Archiwum: Maj 2009


łódź

2009-05-30 22:33:13

Niewiele czasu miałem na wizytę w rodzinnym mieście, ale zaistniała konieczność bycia tam choć przez chwilę. Dawno już Łodzi nie widziałem, dawno już nie widziałem Rodzicielki, choć przecie niedawno Jej urodziny i Dzień Matki były. Stąd konieczność pojechania tamże. W planach była wizyta całą rodzinką, ale oczywiście jak nie urok to sraczka, więc mały natenczas się rozchorował (musi być znowu jakieś wirusicho - coś ostatnio za często), więc zmuszony byłem odbyć przejażdżkę sam. 

Droga fatalna. Od Błonia do Sochaczewa trwa remont drogi. Przez kilkadziesiąt kilometrów nie można wyprzedzać, bo ruch ograniczony jest do jedenego pasa z poboczem. Dobrze, że przez środek namalowana jest żółta "podwójnie ciągła", bo korci by zrobić jakiś manewr wyprzedzający. Ja się trzymałem przepisów (o dziwo), ale inni nie. Choć wylana jest już część drogi i wybija samochód podczas wjazdu na ten kawałek, to nie brakuje chętnych wymijania w ten sposób. Policji oczywiście w tym rejonie nie ma bo i po co - przecież nikt za szybko nie pojedzie...

Zatem wizyta w rodzinnym grodzie, przez który przepływa 18 "rzek" (obecnie raczej "ś"cieków wodnych, z bardziej znanych Ner i Bzura). Granice miasta przesunęły się o parę kilometrów - tabliczka z napisem "Łódź" i teren zabudowany wita o wiele wcześniej niż rok temu, choć krajobraz w tym miejscu wygląda jak dawniej. Niby nic się nie zmieniło, a jednak Łódź zmienia swe oblicze. Można powiedzieć pięknieje. Kiedyś szare robotnicze miasto, dziś może nie super malownicze, ale posiadające o wiele więcej barw niż kiedyś. I buduje się. Nie tylko blokowiska, ale i budynki użyteczności publicznej, hotele, nowe hipermarkety - a jakże, mnóstwo stacji benzynowych i kościołów, nowe rozwiązania jezdne (w niektórych miejscach szersze ulice, bezkolizyjne skrzyżowania, ronda). I choć prawie nie do poznania, to sentyment pozostaje ogromny. Zbyt wiele czasu spędziłem w Łodzi, by móc łatwo ją z pamięci wyrzucić...

Opowiem jeszcze tylko o kulinariach. Niby nic specjalnego, ale jednak niezapomniany (i wspominany) smak potraw. Jadłem pomidorówkę, młode ziemniaczki ze schabowym i młodą kapustą. Obiad niby nie wykwintny, a niósł ze sobą tyle doznań, co żaden inny. Dom, rodzinny dom...

Parę fotek Łodzi (zeszłoroczne, ale niech tam):

 

P8030416.JPG

 

P8030426.JPG

 

P8030421.JPG

 

P8030400.JPG

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 9 , zobacz komentarze

kolejny

2009-05-28 20:24:01

Nie wiem, czy zauważyliście, ale w kwestii zdrowia ludzie zachowuja się irracjonalnie. Najlepiej widać to na przykładzie pracy Izby Przyjęć. Nie ma pory dnia, czy nocy nieodpowiedniej do przyjścia ze swoim problemem do szpitala. I nieważne jest, czy problem zdrowotny jest istotny (w tych przypadkach gratuluję za szybkie się zjawienie w Izbie), czy też jest to błahostka (co mnie niezmiernie irytuje zwłaszcza w porze, gdy powinno się śnić coś miłego). Może powtarzam się, ale wśród wielu ogólnie dostępnych farmaceutyków społeczeństwo nie potrafi przyjąć zwykłego APAP-u w przypadku gorączki bądź nieokreślonych innych dolegliwości. 

Ponadto sentencja "człowiek człowiekowi wilkiem" najbardziej spektakularnie ujawnia się w placówkach medycznych. Ludzi opętała cholerna znieczulica na potrzeby drugiego człowieka. Okazuje się bowiem, że drętwiejący od kilku miesięcy palec u nogi jakiegoś jegomościa ma być dla mnie ważniejszym problemem niż pacjent przywieziony przez pogotowie z zawałem mięśnia sercowego, czy w obrzęku płuc. Mam bowiem natentychmiast zbadać drętwiejący palec i oczywiście ochoczo pomóc w tej kwestii zapominając o chorym cierpiącym na łóżku obok. To jest bowiem ważniejsze niż wszystko inne. I ileż można czekać na udzielenie porady i pomocy drętwiejącemu palcu?! Podam tu przykład z niezbyt odległej przeszłości, gdy z Muminą w Izbie Przyjęć reanimowaliśmy pacjenta z zawałem mięśnia sercowego po zatrzymaniu krążenia (kilkadziesiąt dobrych minut, ale skutecznie!). I co na to czekajacy pod drzwiami osobnik - nota bene starszy jegomość, wydawałoby się rozumiejący życie? Po wyjściu Muminy z gabinetu zrobił jej karczemną awanturę o to, że musi tak długo czekać i nikt się nim nie zajmuje! Czyżby chciał być na miejscu tego reanimowanego? Jemu poświęciliśmy sporo wysiłku...

