Archiwum: Czerwiec 2009


jeszcze trochę o urlopie

2009-06-29 23:47:39

Powrót z urlopu jest trudny. Zawsze. I prawie zawsze wydaje się, że był za krótki. Tydzień bądź dwa, to za mało na odpoczynek. Gdzieś czytałem, czy słyszałem opinię psychologa na temat wypoczynku, z której wynikało że minimum 3 tygodnie jest potrzebne do pełni urlopowego szczęścia. Przez pierwszy tydzień zapominamy o pracy, drugi tydzień to rzeczywisty wypoczynek, trzeci natomiast stanowi formę przygotowania do powrotu do szarej rzeczywistości. Jednak urlop i tak wydaje się za krótki. Dlaczego? Znajduję proste wytłumaczenie. Od chwili gdy zostałem zatrudniony (czy tu, czy tam) nigdy więcej niż trzy tygodnie nie byłem na wakacjach! Który szef pryznałby mi tyle wolnego? Kto zgodziłby się na brak pracownika wiecej niż miesiąc? Oczywiście, że zdarzają się uprzywilejowani. Ja do nich nie należę. I może w obecnych warunkach nie do końca chcę należeć?! Jestem szczęśliwy, że mimo wcześniejszej mojej nieobecności w pracy (dość długiej zresztą, lecz wypełnionej intensywnym wysiłkiem intelektualnym) uzyskałem możliwość spędzenia 2 tygodni na urlopie (choć wstępnie miał być tylko jeden tydzień). Dwa tygonie to jednak nie trzy i nie miesiąc. Stąd nie do końca mój organizm przygotował się do intensywnej pracy. Trafiłem z powrotem jeszcze w fazę "wylegiwania się i relaksu". A organizm przyzwyczajony do "wakacyjnego nieróbstwa" niezbyt chętnie nagina się do intensywności harówki. Zwłaszcza, że tak naprawdę dopiero nadchodzi prawdziwy "okres urlopowy" i związany z nim brak większej ilości osób, a zatem i zwiększonej ilości pracy. Cóż - ktoś pracuje, by niepracować mógł ktoś! Prawo natury. Równowaga sił. Jedzący i zjadany. Goniący i doganiany. Ofiara i myśliwy. Tak jest i ciężko z tym walczyć, mimo że czasem chciałoby się.

 

A Warszawa w dniu powrotu przywitała mnie deszczem. Ale zanim deszcz, to w Łomiankach przepiękne zjawisko atmosferyczne - tęcza. Podwójna. Od prawa, do lewa. Zajmująca cały nieboskłon. Na tle granatowego warszawskiego nieba sprawiała niesamowite wręcz wrażenie. A mój aparat fotograficzny w którejś z toreb w bagażniku, co uniemożliwiło mi dokumentację! Szkoda, bo widok przepiękny. A potem ulewny deszcz. Grube, mięsiste krople walące w dach i szyby samochodu. Wycieraczki ledwo nadążające ze zbieraniem potoków wody. I korek na drodze. Fenomenalne wręcz jest to co się dzieje z ruchem ulicznym w trakcie deszczu - ludzie zapominają chyba jak się jeździ. I znacznie ograniczają prędkość powodując narastanie liczby wlokących się za nimi z prędkością 5 km/h samochodów...

Dziś podobne ponoć opady. Sejm i Kancelaria Premiera zalane jak donoszą newsy. A i jakieś gałęzie połamane, tramwaje pozalewane, utrudnienia w ruchu...

Na szczęście zdążyłem się schronić przed ulewą. Wcześniej wyszedłem z potomstwem na przedwieczorny spacerek. Mnie świeże powietrze dobrze zrobiło pomiędzy dyżurami, a i mały sie wybiegał. Zdążyliśmy w ostatniej chwili czując pierwsze krople deszczu na plecach a i oddech nadchodzącej burzy także. Ale zanim na dobre się rozpadało ujrzałem ponownie piękną tęczę. Od zachodu grzało słońce, na wschodzie już lało, wiec warunki do zaistnienia tęczy przednie. Tym razem udało się ją uwiecznić. Niestety tylko z balkonu mojego mieszkania, co znacznie skróciło rozległość zjawiska - okoliczne budynki zadziałay jak nozyczki uwidaczniając tylko jej fragment. Niebo także nie miało takiej barwy jak przed tygodniem, więc i efekt nieco mniejszy. Ale fotka jest. Mam nadzieję, że to dobra wróżba przed nadchodzącym wytężonym okrseem letniej pracy...

 

tęcza.jpg 

 

tęcza 2.jpg

czytaj resztę »

Dodane w urlop | Komentarze 4 , zobacz komentarze

PRL

2009-06-27 23:53:31

Trudno polemizować z faktami zawartymi w ostatnim poście Przenitka.

Mogę jedynie dodać, że uroczyście otwarta przez panią prezydent Warszawy Pracownia Radiologiczna pracuje oczywiście na pół gwizdka. Poza tomografem komputerowym (64-rzędowym a jakże!) nie ma nic. Władze szpitalne twierdzą, że będzie. Ale kiedy? Nie wiadomo. Poza tym są podobno lekkie problemy z możliwością wjazdu łóżkami do niektórych pomieszczeń, oczywiście nie chodzi o pokój lekarza dyżurnego, czy rejestrację:)

Jest dokładnie tak samo jak w przypadku szumnie otwieranego Centrum Laryngologiczno-Okulistycznego. W Polskę poszła wieść o supernowoczesnym miejscu całodobowego ambulatorium tychże specjalności i co? Następnego dnia waliły tłumy pacjentów, ktorzy niestety odchodzili z kwitkiem, bowiem po uroczystym otwarciu (ta sama władza prezydencka to czyniła) Centrum zostało zamknięte na trzy spusty na kilka chyba miesięcy. Sprzęt był a jakże, ale nie było komu na nim pracować. A w tej chwili funkcjonuje to jako poradnia (i to niekoniecznie całodobowa).

