wściekłość...
2009-07-31 22:50:07
...mnie ogarnęła z samego rana! To trochę niedobrze, gdy dzień zaczyna się od złości. Ale życie pokazuje nad wyraz dobitnie, że niełatwo podyżurowy dzień zacząć z uśmiechem, że samemu niestety świata się nie zawojuje. Bardzo często potrzeba pomocy ze strony innych. I chęci współpracy, bo czasem bardzo wiele od tej fachowej, wydawać by się mogło, współpracy zależy. Bardzo wiele, to znaczy zdrowie i życie pacjenta. Bo przecież dyżur w szpitalu to nie zabawa klockami, czy kopanie dołków w piaskownicy. To bardzo ciężka i bardzo odpowiedzialna praca. Praca, której efekty może zniszczyć ignorancja innych...
Przeżywszy kolejny survival z cyklu "wielka medyczna przygoda" zaczynałem już myśleć o orzeźwiającym prysznicu, gdy tuż przed godziną 7.00 pojawiła się w Izbie Przyjęć jedna z moich "ulubionych lekarek" stołecznego Pogotowia Ratunkowego. Narobiwszy dużo szumu i krzyku (jak zawsze gdy wpada do Izby) pozostawiła mi pacjenta ze wstępnym rozpoznaniem "bradykardia". Co do wywiadu - nic. Nawet nie pokusiła się o jego zebranie. Po prostu veni, vidi, vici. Choć w jej wykonaniu powinno brzmieć: zobaczyłam, przywiozłam, zostawiłam!
Fajno! Rzut oka na pseudoelektrokardiogram nakręcony w karetce (kawałek taśmy z zapisem z niewiadomych odprowadzeń) i wiem, że przywieziony mężczyzna ma blok III stopnia. Czynność serca około 30/min. Rzut oka na pacjenta - w całkiem niezłej formie?! Bardzo dobrze toleruje wolną czynność serca. Badam dokładniej - trzyma ciśnienie (130/80 mmHg), czynność serca już koło 55 ("ulubiona lekarka" zakłuła się i podała nawet atropinę), więc dobrze jest. Zatem w tak zwanym międzyczasie, gdy kręcone jest nasze Ekg zbieram wywiad. Zawał serca! Objawy aż nadto charakterystyczne, ale trzeba było się pokusić o zamienienie dwóch, trzech zdań z chorym. Elektrokardiogram potwierdza - "świeży" zawał ściany dolnej. Wszystko pasuje - typowe dolegliwości, przejściowy blok, zaburzenia rytmu serca...
Zatem hemodynamika... Nie jest łatwo, bowiem okazuje się, że pacjent dodatkowo cierpi na schizofrenię paranoidalną! Wiem, bo pojawiła się rodzina. Krótka rozmowa chorego z żoną i synem pomaga mu w podjęciu decyzji. Tak, wyraża zgodę na zabieg. Uff! Nic bowiem lepszego mu nie zaoferuję. Zatem hemodynamika! Telefon do pracowni, w której zwykle nie odmawiają. Tym razem niestety nie mają szpilki gdzie wetknąć, ale doktor dzwoni do kumpla z innego ośrodka (słyszę całą rozmowę w słuchawce) i bukuje mi tam miejsce! Dzięki ogromne! Przecież liczy sie każda chwila!
Teraz telefon do przewoźników. Tych, z którymi mamy podpisaną umowę! Jestem przyzwyczajony do tego, że wypytają się niemalże o rozmiar kołnierzyka i numer buta lekarza zamawiającego przewóz, ale irytuje mnie ogrom czasu traconego na te wszystkie "duperele". Dobra! Zlecenie przyjęte. Wysyłają zespół "R". Pozostaje tylko czekać. Wcześniej zapodałem niezbędne w takim przypadku medykamenty, a że ból w klatce piersiowej nasilał się to i morfina poszła w ruch. Dolegliwości zmniejszyły się, ale na nowo pojawił się blok III stopnia. Extra! Całe szczęście pacjent dobrze to znosi. Wydolny krążeniwo i oddechowo! Podaję atropinę. Poskutkowała poprzednio, więc i teraz może też. Niestety, nie. Cholera! Robi się ciekawo! Blok jaki był, taki jest. Czynność serca równie szybka! 25-30/min...
Nie za bardzo kontroluję czas, bo i po co? Przecież wezwałem zespół "R"... Do chorego z zawałem serca... Do chorego, który ma pojechać do ośrodka z pracownią hemodynamiki... Rzut oka na zegarek! Że co?! Minęło już 30 minut i pogotowie nie przyjechało?! Cholera! Telefon! Dzwonię ponownie z zapytaniem, czy przypadkiem zlecenie sprzed pół godziny gdzieś się nie zawieruszyło (kiepski to bowiem czas okolice godziny 7.00, bo następuje tzw. zmiana, czyli zespoły dyżurujące wymieniają się). Paniusia (bo inaczej jej nie nazwę) ze zdziwieniem informuje mnie, że kolega nie przekazał jej nic o pilności, że nie wiedziała nic takiego, by zespół "R" miał jechać szybko na sygnale... I zadaje mi pytanie: "Czy chory to pacjent z zawałem i jedzie na hemodynamikę?". Wściekłość ogarnia mnie ogromna! Z kim zatem rozmawiałem wcześniej? Jakiś debil siedział przy telefonie? A może jakiś głuchy? A może to moja wina - o tym, że bazgrolę jak kura pazurem wiem, ale może i mowę mam niewyraźną i trudną do zrozumienia? A może ktoś podszywał się pod rejestratora-telefonistę z centrali związanego z nami przez "umowę" przewoźnika? Sabotaż jakiś, czy co? Niedobrze mi się robi, gdy mam do czynienia z ludźmi bez krztyny pomyślunku. Ignorancja i bezmyślność niektórych sięga zenitu. Coraz więcej takich ludzi spotykam na swojej drodze. Niedobrze się dzieje w tym kraju! Paniusia z którą rozmawiałem informuje mnie zatem, że przekazuje zespołowi karetki "R", by jachał szybciej (znaczy się na gwizdkach). Mam nadzieję, że będzie to statystyczne 8-10 minut. Mylę się. "R-ka" przyjeżdza po jakichś 15 minutach. Mam nieokreślone przeczucie, że dopiero mój drugi telefon spowodował wyjazd karetki z bazy. Draństwo! I tyle! Ale dobrze, że w końcu są.
I tu, jak zwykle w takich przypadkach (a zgodnie z założeniami filmów Hitchcocka) napięcie zaczyna rosnąć lawinowo. Bowiem pacjent (chyba na widok wchodzącego z uśmiechem na twarzy lekarza zespołu "R") zatrzymuje się. Odruchowo zaczynam prowadzić akcję reanimacyjną. Masaż zewnętrzny! Worek Ambu! Adrenalina! Wezwać anestezję! Jednoczasowo zatrzymuję w drzwiach chętny do odjazdu, a jakże spóźniony w tym momencie, zespół pogotowiarski. Wyreanimuję pacjenta! A wy czekajcie! Jak będzie "stabilny", to zabieracie go na gwizdakach na kardiologię!
O dziwo w zapisie Ekg nie asystolia (której obawiałem sie najbardziej), a migotanie komór. Zatem defibrylacja! Po strzale, na monitorze widzę szybki rytm (170/min), chyba czestoskurcz. Teraz bolus z Xylokainy, potem we wlewie. I amiodaron. Pacjent przytomny, odpowiada na pytania. Wyrwałem go z zaświatów! Pani z kosą tym razem przegrała! W elektrokardiogramie ponownie blok III stopnia, ale czynność serca około 50/min. Pacjent ustabilizowany. Przekazuję dokumenty już nie za bardzo uśmiechniętemu lekarzowi. Chory może jechać na hemodynamikę. To jedyny dla niego ratunek.
Bardzo dużo satysfakcji z uratownia czyjegoś życia!
Ale i bardzo dużo wściekłości na "kooperantów", którzy straciwszy cenne pół godziny mogli być bezpośrednim powodem śmierci chorego!