Eh! Chwilami rzygać się chce! Ale jedno uratowane w spektakularny sposób (patrz wyżej) życie przywraca jednak sens naszej pracy. Może dlatego jestem jeszcze w tym zawodzie? Per aspera ad astra!

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 13 , zobacz komentarze

dzień matki

2009-05-26 22:52:54

Dlaczego sztucznie tworzymy jakieś dni, zamiast obchodzić je codziennie?

Czy potrzebujemy przypomnienia w postaci daty, żeby kogoś uszanować i docenić?

A może jest to w jakiś sposób rozgrzeszenie własnych błędów i forma ogónospołecznych przeprosin?

 

Jak zwykle za mało zastanawiamy się nad własnym postępowaniem, zbyt często zapominamy że druga osoba też czuje, zbyt często zapominamy że druga osoba istnieje... Traktujemy to jak pewnik do momentu kiedy tej osoby zabraknie... Zwłaszcza Matki...

Zatem postarajmy się z dnia powszedniego stworzyć nieustający Dzień Matki, Dzień Ojca, Baci, Dziadka, Żony, Męża, Listonosza, Hutnika, Młynarza i kogokolwiek tylko zechcemy. Szanujmy się nawzajem, a lepiej nam się będzie działo.

 

Cholera! Ale refleksyjnie i filozoficznie. Zatem, żeby na koniec było miło dla WSZYSTKICH MAM zamieszczam fotkę jak na razie niokiełznanej twórczości mego syna. Z racji, że niedługo wybieramy się na urlop i jedziemy nad morze - tematyka marynistyczna :)

 

morze.jpg

 

Starał się bardzo (troszkę z moją pomocą). Ta wielka niebieska plama to wieloryb jakby ktoś nie wiedział (namawiałem na inną kolorystykę, ale się uparł jak osioł). Różnokolorowe muszle na pisaku sobie leżą - to proste do odgadnięcia. Latarnia morska chyba do rozpoznania, a to coś dorównujące jej wielkością to boja (musi być, że jest blisko). 

Zaczynam odliczać dni do urlopu :)

 

 

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 5 , zobacz komentarze

łazienki

2009-05-24 22:44:00

Jechałem dziś w kierunku szpitala z radością, bowiem... minąłem go dość szerokim łukiem zatrzymując się przy Łazienkach Królewskich. Chrzestna Miłka wyciągnęła nas na spacer, a może to my wyciągnęliśmy Ją? Nieważne. Wylądowaliśmy w Łazienkach. Choć zdawało się, że zaraz z nieba lunie wodna niespodzianka, to obyło się bez parasoli. 

Tłum w parku jak na Marszałkowskiej w Warszawie lub Piotrkowskiej w Łodzi. Nawet większy. Ale mimo wszystko miło. Spacerowicze jacyś tacy uśmiechnięci, kroczący dostojnie. Dzieciaki biegające na trawie pomiędzy drzewami lub wzdłuż alejek między ludźmi. Fajno. I spokojnie.

Jak zwykle milowa kolejka do gofrów. Mały niestety nie odpuścił (wybrał ten z bitą śmietaną i polewą czekoladową), ale poszło dość szybko i wkrótce zasiedliśmy w kafejce Trou Madame. Szarlotki na ciepło z lodami, sernik wiedeński, espresso, kawa latte, kawa z Baielys, sok pomarańczowy, herbata. Ceny chyba wzięli z księżyca, ale smacznie było. I wesoło - Miłek jak zwykle umorusał się gofrowymi pysznościami mając bitą śmietanę i czekoladę nie tylko na ustach (dobrze, że nie wpadło mu do głowy wytarcie się o rodziców!). 

No i oczywiście ptaki. A właściwie ptasia arystokracja:

 

paw 3.jpg

 

paw.jpg

 

paw 2.jpg

 

Widziałem też myszkę buszującą w trawie i pomiędzy krzaczkami, ale była za szybka, bym mógł ją uwiecznić na fotce. Wiewiórki gdzieś się pochowały. Bardzo sympatyczne popołudnie spędzone niemalże w szpitalu...

Zdjęcia specjalnie dla dyżurującej dziś Muminy z zespołem.

czytaj resztę »


spotkanie

2009-05-23 23:32:41

Miałem dziś fajnie spędzić wieczór. Umówiony byłem bowiem ze znajomymi na małe piwko (lub coś więcej) przy jakimś tam bilardzie lub kręglach, lub ewentualnie przy oglądaniu ligi angielskiej (która nota bene mnie nie interesuje) lub ligi żużlowej. Każda forma rozrywki przy piwku wydaje się być dobra. Chodziło głównie o spotkanie, pobycie we wspólnym towarzystwie, pożartowanie, śmiech i takie tam inne...

