patyk w ręku, którego końcówka po włożeniu do ognia nie wiadomo dlaczego zaczyna się palić :) A potem można nieźle nim powywijać na prawo i lewo, kreśląc przy okazji dymne kółka i inne esy-floresy. Całe szczęście nikt nie miał końca kija w oku lub innym miejscu, choć sam niemalże nadziałbym się swą piersią na rozżarzoną końcówkę wcelowanej we mnie, a trzymanej przez mego syna gałązki. Nic dookoła nie spłonęło także, więc ognisko udane :)  

Nie mogłem niestety być do samego rana, czego niewatpliwie żałuję. Nie mogłem także dołączyć do zaszczytnego grona podtrzymywaczy ognia, podsycanego równie ognistymi napojami, bowiem sprawowałem rolę kierowcy mej drużyny (znaczy się żony i syna).

 

A wyprawa na ognicho porównywalna z hobbitowską Tolkiena. Bagażnik zapakowany na każdą ewentualność - ciuchy na zimno, zabawki z piłką na czele, preparaty przeciwkomarowe (te istotnie sie przydały) i parę innych drobiazgów, o których pisać już nie będę... Oczywiście przygotowania do niej spowodowały opóźnienie w kwestii samego przybycia (co niemalże nie doprowadziło do słownego starcia z połowicą), ale że dotarliśmy do celu jeszcze na pozycji punktowanej (trzecie miejsce, tzn podium) mój humor uległ istotnej poprawie.

O samym ognichu pisać nie będę - w formie graficznej przedstawiła to w swym poście sama organizatorka tak miłego spotkania. Powiem tylko, że było ekstra. Ale następnym razem (mam nadzieję, że taki nastąpi) przyjeżdżam bez mej latorośli. Zbyt duży stres... Za dużo pomysłów (szalonych oczywiście) na raz... Rankiem spojrzałem w lustro. Chyba więcej siwych włosów. Nie wiem, czy to od ognicha - sam przecież także się nad nim pochylałem, czy od stresu związanego z pilnowaniem syna...  

 

Potem powrót do domu. Zbyt wcześnie niestety, ale posiadanie dzieci zobowiązuje. Tzw. odległość pomiędzy to godzina jazdy samochodem. Myślałem, że syn po przeżyciach dnia padnie jak dętka, ale po przyogniskowej muzycznej prezentacji rozśpiewał się w samochodzie jak trójka tenorów. A że repertuar ma jeszcze dość ograniczony, więc do dzieła musiałem zaprzęgnąć swój głos. I niestety pojechałem. Po starociach. Znaczy się utworach z lat mej młodości. Choć nie wszystkie teksty zapamiętane w całości, to poleciało: "Wieża radości, wieża samotności" i "Nie gniewaj się na mnie Polsko" Sztywnego Palu Azji, "Skóra" Aya RL, kawałki Starego Dobrego Małżeństwa - "Jak", "Z nim będziesz szczęśliwsza", "Opadły mgły, wstaje nowy dzień" - wszystkie z tekstami Edwarda Stachury, "Diamentowa kula" i "Szklana pogoda" Lombardu, "Jolka, Jolka" Budki Suflera"... Żona (choć ciszej niż ja) wtórowała mi dzielnie. A mój syn, choć z lekka zdziwiony nagłym zapałem taty do śpiewu, z zainteresowaniem słuchał fałszu w moim wykonaniu. I nie usnął. Może jednak mu się podobało? 

Zatem wyprawa nie tylko na ognisko, ale i w przeszłość daleką...

Oczywiście, że słuchałem dziś SDM. A z racji festiwalu w Sopocie także i Budki Suflera. Nie za bardzo wiedziałem co wybrać do posłuchania, więc będą dwa filmiki. Mam nadzieję, że zrozumiecie :)

 

Zatem jako pierwsza śpiewana poezja Stachury:

 

 

A teraz trochę bardziej ambitnie:

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 6 , zobacz komentarze

pełnia...

2009-08-07 23:11:40

Właściwie to nie wiem jak to nazwać. Kilka już razy siadałem do komputera z zamiarem napisania jakiegoś posta i skończyło się na niczym. Zastanawiałem się dlaczego? Z jednej strony to cóż  takiego tu opisywać, skoro kolejne dni podobne są do siebie jak dwie krople wody, z drugiej jednak strony każdy z tych dni zawierał w sobie chociażby jedno warte opisania zdarzenie. Kilka, niemalże gotowych do opublikowania, postów zawisło w próżni. Nic mi się nie podobało. A to temat jakiś taki do niczego, a to styl wypowiedzi nie do końca zachęcający, a to jeszcze coś innego...