Niestety coraz mniejszą mam ochotę występować w tym cyrku i robić za błazna. A horrory wolę oglądać na ekranie, niż przeżywać je na własnej skórze. I chciałbym, by Polska przestała być krajem absurdów!
czytaj resztę »child in time
2009-07-29 23:18:58
Właściwie to nie chce mi się nic pisać, ale pandemia grypy (a i idiotyzmu także, lub przede wszystkim) zatacza coraz szersze kręgi. Można komentować to na różne sposoby i cały post poświęcić na ujawnianie głupoty zaistniałej sytuacji i ludzi ją prowokujących. Tylko po co?
Najpewniej ukarani zostaną ci, którzy niczemu nie zawinili. Jak zawsze. Jakiś kozioł ofiarny musi się znależć. I nie będzie to osoba najbardziej w sprawę zamieszana...
Przychodzi mi jedynie na myśl tekst jednego z moich ulubionych utworów - "Child in time" - jeżeli masz pecha oberwiesz nie tylko kulą, ale i rykoszetem...
CHILD IN TIME
The story of a loser - it could be you.
Sweet child in time you’ll see the line
The line that’s drawn between the good and the bad
See the blind man shooting at the world
Bullets flying taking toll
If you’ve been bad, lord I bet you have
And you’ve been hit by flying lead
You’d better close your eyes and bow your head
And wait for the ricochet
czytaj resztę »
una varieta di pasta
2009-07-28 00:01:46
Pierwszy od miesiąca wolny weekend spędziłem w domu. Nie, żebym nie chciał się gdzieś ruszyć, ale wykonana u mej latorośli adenotomia z konchoplastyką (to jest usunięcie "trzeciego" migdałka - znaczy się gardłowego i korekta przerośniętych małżowin nosowych) wymagają pewnych wyrzeczeń. Zarówno z jego, jak i z naszej (czytaj rodziców) strony. Polega to głównie na conajmniej tygodniowym przebywaniu w pomieszczeniach zamkniętych. A że piątek wypadał raptem dwa dni po zbiegu, stąd weekend wypadło spędzić w tak zwanym zaciszu domowym. Może i dobrze, bowiem niedzielna aura w stolicy nie zachęcała do wyjścia poza mury. Temperatura jak dla mnie OK, dla mełego też - nie można przy okazji przegrzewać osobnika, lecz nagłe i niespodziewane opady deszczu nie do końca sprzyjały jakimkolwiek wojażom. Nawet tym niedalekim. Zatem trzy dni w domu. Fajno. Odespałem całe zmęczenie, nadrobiłem zaległości w byciu ojcem, porozmawiałem nawet chwil kilka z "drugą połówką jabłka", trochę posiedziałem przed telewizornią (głównie sport i wiadomości) i dość sporo czasu spędziłem w kuchni... Jakoś tak mam, że gdy jestem w domu to niestety ciągnie mnie do spiżarni. Właściwie jak każdego niedźwiedzia. A że i staram sie czasem coś uwarzyć, to kuchnia jest przednim miejscem do realizacji smakowych zachcianek. Weekend zdominowany został przez makaron.
Nie, żeby innych smakołyków nie było. Sezon przecież na owoce, a że w sobotę rano udałem sie na ryneczek (tutaj wolą niestety mówić bazarek) to i w domu pojawiło się ich mnóstwo. Słodkie morele i maliny, borówka amerykańska, czereśnie (ubóstwiam te wielkie - odmiana kordia - o skórce ciemnobordowej lub jakby powiedział znawca win - w kolorze burgunda a miąższu twardym i słodkim). I jagody. Nie jestem jakimś wybitnym ich entuzjastą, ale żona zapodała taki koktajl z jagód, że palce lizać. Może jednak usta lizać (oblizywać!), bo przecież nie ma siły, by fioletowy szron napoju nie osiadł na mych wargach i wąsach :) Zatem owoce mamy zaliczone. Szkoda tylko że, mimo przecież dość dobrej aury dla sadowników, ceny trzymają się wysoko. Ale warto. Zwłaszcza te czereśnie...
Były jeszcze posiłki główne. Śniadania raczej bez ekstrawagancji, choć sporządzony przeze mnie niedzielny twarożek ze szczypiorkiem podany z chrupiącą bułką z masłem i pomidorem z szalotką był ekstra! Proste danie, ale jakże smacznie rozpoczyna się dzień... Kolacji z racji obiadowego obżarstwa nie było, więc przejdę od razu do posiłków spożywanych w środku dnia.
Piątek. Mając nieco kurek postanowiłem zrobić je w śmietanie. Przepis skrajnie prosty, należy jedynie pamiętać o dość dokładnym ich umyciu, chyba że ktoś lubi czuć zgrzytający między zębami piasek. No i zblanszować, żeby nie były za bardzo twarde. Reszta to "piece of cake" jak mówią Anglicy. Przesmażyć na maśle cebulkę, następnie dodać kurki, trochę posmażyć jeszcze, dodać pokrojony koperek lub natkę pietruszki, posolić, popieprzyć (koniecznie pieprz świeżo zmielony) i dodać śmietany. Musi być gęsta (22 lub więcej procent). Trochę jeszcze podusić i... podawać. Najlepiej smakują prosto z patelni bez dodatków, ale że "połowica" chciała makaron, to ugotowałem w tak zwanym międzyczasie tagliatelle, wrzuciłem je na patelnię z kurkami, wymieszałem i przerzuciwszy danie na talerze posypałem jeszcze z wierzchu natką pietruszki. Do tego wino. Co prawda powinno być czerwone wytrawne, ale nie miewszy takiego na stół wtoczył się riesling, który skomponował się z potrawą wyśmienicie. Nie wiem tylko, czy byliśmy aż tak głodni, czy rzeczywiście wyszło smacznie...
Sobota. Od dłuższego czasu chodziła za mną "chińszczyzna". Postanowiłem więc zabawić się nieco i zrobić jakąś pseudazjatycką potrawę w domu. Były składniki, byłem ja i kuchnia gotowa mi pomagać. Przepisy kuchni azjatyckiej nie są bardzo skomplikowane, więc zabrałem się do roboty. Znalazłszy pieczarki, paprykę czerwoną, seler i por pokroiłem je w słupki. Poobnie uczyniłem z filetem z piersi kurczaka. Przesmażyłem na ryżowym oleju mięso z dodatkiem kilku ząbków pokrojonego w drobną kostkę czosnku, następnie wrzuciłem warzywa, posmażyłem jeszcze chwil kilka i dodałem wcześniej przygotowaną zalewę (mieszanina sosu hoisin, sosu sojowego, cukru i soli). Jeszcze tylko dwie, trzy minuty smażenia i... potrawa gotowa. Małżonka znów uparła się na kluski, więc wyjąłem z zakamarków makaron gryczany (TOKYOTO) i zapodałem danie posypane pokrojona cebulka dymką. Dość smacznie, ale na przyszłość chyba trzeba będzie trochę więcej sosu hoisin, może dodać jeszcze przyprawę "Pięć smaków" żeby było bardziej "chińsko". Dla mnie stanowczo za delikatnie, ale żonie smakowało. Albo była tak głodna...
Niedziela. Też makaron. A jakże. Oddałem niedzielne kucharzenie małżonce - od rana w garze powoli dochodził rosół, a że weekend makaronowy, tym razem podany został w wydaniu "śródziemnomorskim". Do przesmażonych na oleju winogronowym papryki, oliwek i czosnku odała pesto z bazylią, jeszcze trochęposmażyła i wymieszawszy z ugotowanym wcześniej szerokim pszennym makaronem zapodała na stół. Smaczne, chociaż trochę tłuste (chyba przez to pesto). Ale najedliśmy się po kokardki...
A na deser były lody śmietankowe. Latorośl zadowolona, bowiem może sobie poużywać. Dozwolone niemalże bez ograniczeń. Gdyby mógł, jadłby tylko lody :)
Fajna domowa, weekendowa kuchnia. Waga zaczyna nie wytrzymywać ciężaru... Ale jakże się tu oprzeć pokusom jedzenia, gdy siedzi się w domu? Zwłaszcza, gdy przez cały dzień ciągnie się za człekiem jedna z piosnek chwalących rozkosze podniebienia. Choć panowie w "teledysku" wydają się być oderwani od rzeczywistości, to tekst piosenki opisuje w dużej mierze włoskie dobra spożywcze :)
czytaj resztę »
kraj absurdów
2009-07-23 22:36:37
Zgadzam się całkowicie z Przenitkiem. Dziwny to kraj. I choć kwestia braku kultury na drogach i chodnikach może bulwersować, to problem ten wydaje się być błahym w porównaniu z tematem zdrowia i życia ludzkiego. O tym chciałbym dzisiaj. Niestety.