I nie powiem co z tego wyszło. Jedno wielkie G.

Zjechali bowiem do mnie nie wiedzieć czemu teściowie. I to tak bez zapowiedzi. Może jak usłyszeli, że nie do końca jestem zdrowy, to postanowili przyjechać i pomóc... mojej małżonce, bo mnie chyba nie. Najbardziej zadowolony był Miłosz, bo i moja "połowica" zdziwiona była nieco całą sytuacją. Chyba się starzeją, albo coś innego. Tylko co?

Tak czy siak ze spotkania nici. Bowiem jak tu zostawić teściów samych, skoro przyjechali specjalnie do nas? W sumie z teściami było sympatycznie, ale umówione spotkanie odbyło się beze mnie. Szkoda. Bo nie tak łatwo się znów umówić na następne...

C’est la vie jak to mówią Francuzi.

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 4 , zobacz komentarze

euforia...

2009-05-20 22:00:17

...wcale mnie dosięgła. A szkoda. raz kiedyś mogłoby się zdarzyć!

Brak euforii, bo jutro kolejny dyżur, a dopadło mnie znowu jakieś paskudztwo. Zaczynam się zastanawiać, co jest ze mną lub moją rodziną. Jedno się wychoruje - zapada drugie, potem trzecie i od nowa karuzela się kręci. Wirus ani chybi jakiś. Skrzeczę jak stare schody, nos zatkany jak u chorego słonia, do tego "głowaból" i uczucie ciężaru w klatce piersiowej. Może zrobię tak jak pacjenci - pojawię sie kole 3-4 w nocy w pobliskim szpitalu... Może kogoś obudzę?

Nie. Będę grzeczny i nie pójdę w nocy z głupią wirusówką na Izbę Przyjęć. Szanuję kolegów po fachu. Zapakuję sobie całą masę witamin do pyska, zapiję jakąś rozpuszczalną Codeiną z Efferalganem, może się i na jakieś wapno skuszę. Może pomoże? Odpowiedź brzmi: "Jeśli panu morze nie pomoże, to może pomoże Pomorze".

Przeraża mnie mowa zgłaszających się do Izby Przyjęć: "Dziś wyskoczyła mi gorączka do 38-39 stopni. Nie, nie brałem żadnych leków na gorączkę. Nie, nie brałem żadnych leków przeciwbólowych". W dobie wszechobecnych reklam medykamentów na każdą dolegliwość, w dobie prostej wiedzy w postaci internetu, nasze społeczeństwo nie potrafi przyjąć 1 tabletki Acetaminofenu (patrz Apap, Codipar, Paracetamol, Efferalgan itd). Wtórny analfabetyzm? W Polsce, gdzie wszyscy doskonale znają się na medycynie?

Bylem jutro nie czuł się rozbity. Bylem nie czuł wszystkich kości i łba, a będzie dobrze. Przetrwam kolejny survival w Izbie Przyjęć. Może w nocy nikt się nie pojawi z wirusówką? 

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 10 , zobacz komentarze

deprecha

2009-05-19 22:34:03

Żartowaliśmy ostatnio w pokoju lekarskim na temat choroby afektywnej dwubiegunowej (a propos zachowań jednej z koleżanek), ale jak tak na siebie popatrzę, to blisko mi do jednego z biegunów tejże psychiatrycznej przypadłości (kierunek depresja). Staram się nie dramatyzować (jak niektórzy w naszym gronie) i wszędzie widzieć stronę dobrą, ale nie zawsze się to udaje. Lub inaczej - istnieją granice wytrzymałości (w tym przypadku psychicznej), a potem jest równia pochyła...

Bowiem bardzo cienka jest granica między "normalnością" a jej brakiem. Tak jak między zdrowiem a chorobą. Według do niedawna obowiązującej definicji WHO zdrowie to "stan pełnego, dobrego samopoczucia fizycznego, psychicznego i społecznego, a nie tylko brak choroby". Zatem ze świecą szukać tych zdrowych. Zmodyfikowanie w ostatnich latach definicji o "sprawność do prowadzenia produktywnego życia społecznego i ekonomicznego" niemalże uznaje starość za chorobę. A myślałem, że to fizjologia. A co z ciążą? Według WHO wydaje się też być chorobą! Zatem żyjemy w świecie chorych ludzi. Jak tu nie mieć depresji?