 

Kilka przykładów:

1. Następnego dnia po rozpoczęciu Tour de Pologne wyszedłem z latotroślą na rower. Znaczy się synowi wyjąłem z piwnicy rower i wyszliśmy na świeże powietrze. Ja "per pedes", on pedałując zacięcie na jednośladzie, choć niestety z jeszcze doczepionymi bocznymi wspomaganiami (znaczy sie czterokołowiec). Popitalał na nim jak oszalały, ja za nim goniłem jak zdyszany pies ledwo co łapiąc powietrze. Kiepsko z kondycją... I wątek urwał mi się tak szybko jak gilotyna oddziela głowę od ciała! W sumie dość dobre porównanie, bo mózg jakoś nie chciał współpracować z palcami, gotowymi do śmigania po klawiaturze komputera... 

Dziś myślę, że może dam namówić się Przenitkowi do kupna jakiegoś bicykla! W końcu dobrze mi to zrobi na moją tężyznę fizyczną, bo coś ostatnio  nią krucho. Zacznę od 1 kilometra. Może nie padnę :)

2. Post miał być tym z rodzaju kulinaria. Obiecałem małemu wyprawę do McDonald’s. Nie, żebyśmy się tam stołowali, ale od czasu do czasu z uwagi właśnie na małego tamże bywamy. Wiadomo - zestaw Happy Meal z zabawką, słomką czekoladową do mleka i frytkami stanowi nie lada radość! Uważam, że frytki mają najlepsze na świecie. Ale nie o tym. Nie przepadamy za owocami morza (no chyba że ryby), więc zdziwiła mnie zachcianka mej połowicy odnośnie krewetek królewskich. Zakupiłem, a jakże! Nawet spróbowałem! I co? Rewelacja! Tłuste jak cholera (jak wszystko co smażone na głębokim oleju), ale pod tłustą panierką kryje się przepyszne zwierzątko morskie... I koniec. Pojechaliśmy i zjedliśmy. Czarna plama przed oczami. Zaćmienie umysłu? Jakoś puenty z tego wszystkiego nie mogłem wydobyć!

Dziś widzęę, że chyba polubię smaki morza. Wybieram się po krewetki. Tylko gdzie kupić najlepsze? Może w Makro? Widziałem tam całkiem nieźle zaopatrzony dział z produktami morza i oceanu. A może gdzieś indziej? Jedno wiem! Muszę omijać McDonald’s z daleka bo przytyję jeszcze bardziej :) 

3. Gość (pracownik szpitala od nie wiem czego) wchodzi do pokoju lekarskiego chcąc wymierzyć metraż gabinetu pod nową wykładzinę. Dziwię się, bowiem niedawno nowa podłoga została położona, więc kieruję go do szefa będącego aktualnie w poradni. Na co facet podaje mi powierzchnię podłogi gabinetu poradnianego - 13 metrów kwadratowych! Śmieszne? Na początku wydawało mi się że tak, ale jakoś nie za bardzo się z tego uśmiałem po przeczytaniu przelanej na monitor komputera przytoczonej powyżej anegdoty...

Patrząc na to dziś wydaje mi się, że to niezbędny dla funkcjonowania szpitala pracownik! Mieć wszystkie wymiary pomieszczeń szpitalnych we łbie to nie lada sztuka. Nie trzeba szukać papierzysk, wystarczy zapytać! Tylko właściwie po co komu takie informacje w głowie? Ciekawostka!  

 

Było jeszcze pare innych tematów... I co z tego? Nic! Wszystko wylądowało w koszu!

 

Straszny malkontent się ze mnie zrobił. Poza tym jakiś taki drażliwy jestem, niespokojny, spać nie mogę. Prawie jak zgłaszający się po pólnocy do Izby przyjęć pacjenci. To do mnie nie podobne, więc zaczynam zastanawiać się o co chodzi?

Depresja? Objawy pasują jak ulał, ale przecież w dzień mi przechodzi...

Zwykłe zmęczenie? Chyba nie, bo wielokroć bywałem bardziej zmęczony i słowa same przelewały się z umysłu na monitor komputera...

Zniechęcenie? Nie, bo mam ogromną ochotę wysmażyć kolejny wpis (co robię chociażby teraz)...

Niemoc twórcza? Nigdy się za twórcę nie uważałem, więc i niemoc nie może być. Zwłaszcza twórcza...

 

Mam. Już wiem. Księżyc! Pełnia! To jest wytłumaczenie! Cały okres poprzedzający jej nadejście był kiepski. A wczoraj, pomimo kolejnego dyżuru, było całkiem znośnie. Dziś jest już niemal rewelacyjnie. Zaraz, zaraz. Kiedy to była pełnia? Wczoraj?! 6 sierpnia?! Czyżbym zmieniał się w jakieś monstrum? Patrząc na nieogoloną facjatę, to rzeczywiście upodabniam się do jakiegoś włochatego zwierzęcia. Trzeba będzie się ogolić, choć nie znoszę tej czynności. I można się zaciąć...