Dość często bywam ostatnio w Izbie Przyjęć. Po "pierwsze primo" jak to mówił Gajos, zastępuję obecnie urlopującego się kolegę, który zwykle w Izbie Przyjęć od rana buszuje. A po "drugie primo", jakby niewątpliwie Gajos dodał, mam sporą liczbę dyżurów na tymże, jakże przez wszystkich lubianym, bojowym przyczółku naszego szpitala. Wczoraj też. I o tym chciałbym napisać. A właściwie o jednym zdarzeniu, które wczorajszej nocy miało miejsce. Zdarzeniu, które pokazuje jak durnie funkcjonuje opieka medyczna w Polsce i jak durnie pozawiązywane są umowy z różnymi podwykonawcami. Dziwne słowo w medycynie - podwykonawca - ale inaczej chyba nie można tego nazwać. I tak najmilsze słowo z możliwych.
Przyzwyczajony jestem do chorób osób dorosłych, rzekłbym nawet starszych. I jestem pogodzony ze wszystkimi konsekwencjami tego stanu (i mojego zawodowego wyboru). A że kilka lat już przepracowałem w swoim życiu, to choroby przewlekłe i śmiertelne, cierpienie i umieranie nie robią na mnie już takiego wrażenia jak kiedyś. Jeżeli dotyczy osób w wieku zwanym "podeszłym".
Nie jestem jednak w stanie przyzwyczaić się do chorób dzieci. Dlatego między innymi nie zostałem pediatrą. Nie znoszę, gdy dzieci chorują. Nie znoszę, gdy muszą trafić do szpitala. Nie znoszę, gdy dzieci umierają... Wydaje mi się to trochę niesprawiedliwe, gdy dziecko gaśnie w oczach zatrute przez śmiertelną chorobę...
Mam nadzieję, że 2,5-letnia dziewczynka, która znalazła się wczoraj w Izbie Przyjęć zawalczy z trapiącą ją chorobą i będzie dalej radością dla swych rodziców. A było to tak...
Telefon. Małe dziecko nieprzytomne przyniesione przez rodziców. Tutaj?! Tak - mieszkają obok. Cholera. Bliskość szpitala sprawia, że wali się do niego ze wszystkimi problemami. Z relacji rodziców wynika, że dziewczynka diagnozowana na tysiąc okoliczności, ale wszystkie badania są OK. Diagnozowana z jakiego powodu? Trudno powiedzieć. Niby wszystko jest dobrze, ale dobrze nie jest. Jakiś galimatias totalny. W każdym razie do tej pory żadnej choroby nie stwierdzono. Dziś w trakcie dnia spokojna, jedynie kolacji nie chciała zjeść. Wieczorem utrata przytomności, drgawki i wymioty. Ekstra. Miodzio. Lubię jasne przypadki.
Z relacji personelu - dziewczynka wniesiona nieprzytomna, sina, lejąca się przez ręce ojca. Saturacja 89-90%. Bez tlenu. Gdy dobiegam do Izby słyszę krzyk dziecka. Zatem przytomna. Dajemy tlen przez maskę, ale pojawiają się wymioty. Dziewczynka wygina się w pałąk i aspiruje zwymiotowaną treść. Jak nic będzie zachłystowe zapalenie płuc. Ale przynajmniej ryczy na całego i jest przytomna. Krótkie badanie. Nad płucami sporo furczeń i rzężeń. Wydaje się być gorąca. I trochę jakby źle reaguje na badanie neurologiczne. Krzyczy niemiłosiernie, gdy chcę jej główkę przygiąć do klatki piersiowej. Jakby mały opór? Może jakaś neuroinfekcja? Całe szczęście saturacja na tlenie 99-100%. Nie ma co kombinować, trzeba dzwonić po zespół R i przewieźć małą na pediatrię.
I tu zaczyna się opowieść o absurdach naszej pracy.
Telefon do pierwszych przewoźników. Powinni mieć nawet R-kę pediatryczną. Nie, nie mają. Ale problem jest inny. Dypozytor nie wie, czy może do mnie wysłać zespół, bo nie mamy wspólnej umowy. G...o mnie to obchodzi mówię! 2,5-roczne dziecko! Nie wiem co mu jest! Trzeba pilnie hospitalizować w szpitalu pediatrycznym! Nie, trzeba porozmawiać z głownym dyspozytorem, czy jakimś kierownikiem... Walcie się! Mam nadzieję, że rozmowa jest rejestrowana!
Przewoźnik numer dwa. Mamy nawet umowę podpisaną, ale jest tylko jeden zespół R. Możliwy jest przyjazd, ale najwcześniej za 1 godzinę. Jak to możliwe, że dysponujecie tylko jedną R-ką? Ano tak jest. Walcie się! Potrzebuję zespołu teraz! Czy doktor zatem rezygnuje z przewozu? Walcie się! Będę dzwonił dalej. Kto pierwszy przyjedzie ten zabierze dziecko. Reszta mnie nie obchodzi! Mam nadzieję, że ta rozmowa także jest rejestrowana!
Przewoźnik numer trzy. Mają R-kę. Zespół aktualnie wolny. Hurra! Dawać ich na gwizdakach! Ale doktorze, nie mamy z wami umowy podpisanej. Cholera! Co jest! Umowa ważniejsza niż życie ludzkie?! Niż życie małego dziecka?! Wpadam na świetny pomysł. Mówię, że jestem osobą prywatną (nie lekarzem dyżurnym Izby Przyjęć!) i pod adres szpitala chcę zespołu R do dziecka. Kobieta po drugiej stronie chyba słyszy moją desperację i mówi: Wysyłam! Uff! Ulga! Ale nie do końca. Kobitka jeszcze próbuje. A jak będę musiała zapłacić z własnej kieszeni, to co? Kurwica mnie bierze totalna. Mam ochotę rzucić słuchawką, ale mimo wszystko tłumaczę, żeby się nie martwiła... tylko niech wysyła w końcu ten nieszczęsny zespół R! A jak trzeba będzie, to zapłacę ja!! W końcu podałem swoje dane i wzywam R-kę jako osoba prywatna!!! Zrozumiano!!!!
20 minut spędzone na telefonie! 20 cennych minut, często ratujących bezcenne życie ludzkie... Całe szczęście z dzieckiem jest trochę lepiej, ale gdyby tak nie było to co? Do rozwalonych w pijackim widzie łbów karetki jeżdżą na gwizdkach. A tu, do małej dziewczynki nikt się nie kwapi. Trzeba jakichś umów, zgód dypozytorów, telefonów do władz. Kogo to obchodzi? Na pewno nie rodziców dziecka! Poza tym pogotowie wzywa lekarz, a nie osoba nie mająca pojęcia o stanie zagrożenia życia. Więc tym bardziej powinno się udzielić pomocy. Ale nie! Ogólna znieczulica! Umowa ważniejsza nad życie!
I kolejny związany z całym wydarzeniem absurd. Zespół R jedzie do mnie 40 minut! O godzinie 21-ej. Chyba jadą ze Szczecina, bo średni czas przybycia karetki to podobno 8-10 minut! Czterokrotnie przekroczona średnia! Umrzeć można z samego czekania! PARANOJA!
Jedyny pozytyw taki, że szczęśliwie dojechali, a dziecko zostało przyjęte do szpitala dziecięcego. Niestety nadal nie wiadomo co małej osóbce jest...
Dziwny to kraj... Niewątpliwie absurdem stojący!
czytaj resztę »nocne wizyty
2009-07-20 23:50:31
No cóż. Moje przepowiednie z poprzedniego postu niestety się spełniły. Co prawda nie miałem do czynienia z cierpiącymi na infekcję wirusową, ale "jakość" schorzeń miała podobny charakter.