Klasyczna skala depresji Becka (opracowana w 1961 roku) obejmuje 21 pytań. Punktacja każdego od 0 do 3. Biorąc pod uwagę tę najbardziej podstawowe i przyznając tylko po 1 punkcie za odpowiedź (obniżenie nastroju, poczucie niewydolności, utrata satysfakcji, drażliwość, brak decyzji, trudności w pracy, zaburzenia snu, zmęczenie, niski poziom energi, dolegliwości somatyczne, zniekształcony obraz własnego ciała, brak akceptacji siebie, utrata łaknienia) da nam wynik prekraczający 10 punktów, czyli rozpoznanie łagodnej depresji. W jednym z programów wyświetliło się okienko z napisem "porozmawiaj z przyjacielem, bądź udaj się po radę do psychologa"... 

Chory, zdepresjonowany świat!

Na dodatek wirus świńskiej grypy, HIV, WZW, VZV, EBV, CMV, HSV, HPV, Coxsackie, rota-, adeno-, polio-, rino-, Ebola, denga, B19V, HTLV-BLV!!!!!!!!!!

Na dobranoc kolejna kołysanka:

 

 

 

czytaj resztę »


wolne

2009-05-17 21:38:35

Choć nie tak dawno wiekszość weekendów spędzałem w domu, to tak naprawdę jest to pierwszy koniec tygodnia wolny od czegokolwiek. W poprzednie poza "rodzinnymi zaległościami" nadrabiałem odkładane "na po egzaminie" problemy (nawet te najbardziej błahe). Ten weekend okazał się być w 100% wolnym. Czy w 100% wykorzystanym, to już inna opowieść. 

Tak, czy siak - jeszcze w piątek spontaniczne umówiłem się na spotkanie z dawno niewidzianymi znajomymi. Zakładaliśmy, że grill w sobotnie popołudnie to fajna okazja do pogadania o tym roku wspólnego niespotykania. Tak było, ale niestety nie na tak zwanym łonie, bowiem matka natura miała cokolwiek inne plany od naszych. Co prawda mogliśmy "pogrillować w garażu" ale odstąpiliśmy od tego rodzaju uciech. Wiadomo - łzy w oczach (bo dym wali wtedy niemiłosiernie), ubrania dwukrotnie przesiaknięte aromatami grillowania, no i z ruchem na "świeżym powietrzu" (bo dookoła grilla trzeba przecież pochodzić) też nie ma to nic współnego. Zatem zmuszeni byliśmy zasiąść przy stole (za czym nie do końca przepadam), ale popołudnie z wieczorem były miłe tak jak zakładałem. A że i mój Syn miał towarzystwo, więc choć nie w ogrodzie - to wyszalał sie na maksa. W drodze powrotnej "padł" na pierwszym zakręcie drogi. Głęboko uśpionego wnosiłem do mieszkania. Chyba nawet mu się nie przyśniło że może się obudzić :)

Dziś dzień zupełnej beztroski. Bez pośpiechu, bez szarpania, właściwie bez nerwów. Było tak błogo leniwie, że zanim się ruszyliśmy gdziekolwiek zrobiło się głębokie popołudnie. Co prawda duża zasługa w tym także mej pociechy, bo jakoś (mimo obecności obojga rodziców w domu) był dziś dzieckiem prawie idealnym (prawie robi różnicę). Z racji tego wybrał sobie za cel wyjazdu Plac Wilsona. A dokładniej plac zabaw przy nim się znajdujący. Było miło. Wylatał się i spocił jak Eskimos na Saharze, ale przecież tak musi być. Oczy mu się zamykały przy myciu zębów...

Czekam następnego weekendu. W planach też bez dyżuru :)

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 3 , zobacz komentarze

zastępstwo 2

2009-05-14 21:55:53

Jestem tak zmęczony po 30 godzinach spędzonych w Izbie Przyjęć, że zaraz legnę w wyrku.

Prawie zapomniałem o 65 urodzinach mojej Rodzicielki!

Zatem szybko kończę ten krótki post.

Na dobranoc muza:

 

 

czytaj resztę »


zastępstwo

2009-05-13 19:53:39

Po przeczytaniu moich wiosennych i kulinarnych doznań, Mumina namawia mnie do opisu przyjemności jeszcze bardziej intymnych. Chyba nie jestem jeszcze na to gotowy :)

Brat Wacław - kierownik Izby Przyjęć ma kilka dni wolnego, więc zostałem oddelegowany w jego miejsce. Frontowa służba na wysuniętej placówce jest wprost przesiąknięta adrenaliną. Ale najczęściej niezwiązaną z ciężkością stanu pacjentów - toć przecież z tym żyjemy na codzień, lecz z indolencją osób je kierujących oraz przywożących tychże pacjentów do szpitala.

