Archiwum: Grudzień 2009


bigos

2009-12-29 23:51:36

Święta, święta i po świętach jak mawiają. Cóż pozostaje z tych świąt? Radość z upominków, czasem radość ze spotkania dawno niewidzianej osoby, radość z atmosfery pokoju (jakoś tak się dzieje, że nawet zwierzęta w ludzkiej skórze nie gryzą), niekiedy radość z zimowej aury (o tym już pisałem - nie w tym roku) oraz... spora nadwyżka zbędnych kilogramów.

 

Świąteczne świętowanie w Polsce ma to do siebie, że większość czasu spędzamy przy stole. Suto zastawionym. Potrawy aż same proszą się, by je skosztować. Zwłaszcza te wigilijne. Nie wiem dlaczego, ale pamięć smaku sporządzonych na wigilijną wieczerzę dań pozostaje na cały następny rok. Czy to atmosfera tego dnia, czy sposób ich przygotowania (mają być postne, choć władze kościelne mówią już że niekoniecznie), czy też sposób podania, stojąca blisko choinka, pierwsza gwiazda na niebie - nie wiem. W wigilię smakują jak nigdy: i zupa grzybowa (u mnie taką się jada), i pierogi z kapustą i grzybami, i karp smażony (zwykle smakuje mułem, w wigilię jakoś się o tym zapomina), i kapusta z grzybami, i kapusta z grochem (jadam raz do roku), i śledzie w oleju, i kompot z suszonych owoców (musi być nieźle schłodzony, by dało się go wypić!), czy inne potrawy tej wieczerzy. I nie jest ważnym czy jest ich pięć, siedem, czy jedenaście (według tradycji ich liczba powinna być nieparzysta) - jak dla mnie może to być tylko zupa grzybowa i pierogi - tego dnia smakują nieziemsko...

 

Poszukując owego świątecznego smaku zajrzałem dziś do lodówki. Po potrawach typowo wigilijnych nie pozostał nawet zapach (co dobrze skądinąd świadczy o mej chłodziarce), ale pozostałości dni następnych przyprawiły mnie o lekki zawrót głowy. Zwłaszcza w kwestii wszelkiej maści wędlin i pieczeni. Na węch i smak jeszcze całkiem dobre do spożycia, ale tej ilości nie jestem w stanie przerobić nawet ze swą połowicą. A wyrzucić przecież nie wypada. I nie chcę! Przecież nie na darmo spędziłem tyle czasu w kolejkach do "mięsnego" i "wędliniarskiego", by w prosty sposób kosza na śmieci pozbyć się poświątecznego naddatku. Poza tym zbyt smakowite były niektóre wędliny i pieczenie, by tak łatwo się poddać. Zatem co z tym fantem zrobić?!

 

Jedynym rozwiązaniem jest bigos! Dodam tylko trochę kapusty i potrawa jak z bajki. A sylwester tuż, tuż. Jakby się kto pojawił to będzie jak znalazł. 

Ale jak to w życiu okazuje się, że bigos to wcale nie taka prosta w przygotowaniu potrawa. Owszem, wszystkie świąteczne pozostałości można dodać, a jakże - niewątpliwie wzbogaci to smak bigosu. Ale żeby był naprawdę dobry, trzeba się nieco bardziej postarać. A że lubię od czasu do czasu porozrabiać w kuchni, postarałem się by potrawa była godna swej nazwy. Przecież bigos, w potocznym tego słowa znaczeniu, to niezły galimatias. Zatem, oprócz wyżej wymienionych świątecznych pozostałości dorzuciłem jeszcze żeberka wieprzowe, trybowaną karkówkę wołową, podwawelską odtłuszczaną (trochę zadbam o zdrowie moje i mych gości), boczek wędzony przesmażony z cebulką (zrezygnowałem ze słoniny), multum grzybów, czerwone wytrawne wino, śliwki suszone, liście laurowe, sól, pieprz, ziele angielskie, trochę miodu... Reszty nie zdradzę - to tajemnica kucharza, a że resztę wina wypiłem, to nie pamiętam już co było dalej.