Młody mężczyzna (lat chyba 26), którego jakiś komar czy inna mendoweszka uchlała w kolano kilka dni temu, zgłosił się w nocy do Izby Przyjęć bowiem nie do końca może swą "chorą" kończynę wyprostować. Fakt - obrzęk, zaczerwienienie i bolesność (wszystkie składowe satnu zapalnego) nieco dokuczają w wyproście kolana, ale poza tym jakiegoś specjalnego zagrożenia życia nie stwierdziłem. Zwłaszcza powodu do nocnej wizyty w naszym medycznym przybytku.
Starsza kobieta (gdzieś kole 70-ki) wróciwszy z wywczasów z Nałęczowa postanowiła się chyba upewnić, czy rozpoznany przez tamtejszego doktora półpasiec rzeczywiście pólpaśćcem jest. Jak cholera! Objawy tak charakterystyczne, że i Goździkowa rozpoznałaby je bez problemu. A nuż w szpitalu, nad ranem, lekarz postawi inną diagnozę? NIE! TO PÓŁPASIEC. Jedynym wytłumaczeniem starszej pani, a i powodem do lekkiego uśmiechu na mej twarzy, było to że w nałęczowskim spa żadnej terapii (poza NLPZ) nie zaordynowano, co spowodowało intensywne dolegliwości bólowe w nadbrzuszu. Musi być, że żołądek. Tak mówi mi doświadczenie i literatura fachowa. Zadowolony z siebie, z pewną satysfakcją wypisałem zarówno PPI jak i leczenie celowane. Ze smutną jednak miną poinformowałem o możliwości utrzymywania sie bólów po półpaśćcu do końca życia, co upierdliwe może być i tyle.
Przebojową nocną wizytę zostawiam na koniec. Wydawać by się mogło, że biorę udział w jakimś horrorze. Wszak rzecz działa się kole drugiej w nocy, a wycia zza ściany nie należały do rzadkości (wszak koledzy ortopedzi walczyli na ostrym dyżurze), a stukająca do nich klientela (notabene czekająca po kilka godzin w kolejce) przypominająca ostatnich ocalałych z pogromu zombie uciekinierów, miała jedynie mord w oczach. Lecz to nie horror - komediodramat jakiś, czy tragifarsa. Oto bowiem 45-letnia kobieta zgłosiła się do Izby Przyjęć, bowiem... nie mogła zasnąć. Przyszła oczywiście ze współtowarzyszem niedoli (chyba nieszczęsnym mężem). Czuła się jakaś taka rozdygotana (co zwykle ustępowało jej po 1-2 godzinach), a tej nocy właśnie nie chciało (to już chyba 5-ta godzina meczarni!). Kiedyś już coś takiego się zdarzyło. Miałam wtedy straszne zaburzenia elektrolitowe! Kroplówka z potasem mnie uzdrowiła!
Nie! Pełnia jakaś dziś, czy co! Patrzę za okno - nie! Chyba jakieś wariatkowo?!
Co prawda w niepełnym oświetleniu cera kobiety wydawała sie jakaś szaro-żółta, ale przecież w ciemno jej potasu toczyć nie będę, bo w badaniu fizykalnym odchyleń od stanu prawidłowego nie stwierdzam. Nie. Nic jej nie przetoczę! Poczeka sobie zatem kilka godzin na badanka! Złapawszy zatem ze dwie godziny odpoczynku otwieram na dźwięk telefonu oczy. Za oknem już szarówka - pewno gdzieś koło czwartej nad ranem. Są wyniki badań. Trąc zaspane oczy wchodzę do gabinetu internistycznego. Rzeczona kobieta leży (a jakże - przecież ciężko chora) przykryta kocem na leżance. Przy niej wcześniej wspomniany towarzysz niedoli (oczywiście, że trzymający pacjentkę za rękę). Zza węgła widzę ironiczny uśmiech pielęgniarki - ta już wie, że wszystkie wyniki badań są prawidłowe. Zatem informuję, że jest jak jest, że w badaniu fizykalnym nic, że ciśnienie prawidłowe, że w Ekg nic, że w badaniach laboratoryjnych nic, że właściwie nie było powodu do wizyty w Izbie Przyjęć, że można pójść do domu, że prędzej pomoc psychiatry (niestety tego już nie mówię)...
Delikwentka (bo tak ją teraz nazwę) stwierdza, że teraz to ona pójdzie do domu się porządnie wyspać, a i tak wybierze się do SWOJEGO lekarza, skoro nic nie rozponałem. Kątem oka łąpię jedynie westchnienie i udręczony wzrok jej współtowarzysza. Dziwne, że facet nic się nie odezwał?! Musi być, że kocha. Przez duże K!
Właściwie nie pierwszyzna w takich przypadkach, ale zawsze irytują. Pracujemy w Izbie Przyjęć po to, by ratować ludzkie życie, by pomagać chorym. Nie złoszczę się, gdy pacjent w zagrożeniu zycia wjeżdża w najbardziej strasznym dla lekarza momencie. Nie jestem wściekły, gdy muszę (nawet pomimo braku chęci i zmęczenia) wykazać się wiedzą i zdobytymi przez lata umiejętnościmi. Nawet gdy jest to 30-ta lub więcej godzina dyżuru. Nawet gdy jest to głęboka noc lub już dzień. Po to tu jesteśmy!
Jednakże, gdy mam do czynienia z przypadkami błahymi, to irytacja narasta. Jeżeli te przypadki następują jeden po drugim - irytacja narasta jeszcze szybciej. I coraz mniej chce mi się funkcjonować w tym systemie. Zwłaszcza po dyżurze, na którym muszę zajmować się tygodniowym bólem stopy, ciężką według słów pacjenta gorączką (37,5 stopnia!), niewielkim obrzękiem po użądleniu przez owada błonkoskrzydłego, czy bólem gardła! Lub robię jako lekarz Izby Wytrzeźwień!
czytaj resztę »out of order
2009-07-19 12:27:58
Mimo, że ostatni mój dyżur (piątek 17 lipca) nie należał do najtragiczniejszych, to chyba zdarzyło mi się złapać jakieś cholerstwo. Musi być wirus, bo objawy pasują. Nieprzyjemne wibracje w żołądku, sraczka, głowaból i rozbicie. Totalne. Z rańca po dyżurze rzęsisty pot na czole, twarz szaro-żółta, sińce pod oczami, wszystkie mięśnie bolesne. Resztką sił dokonałem zakupów na pobliskim ryneczku (bazarku, czy targowisku jak kto woli) i wróciwszy do domu walnąłem się do wyra. Musi być, że spociłem się okrutnie, bo cała pościel (a ja w niej) pływała od potu. Trochę dopomogła temu aura (o której dużo w poprzednich postach - bo duszno i parówa), więc właściwie czemu się dziwić? Ale to chyba nie to. W tak zwanym międzyczasie kilka wizyt w przybytku zwanym toaletą. Nie będę opisywał dokładnie szczegółów z tym związanych... Całe szczęście bez gorączki, choć przecież jako medyk nie pokwapiłem nawet się jej mierzyć :) Wiadomo - szewc bez butów chodzi. Pokręciwszy się trochę po chałupie ległem po raz drugi w wyro. Kolejne kilka godzin w objęciach Morfeusza, pływającego w jeziorze potu. Wieczorem trochę lepiej. Obudziłem się nawet głodny, ale z rozsądku nie pokusiłem się o spożycie posiłku. Jedynie płyny w dowolnej ilości, bo na szczęście żołądek nie odmawiał współpracy w ich przyjęciu. Trza dziadostwo zwalczyć, bo przecież jutro (tzn dziś - 19 lipca) ponownie przygoda w Izbie Przyjęć. Więc powrót do łóżka. Zaspać cholerstwo na amen! To jest metoda! Chyba skuteczna, bo każde zamknięcie oczu sprawia, że obudziwszy się czuję się lepiej. Łącznie przespałem chyba z 15 godzin...
Dziś jest lepiej, ale nie do końca. Co prawda wyglądam już jak człowiek (nie jakieś zombie), ale ogólne samopoczucie niespecjalne. I dyżur. Oby było spokojnie, bo cały tydzień pracy przede mną. I na pewno delikwenci z podobnymi objawami jak nic będą się pojawiali na Izbie Przyjęć. Znając życie w środku nocy...