Złość ogarnia mnie, gdy chorzy z nadciśnieniem tętniczym po podaniu Captoprilu "podrzucani" są do Izby Przyjęć. W jakim celu? Żebym wybadał najczęściej prawidłowe już wartości ciśnienia? Wsciekłość, gdy osoba z ostrym zespołem wieńcowym trafia do naszej placówki (tzn. do szpitala, który nie dysponuje możliwością wykonania koronarografii), a ja tracę cenne minuty wisząc na telefonie uzgadniając przyjazd zespołu R i ustalając miejsce w ośrodkach dysponujacych pracownią hemodynamiki. Nieprzytomna, zaintubowana, ze zniesionymi odruchami pacjentka po połknięciu 150 tabletek leków uspakajających przywożona do najbliższego szpitala (czyli do nas, a nie do Oddziału Toksykologii). Przewlekle dializowani notorycznie upychani do tutejszej Izby Przyjęć (a nie zawożeni do swoich macierzystych ośrodków dializ). Albo pełnienie roli "Izby Wytrzeźwień" dla zwożonych okolicznych pijaczków "po zasłabnięciu"? Bądź Przychodni Rejonowej, w której wykona się badania dodatkowe, prześwietlenia i elektrokardiogram, bo lekarz pierwszego kontaktu nie chce dac skierowań, bądź sam wysyła do Izby Przyjęć mówiąc, że tam wszystko zostanie zrobione! A jak już nie wiadomo co choremu jest, to na skierowaniu wpisuje się "bóle w klatce piersiowej"!

Nie mam pretensji do chorych, którzy często nie wiedzą, po co zostali zabrani z domu, a zapytani o powód wezwania pogotowia podają zupełnie inną przyczynę od tej napisej na skierowaniach. Nie mam pretensji do osób, które same zgłaszają się do Izby Przyjęć, bo nie wiedzą co im dolega.

Ale od swoich "kolegów po fachu" wymagam pewnej uczciwości w pełnieniu swoich obowiązków i nie traktowanie Izby Przyjęć jako worka, do którego można wrzucić wszystko co się komu podoba. W ten sposób stan Służby Zdrowia (nie znoszę tego określenia!) nigdy nie ulegnie poprawie. Może stanę się nagle nielubiany i potępiany przez "środowisko medyczne", ale wyrzucane są w błoto setki tysięcy złotych przez brak prawidłowej koordynacji w ich zarządzaniu oraz przez ignorancję i niechciejstwo wielu pracowników tejże Służby Zdrowia. Adrenalina wyzwalana w ten sposób nie działa niestety budująco. A funkcjonowanie nas w tym wszystkim przypomina mi trochę dom wariatów i jeden sympatyczny teledysk:

 

 

Aha. Na sam koniec coś przyjemnego. Dziękuję serdecznie Pani Administrator tej stronki za starania, które doprowadziły do przywrócenia wszystkich komentarzy pod postami na blogu. Fajna musi być Babka! Pozdrowionka!

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 6 , zobacz komentarze

kuchnia

2009-05-09 22:34:02

Jako dziecko lubiłem przesiadywać w kuchni. I bawić się w kucharza. Zakładałem na czubek głowy plastikową torebkę, która wypełniona powietrzem sterczała sztywno niczym czapka najlepszego kucharskiego mistrza. Jak tylko umiłem to pomagałem. Czasem z sukcesem, a czasem - eh, wyrozumiałość rodziców względem dzieci nie zna granic! No i zawsze można było dostać jakiś smakołyk w trakcie przyrządzania przez Rodzicielkę potraw. A gotować potrafi jak nikt inny na świecie. Smak potraw z dzieciństwa ma ogromny wpływ na doznania rozkoszy podniebienia w wieku starszym. I nie oszukujmy się - pewne dania nigdzie tak nie smakują jak w domu rodzinnym. Pomidorówka - niby prosta zupa, ale najlepszą na świecie pichci moja Mama. A flaki, grzybowa, kopytka, zimne nóżki, kurze żołądki w ostrym sosie? Mniam - palce lizać. A czy ktoś jadł knedle ze śliwkami z dodatkiem młodej kapusty? Danie typowo łódzkie! Nie przepadam za knedlami, ale w połączeniu z młodą kapustą daje bardzo ciekawe połączenie smaków. A ozory w szarym sosie (z orzechami, rodzynkami, migdałami)? Nie lubię raczej dań na słodko, ale to (rewelacyjne w wykonaniu ciotki Wandy) jest powalające - mieszanka kultury łódzkiej i żydowskiej! A zwykłe placki ziemniaczane ze śmietaną? A kotlet schabowy (koniecznie z kostką) podany prosto z patelni? A golonka w piwie? A żeberka? Ciekawa prawidłowość - im bardziej niezdrowo, tym bardziej smacznie.