Mógłbym tutaj mnożyć przykłady postępowania Lorda. Ważne jest, by był szum medialny (i to ten dobry), cała reszta się nie liczy. Premię, czy nagrodę zgarnie ten, który nie powinien. Jak zawsze.

Ale nie chciałem na smutno. Takie zachowania najlepiej zwalczyć śmiechem. Stąd zamieszczę kilka scenek z kultowego filmu polskiego w reżyserii Stanisława Barei. Choć zupełnie niezwiązane z tematem medycznym, to pokazują funkcjonowanie systemu, do którego niektórzy chcieliby chyba wrócić ...

Zwłaszcza, że obstawiają się (może dobierają sobie lepiej by brzmiało) ostatnio osobnikami, którzy zaprzedają się narzuconej im wizji (patrz niezłą kasę z tego mają).

 

 

 

 

Pomimo jednak ewidentnych absurdów i kom(un)izmu wszystko kręci się jakoś dalej. W jaki sposób?

To chyba zasługa dobrego poczucia humoru Polaków. I tego, co wielu z nas przyświeca pomimo napotykanych trudności - zgodnie z tekstem Młynarskiego po prostu uczciwie robimy co do nas należy!

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 8 , zobacz komentarze

urlopowe okolice

2009-06-26 20:23:25

No cóż, niecały tydzień minął od powrotu z urlopu, a już drugi z kolei dyżur za mną. Po tygodniu załatwię kolejny z rzędu! Cholera! Kto tak ułożył dyżury? Czyżby jakaś "pomroczność jasna" spadła na mnie przy wpisywaniu się na listę dyżurową?! Albo i inne jakieś licho?! Muszę chyba zacząć nosić do pracy okulary, bo widzę (właściwie dzis to czuję całym sobą), że coraz gorzej u mnie z konceptem :) A pracy jest tyle, że powoli zaczynam mysleć o urlopie. Ale nie tym przeszłym, którego właściwie już nie pamiętam, ale kolejnym, który nie wiadomo kiedy będzie...

 

Dziś zatem kolejna porcja tegorocznych nadmorskich wspomnień, póki coś jeszcze pamiętam :) Jak już wiadomo aura w tym roku nie była najciekawsza, więc poza dużą ilością czasu spędzonego w knajpach ruszaliśmy się z miejsca wypoczynku wozem (co wiadamo przykre jest bo nie można wypić piwka) w okoliczne nadbałtyckie i nie tylko rejony...

O Koszalinie nie będę wiele pisał. Miasto nawet fajne, zielone, z nastawianymi radarami wzdłuż głównej drogi, więc przejazd przez nie zajmuje dość dużo czasu - wszyscy trzymają się przepisów (znaczy się automatyczni fotografowie muszą być podłaczeni do prądu). Spędziliśmy w nim prawie całe dwa dni snując sie po galeriach, sklepach i oczywiście odwiedzając knajpki (bo jeść przecież trzeba). W jednej z nowych galerii jest kino, więc by ulżyc nieco chęciom nabycia jakiegoś ciucha przez moją "połowicę", zostawiłem ją samą ze sklepami, udając się w międzyczasie z Miłkiem na seans filmowy 3D - tytuł projekcji: "Potwory kontra obcy". Fajne efekty trójwymiarowe (choć specjalne okulary z przyczepionymi ciężkimi chipami przeciwkradzieżowymi wygodne niestety nie są), które skończyły się dość szybko bowiem ogłoszono alarm pożarowy wyłączając fonię i zapalając światło w kinie (przez co jakość oglądalności znacznie spadła). Z tego co wiem, nie były to ćwiczenia próbne, bowiem w całej galerii poopadały w sklepach kurtyny przeciwpożarowe, powodując u mojej żony (zostawiła przecież nas samych w kinie!!!) co najmniej przyspieszenie tętna. Tak czy siak, alarm na tyle zniechęcił Miłka do dalszej bytności w kinie, że chcąc nie chcąc trzeba było po sklepach pochodzić... Świetna profilaktyka przeciwżylakowa! 

Darłówko, które mimo że leży w odległości około 35 kilometrów w linii brzegowej (prawie 50 km krętymi, wąskimi, kiepskiej jakości drogami), to widoczne jest przy dobrej pogodzie z Mielna!

 

wiatraki z daleka.jpg

 

Te same wiatraki (elektrownia wiatrowa) z bliska...

 

wiatraki bliĹźej.jpg

 

I jeszcze bliżej...

 

wiatraki całkiem blisko.jpg

 

Pojechaliśmy do Darłówka trochę z sentymentu (kiedyś spędziłem tam prawie pół roku wakacji), bo zwiedzać tak naprawdę nie ma co. Ale wyjazd okazał się być "strzełem w dziesiątkę", zwłaszcza dla naszej pociechy. Co prawda nie doszedł do końca falochronu (wiało dość mocno), ale ruchomy most zajął go na dość długą chwilę, zwłaszcza że trafiliśmy właśnie na jego "ruchomość"

 

most w darłówku.jpg

 

Poandto wizyta w porcie okazała się być także owocna. Widziany z końca falochronu, a oczekujący na wpłynięcie do portu statek...

 

kontenerowiec

 

...sprawił niemałą radość synowi, bowiem opisywana wcześniej "mostowa ruchomość" zakończyła się przepłynięciem obok nas kontenerowca, bo nim okzała się być stojąca na redzie jednostka pływająca!