Cóż! Upadek autorytetu! Nie ma szacunku dla nikogo, zwłaszcza dla lekarza!
A ja się czuję zmęczony i bez sił:
czytaj resztę »
parówka
2009-07-16 22:32:16
Znając moje upodobania (patrz urlopowe smaki i kuchnia) możnaby się spodziewać kolejnego postu o tematyce kulinarnej. Parówki rzeczywiście towarzyszą mi niemalże codziennie, są bowiem jednym z podstawowych produktów spożywczych na dyżurze. Łatwo je przetransportować (wszak zapkowane są szczelnie) a i z kwestią przygotowania do spożycia nie jest źle (można je spożyć na zimno, co nie zabiera przecież wiele czasu). Któż nie lubi hot-dogów (zwłaszcza na stacji Statoil?), gdzie parówka (obecnie zastępowana także różnymi kiełbaskami) jest podstawowym składnikiem tego nieskomplikowanego dania. I skomplikowanego zarazem. Ileż bowiem zależy od rodzaju bułki. A jakże ważny jest rodzaj dressingu, gatunek ketchupu czy musztardy zapodanych razem z parówką i bułką... Eh! Niby nic a cieszy! Nawet moja latorośl (wybredna jak nie wiem co jeżeli chodzi o jedzenie) zasmakowała w tak mało, wydawałoby się, wyrafinowanym posiłku.
W czasach kryzysu parówki wzbudzały równie niezdrowe emocje co obecnie radio Maryja i ksiądz dyrektor, majtki Dody (lub ich brak), kolejne operacje nieżyjącego już "króla popu" Jacko, czy mająca pojawić się w sierpniu na koncercie "skandalistka" Madonna. Mistrz polskiej komedii prześmiewczo przedstawił to tak:
Eh, te kulinaria! Odciągnęły mnie od głównego tematu mojego postu. Właściwie będzie on ciągiem poprzedniego. Parówka, a właściwie parówa dziś była. Czlowiek nie ma ochoty na żaden ruch. Zwłaszcza odkleić się od krzesła, odejść od dającego względny chłód klimatyzatora i wyruszyć na obchód do pacjentów leżących w salach z "naturalną klimatyzacją", czesto pogarszającą jeszcze sprawę panującej duchoty. Lub ruszyć do pracowni endoskopowej, gdzie wiatrorób w postaci wentylatora daje ochłodę jedynie skierowawszy strumień powietrza bezpośrednio na siebie samego. Mielenie przezeń powietrza w innych kierunkach zupełnie nie ma sensu. Jest jeszcze Izba Przyjęć, w której o ile się nie mylę dach stanowi metalowa blacha (doskonale słychać jej dźwięk podczas deszczu), która podczas słonecznej pogody może również służyć za płytę grzewczą, a wnętrze Izby Przyjęć zaczyna przypominać warunki panujące w kuchence mikrofalowej (znów te kulinaria). Oczywiście w trakcie stawiania budynku obecnej Izby Przyjęć nikt nie pomyślał o klimatyzacji, więc w dni takie jak ostatnio człowiek czuje się jak parówka w ukropie!
Na dodatek sąsiad spotkany w windzie uśmiecha się radośnie i twierdzi, że lubi takie pogody. Na moje stwierdzenie, że klimę mam tylko w samochodzie (właściwie to ogromna radość przecież, choć w pracy spędzam znacznie więcej czasu niż w samochodzie) uśmiecha się tym razem ze zrozumieniem twierdząc, że ma zatem o wiele więcej szczęścia niż ja (bowiem pracuje w warunkach klimatyzowanych). W sumie jestem jednak zadowolony, bowiem mogłoby być jezscze gorzej. "Parówka" za zamkniętymi szybami. Jak w piosence Tiny Turner :)
czytaj resztę »
porno i duszno
2009-07-15 22:42:25
Bynajmniej, wbrew tytułowi, nie mam ochoty perwersyjnie rozwodzić się nad ludzkimi zachowaniami seksualnymi...
Dziś o pogodzie, która niestety intensywnie wpływa na naszą funkcjonalność. Jest parno i duszno. Pot leje się ciurkiem już nie tylko po czole, ale cienką strużką spływa swobodnie po karku i plecach dochodząc czasami do ich dolnej partii, tyłkiem po prostu zwanej (jednak coś o seksualności). Pot zatem leje się po tyłku, a każdy ruch sprawia, że tej mokrej wydzieliny gruczołów potowych przybywa w tempie zastraszającym. Nie wiedzieć czemu im bardziej człowiek jest zmęczony, tym bardziej się poci. Przynajmniej ja tak mam. A że zmęczenie ostatnio narasta w tempie lawinowym, to i lawina kropli spływających kasakadami po ciele jest większa.
O przypominających saunę warunkach panujących w naszym pokoju lekarskim pisał już kiedyś Przenitek. Klimatyzator zakupiony za własne składkowe pieniądze nieznacznie poprawia tylko komfort pracy. Nie za bardzo jest to bowiem możliwe, bo ogrzewanie mamy zapewnione non stop. Gabinet usytuowany jest od strony południowo-wschodniej i na nim kończy się budynek szpitala. Zatem operujące od samego rana słońce nieźle nagrzewa ściany zewnętrzne budynku przenosząc ciepło do jego wnętrza. Na dodatek pod gabinetem znajduje się kotłownia dająca równie dużą (jak nie większą) porcję promieniowania cieplnego. Warunki zatem ekstra, choć wspomniany klimatyzator naprawdę sprawia radość.
Jest jednak w gabinecie lekarskim miejsce, które nazwałbym nawet nie sauną a łaźnią turecką (dosłownie i w przenośni). To łazienka. Fajno, że jest i nie trzeba gnać na drugi koniec oddziału za potrzebą i z rańca po dyżurze można się wykąpać. Ale w połączeniu z wcześniej opisywaną emisją ciepła z każdej strony przebywanie (nawet krótkotrwałe) tamże staje się niezłym wyczynem. No, chyba że ktoś lubi pływać.
Dziś, po kolejnej porcji dyżurowych doznań władowałem się do kabiny prysznicowej chłonąc przyjemność lejącej sie na łeb wody spłukującej z ciała, zebrany w trakcie 24 godzin, lepki pot. Ekstra! Przez chwilę. Ręcznik w ruch - wycieram mokrość z siebie i... wydaje mi się, że ponownie jestem mokry. Że niby ręcznik nie zbiera? A może jestem tak zmęczony, że czegoś tam nie wytarłem dokładnie? Otóż nie! Zebrana w małym pomieszczeniu para wodna powoduje tak dużą wilgotność, że człowieka pot zalewa strumieniami i staje się w krótkiej chwili równie mokry jak przed wyjściem z kabiny prysznicowej...
Fajny poczatek dnia. A zapowiedzi synoptyków mówiły o 32-stopniowym upale...
Cały dzień był lepki i mokry, mokry i parny, parny i duszny. Prawie jak przed tajfunem. Wieczór też jakiś taki nie dający ochłody. Jutro ma być podobnie. I znowu będę miał wrażenie jakbym stał na deszczu, gdy strugi potu zalewają głowę i spływają po mych członkach (a jednak porno!).
czytaj resztę »
polskie drogi...
2009-07-12 12:38:25
...to tytuł świetnego polskiego serialu o czasach wojny i okupacji. Nie o przeszłości chciałbym, ale o teraźniejszości. I nie w przenośni, a dosłownie. Nurt narzekania i biadolenia skieruję tym razem nie na ogólnie pojętą "służbę" zdrowia (zwłaszcza tę najbliższą - czytaj szpital), ale na sprawy bardziej przyziemne (dosłownie i w przenosni).
Dziś o polskich drogach i... ich remontach. Zostałem nieco zmotywowany do tego przez moją małżonkę, która dopiero co wróciła ze służbowego wyjazdu poza granice naszego kraju. Jazda samochodem musiała być w tym kraju (jednym z europejskich) przyjemnością, bowiem podobno prędkość 140km/h była podstawową w poruszaniu sie tamże, a wóz mknął po szosie jak po gładkiej tafli. Bez wybojów. Bez zbędnych drgań. Bez niebezpieczeństwa wjechania w dziurę...