Na dobranoc zapuszczam zatem Michaela Jacksona w "Thrillerze". Tym samym, choć nigdy nie był moim ulubionym artystą, składam mu hołd za to co zrobił dla muzyki rozrywkowej:

 

 

czytaj resztę »


tour de pologne

2009-08-03 00:27:35

Moja latorośl dostaje kota w domu. A ja z nim także. Potrzeba wyhasania na świeżym powietrzu jest zauważalna w każdym jego ruchu. Ściany jescze wytrzymują wszystkie jego szaleńcze pomysły, ale  ja powoli już nie. A że po zabiegu nie może jeszcze za bardzo przebywać na słońcu i zagrzanie może mu zrobić niezbyt dobrze, więc przy dzisiejszej aurze pozwoliliśmy sobie na wyjście poza mury dopiero późnym popołudniem. Padło na Łazienki Królewskie. Lubię ten park z racji mikroklimatu, który jest zapewne dziełem dużej ilości roślin tam bytujących, a i zapewne tej odrobiny wody tamże się znajdującej. Woda co prawda do najczystszych nie należy (chyba że spojrzymy na źródełko przy popiersiu Wyspiańskiego), ale drzewa cień dają solidny więc nie odczuwa się tak upału jak poza jego granicami.

Zapomniałem jednak, że w dniu dzisiejszym rozgrywany jest pierwszy etap największej imprezy kolarskiej w Polsce - Tour de Pologne. Etap, którego trasa dokładnie otaczała rejon, w który zamierzałem z rodziną dotrzeć. Plac Trzech Krzyży, Książęca, Czerniakowska, Wisłostrada, Witosa, Idzikowskiego, Sobieskiego, Belwederska, Aleje Ujazdowskie, Plac Trzech Krzyży. A pomiędzy nimi co? Oczywiście że cel mojej przejażdżki - Park Łazienkowski. Co za niefart! I dla chcących dojechać do parku, i dla chcących skorzystać z "usług" znajdujących się w tym rejonie szpitali - ulubionego Czerniakowskiego, a zwłaszcza CMKP im. Orłowskiego, pod którego murami cały peleton przejeżdżał bodajże 9 (słownie dziewięć) razy.  

Nie było jednak tragicznie. Całe szczęście moja eskapada wypadła na godziny popołudniowe, więc gdy dojechałem do skrzyżowania ulic Gagarina z Belwederską okzało się, że peleton chyba już jest na mecie. Z drugiej strony szkoda, że nie wyjechałem ociupinę wcześniej bo zapewne uczyniłbym wycieczkę do Łazienek jeszcze ciekawszą. Zwłaszcza dla małego. Widok wielobarwnej masy kolarskiej na pewno wzbudziłby zachwyt mej latorośli. Ponadto przejeżdżający peleton robi dość dużo szumu i wiatru, przez co niechybnie zrobiłoby się ociupinę chłodniej. Tak się jednak nie stało, co i może dobrze, bo dojazd miałem niezbyt utrudniony, a na wyżej wymienionym skrzyżowaniu postałem raptem chwilę - do momentu usunięcia przez służby porządkowe zagradzających przejazd barierek.

W Łazinkach było fajno jak zwykle. Poza dużą ilością tlenu zaaspirowanego podczas spaceru, mały oczywiście załapał sie na lody. A my w ciszy i spokoju wypiliśmy kawę mrożoną. Są bowiem w życiu takie momenty, gdy moja latorośl jest cicha i skupiona. Jak podczas spożywania lodów :)

 

Tytuł postu zobowiązuje, więc trochę o Tour de Pologne. Jak wspomniałem jest to obecnie największa impreza kolarska w Polsce. Największa i z polskich wyścigów najbardziej licząca się w świecie. Należy do grupy imprez tzw. ProTour Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI), w których rywalizują najlepsi kolarze świata. W kalendarzu wyścigów ProTour polski wyścig znajduje się obok imprez tak znanych jak wyścig Paryż-Nicea, Tirreno-Adriatico, Paryż-Roubaix, czy trzech największych imprez kolarskich na świecie - Giro d’Italia, Tour de France i Vuelta a Espana. Jest to zasługą Czesława Langa (były świetny polski kolarz) - obecnego dyrektora Tour de Pologne. I choć sama impreza powoduje trochę utrudnień komunikacyjnych w miastach przez które przebiega trasa corocznego wyścigu, to jednak wypada się tylko cieszyć, że potrafimy (tzn. my Polacy) nie tylko popsuć, utruć, namieszać i zniszczyć, ale także stworzyć coś udanego, co doceniane jest nie tylko w Polsce ale i poza granicami naszego kraju. 