 

kontenerowiec 2.jpg

 

Statek był długi, więc strzelona przez żonę fotka uwidoczniła (oprócz mnie i Miłka) jego sam środek. Oczywiście ilość kutrów, różnego rodzaju łodzi, jachtów i motorówek doprowadziła syna do dzikiej niemal rozkoszy i zapadła tak w pamięć, że pocztówki wysłane do dziadków znad morza opatrzone były malunkami portu w Darłówku. Tym bardziej, że na sam koniec ujrzeliśmy służący zapewne rejsom wycieczkowym, odrestaurowany żaglowiec. I pomyśleć, że człowiek na podobnych łajbach opłynął cały świat...

 

stary statek.JPG 

 

Wypad do Darłówka zakończył się zjedzeniem ogromnej pizzy, o czym pisałem już wcześniej...

Jeszcze jedno miejsce, które w te wakacja mieliśmy przyjemnośc oglądać, to Gąski. A właściwie latarnia morska w Gąskach. Pojechaliśmy tam, bowiem dzień choć niestety szary z rana, zapowiadał się być bezwietrzny. Z Mielna nie jest daleko do latarni (jakieś 13 kilometrów linią brzegową), ale skorzystaliśmy ponownie z samochodu, bo Miłek zapewne padłby z wyczerpania jeszcze na poczatku drogi. Dojechaliśmy w chwil parę, choć droga jest jeszcze gorsza niż do Darłówka i ujrzeliśmy trzecią co do wysokości na polskim wybrzeżu (po Świnoujściu i latarni portowej w Gdańsku) prawie pięćdziesięciometrową wieżę.

 

gąski.jpg

 

Pokonawszy 225 schodków oczom naszym ukazał się takowy widok:

 

widok z latarni 1.jpg

 

widok z latarni 2.jpg

 

Droga z wysokości była szybka, bowiem (co dokumentują zdjęcia) warunki atmosferyczne w końcu uległy poprawie, co pozwoliło nam spędzić nieco wiecej czasu na plaży, na której znaleźliśmy sie wkrótce...

Potem nigdzie już nie jeździliśmy, bo urlop dobiegł końca. A jest jeszcze pare miejsc do zwiedzenia, które warto odwiedzić. Tak naprawdę niedaleko jest Szczecin, wyspa Wolin z Międzyzdrojami i Świnoujsciem, całkiem bliziuteńko (jakieś 37 km) Kołobrzeg z molo i kolejną latarnią, Dobrzyca z przepięknymi roślinami w zespole ogrodowym Hortulus i jeszcze pare innych miejsc w okolicy...

Żegnaj morze (jak zwykle zimne). Żegnaj plażo (jak zwykle piękna). I żegnaj słońce (którego w tym roku jak na lekarstwo). A tak generalnie żegnaj wypoczynku, witaj praco!

 

ja i miłosz.jpg

czytaj resztę »

Dodane w urlop | Komentarze 6 , zobacz komentarze

urlopowe smaki

2009-06-24 18:29:54

Pierwszy po urlopie dyżur minął, lecz następny tuż tuż. Było niestety śmiertelnie poważnie, ale taka nasza praca. Kostucha puka do drzwi zbyt często. I zbyt często odchodzi z pełnymi rękami...

 

Ale dziś nie o tym. Smutki odrzucam na bok, żyję bowiem jeszcze minionym urlopem, więc pora na kolejną porcję wspomnień. Dziś będzie kulinarnie - wszak jedzenie to jedna z większych przyjemności w naszym życiu. Niepogodowa raczej aura często zmuszała do szukania schronienia w okolicznych knajpkach, w które obfituje miejsce mego nadmorskiego urlopu. Ponieważ bywam tam praktycznie co roku, więc kroki me zwykle kieruję w "sprawdzone miejsca kulinarnych rozkoszy"...

Zanim jednak o tych smakach, muszę koniecznie wspomnieć o pewnym miejscu, w którym zatrzymuję się zwykle w drodze nad morze. Dzięki którejś z wypraw w okolice Wdzydz Kiszewskich i Starogardu Gdańskiego, szosa zaprowadziła nas do Człuchowa, a właściwie 2 kilometry za Człuchów drogą w kierunku Wałcza. Znajduje się tam stacja benzynowa, salon samochodowy oraz... zajazd Canpol - miejsce odpoczynku chyba wszystkich przejeżdżających tamtędy. Oczywiście powodów może być kilka - trzeba przecież zatankowac paliwo do samochodu, rozprostować trochę kości w pobliskim mini-ZOO, zabawić się z dzieciakami na leśnym placu zabaw... Głównym jednak powodem jest knajpa. Obliczona na 200, a może i więcej osób. Częściowo samoobsługowa (trzeba przy kontuarze zamówić wybrane dania, czy samemu nałożyć dodatki w barze sałatkowym), ale warto tam zjeść. Wiktuały spożywane tam przeze mnie do tej pory (czytaj spożywane przez całą moją rodzinkę) były pyszne. Żołądki lub kołduny w rosole, barszczyk czerwony z pasztecikami, żeberka z kopytkami i kapustą, indyk w sosie cherry, kurczak szefa kuchni, zwykły schabowy, golonka, czy też sakiewki Pasibrzucha (naleśniki z farszem mięsnym i sosem grzybowym) oraz parę innych dań, których nazw już nie pamiętam - wszystko to ma swój oryginalny aromat drażniący receptory węchowe od samego wejścia, powodując ucieczkę języka do żołądka na samą myśl jedzeniu. A żarło smaczne jest i tyle. Wracając z urlopu zboczyliśmy z trasy o te dwa kilometry dokładając, do już rozepchniętych nadmorskimi pysznościami żołądków, kolejną porcję jedzenia! Warto było!