Nieco odmienny od wyżej opisanego jest stan dróg naszych. Jeździmy po nich wszyscy, czy to prowadząc samochód, czy w roli pasażera, więc nie muszę opisywać katorgi podróży polskimi drogami. Mnożyć możnaby przykłady najgorszych dróg. I nie myślę tutaj o trasach gdzieś na krańcach Polski, nie myślę o drogach podrzenych, ale tych głównych noszacych miano "krajowe". Jaki kraj, takie drogi chciałoby się powiedzieć. I coś w tym jest, bowiem dopiero co wyremontowane, w krótkim czasie nadają się do ponownego remontu. Jak wszystko w Polsce :)
Na dodatek okres wakacyjny jest ubóstwiany właśnie przez wszelkiego gatunku ekipy remontowe mające rzekomo na celu "poprawę stanu nawierzchni". Zarówno w miastach jak i poza nimi. Niby logiczne. Ludzie wyjeżdżają na wakacje, powinien ruch być mniejszy, więc remontujemy. Miesiąc, dwa, trzy... i dłużej też. Remontujemy w taki sposób, że duża część miasta jest wyłączona z ruchu (np. ciąg most Śląsko-Dąbrowski, Plac Bankowy, Aleja Solidarności zwłaszcza jej skrzyżowanie z Aleją Jana Pawła II). Przejazd przez centrum w godzinach szczytu zawsze był trudny, teraz jest tragiczny. Korkują sie wszystkie ulice dookoła. 5-minutowa kiedyś jazda staje się około półgodzinną wyprawą. Tak jest w stolicy (a remontownych jest jeszcze parę innych miejsc), tak jest zapewne i w innych miastach. Pozostali "niewyjechani urlopowo" nieszczęśnicy męczą się zatem jazdą na stojąco w zakorkowanym mieście, jeżdżąc bocznymi uliczkami, których stan nawierzchni pozostawia wiele do życzenia :)
Wydaje się, że drogi pozamiejskie powinny być zatem w okresie wakacyjnym wolne od remontów. Nic bardziej mylnego. Modernizacja skrzyżowań (patrz masowa produkcja rond), naprawa zniszczonej nawierzchni asfaltowej (lub pseudoasfaltowej), poszerzanie dróg (znaczy się dorobianie poboczy), czy nawet zapoboczowe prace melioracyjne w dużej mierze dezorganizują ruch w kierunkach miejsc masowego urlopowania (Bałtyk, Mazury, góry). Wyrwawszy się zatem z remontowanych "drożnie" miast trafiamy na kolejne remonty, które sprawiają że wakacyjna podróż staje się męczarnią. I choć ta w stronę urlopowiska nie wydaje się aż tak przykra (przed nami wszak okres wypoczynku), to droga powrotna nie nastraja optymistycznie - nie dość, że wracamy do pracy, to jeszcze wjeżdżamy do zakorkowanego przez remonty miasta!
Istne szaleństwo! Kwadratura koła!
Jak fajnie jest sobie ponarzekać na coś odmiennego niż stan "służby" zdrowia. Lżej się robi na duchu. I jak fajno, że problem stanu jakościowego polskich dróg nie dotyczy tylko mnie. Gdy sobię pomyślę, że w korkach nie "jadę" sam, to robi się lżej na duszy. Tylko dlaczego tak musi być?
Post walnąłem w tzw. międzyczasie pomiędzy jednym, drugim a trzecim nieszczęśnikiem przywiezionym do tutejszej placówki medycznej. Dla niewtajemniczonych: kolejna wielka medyczna przygoda!
Załączam kawałek, przy którym nieźle się pogina po drodze. Oczywiście jeżeli sa na to warunki :)
Phil Lynnot i Thin Lizzy. Stare, ale jare!
czytaj resztę »
upoj(o)ny dyżur
2009-07-06 21:23:15
Sobota. Dla większości dzień wolny od pracy. Dla mnie akurat nie (miałem dyżur w Izbie Przyjęć), ale nie o tym. Zatem dzień wolny od pracy, dodam że parny i gorący. Najfajniej byłoby siedzieć gdzieś nad wodą (na wodzie lub w wodzie) i popijać zimne piwko (przecież wszystko jest dla ludzi). Zatem dzień wolny od pracy, parno, gorąco i pić się chce. Jak cholera. Niektórym bardziej niż innym. Do tego niekoniecznie wody (gazowanej lub nie), soków lub oranżady, niekoniecznie kawy czy herbaty (zwłaszcza mrożone są ekstra w taki upał, choć to te gorące naprawdę gaszą pragnienie), niekoniecznie nawet wcześniej wspomnianego piwka! Niektórym w taki dzień chce się pić tzw. alkohole wysokoprocentowe. W dodatku w ilościach powalających niejednego na łopatki i w warunkach urągających czemukolwiek. Bowiem pite na świeżym powietrzu w pełnym słońcu napoje wysokoprocentowe działają naprawdę zniewalająco. Dosłownie i w przenośni.
Sobota. Przyjazd zespołu Pogotowia Ratunkowego. Godzina 10.00, może 11.00. Rozpoznanie: "upojenie patologiczne"! Ciekawe skąd to wiedzą?! Bo według definicji to bardzo rzadko pojawiający się stan krótkotrwałych zaburzonych zachowań i świadomości z gwałtownymi nieukierunkowanymi działaniami i niezrozumiałą agresją, pokryty niepamięcią (może wystapić po dowolnej ilości wypitego alkoholu). To, że delikwent będzie miał niepamięć to pewnik, bo leży jak kłoda, ledwie reaguje na ból, a woń roztaczająca się wokół mogłaby posłużyć reklamie jakiejś gorzelni. Zatem może prędzej zatrucie alkoholem? Ale nie. Na skierowaniu stoi jak wół: "upojenie patologiczne". To i tak lepiej niż wcześniej stawiane w takich przypadkach rozpoznanie: "stan po zasłabnięciu". Trudno. Zbadać trzeba... Poza tym, że jest "uchlany w tak zwanego trupa", to nic mu nie jest. Stężenie alkoholu - 3,46 promila. Nieźle, ale rekord to nie jest. Postępowanie rutynowe - niskie nosze (żeby sobie łba nie rozbił), płyny w żyłę (głównie glukoza) i czekamy, aż nadmiar płynów znajdzie ujście drogą naturalną (tzw. wody płodowe odpłyną). Wtedy to takowy delikwent najczęściej budzi się i odchodzi w kierunku nieokreślonym... Czasem hasło "Kolska" (przy tej ulicy znajduje sie stołeczna Izba Wytrzeźwień) działa na takowego jak płachta na byka i jeszcze szybciej odzyskuje "świadomość" (jeżeli wogóle takową kiedykolwiek posiadał). Nie zatrzymujemy siłą...
Sobota. Trochę później - około 13.00 (dawniej o tej porze rozpoczynała się sprzedaż alkoholi, dziś - wolna amerykanka, sklepy całodobowe, stacje benzynowe - chlać można przez całą dobę). Kolejny przywieziony "chory". Rozpoznanie na skierowaniu - "upojenie patologiczne"!! Czyżby rodzina tamtego? Kolejny rzadki przypadek w naszej Izbie Przyjęć! Co za ciekawy dzień! Badania - 5,58 promila. Też nie rekord, ale całkiem nieźle. Postępowanie podobne. Po kilku godzinach pojawiła się zaniepokojona rodzinka (w tak zwanym miedzyczasie miał już w pokoju VIP-owskim towarzysza niedoli). "Czy ktoś go zatruł?" Odpowiadam: "Nie widzę śladów krępowania na rękach, czy nogach, twarz nie poharatana, i wogóle nie stwierdzam śladów przemocy fizycznej, więc zakładam że nikt siłą nie zmuszał do picia alkoholu... Zatem zatrucie tak, ale na własne życzenie..." Zabrali "upojonego" do domu. Nawet nie czekali na papiery...