 

Żona smakowała. Powiedziała żebym już nic więcej nie kombinował. Wypowiedź nie do końca jednoznaczna - albo przekombinowałem (znaczy się nie doprawiaj już, bo nie wiadomo co to za potrawa), albo jest całkiem dobrze (znaczy się nie doprawiaj już, bo nie będzie wiadomo jaka to potrawa). 

Znów zatem przed końcem roku namieszałem. Głównie drewnianą łyżką, ale zawsze :) 

czytaj resztę »

Dodane w kulinaria | Komentarze 5 , zobacz komentarze

znów pada śnieg...

2009-12-28 22:13:08

...wtedy, gdy właściwie mogłoby go już w mieście nie być. Piszę w mieście, bo dla amatorów "białego szaleństwa" tam gdzie powinien leżeć, to niech sobie leży.

 

Jakoś tak w tydzień przed świętami śniegu napadało tyle, że płakać się chciało na samą myśl o odśnieżaniu zasypanego samochodu. Oczywiście jak zwykle w tej strefie klimatycznej tzw. służby miejskie nie spodziewały się opadów, więc drogi zasypane były tak wielce, że dojazd do pracy niektórym zajął dwie a czasem i trzy godziny. Niestety niemalże w przeddzień Wigilii cały, miejscami już tylko biały z nazwy śnieg, przy dodatniej (wręcz wiosennej) temperaturze stopniał zlany mokrym deszczem. I tyle by mówić o aurze, która właśnie dziś wysypuje ze zmagazynowanych w trakcie świąt worków kolejne metry puchowej bieli.

 

A Święta... W ostatnich latach nieodparcie odnoszę wrażenie, że mijają coraz szybciej. I nadchodzą także szybko. Raptem jeszcze wspomina się zeszłoroczną wieczerzę wigilijną, gdy już praktycznie trzeba się do okresu świątecznego szykować od nowa. Ani się człowiek obejrzy a już kolejny rok minął. I siwych z nim włosów przybyło. Czas biegnie na złamanie karku. Jak pociąg pospieszny - zatrzymuje się tylko na wybranych stacjach. Od wydarzenia do wydarzenia, a odległości między nimi jakby skurczyły swój wymiar...

 

I choć nie do końca jestem zadowolony z przybywających z minuty na minutę centymetrów śniegu, to z drugiej strony właściwie powinienem się cieszyć z tych opadów. Przy tak znakomitym zorganizowaniu służb porządkowych, na 100% na torach pojawią się zaspy, więc pociągi będą miały istotne opóźnienia. Może i ten dalekobieżny zwany "TIME" także? 

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 2 , zobacz komentarze

magia świąt?

2009-12-20 00:18:34

Podyżurowe zmęczenie nie miało szans szybko minąć. Niestety w drodze do domu konieczne było wykonanie niezbędnych sprawunków, co w dniu dzisiejszym (przypominam - ostatni weekend przedświąteczny) nie było wcale sprawą łatwą. Setki ludzi skutecznie uniemożliwiły mi zrobienie szybkich zakupów, choć dziś wcale nie były wielkie. Przed każdym punktem handlowym ryneczku na którym dokonuję zwykle zakupów (targowisku jak kto woli) kłębił się tłum kolejkowiczów kupujących już tony żywności. He, he, he - mówią że kryzys panuje. Wszędzie, tylko nie w Polsce. Zresztą patrząc na przeszłe (odbywane w naprawdę w kryzysowych czasach) bożonarodzeniowe świętowanie wyglądało to podobnie. Niby nikt nie ma kasy, niby wszyscy biedni, ale w święta stoły uginały się od wszelkiego rodzaju rarytasów. Nie na darmo mówi się, że Polak potrafi. Niestety często w myśl drugiego znanego przysłowia - zastaw się, a postaw się. W każdym razie drobne podyżurowe sprawunki zajęły mi raptem jakieś 2,5 godziny i w domu znalazłem się tuż przed południem - w sam raz na zjedzenie porannego posiłku :)))