Po drodze jest jeszcze Koszalin, który postanowiliśmy odwiedzić później. Zdarzyło się to wkrótce, bowiem w któryś z nieprzyjaznych dni wybraliśmy się tamże odwiedzając między innymi restaurację "Marco Polo". Eh, kolejne rozkosze podniebienia - warkocz z polędwiczki wieprzowej w sosie słodko-kwaśnym, rosół z makaronem, przysmak uczniów Hogwartu... No bo co tu robić, gdy na dworze pada?

Z racji niepogody odwiedziliśmy także w Darłówko. Tam jedliśmy pizzę, której wymiary okazały się być spore (przecie, że zamówiliśmy rozmiar rodzinny), spotęgowane formą podania jej na ogromnej paterze :)

 

pizza.jpg

 

No i nadmorski "kurort" Mielno. Jak już powiedziałem pierwsze kroki skierowałem w miejsca znane z dobrego żarła w przeszłości. 

Choć restauracja w hotelu "Meduza" ubiegłorocznie nieco rozczarowała, to wtym roku zapodana pierwszego dnia sałatka z brzoskwinią i awokado powaliła na kolana moją małżonkę. Ja zadowoliłem się pyszną sałatką "Madras" z grillowanym indykiem i smażonym boczkiem. Pozostałe składniki w menu też początkowo smaczne, niestety im dalej w sezon tym jakość i wielkość dań w "Meduzie" spadała. Jedynie ceny były stałe, choć kto wie co będzie dalej...

Dobrze zapamiętana z lat ubiegłych knajpka Arni@Pablo zawiodła na całej linii. W tym roku nie smakowało nic. No może poza piwem, którego całe szczęście nie warzono na miejscu. W przeszłości spaghetti ze szpinakiem, pierogi z mięsem, naleśniki różnodziane, shoarma z kurczaka, czy różnorakie sałatki chciało sie jeść jak najczęściej. W tym roku kiepa totalna. Chyba zmienili szefa kuchni (choć mówią, że sami gotują?!).

"Wróbłówka" - smażalnie ryb (choć zjeść można nieco więcej niż ryby)  przy jednym z zejść z deptaku z miłą, ładną i zwykle uśmiechniętą właścicielką. Dobre smażone dorsze i flaczki z kalmara. Pomidorówka też. Często tam byliśmy, zwłaszcza że mały ciągnął tamże na rybkę :)

Smażalnia o nieokreślonej nazwie wyglądająca jak żółty namiot. Przy głównej ulicy Mielna. Jedliśmy tam w tym roku niestety tylko jeden jedyny raz, bowiem otworzyli swe podwoje na koniec roku szkolnego. Posiłkiem głównym okazał się być pyszny mięsisty turbot (bądź torbut jak kto woli). A że było to w przeddzień wyjazdu - na podniebieniu prawie do tej pory czuję niezapomniany smak tej flądropodobnej rybki...

Odkryta w tym roku (i chyba dopiero co otwarta) Cafe Aghata z wystającym ze ściany starym Chevroletem.

 

cafe agatha

 

Knajpka utrzymana w stylu kubańskim z fotografiami Kuby i jej mieszkańców, z sączącą się gdzieś z głośniczków kubańską muzyką. W toalecie zdjęcie Fidela - wodza rewolucji :) Poza drinkami, piwem i kawą można też pysznie zjeść. Naleśniki z camambertem i żurawiną, pierogi z mięsem, no i oczywiście spaghetti którym zajadała się moja latorośl...

 

spaghetti3.JPG

 

...umawiając się wcześniej z kucharzem, by makaron nie był wymieszany z sosem tylko podany osobno!

 

Na koniec zostawiam rarytas. Restauracja w hotelu "Dworek Morski". Właściwie nie wiem co powiedzieć. Wszystko co jedliśmy było niewiarygodnie smaczne.  Menu niezbyt wyszukane, bez skomplikowanych nazw potraw i jakichś tam ekstrawagancji. Rosół, zupa krem z brokułów, zupa gulaszowa, grzybowa, ogórkowa... Sałatki - grecka, z kurczakiem, z tuńczykiem... Pierogi, naleśniki z czekoladą i lodami... Niesamowicie delikatne spaghetti bolognese... Polędwiczki w zielonym pieprzu, grillowane mięso, nawet "chińszczyzna" (znaczy się kurczak w sosie słodko-kwaśnym) smakowały dobrze. Nawet bardzo dobrze. A porcje powalają na kolana nawet największych obżartuchów :) No i najlepszy chyba na wybrzeżu sernik własnego wypieku! Pycha!

 

Dzisiejszy post wygląda jak przewodnik kulinarny, ale rzeczywiście tegoroczny urlop w większości spędziłem w knajpach. Z tego też powodu sadełko trochę urosło. A zakładałem, że nieco schudnę w te wakacje...

Na koniec dla wszystkich łakomczuchów porcja lodowej przyjemności. Zdaje się, że deser nazywał się truskawkowy tajfun, huragan truskawek, czy jakoś tak podobnie :)

 

lody.jpg

 

 

czytaj resztę »

Dodane w urlop , kulinaria | Komentarze 14 , zobacz komentarze

aura urlopowa (lub jej brak)

2009-06-22 19:52:49

Dziś trochę więcej. Nie będę opisywał pierwszego po urlopie dnia w pracy. Bo i po co. Prawda jest taka, że ciężko wraca się do szarej rzeczywistości (czytaj pracy) i potrzeba przynajmniej tygodnia, by na powrót wkręcić się w tryby maszyny zwanej szpitalem. Nie będę też narzekał że jest ciężko, bo od jakiegoś czasu stało się to normą. Tylko (jak powiedział Przenitek) struny nie można zbyt silnie naciągnąć - w końcu nie wytrzyma i pęknie, a mam wrażenie że naciągnięta jest ona do granic wytrzymałości. Trochę czasu i zerwie się z hukiem robiąc wiele hałasu i szkody nam wszystkim.