Sobota. Godzina 14.00. Kolejne "upojenie patologiczne" przywiezione przez zespół pogotowia. Cholera. Same ciekawe przypadki. Rzadkie to przecież rozpoznanie, a w dniu dzisiejszym już trzeci taki przypadek w naszym szpitalu! Tym razem zapowiadają się schody. Łeb rozwalony. Jedno oko wygląda jak dorodna fioletowa śliwa - szpara powiekowa niemożliwa do rozwarcia. Nos rusza się we wszystkie strony. Zatem trzeba CT. Głowa z twarzoczaszką. Co ciekawe - delikwent gada. Nie, że sam z siebie. Trzeba trochę cierpliwości i tzw. bodźców drażniących, ale przemawia. Podaje nawet swoje personalia, datę urodzenia i miejsce zamieszkania (dokumentów przecież nie ma, bo zapewne gdzieś zginęły). I tu (poza oczywiście upojeniem z rozpoznania) zaczyna się kolejna patologia... Bowiem niezbyt przekonany co do wybełkotanych danych osobistych "pacjenta" pozwoliłem sobie zadzwonić na Policję. Wiem, że często to właśnie Policja jest "pierwszym kontaktem" dla podobnych osobników. Zatem zadzwoniłem na Policję chcąc uściślić cudem zdobyte przeze mnie od "chorego" dane. I co? Nie można od ręki ustalić tego typu wiadomości... Trzeba uruchomić zespół wyjazdowy... Bo trzeba protokół i takie tam inne... Po godzinie przyjechało dwóch funkcjonariuszy (bez pasków na pagonach, więc najmłodsi). Nawet nie byli zdziwieni problemem. Na moje hasło, że trochę szkoda tracić kasę podatników (także moją przecie!) na takie duperele wysyłajac dwójkę ludzi do sprawdzenia danych nawet nie byli zdziwieni. Chyba to nie jest najgłupsze zadanie z jakim mieli do czynienia w trakcie służby! W każdym razie ustalenie danych polegało na głośnej rozmowie przez krótkofalówkę z kimś kto sprawdzał w komputerze, tak pieczołowicie wyłowione przeze mnie z głębin alkoholowych oparów, dane. Wydaje mi się, że z tym kimś od komputera z danymi można się porozumieć tylko przez krótkofalówkę! Ależ niesamowita organizacja pracy! Podziwiam Policję! Koniec końców dane osobniczo-adresowe zostały potwierdzone (co upewniło mnie o braku powikłań mózgowych po urazie i o całkiem niezłej "głowie" delikwenta!), w CT poza nosem z wieloodłamowym złamaniem nic złego nie było, laryngolog za bardzo "przypadkiem" sie nie przejął, a sam rzeczony po odejściu "wód płodowych" odszedł w siną dal... Aha, "upojenie" wynosiło 5,21 promila...
Sobota. Już nie pamiętam która godzina, ale później. Tym razem poważna sprawa! Podtopienie. Ale z zabarwieniem upojenia alkoholowego w tle (tym razem bez epitetu "patologiczne"). Dzień bowiem gorący i parny, pić się chce jak cholera, więc ludziska piją co im kto da (zwłaszcza kolega przecież), a że starczyło tylko na wysokoprocentowe trunki, wiec się piło takowe. Wypiwszy do woli delikwent chciał nieco ochłodzić się w jednym ze stołecznych wodotrysków. Nie była to tak znana fontanna jak rzymska "di Trevi", ale wystarczyło by straciwszy nieco równowagę dać nura w odmęty rozpoztartej wokół fontanny "sadzawki" i próbować oddychać przez wodę. Niestety nie do końca się to udało (choć może jaźń mówiła, że jest się jakąś rybą na przykład). I szczęście, że koledzy od kieliszka wykazali się dobrym, jak na warunki spozycia, refleksem. Powiem tylko, że niedoszły "topielec" miał jedynie 2,46 promila... Niestety jako jedyny został przyjęty do szpitala. I to do OIOM!
Sobota. Nie, już niedziela. A może poniedziałek?
Chyba nie ma znaczenia, jaki jest dzień. Świątek, piątek, czy niedziela - karuzela upojenia alkoholowego (niestety nie patologicznego, jakby chcieli koledzy z pogotowia) kręci się na całego. A płacimy za to my wszyscy! Przywożąc do szpitala, przyjmując do oddziałów, wykonując kosztowne badania... Naprawdę bogaty (ale i paradoksalnie chory) kraj ta nasza Polska...
Przestanę chyba zamieszczać posty, bo ogarnia mnie fala ogólnego pesymizmu i depresji. Załączam zatem poniżej, związany (poniekąd) z tematem dzisiejszego wpisu kawałek :)
Ktoś kiedyś nazwał dyżur wielką medyczną przygodą. Jeżeli okres wakacyjny ma obfitować w doznania przedstawione powyżej, wolę jednak urobić się po pachy i mimo wszystko mieć choć odrobinę satysfakcji ze swojej pracy. Tak jak na dyżurze przed kilkoma miesiącami...
czytaj resztę »długo (i nie wiem czy na temat)
2009-07-04 00:28:55
Wychodząc ostatnio po dyżurze (gdzieś kole 14.30) założyłem sobie, że będę w pracy spędzał minimum niezbędnego czasu. I miałem nadzieję, że o godzinie 15-tej pozostanie po mnie w robocie jedynie przeciąg. Niestety ani przeciągu (lub choćby powiewu wiatru) ani wcześniejszego wyjścia (lub chociażby wyjścia o czasie) nie udalo się zrealizować. Z różnych powodów...
Wydaje mi się, że jestem osobą dość zorganizowaną i zborną w tym co robię, że nie marnotrawię za bardzo czasu na byle co (jedynie chwile spędzone z nałogiem, choć jest ich coraz mniej), ale niestety nie udaje mi się ogarnąć wszystkiego w ciagu przepisowych 7 godzin i 35 minut pracy. Z różnych powodów...
Mając (na szczęście) do pomocy Tomka - stażystę podyplomowego, odpada mi szereg najprostszych, ale jakże koniecznych w naszej pracy zadań. Wpis w historie chorób codziennych (sic!) obserwacji, zbieranie podpisów pod wszelkimi wyrażanami przez pacjentów zgodami (na badania inwazyjne, na drobne zabiegi, kardiowersje elektryczne itp.), wypełnianie ankiet w przypadku badań z użyciem kontrastu, zebranie wywiadów epidemiologicznych, przyniesienie (często powiązane niemalże z wyrwaniem z gardła) wyników badań laboratoryjnych i obrazowych, załatwianie konsultacji (tzn. zmuszenie konsultanta do przyjścia), wiszenie czasem na telefonie w celu ustalenia terminów badań (i innych terminów), w końcu wpisanie wszystkich badań za pomocą komputera do tworzonej na bieżąco (inaczej chyba się nie da) karty informacyjnej pacjenta razem ze wstępną (dalej przeze mnie poprawianą) epikryzą - to wszystko załatwiane jest przez Tomka. I wielu jemu podobnym, którym w tym (może także przez nich czytanym) miejscu dziękuję i przepraszam, że tak wygląda ich staż podyplomowy. Wiem, że takich rzeczy jak organizacja pracy, pisanie epikryz, czy swego rodzaju umiejętności załatwiania spraw wszelakich także trzeba się nauczyć, ale z medycyną nie do końca ma to coś wspólnego. Wkradł się jakiś drobny feler w całość programu kształcenia lekarzy (tym jest przecież także staż podyplomowy). Ale mając nawet do pomocy tak sprawnego zawodnika, jakim okazał się być Tomek, nie byłem dziś w stanie wyrobić się ze wszystkim na czas. Z różnych powodów...
Postaram się je zatem jakoś uporządkować:
1. Brak współpracy. Między nami lekarzami, zwłaszcza różnych specjalności... Wielogodzinne oczekiwanie na konsultacje (choć opatrzone są etykietką PILNE!) i niechęć przed podjęciem wiążącej decyzji odbierąją człowiekowi chęć do czegokolwiek. Zwłaszcza do kontaktów ze "specjalistami".
2. Brak współpracy między lekarzami a personelem średnim i niższym. Właściwie nic nowego, ale strasznie irytujące. Brak możności porozumienia się, co strasznie spowalnia pracę (trzeba dosłownie wszystko sprawdzać, zwlaszcza to co się wydaje być pewnikiem w pierwszeństwie do realizacji). Oczywiście generalizuję. Są bowiem chwalebne wyjatki, ale policzyć na palcach jednej ręki. Zatem nic nowego, powinieniem się do tego przyzwyczaić. Ale nie mogę.