No ale nie o tym chciałem. Miało być proste nawiązanie do tematu a zrobiła się uczta kulinarna. Trochę mniejsze jej wydanie zaserwowałem dziś domownikom. A właściwie "połowicy", bo Miłek na moje specjały wypiął się jak zwykle (jada tylko ulubione swoje dania). Zaczęło się od jajecznicy. Kiedyś serwowałem ją co niedziela (ot taki zwyczaj), ale zamieniwszy ją na zdrowszy twarożek, dawno nie gościła na śniadaniu. Zatem jajeczniczka - usmażona na masełku tylko z cebulką, podana z pomidorami ze szczypiorkiem. Do tego chrupiąca bułka z masłem. Już zapomniałem jak to niesamowicie smakuje :)  A potem miał być obiad. Najpierw zaserwowałem przystawkę - szparagi z wody. Danie proste (gotuje się je związane razem w osolonej wodzie z dodatkiem masła) ale bogate w smak - nastraja do dalszej uczty. A potem bitki wołowe. Przyrządzone zgodnie z przepisem Rodzicielki. Podane z kluskami na parze (lepsze są kopytka, bo sos jest zawiesisty, więc ładnie do kopytek lgnie, ale przez ten sam fakt zawiesistości bardzo dobrze przylega również, a wręcz wsiąka w dłużej w nim potrzymane pampuchy - tak się u nas zowie kluski na parze). Choć to niezgodne z zasadami "savoir vivre" to na koniec wylizałem talerz! Do sucha! I nie żałuję! Wieczorem były proste tartinki z wędzonym łososiem skropione sokiem z cytryny. Gdzieś pomiędzy kawka z sernikiem jogurtowym (w wypiekach jestem noga, więc kupny - ale dobry) oraz jedne z moich ulubionych owoców - winogrona.

Całe szczęście pogoda dziś sprzyjała, więc nie spędziłem całego dnia za stołem. Dużo dzisiaj byłem na powietrzu (podobno spacery wzmagają apetyt), stąd może i te kulinarne zachcianki. Jednakowoż sporo czasu spędziłem też w kuchni. Jako dziecko lubiłem tam przesiadywać... 

 

czytaj resztę »


wiosna

2009-05-07 21:35:50

Wiem, wiem. Dawno się już zaczęła. Pisali o tym już inni...

Jednakże mając dziś okazję do spacerku z klonem (wykaraskał się już bowiem z choroby) wolnym krokiem (byle się nie spocił i nie złapał czegoś nowego) z całą rodzinką ("połowica" choć niezdrowa też nam towarzyszyła) obszedłem najbliższą okolicę. I stwierdziłem, że chyba zaczęły się matury, bowiem kwitną kasztany. Zaskoczony tym faktem rozglądnąłem się nieco do okoła. No i zobaczyłem wiosnę w pełnym rozkwicie. Bez, którego wokół jest sporo, kwitnie na całego roztaczając wokół przepiękną woń. Lubię ten aromat, zwłaszcza tego najciemniejszego - zaobserwowałem (może raczej zwąchałem) że jest najbardziej intensywna. W przyblokowych "ogródkach" pełno kwiatów - tulipany (w jednym extra kolor - fioletowo-białe), bratki, niezapominajki, drobne konwalie. Cieszą nie tylko oczy. Me nozdrza starały się wyłapać jak najwięcej zapachów, które zmieszawszy się ze sobą dały mi po mózgownicy lekkim zawrotem głowy...

Pod wieczór wyszedłem na balkon i ... usłyszałem trele jakiegoś ptaszka. Nie znam się na ornitologii, ale brzmiały pięknie. Miałem wrażenie, że to kos bo w pewnym momencie brzmiały jak silnik samochodu :)

Chyba przez to ślęczenie nad książkami przytłumiły mi się zmysły. Dziś czuję, że wiosna w pełni. Właściwie za niedługo ma rozpocząć się lato! Ciekawe kiedy je zauważę...

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 23 , zobacz komentarze

przykre grzebalstwo

2009-05-06 22:20:08

Nie chodzi mi o przykre dla obserwujących grzebalstwo w nosie (patrz ostatni post kaeri), ani sprawę dla nas medyków codzienną - grzebanie palcem w zupełnie gdzie indziej położonym otworze...

Chodzi o grzebalstwo blogowe. Znikają bowiem pod moimi postami komentarze wielu osób (tak na oko około 200). Nie za bardzo mi się to podoba. Usunięto komentarze Muminy, Żyrafy, MSI, HalinyJolanty i inne - rzecz nie do odtworzenia. Ktoś (zapewne znów administrator) grzebie sobie tu, tam i jeszcze gdzieś pozostawiając za sobą nieprzyjemny smrodek. Niby blog nie jest prywatny i wejść na niego każdy może, ale czytanie obecnie zamieszczonych (tzn. pozostawionych) pod niektórymi postami komentarzy robi się cokolwiek bez sensu. Cenzura jakaś czy co?

Nachodzi mnie znowu myśl, by przenieść bloga gdzieś indziej. Może ktoś z administrujących czyta posty i odpowie na mój w jakiś sposób? Chociażby umieszczając informację o problemach technicznych, czy innym powodzie ingerencji. Smutne :(

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 22 , zobacz komentarze

biegunka

2009-05-05 23:15:30

Zaczynam lubić biegunkę :) Oczywiście nie chodzi o tę tragiczną przypadłość u mnie, rodziny czy znajomych. Epidemia biegunek, która opanowała oddział przyczyniła się do znacznego ograniczenia napływu chorych do szpitala. Dyrektor w całej swojej władzy (po raz pierwszy od nie wiem kiedy) wstrzymał przyjęcia do odwołania. Może boi się sam o siebie? W końcu przykra byłaby konieczność założenia do pracy pampersa :)

W ten sposób można dyżurować. Spokój, cisza, drzwi zamknięte przed odwiedzającymi - praca od razu rusza z kopyta. A i pozostali w oddziale pacjenci jakby spokojniejsi (poza tymi, którzy wykonują sprint do toalet).