 

Ale dziś nie o tym. Żyję jeszcze urlopem, a z racji braku możliwości opisywania zdarzeń na bieżąco zamierzam kilka postów poświęcić właśnie ostatnim dwóm tygodniom.

Dziś będzie o pogodzie, znaczy się tytułowej aurze. Która była i nie. Dowcipni powiedzą, że pogoda jest zawsze, ale chodzi mi oczywiście o jej ładniejszą stronę, zwłaszcza że wypadło spędzić mi mój urlop nad morzem. Polskim morzem. Moja latorośl jest jeszcze w takim wieku, że najbardziej odpowiada mi okres "przed sezonem". Z dwóch powodów: jest taniej - co istotnie umila pobyt, ale ważniejszą wydaje się swoboda ruchów - można śmiało ruszyć po deptaku, promenadzie i plaży nie obawiając się o nadepnięcie kogoś, bądź bycie przez tego kogoś nadepniętym. 

Zatem czerwiec przed końcem roku szkolnego. Czego tu się spodziewać pięknej pogody? Wiadomo przecież że takiej może nie być. Ale zawsze człowiek ma nadzieję, tym bardziej że poprzednie czerwce były piękne. Niestety nie tym razem. Pogoda na podróż była OK. Nie za ciepło, nie za zimno, właściwie nie zawiele popadało (dopiero od Człuchowa). Gdy przyjechaliśmy na miejsce okazało się, że właśnie przestało lać. Dobry znak - przywieźliśmy dobrą pogodę :) Morze przywitało nas takim oto widoczkiem:

 

morze1

 

Miło i sympatycznie. Trochę chmurek, wiaterek nawet nie nazbyt duży, ale poza tym dość ciepło. Musi być, że od jutra pogoda będzie git! I prawie tak było. Ale jak wszystkim wiadomo "prawie" robi różnicę. Co prawda dwa następne dni nie były taki straszne...

 

morze2

 

...ale kolejne do najprzyjemniejszych już nie należały. Nie chodzi o temperaturę, bo było znośnie (zwłaszcza w zaciszu), ale o wiatrzysko które gnało i fale na morzu, i chmury na niebie.

 

wiatr1 

 

wiatr2

 

wiatr3

 

wiatr4

 

Niektórym to nie przeszkadzało, wręcz zadowoleni byli z takiego obrotu sprawy, wykorzystując wiatr i fale do igraszek sportowych, lub jak kto woli do uprawiania sportów ekstremalnych :)

 

wiatr5

 

wiatr6 

 

I choć (jak widać na fotkach) niebo okresowo było całkiem klarowne, to co jakiś czas zdarzało się niesamowite wręcz zjawisko, które udało mi się uwiecznić na kolejnym zdjęciu:

 

chmura.jpg

 

Okresowo (czytaj zbyt często) takie chmury pojawiały się na niebie dając z siebie wszystko co mogą - najczęściej obfitą ulewę, czasem burzę z piorunami. Taka przeplatanka niezbyt dobrze robi na nastrój. Piętnaście minut na plaży, godzina w knajpie, pół godziny słońca, dwie godziny deszczu. Można nieźle ześwirować. I rozchorować się. Człowiek taszczy ze sobą cały plecak ubrań, bo gdy słońce świeci (a czerwcowe potrafi już nieźle grzać) to ukrop jest niemiłosierny, gdy zaś leje - zimno sie robi jak za Uralem. Dobrze, że knajpki są co kilka metrów. Jest się gdzie schować i co wypić. Bez tego ani rusz.

Ale i tak nieoczekiwane chmurzyska jak powyższe potrafiły wydobyć z Bałtyku piękno, jakiego by szukać gdzieś w ciepłych krajach. Oczywiście bez odrobiny słońca ze strony przeciwnej, takiego widoku by nie było.

 

karaiby

 

karaiby2

 

Co Wy na to? Bałtyk, czy może inne morze? Nawet roślinność jakoś tak tropikalnie wplotła się w całość obrazu.

Cale szczęscie pod wieczór zwykle wiatr nieco słabł i niebo także robiło się całkiem przyjazne, więc okazja do pospacerowania po plaży i promenadzie oraz zrobienia paru "ujęć zachodów słońca"

 

zachĂłd8

 

zachĂłd1

 

zachĂłd2

 

zachĂłd4

 

zachĂłd5

 

zachĂłd6

 

zachĂłd7

 

Widoczki takie robiły nadzieję na wspaniałą aurę w dniu następnym, który niestety zwykle okazywał się kolejnym pogodowym koglem-moglem. Misz-masz kompletny. 

 

Na koniec jeszcze kilka fotek obiektów pływających...

 

łódka3 

 

łódka2

 

łódka1

 

Eh. Pożeglowałbym sobie. Nie wiedzieć czemu przychodzi mi na myśl i brzmi w uchu (poza szantami oczywiście) Jean Michel Jarre - Oxygene part IV.

Łapać życie pełną piersią.

Carpe diem.

Czerpać radość ze wszystkiego.

Z każdego oddechu.