 

Post trochę pisany dla Przenitka, wielkiego fana cyklizmu. Nie tylko w wersji fotelowo-telewizyjnej (jak ja na ten przykład), ale rekreacyjno-wyczynowej zwłaszcza (dla mnie przejechanie paru kilosów jest wyczynem - on to robi od niechcenia). Wraca człowiek z urlopu, z tego co wiem częściowo spędzonego w siodełku rowerowym, więc niech miły będzie przynajmniej ten post. Bo powrót po urlopie do harówki na pewno takim być nie może.

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 15 , zobacz komentarze

refleksja...

2009-08-01 23:36:45

...nad dniem wczorajszym. Opisywana wściekłość minęła. Chyba odpoczynek i perspektywy spędzenia kolejnego wolnego weekendu w domu podziałały kojąco. Nie na tyle jednak, by nie odnieść się do zdarzeń z dnia poprzedniego, bowiem jest to kolejny w ciagu krótkiego okresu czasu przykład bemyślności i skrajnej wręcz ignorancji w sposobie działania przewoźników (znaczy się karetkowiczów). Myślę, że nie do końca trzeba ich o to obwiniać, ale osoby zatrudnione w roli telefonistów-rejestratorów-dyspozytorów powinny mieć trochę więcej rozeznania w sprawach życia i smierci niż przysłowiowa już Goździkowa, która może pomoże na ból głowy, ale innej decyzji oprócz porady przyjęcia reklamowanego leku (niech bedzie kryptoreklama - etopiryny) nie podejmie. A z przeprowadzonych przeze mnie w ostatnich dniach rozmów z telefonistami-rejestratorami-dyspozytorami jednoznacznie wynika, że nie czują bluesa.  

 

W poprzednim poście nie doddałem, że całą zaistniałą sytuację opisałem w karcie ambulatoryjnej pacjenta oraz w raporcie lekarskim Izby Przyjęć. Dość dokładnie - z godziną wezwania nieszczęsnego zespołu i godziną ich przyjazdu do szpitala. Nie żebym był osobą skarżącą się, czy donoszącą na kogoś. Co to, to nie! Nie mój styl, nie moja filozofia, po prostu nie Misiek. Kto zna, ten wie. Mam przynajmniej taką nadzieję. Ale moja cierpliwość skończyła się. Poza tym mając przed oczyma mozliwość śmierci pacjenta oraz wizję spotkania z prokuratorem poczyniłem wpisy zgodnie z powszechnie znaną zasadą - ChSD. Dla niewtajemniczonych - chroń swoją dupę! 

 

Ponieważ strasznie bazgrolę, a że notatki były odręczne, niedawno powołany kolejny dyrektor (pełniący obowiązki dyrektora ds medycznych) poprosił mnie o tłumaczenie (znaczy sie odczytanie) zapisków. Grzecznie przedstawiłem w kilku zdaniach sytuację z ranka dnia wczorajszego. Nawet rzuciłem hasło o piśmie do władz przewoźnika w celu wytłumaczenia zaistniałej sytuacji... I co? Wielkie G! Że trzeba ich zrozumieć, bo godzina niewyjściowa, bo akurat zmiana zespołów bo coś tam jeszcze... Nie dyskutowałem, bo po co. Byłem wściekły i zmęczony, więc mogłem palnąć coś nieprzychylnego. Poza tym szkoda tracić energię na tłumaczenie spraw, dla niektórych z założenia niezrozumiałych. Ponadto od dłuższego czasu odnoszę wrażenie, że w naszej placówce medycznej nikt z władz nie ma ochoty podjąć jakiejkolwiek decyzji (nawet najbardziej błahej, nie mówiąc o tych najważniejszych).

 

Zatem dupa blada. Powtórzę więc za postem poprzednim - coraz mniejszą mam ochotę robić jako błazen na arenie naszego szpitala w cyrku zwanym "służba zdrowia". Nikt sobie z niczego nic nie robi (takie wielkie nicestwo). A ja jestem ulepiony z innej gliny. A że jestem coraz starszy, to nie za bardzo widzę możliwości jakichkolwiek zmian. I w moim postępowaniu, i w postępowaniu innych. Ciekawe do czego to doprowadzi?!

 

Eh, miało być milej niż poprzednio, lecz nie udało się. Zaleganie afektu?! Może...

Dla rozweselenia chciałbym zatem na koniec zapodać kawałek, który kojarzy mi się dobrze. Zwłaszcza jak zamknę oczy i wsłucham się w muzykę i słowa...

 

...a hush in the air, you can feel anywhere...

 

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 5 , zobacz komentarze