No, ale koniec z naigrywania się z cierpień pacjentów. W każdej chwili może się okazać, że to dyżurujący personel będzie poszkodowany. W końcu to my chodzimy dookoła chorych. I pomimo higieny, którą staramy się zachować o złapanie biegunki nie trudno. A biegunka w trakcie dyżuru to rzecz conajmniej przykra. Raz mi się to zdarzyło. Pełniłem wtedy dyżur w Izbie Przyjęć tutejszego przybytku. Pomiędzy badaniem jednego a drugiego pacjenta musiałem zaliczać toaletę. Przemierzyłem chyba wtedy ze dwa razy tyle kilometrów ile podczas zwykłej służby frontowej w szpitalu :) Nie pamiętam już jak dnia następnego dotarłem do domu.

Zatem walczmy z biegunką. I ścigajmy patogen ją wyzwalający, bowiem to niekoniecznie musi być podejrzana o wszystko bakteria Clostridium difficile...

Chociaż właściwie częsty pobyt w toalecie można wykorzystać na wiele sposbów:

 

70_b.jpg

 

Tym miłym akcentem kończę i zasuwam zapobiegawczo zaserwować sobie jakiś probiotyk :)

 

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , praca | Komentarze 6 , zobacz komentarze

wyjazd

2009-05-04 21:53:33

Majowy tzw. "długi weekend" miałem wolny. Od pracy w szpitalu. Nie do końca jednak okazał się być wolnym od obowiązków. Byłem bowiem na Kociewiu, gdzie trzeba było być i tyle. Mimo, że wyjazd z racji towarzyskich jawił się w barwach kolorowych, to jednak wymuszona okolicznościami konieczność "niebycia" w domu już nie do końca. Zwłaszcza, że zostawiałem rodzinę nie całkiem zdrową. Mały doleczał właśnie jakąś pieruńską infekcję wirusową, a i moja "połowica" wyglądała nie najlepiej. Całe szczęście teściowie zadeklarowli się i przyjechali by pomóc w okiełznaniu coraz lepiej czującego się potomka. "Druga połowa jabłka" co prawda zgodziła się bym pojechał, ale wzrok który posłała mi na pożegnanie mógłby zmieść z powierzchni niejednego śmiertelnika. Z perspektywy czasu patrząc zastanawiam się jak to mordercze spojrzenie zniosłem. Może przez te parę lat w jakiś sposób się uodporniłem? Ciekawe!

W każdym razie pojechałem. A właściwie pojechaliśmy. Doborowe towarzystwo. Mumina, Siostra, brat Wacław z połowicą, panna M., niejaki "puka@ćwokno" i ja. Wszyscy w jednym wozie. W tamtą stronę zasiadłem za sterami transportowca. Mogłem sobie poprowadzić coś większego niż maluch, a że lubię od czasu do czasu wybrać sie wozem w dłuższą trasę, to przyjemność była większa. Właściwie nie spieszylismy się za bardzo, choć nie wiem co to znaczy jechać wolno, a że w tzw. międzyczasie okazało się, że nie jesteśmy az tak bardzo oczekiwani, to zrobiło sie jeszcze fajniej i po krótkim pobycie na autostradzie (tak coś takiego w Polsce istnieje!) wylądowaliśmy nad polskim morzem. Dokładnie w mieście z niemiecka Danzig zwanym. Chcieliśmy coś zjeść, bowiem żołądki z wolna dawały o sobie znać. Knajpka nazywała się "Miasto Aniołów". Nazwa adekwatna do tego co zastaliśmy. Poza tym, że dania były całkiem smaczne, to niestety iście anielską cierpliwością trzeba było się wykazać co do czasu oczekiwania na podanie zamówionych specjałów. Właściwie i do obsługi także. No i ten incydent z brudnymi kieliszkami. I koniec. "Miasto Aniołów" skreślam z listy knajp godnych polecenia.

Zapakowawszy się po posiłku w wóz transportowy musieliśmy niestety trochę przyspieszyć, bowiem otrzymaliśmy informację, że osoba duchowna czeka na nas by zapoznać nas z miejscem zakwaterowania. A zakwaterowanie w... Seminarium Duchownym. Zapowiadała się zatem noc spędzona w celach. Za co? Za zbyt szybką jazdę? Za niezawinione spóźnienie? Za grzechy?!!!!!