 

A mówią że święta mają magiczną moc. Po części to prawda - w niewiarygodny wręcz sposób znikają z portfela pieniądze przy nieobecności w pobliżu prestidigitatora, na którego można by zrzucić całą winę niedostatków finansowych. Niestety magia świąt dość dawno już zniknęła. I choć nie żałuję, że obecnie można kupić wszystko i wszędzie, to wspomniawszy te naprawdę odległe już w mej pamięci Święta Bożego Narodzenia, czuję pewien niedosyt obecnych czasów. Czym bowiem dzień powszedni różni się od świątecznego? Poza nazwą, to chyba niczym. Wszelkiego rodzaju luksusy są dziś na wyciągnięcie ręki. Oczywiście - trzeba za nie zapłacić, ale zdobycie egzotycznych owoców, lepszych gatunków wędlin, luksusowych słodyczy, alkoholi, czy wyszukanie ciekawych prezentów nie stanowi w chwili obecnej problemu. A że dostępne są na co dzień, nie stanowią już takiej atrakcji jak kiedyś...

 

A jak było kiedyś? Kiedyś święta wyczekiwane były właśnie z tych powodów. Na co dzień poza kurzem na sklepowych półkach nie było niczego. Jednak w okresie świątecznym "władza ludowa" mimo wszystko starała się zapewnić dopływ "ekskluzywnych" jak na owe czasy towarów. Czekało się na informację w mediach o płynących z Kuby statkach z bananami i pomarańczami. Unoszący się w domu zapach świeżo obranej pomarańczy przemawiał wręcz za nadchodzącymi świętami. A i z żarciem nie było tak źle. Wędliny takie jak szynka, polędwica i baleron (kiedyś uważane za luksusowe) "rzucane" były do sklepów mięsno-wędliniarskich i (o dziwo) nie spotkałem się z tym, by ktoś w święta tego gatunku wędliny nie dostał. Nie wiem co prawda jakim sumptem do tego dochodziło, ale w odwiedzanych przez mnie w bożonarodzeniowy czas domach, ten produkt spożywczy pokazywał się na stawianych przez gospodarzy półmiskach. Jako dziecko czekałem na ekstra programy telewizyjne - tylko w święta mogłem niemalże do woli napatrzeć się na kaczora Donalda, myszkę Miki, psa Pluto i inne wytwory disneyowskich rysowników. A i "lepsze" filmy dla dorosłej widowni także gościły na ekranach. No i oczywiście prezenty. W trakcie roku nie było (poza urodzinami, imieninami, czy dniem dziecka) okazji do otrzymywania "giftów". To w Święta Bożego Narodzenia jakiś facet o pseudonimie Mikołaj wrzucał pod choinkę paczkę z podarkiem o którym marzyło się przez cały rok. I najczęściej właśnie ta (!) wymarzona zabawka znajdowana była w świątecznym prezencie. I to była prawdziwa magia świąt!

 

Dziś kultywujemy tradycję, bo tak trzeba, lecz opisywana wyżej magia bezpowrotnie chyba uleciała. Zwłaszcza że tuż po pierwszym listopada zaczyna się w sklepach "przedświąteczna gorączka" - znaczy się okres największych dla handlowców żniw. Zmęczeni prawie dwumiesięczną bożonarodzeniową szopką nie jesteśmy już w stanie cieszyć się z racji nadchodzących świąt.