3. Telefony. Tysiące telefonów wykonywnych w jekiejś sprawie. O umówienie konsultacji, o przeniesienie pacjenta, o wynik pilnych badań, o ustalenie terminu badań, o milion innych rzeczy... I choć często wykonują to właśnie nasi pomocnicy (czytaj stażyści różnej maści), to niestety dopiero osobisty kontakt (chociażby telefoniczny) jest w stanie pchnąć sprawę do przodu. Hektolitry przelanego czasu przez słuchawkę telefoniczną.
4. Tzw. "prace dodatkowe". Poradnia, gastroskopie, konsultacje, zastępstwa w Izbie Przyjęć, drobne zabiegi w oddziale (punkcje, pobieranie gazometrii, kardiowersje - do tych nie mam zastrzeżeń, ale często podanie picia choremu, nakarmienie, pomoc w staniu z łóżka i inne pielęgniarskie czynności), które także są czasochłonne.
5. Papierzyska. O nich nawet nie chce mi się pisać. Z matematycznego punktu widzenia możnaby przedstawić to jako "Biurokracja!" (czytaj biurokracja silnia). Wystarczy zaznaczyć, że wszystko (sic!) musi być opatrzone pieczątką lekarza.
Te i inne czynności pochłaniają multum czasu i energii potrzebnej do prawidłowego funkcjonowania i "terminowego wyrobienia się". Wymieniać możnaby dalej. Ale po co? Nie widzę szans poprawy w najbliższej pięciolatce, bowiem nie wymieniłem najbardziej istotnych powodów takiego stanu rzeczy. Przede wszystkim nie mogę się wyrobić, bowiem starość nie radość mówi przysłowie - coś w tym jest (myślę sobie), ale przecież nie jestem aż tak stary by nie móc sobie jakoś z tym poradzić. Zatem to nie to. Już wiem - zmęczenie, przewlekłe zmęczenie, narastające przewlekłe zmęczenie, lawinowo narastające przewlekłe zmęczenie. Mógłbym jeszcze parę epitetów tutaj dodać stwarzając zdanie koszmar, ale przecież ze zmęczeniem też jakoś sobie daję (mimo wieku) radę. Więc to także nie powód...
Dobra. Żarty na bok. Nie mogę się wyrobić na czas, bo mam zbyt wielu pacjentów pod swoją opieką, zbyt dużo rzeczy do zrobienia, spraw do rozwiązania (oczywiście tych związanych z pacjentami) a personelu (tego pracującego uczciwie) niestety brak. I to nie tylko w naszym oddziale, choć u nas sytuacja wydaje się być dramatyczna!
A poza tym (i to jest chyba najgłówniejszy z głównych powodów) nie lubię pozostawić komuś na głowie jakiejś sprawy nie do końca załatwionej, czy uporządkowanej. Zwłaszcza jeżeli jest to związane z istotnym zagrożeniem zdrowia, czy życia chorego... Patrząc na ostatnie zdanie wydaje mi się, że nie przystaję jakoś do dzisiejszych czasów. Dobrze, że znam jeszcze kilka takich osób bo czułbym się samotnie :)
Na dodatek mam szczęście, że nie mieszkam strasznie daleko od miejsca pracy. Gdy wyjedzie się o właściwej porze swobodnie zdążam na poranną odprawę. Zatem może być gorzej :)
czytaj resztę »
podyżurowo, depresyjnie, refleksyjnie
2009-07-01 23:25:25
Skończył się mój krótki dyżurowy maratonik. Co prawda następny dyżur już niedaleko, ale przynajmniej 3 dni wypoczynku (czytaj pracy bez dyżuru) miną nim ponownie trzeba będzie spędzić całą dobę w murach szpitala. Nie mam już niestety tyle sił co kiedyś, ale mimo to jestem zaskoczony swoją kondycją. Bardziej fizyczną niż psychiczną, bo ta druga zaczyna szwankować. I to nie tylko ze względu na kolejne "medyczne przygody", do których z biegiem lat się przyzwyczaiłem...
Niestety okoliczności, nazwę je "pracowe", nie napawają optymizmem. Funkcjonowanie w miejscu niewiele chłodniejszym od kaflowego pieca (przenitkowa sauna) przy obecnie panujacych warunkach pogodowych staje się szkołą przetrwania w warunkach ekstremalnych. Poza tym tzw. czynnik ludzki, od którego przecież wiele zależy zaczyna powoli ulegać rozkładowi. I nie chodzi bynajmniej o związek z temperaturą otoczenia. Przytoczę chociażby koleżeńskie blogi Kaeri i Przenitka obfitujące wręcz w depresyjne posty na temat atmosfery. Tej w pracy, nie na zewnątrz. To tylko jakby wierzchołek góry lodowej. Są młodzi, a już zniechęceni. Co mają powiedzieć stare pryki jak ja? Także odczuwam narastające zniechęcenie do wszystkiego co związane z obecnym miejscem zatrudnienia. Nie z pracą jako taką - kocham medycynę, kocham szpital i, co może wydać się dla niektórych dziwne, lubię także dyżurować. Taki sobie zawód wybrałem i choć tropikalne wręcz warunki panujące w pokoju lekarskim (i nie tylko) nie sprzyjają wydajnej pracy, to bardziej boli jednak narastająca wśród współtowarzyszy niedoli apatia, wzajemna agresja, a w niektórych przypadkach (nie boję się użyć tego słowa) samolubstwo. Ja wiem, że człowiek jest tak skonstruowany, by robić sobie dobrze, ale niestety jeżeli ma cokolwiek funkcjonować prawidłowo, to wpierw stosunki międzyludzkie powinny być przynajmniej poprawne. A tak nie jest. I nie będzie. Podejście do całej sprawy tych mniej obciążonych pracą wydaje mi się być skandaliczne. Nie widzą, lub nie chcą widzieć narastającego międzyludzkiego napięcia dokręcając jeszcze śrubę różnego rodzaju "dziwnymi pomysłami". Nie można non stop kogoś walić po głowie! Od czasu do czasu trzeba pogłaskać. Bez chociażby słownego wsparcia czy ustnej pochwały, ten naładowany płynną nitrogliceryną wóz, daleko nie zajedzie. Rozwali sie na najbliższym wystającym z drogi kamieniu. Mam wrażenie, że siedzimy na tykającej bombie, która w najmniej oczekiwanym momencie rozpirzy wszystko, co do tej pory wspólnie zbudowaliśmy. A szkoda byłoby...
Ponarzekałem sobie, teraz wrócę do medycznego maratonu. Problematyczny był dzień po trzecim z rzędu dyżurze, gdy tak naprawdę nie chciało mi się nic. Zmęczenie wlazło we wszystkie członki, a i stan umysłu tego dnia nie należał do najlepszych. Musiałem po pracy odespać choć jedną godzinkę i chwała mojej latorośli, że mi to umożliwiła. Wczorajszy dyżur był nieco lżejszy, więc i mój stan jest o niebo lepszy od przedwczorajszej podyżurowej formy. Może zaczynam sie do takich komasacji przyzwyczajać, przecież kiedyś 12-15 dyżurów w miesiącu było niemalże normą. Pomiędzy tysiace spraw do załatwienia, spotkania ze znajomymi, imprezki, z których bezpośrednio szło się na dyżur. Jakoś człowiek to wytrzymywał. A może był do tego przyzwyczajony, bo innego życia nie znał? Nie mnie rozsądzać, aczkolwiek naprawdę dziś czuję się stokroć lepiej niż przed dwoma dniami. Oczywiście, żeby za słodko nie było przemożna chęć wcześniejszego wyjścia z roboty nie ziściła się. Zbyt dużo obowiązków i problemów do załatwienia, więc jak zwykle po dyżurze opuściłem mury szpitala przed piętnastą. Ja chyba nie do końca jestem normalny! Pocieszam się tylko myślą, że inni też nie do końca zachowują się racjonalnie - podobnie do mnie nie udaje im sie podyżurowo wyjść wcześniej. Jesteśmy wśród medyków, więc może to jakaś ciężka nieuleczalna choroba...
Ażeby nie było tak smutno, na sam koniec jakaś muza. Na powitanie kolejnego radosnego dnia :)
czytaj resztę »