Ale nie było tak żle. Całe szczęście okazało się, że Seminarium dysponuje pokojami gościnnymi, które w niczym nie przypominają znanych z literatury pomieszczeń "braciszków". Czysto, schludnie, pościel na kant, osobne ręczniki, radio, łazieneczki (trochę małe, zwłaszcza kabiny prysznicowe, ale o 100% lepsze niż u nas w szpitalu). Słowem pełna kultura. Co prawda brak pewnych udogodnień zmuszał do kombinacji, ale nie było strasznie. Nie wiedzieć tylko czemu w pięć minut po naszym zakwaterowaniu wszystkie dostępne w budynku wyjścia okazały się być zamknięte. Zdawało się, że zostaliśmy sami, ale przecież pokoje nasze znajdowały się na parterze, a nad nami były jeszcze chyba ze dwa, czy trzy piętra, więc na pewno jakiś "braciszek", czy "siostrzyczka" tu pomieszkiwali. Po krótkim spotkaniu na "kawę" z czipsami rozeszliśmy się do swoich pomieszczeń, bowiem dzień następny obfitował w "atrakcje". A pobudka musiała być dość wczesna - o 7.45 było przewidziane dla nas śniadanie.

Właściwie dużo mógłbym o dniu następnym opowiedzieć, ale wyszedłby z tego poemat jakiś albo co. Skupię się na rzeczach, które zrobiły na mnie wrażenie.

Sala, a właściwie sale jadalne. Brat Wacław trafnie określił je jako te z filmu "Krzyżacy" Forda. I tak było. Niesamowite wrażenie. Dobrze, że byliśmy od seminarzystów oddzieleni, bowiem panie będące z nami mogły niejednego z nich zawrócić z obranej drogi posługi duszpasterskiej...

Katedra. Obiekt robiący wrażenie jeszcze większe niż sale jadalne. I choć ołtarz, organy, gotyckie sklepienia, malowidła niewątpliwie były piękne, to szpalery siedzisk wzdłuż ścian naw bocznych jak i przed ołtarzem (nie do końca wiem jak się to nazywa) oraz przejście pomiędzy seminarium a katedrą przypominały swym charakterem nastrój z filmu "Imię róży". Brakowało tylko typowych dla tamtego okresu braci zakonnych (obecni duchowni są bardziej cywilizowani i trochę lepiej uczesani).

Kazanie biskupa. Choć podupadły na zdrowiu, to mówione z głowy, bez kartki (aczkolwiek nie jestem pewien bo świece przesłaniały mi widok), kazanie które zapowiadało zdarzenie, mające nastąpić bezpośrednio po mszy. Niesamowity jest też sam ceremoniał takiej mszy odprawianej przez oficjela kościelnego. Wszyscy w niej uczestniczący duchowni chodzą jak w układance. Każdy wie co ma robić, co w którym miejscu, w jakiej kolejności. A było ich tam wielu.

Widziałem też u pewnej osoby dwie pary fajnych okularów. Jedne przeciwsłoneczne. Chyba drogie, bo ta druga para na pewno.  

Wzruszenie w trakcie występu niepełnosprawnych umysłowo dzieci.

Zadowolenie z krótkiego "koncertu" uzdolnionej muzycznie młodzieży (chyba specjalnie tak dla kontrastu jedno po drugim).

No i droga powrotna... Wybraliśmy trasę odmienną od tej którą przybyliśmy, bowiem napotkane wcześniej a spowodowane robotami drogowymi mijanki (było ich kilkanaście) napawały nas obawą przed korkami z trakcie powrotów z "dni wolnych" rzeszy wypoczywających. Miejscowy kierowca objaśnił nam jak jechać. Radośni, bo wyjechaliśmy wcześniej niz się zapowiadało ruszyliśmy z werwą w drogę do domu. I to by było na tyle dobrego. Kilkadziesiąt minut staliśmy w korku z powodu karambolu 7 (słownie siedmiu) samochodów. Całe szczęście bez ofiar śmiertelnych. Jak się później okazało to sarna była przyczyną całego zamieszania. Wyskoczyła sobie przed któryś z wozów i tyle. Później jakoś się tam jechało do momentu, gdy zaczęliśmy pokonywać 10 km w ciagu godziny. Na odcinku 20 czy 30 kilometrów. Przyspieszenie, hamulec, przyspieszenie, hamulec, przyspieszenie, hamulec. Jajo można znieść. Całe szczęście towarzystwo wesołe było, śmiechu co niemiara, zwłaszcza z przedstawianych dowcipów. I nie tylko :) W sumie 7 (słownie siedem - jakaś zbieżność liczb?) godzin powrotu w trasie liczącej coś kole 350 km. REWELACJA! O stanie dróg pisać nie będę bo i po co, choć na autostradzie było OK.

W domu byłem około 23.00. Chwilę pogadałem z "połowicą" i poszedłem spać. Nie wiem co mi się śniło, bo zadzwonił budzik. Czas wolny się skończył :) 

czytaj resztę »

Dodane w po egzaminie , varia | Komentarze 4 , zobacz komentarze