Zwłaszcza, że poza niezbędnymi (czytaj wielogodzinnymi) sprawunkami, trzeba dokonać corocznego maksi sprzątania, w trakcie którego okazuje się, że połowa upakowanych w szafach rzeczy jest niepotrzebnie w nich przetrzymywana... Może to jest właśnie magia świąt? :)))     

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 8 , zobacz komentarze

a za oknem pada śnieg...

2009-12-16 21:41:01

Dziś krótko, króciutko, bo wolna chwila złapana jest pomiędzy jednym a drugim pacjentem.

Właściwie z całej zimy lubię tylko śnieg. I choć Ludwik Jerzy Kern chciałby widzieć go w innych kolorach, to dla mnie właśnie ta rażąca, niesamowicie wręcz czysta biel świeżo spadniętego sniegu jest taka piękna...

Oto wyzej wspomniana chęć pokolorowania przez LJK śniegu: 

 

Czy wam nie przyszło do głowy, że śnieg powinien być kolorowy?

Albo zielony, albo czerwony, liliowy lub beż.

Śnieg ten lepiłoby się wspaniale, a bałwan biały nie byłby, ale

Albo zielony, albo czerwony, liliowy albo beż.

Śniezki tak samo w zimowej porze byłyby wtedy w jakimś kolorze:

Albo zielone, albo czerwone, liliowe albo beż.

Bardzo kolory by się przydały, a tu tymczasem wciąż pada biały,

biały, bielutki, miękki, mieciutki, świeży, świeżutki śnieg.

 

Jedyny smutek, to jutro niestety czeka mnie (i wszystkich zmotoryzowanych trzymających swe automobile pod chmurką) odśnieżanie i (oby tylko nie) skrobanie zlodziałych szyb. Bo parking szpitalny nie jest zadaszony :)))

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 4 , zobacz komentarze

midnight oil czyli z(a)jazd lekarski

2009-12-13 22:01:44

Praktycznie niemalże przez przypadek znalazłem się na Sprawozdawczo-Wyborczym Zjeździe Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie. Jako jeden z delegatów, wybrany w okręgu wyborczym o jakże wymownym numerze 1, miałem okazję naocznie i "nacielnie" doświadczyć mąk bycia uczestnikiem tegoż zgromadzenia. Domyślam się, a wręcz jestem pewien, że cierpiętników takich jak ja było tam wielu. Lecz nie wszyscy. Część delegatów bowiem ochoczo wręcz i aktywnie brała udział w obradach zjazdu, skutecznie przedłużając nadejście kulminacyjnego i najważniejszego dla całego spotkania momentu wyborów.

 

Zdumiony faktem rewelacyjnego przygotowania kandydatów do objęcia "stołka" przewodniczącego Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie (prezentacja programu także w formie multimedialnej), nie mniej zdumiony byłem podjazdową wojną toczoną w tzw. kuluarach. Dwa obozy (nazwijmy je "szlachtą" od nazwiska głównego kandydata i "włodarzami" od nazwiska jednego z głównych opozycjonistów) rywalizowały ze sobą w próbach przekabacenia kolejnych ludzi na swoją stronę. Zwłaszcza, że było o kogo walczyć. Wielu podobnych mnie ludzi znalazło się w tyglu regularnej wojny, w centrum wydarzeń o których nie mieli wcześniej zielonego pojęcia. Ludzi, którzy często nie za bardzo wiedzieli na kogo głosować. Obóz "szlachecki" promując swego znanego powszechnie z mediów kandydata (notabene przykładnego chyba katolika, bo ojca aż ośmiorga dzieci) składał na prawo i lewo różnego rodzaju obietnice. Obóz drugi, mając kandydata z piekielnie brzmiącym nazwiskiem i niewielkie nadzieje na wygrane, nie poddawał się kombinując jakby tu może zerwać obrady...