Oddychać, oddychać, oddychać...

czytaj resztę »

Dodane w urlop | Komentarze 8 , zobacz komentarze

jęzor

2009-06-21 21:41:56

Dziś będzie niewiele, bo dopiero co wróciłem do stolicy.

Wlazłem na nasze blogowisko i ujrzałem (poza ostatnim postem kaeri) tyle smutku, goryczy, rozżalenia, zniechęcenia, że słów brak do komentowania.

Jesteście jeszcze młodzi, więc naprawdę nie macie się o co martwić. Całe życie przed Wami i wszystko jeszcze możecie w nim zrobić!

Chociażby na niektóre rzeczy wywalić jęzor jak ja. I mój syn :)

 

P6141091.JPG

 

jęzor.jpg

 

czytaj resztę »

Dodane w urlop | Komentarze 10 , zobacz komentarze

prawie 7 czerwca

2009-06-06 23:44:42

Już prawie miałem wyjechać, nieprawdaż? Niestety "prawie" robi różnicę. 

Trochę mi sie pokomplikowało, ale jestem już w 99% spakowany i gotowy do wyjazdu. Jutro z samego rana, tj. siódmego czerwca ruszam w drogę i naprawdę chyba tylko trzęsienie ziemi może mnie zatrzymać (a i to niekoniecznie). Będę jutro nad morzem i już, mimo że prognozy nie są najciekawsze.

I może nad morzem będą takie obrazki.

 

 

Prawie jak w Polsce. Niestety "prawie" robi różnicę...

Jedyny pozytyw jaki widzę w całej tej sprawie, to że może jutro zagłosuję...

czytaj resztę »

Dodane w urlop , muzyka | Komentarze 1 , zobacz komentarze

5 lub 6 czerwca

2009-06-06 00:23:01

Piszę kole północy, więc nie wiem z jaką datą post pojawi się na blogu. Głównie będzie tyczył piątego czerwca, bo z szóstego trudno coś wybrać tak krótki na razie jest. Mam nadzieję, że będzie lepszy od poprzedniego, chociażby z racji wyjazdu z Warszawy. Urlop się zaczął, trzeba zatem korzystać i odwiedzić polskie morze. Może się uda :)

Zatem 5 czerwca. Zawsze ostatnie dni przed urlopem sa bardziej "pracujące" niż inne. Zwłaszcza w naszym fachu. Staramy sie wtedy nadrobić wszystkie zaległości (głównie papierowe), dopiąć sprawy pozostawianych pacjentów na ostatni guzik, by koledzy nie musieli tego robić, trzeba strzelić jakieś krótkie epikryzki itd. Roboty jest zatem co niemiara. Mnie (z racji bezkolejkowej egzystencji) udało się tym razem wypisać wszystkich chorych do domu. Ale niestety nie wszystkie sprawy dało sie załatwić do samego końca, choć tak naprawdę trzeba ich tylko dopilnować (z góry dziękuję Przenitkowi). 

Sam dzień był z lekka męczący. Tak jest niestety po dyżurze, gdy trzeba nadal kwitnąć w Izbie Przyjęć i z uśmiechem załatwiać wszystkich petentów. O innych obowiązkach już nie mówię, bo zdaje się że powtarzam się jak jakiś paranoik. A było co robić, zwłaszcza że dnia poprzedniego w trakcie dyżuru nająłem do szpitala parę osób wymagających założenia "rury" do żołądka. I postanowiłem załatwić wszystkie gastroskopie, które się da, bo przez następne dwa tygodnie może być różnie z ich dostępnością. Sam sobie zgotowałem ten los! Chciałeś - masz i rób!

O chęci pomocy ze strony niektórych nie będę pisał. Ci którzy pomogli to wiedzą, Ci którzy nie pomogli pewno też zdają sobie z tego sprawę. Pierwszym dziękuję, do drugich mam trochę żalu, który jednakowoż minął już z racji nadchodzącej laby. 

Ostatnia naprawdę nieprzyjemna rzecz która zdarzyła się tuż przed wyjściem to informacja o śmierci jednego z moich pacjentów. Dlaczego ludzie naprawdę mili, uprzejmi, weseli i pełni życia schodzą z tego "łez padołu" szybciej niż zrzędliwi, aroganccy i nieuprzejmi hipochondrycy? Nie wiem. Nie mam pojęcia jaki jest w tym zamysł Boga, Istoty Wyższej, Przeznaczenia, czy innej Siły Sprawczej. I pewnie nikt mi na to pytanie nie udzieli odpowiedzi. Smutne, dołujące i silniej dźgające styranego po dyżurze człowieka.

Ale żeby smutkom było dość to na koniec obrazek dla tych, co zostają i będą musieli harować. Oby tacy pacjenci się Wam nie zdarzyli :)

pacjenci.JPG

 

Ponieważ nie mam tak zwanego "laptoka", więc kontakt z blogiem może mi się urwać. Ale jak znajdę jakąś internetową kafejkę, to kto wie, czy nie walnę urlopowego posta. Oczywiscie nie odmówię sobie komentarzy pod innymi. Słonecznie się z Wami na razie żegnam nucąc sobie pod nosem...

 

 

czytaj resztę »

Dodane w urlop , muzyka | Komentarze 1 , zobacz komentarze

dzień 4 czerwca...

2009-06-04 21:41:01

... najpewniej będzie wkrótce świętem narodowym. I to nie lada jakim. Od kilku dni słyszę trąbienie na prawo i lewo o pierwszych wolnych wyborach, o wolności, o dwudziestej rocznicy tego wydarzenia. Słyszałem już nawet nazwę tego święta - Dzień Wolności. Byłem już wtedy pełnoletni i mogłem brać udział w wyborach. Głosowałem oczywiście za "wolnym i lepszym krajem". I tyle. Co z tym lepszym krajem? Pozostawiam do rozważenia...

Opowiem zatem o dniu 3 czerwca. Dzień, który mógłbym nazwać Dniem Spóźnień. To, że spóźniłem się do pracy to pestka. Akurat nie było szefa, więc jakoś tam przeminęło i tyle. Pani adiunkt była w dobrym nastroju (nota bene sam się spóźniła), więc obyło się bez jakiś katastrofalnych sensacjii. Później było gorzej. Nie zdążyłem na czas do Izby Przyjęć, nie zdążyłem na czas do Pracowni Endoskopowej, nie zdążyłem na czas na konsultacje ortopedyczne (choć tak na prawdę ktoś inny mógł tam pójść), nie zdążyłem na tyle by pacjenci zapisani do mnie do Poradni Chorób Metabolicznych mogli być przyjęci (przepisałem ich na dzień dzisiejszy), w tak zwanym międzyczasie nakłułem dwa mostki (przy jednym złamałem trzy igły, tak twarde kości miał pacjent, a nikogo, kto mógłby nakłuć nie było) i w efekcie nie zdążyłem na czas na zakończenie roku przedszkolnego mojego Syna. Smutek ujrzany w oczach mojego Pierworodnego był tak wielki, że serce krajało mi się w plasterki. Do tej pory jest pokrajane. Uśmiechnął się co prawda na mój widok (pomimo złamania wszystkich przepisów ruchu drogowego byłem może ze dwie, trzy minuty po zakończeniu przedstawienia), ale w oczach widziałem zawód. Cholera. Znowu zawaliłem. I zdjęć, i filmu teź nie będzie, bo aparat fotograficzny i kamerę miałem u siebie w samochodzie... Pieprzona, niewdzięczna praca. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdążę na czas...

Następnie spóźniłem się do fryzjera. Trochę ze swojej winy, bo za późno wyszedłem z domu, ale spóźniłem się i musiałem czekać, aż jakaś paniusia zdecyduje się na odpowiedni kolor farby. W końcu zostałem obcięty (dosłownie i w przenośni), bowiem skóra na bocznych częściach czaszki prześwituje mi spośród coraz rzadszej siwizny włosów. Musi być spieszył się, więc pojechał po całości... Ale na urlop przyda się, choć na mój czas urlopowy nie zapowiadają nie wiadomo jakich upałów, to mimo wszystko lepiej mieć krótkie włosy niż męczyć się z niesfornymi lokami przybierającymi kształt baranków, gdy wilgoć na dworze - a tak jest nad morzem przecie.

Na koniec powiem tak - spóźniłem się na napisanie mail’a. Usiadłem w fotelu przed TV i... usnąłem. Ponoć nawet żona budziła mnie (mam nadzieję, że z podobną myślą, co ja teraz), ale podobno zaliczyłem jedynie  toaletę w celu opróżnienia pęcherza moczowego i powróćiłem na kanapę do "salonu". Śmiem przypuszczać, że jest to prawdą, bo o 6.00 obudziłem się w "dużym pokoju" przykryty jedynie kocem (chyba ciągi wodne w "dużym pokoju" są lepsze niż w "sypialni", bo bardziej jednak rześki wstałem po nocy...). Musiałem też, pomimo brzęczącego budzika, obudzić żonę w sypialni. Cholera. Starość nadciąga wielkimi krokami. Za niedługo spóźnię się na budzik. Muszę rozglądnąć się za takim z donośnym dzwonkiem, bo pewno i na słuch się rzuci.

Dziś jeszcze jest 4 czerwca. Nie mam ochoty o nim pisać, bo szkoda. Był i tyle. Całe szczęście jest to ostani z dyżurów przed urlopem. Jeszcze tyko jutrzejszy dzień i... Morze. Choć polskie, zimne jeszcze, to jednak. Mam nadzieję, że nabiorę sił do pracy przed urlopami innych. Całe wakacje w robocie przede mną...

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 2 , zobacz komentarze

2 czerwca...

2009-06-02 22:02:13

... to dzień jak każdy inny (choć każdy dzień jest przecież różny). Pobudka, śniadanko, toaleta... Jazda do pracy w powiększających się z dnia na dzień korkach. Samochodów przybywa, czy co? Niedługo zmuszony będę do wyjścia z domu przed 7.00, by ledwie zdążyć na 8.00. Trzeba wymyślić jakąś maszynę do teleportacji, choć filmowa "Mucha" nie nastraja dobrze do pomysłu...

I praca. Zapieprz jak w każdy inny dzień. Jestem w tak zwanym rozkroku. Już nie podwójnym, a potrójnym, poczwórnym lub ileśtamkrotnym. Mianowicie:

1. Ponieważ brat Wacław urlopuje chwilowo (wykorzystując kolejne 5 dni z zaległego urlopu), oddelegowany jestem (właściwie na własną prośbę) do Izby Przyjęć - frontowego przyczółka naszej placówki. Ostatnio mam często do czynienia z Policją. Nie, nie chodzi o moją osobę (cóż za szczęście, choć nigdy nie wiadomo) - przywożone są, zatrzymane przez funkcjonariuszy, osoby które w chwili przedstawienia ciążących zarzutów nagle dostają gwałtownej choroby (głównie boli w klatce piersiowej). Jazda jak ta lala. Ale i odpowiedzialność duża. Zwykle bowiem funkcjonariusze proszą o wystawienie zaświadczenia o mozliwości przebywania takowego osobnika na tzw "dołku", czyli w Pomieszczeniu dla Osób Zatrzymanych.