 

Wybory odbyły się późnym wieczorem po dogrywce, którą wygrał (chyba przy udziale mocy nieczystych) kandydat ugrupowania drugiego, zaznaczając w swym krótkim przemówieniu chęć zerwania z dotychczasowym "ładem" panującym dotychczas w OIL (obecnie Okręgowej Radzie Lekarskiej) w Warszawie. Później były jeszcze kolejne wybory (na Okręgowego Orzecznika Odpowiedzialności Lekarskiej, jego zastępców, na członków ORL, członków Okręgowego Sądu Lekarskiego, członków Okręgowej Komisji Rewizyjnej, członków Okręgowej Komisji Wyborczej i delegatów na Krajowy Zjazd Lekarzy). Wszystko to poprzedzone prezentacją kandydatów, pytaniami, odpowiedziami, zarzutami, ich odpieraniami, sporami, kłótniami i innymi "przedłużaczami". Dzień pierwszy zjazdu skończył się tuż przed północą! Nieżywy, po 16 godzinach "pracy", mogłem wrócić do domu!

 

Smaczku całej tej opowieści dodaje fakt, że obrady odbywały się w dniach 12-13 grudnia (sobota i niedziela) w Centrum Konferencyjnym Wojska Polskiego - w miejscu, z którego w 1981 roku (w nocy z soboty na niedzielę) został ogłoszony stan wojenny w Polsce. Jadąc już grubo po północy samochodem w kierunku domu (notabene według załączników zjazdowych zawierających między innymi dane adresowe uczestników powinienem udać się chyba do gabinetu prezydenta RP!) zastanawiałem się czy ta zbieżność dat będzie dobrą, czy złą monetą dla nowopowstałych władz samorządu lekarskiego, a tym samym nas lekarzy. Martwi mnie to jako delegata (niestety) na mający się odbyć w styczniu zjazd krajowy...

 

Stąd odpowiedni będzie na dobranoc kawałek Midnight Oil :)))

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 4 , zobacz komentarze

influenza?

2009-12-10 00:19:55

Poczuwszy się nieco lepiej zapakowałem zwłoki do samochodu i obrawszy azymut na pracę pojechałem tamże, by w końcu wykonać test na grypę. Poprzednia moja wizyta w tej kwestii zakończyła się bowiem fiaskiem kompletnym - dostępność przesiewowych testów grypowych jest w "dniach świątecznych" żadna! Żadna dla personelu, a w dniach roboczych także dla pacjentów, bowiem w swej wielkości dyrekcja zakupiła je tylko dla osób zatrudnionych w szpitalu. Dziwne, ale z drugiej strony patrząc na skuteczność testów w wykrywaniu wirusa, to nie ma po co się ładować w koszty...

 

W każdym razie przyjechałem, wykonałem wszystkie czynności zgodnie z instrukcją (a przez przypadek dodatkowo pod nadzorem Przenitka) i odczytałem: test wykonany prawidłowo, nie stwierdza się infekcji wirusem grypy A, nie stwierdza się infekcji wirusem grypy B (Przenitek podejrzewał ewentualnie ciążę). He, he, he! Trudno, żeby po terapii Tamiflu miało cokolwiek wyjść :) Test bardziej dla rodziny, niż dla siebie - po objawach sądząc była to grypa lub grypa to była (i tego zdania będę się trzymał). Podobno mogłem sobie także wykonać specjalistyczny test w kierunku grypy A/H1N1. Warunkiem jednak była hospitalizacja, na co zgodzić się nie chciałem :)

 

No dobra - wynik testu ujemny. I co dalej? Przyznać się, że symulowałem? W sumie po kąpieli, ogoleniu zarostu i zapodaniu zapachu nie wyglądałem źle. Nikt patrząc na mnie nie da wiary, że jestem chory. I wydaje mi się, że patrzono na mnie z lekka krzywym wzrokiem. Trudno. Choć jest o niebo lepiej, to czuję się nadal niepewnie. Przeraża mnie jedno - słabość, słabość, słabość... Ile jeszcze czasu minie, by siły witalne całkowicie wróciły do normy? Mam jeszcze kilka dni na rekonwalescencję (szefostwo szafowało nawet tygodniem), więc mam nadzieję że się do końca wykuruję...

 

Zwłaszcza, że są na tym świecie ludzie poważniej chorzy. Nie tylko na ciele...

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 6 , zobacz komentarze

lepiej...

2009-12-07 21:50:42

...powinno mi być po tych kilku dniach na "chorobowym". Ale wcale tak nie jest. 

 

Obstawiony jestem baterią leków, które łykam systematycznie (jako podstawa kapsułki Oseltamivirum, jako dodatek tabletki z Dexbrompheniramini maleas+Pseudoephedrini sulfas, jako wspomaganie drażetki z Acidum ascorbicum+Rutosidum, obrzydliwe Fusafunginum, syropek z Guaifenesinum, płukanka do gardła z Natrii benzoas+Natrii tetraboras+Mentholum, okresowo niestety było w użyciu Ibuprofenum). Stosuję nazewnictwo międzynarodowe by nie być posądzonym o kryptoreklamę:))) 

A tak poza tym ciekawie byłoby poruszać się wśród leków w ten właśnie sposób. Nazwa międzynarodowa na receptę, a o preparat niech martwi się farmaceuta. Ileż zarzutów wobec lekarzy nie miałoby uzasadnienia...

 

Tak, czy siak pomimo leczenia nie jest lepiej. No może nie do końca, spojrzawszy na to obiektywnie to nie mam już gorączki (obecnie termometr ledwie dobija 34 stopni Celsjusza), gardło przestało nieco boleć, chrypka z rana i z wieczora jest (ale nie barytonowo-basowa), mięśnie, głowa i skóra już nie bolą. Właściwie powinienem się cieszyć - prawie zdrowy. "Prawie" niestety robi różnicę. Bowiem przejście do kuchni, zrobienie herbaty i powrót do sypialni powodują wystąpienie lekkiej zadyszki i oblanie się potem tak intensywnie, jakbym przebiegł maraton a nie przeszedł te parę metrów. Słabo, słabo, słabo...

Dawno mnie taka franca nie dorwała. Powiem jeszcze inaczej - nigdy mnie taka franca nie dorwała. Choroba zwykle nie stanowiła problemu. Gorączka, kaszel, chrypa, czy uczucie rozbicia - ileż to razy bywałem w pracy z takimi objawami. Ileż razy z takimi objawami dyżurowałem! Nie zliczę. 

Teraz jednak "świństwo" jakieś "grypowe" mnie dorwać musiało. Muszę zrobić sobie test na A/H1N1. Brat Wacław ma załatwić, więc jak się trochę lepiej poczuję to sobie zrobię. Tylko czy warto? Po przechorowaniu? Chyba, że dla wiadomości otoczenia. Jak ktoś będzie leżał i kwiczał (jak ja niedawno) to testu już nie trzeba będzie robić :)))

 

Na dobranoc coś bardziej ambitnego niż Szymon Wydra i Kenny G.

 

 

Miło, że martwią się o mnie znajomi. I szefostwo też!!! Telefony (nawet te budzące z drzemki) dają dodatkowy zastrzyk energii. I chce się już wracać do pracy. Ale jakby to powiedzieli sąsiedzi zza wschodniej granicy - У меня нет сил !!!