2. Pozostało mi kilku pacjentów, których nabrałem z kolejki, gdy brat Wacław przebywał w Izbie Przyjęć i byłem tylko zwykłym lekarzem oddziałowym. Trza mimo wszystko ich dopilnować, zbadać, zaplanować diagnostykę, wydać zlecenia. No i przede wszystkim wypełnić biurokratyczne wymogi nałożone na lekarza w związku z dokumentacją medyczną przy wypisie chorego ze szpitala.

3. Gastroskopie odbywają się jak co dzień, więc pomiedzy badaniem jednego chorego w Izbie Przyjęć, a badaniem chorych na oddziale (czytaj w Klinice), zakładam rurę kolejnemu nieszczęśnikowi skierowanemu na endoskopię górnego odcinka przewodu pokarmowego.

4. Zaliczyłem też dziś konsultację u kolegów od młotków, pił, śrub i innych dłut. Biegunka! Całe szczęście doczytali, że na Clostridium difficile daje się wankomycynę i od kilku dni chorej włączyli ją do zleceń, stąd przestała "biegunić". Byle jutro miała dobre parametry laboratoryjne, to ją puszczą do domu. Jak nie - przechodzi na stan naszego oddziału (patrz Kliniki).

5. Często niestety muszę ostatnio bywać u szefa. I tyle. Nie wiem jak się z tym wyrabiam, bo gadanę ma zdrową, więc czas leci...

6. Jutro dodatkowo mam poradnię. Cholera, powinieniem sie sklonować (kolejny extra pomysł, choć filmy nie do końca dobrze to przedstawiają).

Wyjście z pracy o porze normalnej (tzn. po 16.00). Musiałem się dziś wrócić (coraz gorzej z pamięcią - zacznę dbać o nogi, bo w sklerozie głównie one bolą), więc zwyczajem rosyjskim przysiadłem na chwilę (taki tam przesąd). I powrót do domu w kolejnych, jeszcze większych korkach.

W domu nie mam ochoty na nic. Dzień jak każdy inny, choć jakże różny od innych...

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , praca | Komentarze 5 , zobacz komentarze

1 czerwca...

2009-06-01 23:36:40

... jest obchodzony w Polsce jako kolejny specjalny dzień - Dzień Dziecka. Kolejna okazja do "okazywania uczuć" - tym razem wobec milusińskich. W centrach handlowych i w sklepach zabawkarskich tłok jak cholera. Podobnie zresztą jest w kinach, kawiarniach i fastfoodach - przecież trzeba gdzieś malca zabrać w ten dzień i przymknąć oko na słodycze, czy niezdrowe "szybkie żarcie". W taki dzień można pozwolić riebiacie niemalże na wszystko - to ich święto. Skruszeni brakiem dotychczasowego zainteresowania potomstwem ojcowie i zapracowane po pachy matki starają sie wynagrodzić "stracony" czas kupując dziecku kolejną z serii wymarzonych zabawkę (rzuconą w kąt po jednym dniu zabawy), jakiegoś pupilka w postaci zwierzątka (którym sami później będą zmuszeni się opiekować), nowej wersji ulubionej gry komputerowej (pchając tym samym pociechy w wirtual), czy kolejnej porcji lodów, frytek i hamburgerów (pracując na przyszłe zwyczaje żywieniowe i BMI delikwenta). Wtórują im oczywiście wszyscy Dziadkowie, Babcie, Chrzestni, Wujkowie i Ciocie w dużej mierze uciszając w ten sposób wyrzuty sumienia, że cały rok widziało się obdarowanego malca rzadziej niż powinno.

Bez umiaru i opamiętania - przecież to Dzień Dziecka. Nasze nie może być gorsze od innych. Bo co powie, gdy zaczną się w przedszkolu, czy szkole opowieści o otrzymanych prezentach? Ma stać w kącie i pochlipywać, że nie dostało nic lub niewiele? Bądź zmyślać o niewiarygodnych prezentach otrzymanych od dorosłych? Nie - musi dostać takie prezenty, by miało się czym chwalić. To my - tzw. dorośli napędzamy tę karuzelę. Jak z każdą inną okazją do prezentów wobec dzieci. Pierwsze Komunie - to dopiero jest Meksyk. Stawanie na głowie, by malec dostał coś ekstra. Pół rodziny składa się na komputer osobisty. Rower, czy zegarek w tej chwili to "kiepa" - to coś co dzieci posiadają o wiele wcześniej. A osiemnaste urodziny? Słyszałem o kupnie samochodów przez dziadków... Bądźmy świadomi tego, że gonitwa szczurów dotyczy już naszych milusińskich. I to my, chyba przez egoizm, dolewamy oliwy do ognia.

Oczywiście, że nie byłem gorszy od innych i mój Syn otrzymał od nas prezent. Nie do końca był chyba z niego zadowolony, bo porzucony w kąt nie został odpakowany z firmowej folii. Trudno jednak konkurować z prezentami naszych rodziców dla wnusia. Oczy małemu świecą się do tej pory, choć prawie północ. Za dużo zabawek. I tyle. Z ich nadmiaru czasami nie wie, czym się bawić.

 

Jeszcze jedno. Pierwszego czerwca sześć lat temu zmieniłem pracę na obecną. Czas popitala do przodu w coraz większym pędzie. Wydaje się, jakby to było wczoraj. Ale patrząc dookoła to wiele dzieci przyszło na świat w tym okresie. Po nich dopiero widać szybkość upływającego czasu. Dopiero co w pieluchach - teraz ze starchem patrzymy na ich wyczyny. No i oczywiście zaczynają wykłócać się o swoje.

Eh, Dzień Dziecka!

 

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 6 , zobacz komentarze