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 3 , zobacz komentarze

horyzontalnie

2009-12-06 00:02:48

Świat z pozycji leżącej nie wygląda tak fajnie jak na stojaka. Teraz wiem, dlaczego człowiek starał się wyprostować. Po kilkudziesięciu godzinach spędzonych w łóżku współczuję tym wszystkim, którzy są skazani na ciągłe leżenie. Bowiem wszystkie gnaty (a zwłaszcza kręgosłup i lędźwie) bolą mnie od "nietypowej" jak dla mnie pozycji. Lub bolą mnie, bo tak ma być. Przyzwyczajony do "szybkiego" snu (4-5 godzin/dobę), teraz - spędziwszy niemalże dwie doby w łóżku nie mogę już znaleźć wygodnego ułożenia. A wszystko to właściwie bez przymusu, choć jestem tak osłabiony, że dwie godziny aktywności przeplecione są czterema snu. Dorwała mnie niezła cholera! Jestem dość twardy facet i byle gorączka, kaszel, czy złe samopoczucie nie powodowały pracowniczej absencji, a tym bardziej nie zaganiały mnie do wyrka. Tym razem jednak mój stan fizyczny pogarszał się niemalże z minuty na minutę. Na dodatek ma latorośl także chora. Ale chyba jakieś inne "świństwo" bo dziś jest w rewelacyjnej formie, w przeciwieństwie do mnie. Zastanawiam się, czy jednak wiek nie odgrywa tu jakiejś roli?!

 

Zatem: ból wszystkich członków, skóry i włosów (można by go niemalże sprowadzić do ZBCC), ogólne rozbicie, ból gardła, gorączka do 39 stopni, krótki oddech, no i chrypka. Ta ostatnia z tendencją do falowania - rano i wieczorem mógłbym śmiało podkładać głos za Himilsbacha. I nietypowa jak dla mnie słabość. Niewielkie czynności powodują od razu chęć odpoczynku (czytaj snu). Dziś z rana poczułem się nieco lepiej i zmusiłem się do pojechania do pracy, by jakieś badanka zrobić, fotkę strzelić, pokazać gardło laryngologowi. Zajęło mi to wszystko w sumie może 1,5 godziny (całe szczęście na razie poza wysokim CRP, objawami zapalenia gardła i krtani nic złego się nie dzieje), ale wróciwszy do domu od razu ległem w wyrku przesypiając kolejne trzy godziny. Słabo, słabo, słabo. Ciekawe jak długo mnie będzie trzymało...

 

Ale wróciwszy do leżenia w łóżku i tak zwanego "wypoczynku". Ma to swoje i dobre strony. W fazie aktywnej można nadrobić zaległości filmowe i literackie. Przeczytałem kilka starych numerów "Newsweeka" i "Science Fiction", przejrzałem prasę kobiecą - kolorową (a jakże, żona czasem kupuje - "Gala", "Viva", "Twój Styl" - nie wiem, czy nie mają tego samego wydawcy, bo wszędzie to samo), obejrzałem także dwa dobre, choć wiekowe już filmy.

Pierwszy z nich to "Dwunastu gniewnych ludzi". Nakręcony w 1957 roku czarno-biały film z Henrym Fondą jako tym wkładającym kij w mrowisko. Mimo, że nakręcony w jednym pomieszczeniu, to majstersztyk w każdym calu. Genialna pod względem prostoty fabuła, a napięcie narastające zupełnie jak u Hitchcocka. A koniec? Hm. Ja nie jestem pewien. I chyba o to w tym filmie chodzi. Nie przesądzaj sprawy, jeżeli masz jakiekolwiek wątpliwości...  

Drugi to "Łowca jeleni" Michaela Cimino (1978) z genialną aktorską obsadą - Robertem de Niro, Christopherem Walkenem, Johnem Savage i Meryl Streep. Film tak naprawdę psychologiczny, nie wojenny. Tak jak "Czas apokalipsy" Coppoli. Oczywiście pokazana jest i sama wojna, jej okrucieństwo. Ale najbardziej przerażające jest przedstawienie zmian, jakie mogą się dokonać w ludzkiej psychice pod wpływem stresujących (w tym przypadku wojennych) przeżyć. Nawet u tych, wydawać by się mogło najmocniejszych psychicznie...

 

Na dobranoc temat z filmu w wykonaniu The Shadows:

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka , varia | Komentarze 5 , zobacz komentarze