Archiwum: Listopad 2009


scrabble

2009-11-29 01:07:19

Pomimo natłoku prac wszelakich i ustawicznego braku czasu na cokolwiek, zwłaszcza związanego z tak zwanym odpoczynkiem, udało mi się (wspólnie z równie zapracowaną małżonką) oderwać od zajęć przyziemnych i zasiąść przy stole w celu bynajmniej nie konsumpcyjnym. Otóż, po raz pierwszy od nie wiem jakiego czasu, usiedliśmy do partyjki Scrabble. Wiem, że "wolny czas" można spożytkować zupełnie inaczej niż siedzenie nad planszą z literami, ale czasem i taka rozrywka (w moim mniemaniu wybitnie pobudzająco-relaksacyjna), jest bardzo przydatna w oderwaniu się od trosk życia codziennego. Co prawda rozgrywka ciągnie się w iście szachowym tempie (przynajmniej w naszym wykonaniu), ale sprzyja to jedynie możliwości rzucenia okiem w kierunku telewizora, posłuchania muzyki, czy też wspólnej konwersacji - co wydaje mi się rzeczą równie ważną jak jedzenie, spanie, czy praca.

 

Zatem udało nam się rozegrać partyjkę Scrabble. Ma żonka, kiedyś dość łatwy do pokonania przeciwnik, obecnie okazuje się być coraz bardziej wymagającym zawodnikiem. Oczywiście łut szczęścia jest potrzebny w każdej grze, ale poza nim trzeba czasem nieźle pogłówkować, by z wylosowanych przez siebie liter sklecić jakikolwiek wyraz. Albo mnie idzie coraz gorzej (starość?), albo jej coraz lepiej (druga młodość?). W każdym razie rozgrywka od początku toczyła się niemalże pod dyktando mej połowicy.

Jako, że w trakcie losowania wyjąłem z woreczka literę, która pojawia się wcześniej w alfabecie, do mnie należał pierwszy ruch. Słówko ZDAJE - to wszystko co było mnie stać na sam początek. Żonka odpowiedziała na to niewinnie brzmiącym słowem NIEWINNE, uzyskując już na samym starcie niezłą przewagę punktową. ZDAJECIE sobie sprawę, że nie nastroiło mnie to optymistycznie co do końcowego efektu rozgrywki. Pomimo stawania na GŁOWIE przejawiającego się między innymi GAMĄ tricków i TONAMI różnych słów, przewaga topniała dość powoli. Całe szczęście nie musiałem SETONAMI zbierać potu, który pojawił się na CZOLE podczas wytężonego wysiłku umysłowego. ŹLE się dzieje - dostaję NIEŹLE w KOŚĆ. A godzina była już późna - gdyby było LATO, niejedna ĆMA przyleciałaby zapewne zobaczyć nasz pojedynek. Całe szczęście (dla mnie), pod koniec zabawy sprzyjający do tej pory mej żonce LOS, uśmiechnął się TAKŻE do mnie i wyłożywszy na planszy słowo NOC (zabawny zbieg okoliczności) wygrałem rozgrywkę 2 (słownie dwoma!) punktami.

Szkoda, że tak rzadko mamy czas na takie zabawy. Jesteśmy albo za bardzo zmęczeni, albo za bardzo zagonieni. A czas ucieka bezpowrotnie...

 

Na dobranoc zapuszczę filmik, który przypomniał mi się, gdy byłem ze swą latoroślą w Cinema City, gdzie zakupiliśmy popcorn i colę w zestawie (obecnie w promocji filmu "Odlot") z taką szklaną zabaweczką wypełnioną wodą. Przy potrząśnięciu, pływające wewnątrz drobiny kotłują się przypominając latające malutkie baloniki. A skoro zima za pasem, to nie balony a śnieg. I Bobby McFerrin :)))

 

  

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 4 , zobacz komentarze

what a wonderful world...

2009-11-26 00:01:16

Ostatnie moje posty trąciły trochę depresyjno-melancholijną nutą. Bo życie niestety pisze scenariusze, do których grafomania "autorów popularnych seriali" się nie umywa.

I nie chodzi mi tylko o niedawną śmierć mego kuzyna, bo jest on tylko jedną z ogromnej rzeszy ofiar wypadków drogowych. Tylko w Polsce ginie w nich ponad 5 tysięcy osób rocznie. W skali światowej jest to już 1200000 (tak, nie mylę się, słownie: jeden milion dwieście tysięcy) zgonów, a liczba osób które odniosły w trakcie wypadku obrażenia zbliża się do 50 milionów.

Ale nie chcę znów o śmierci. Bowiem przemyślenia ostatnich dni przeprowadziły mnie od MEMENTO MORI przez FORTUNA CAECA EST i VIVE MEMOR, QUAM SIS AEVI BREVIS do CARPE DIEM. A jak żyć chwilą, to tylko wtedy gdy uzna się że świat wokół nie jest zły. I choć w życiu piękne są tylko chwile jak stara się przekonać Rysiek Riedel, to zaraz dodaje, że "dlatego czasem warto żyć!", bo tak naprawdę "życie to ja i ty, ten ptak, to drzewo i kwiat"... 

 

 

I choć powyższa muza to tylko cover z saksofonem w tle, to przesłanie Louisa Armstronga jest proste jak tekst, którym jest napisane. I jak się tak przyjrzeć bliżej słowom, to jasno widać że: "życie to ja i ty, ten ptak, to drzewo i kwiat"...

 

"I see trees of green, red roses too 
I see them bloom for me and you 
And I think to myself, what a wonderful world 

I see skies of blue and clouds of white 
The bright blessed day, the dark sacred night 
And I think to myself, what a wonderful world 

The colours of the rainbow, so pretty in the sky 
Are also on the faces of people going by 
I see friends shakin’ hands, sayin’ "How do you do?" 
They’re really saying "I love you" 

I hear babies cryin’, I watch them grow 
They’ll learn much more than I’ll ever know 
And I think to myself, what a wonderful world 
Yes, I think to myself, what a wonderful world" 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 4 , zobacz komentarze

carpe diem

2009-11-22 22:32:46

Wydarzenia takie jak chociażby wczorajsze zmusza człowieka do refleksji. Ogólnie pojętej refleksji, choć ta związana z sensem życia wysuwa się na plan pierwszy.

Spotkanie z rodziną także zmusza do refleksji. Często są to osoby dawno nie widziane (zwłaszcza z tzw dalszej rodziny), czasem są to osoby z którymi z jakichś tam powodów (często pokoleniowej zapyziałości) nie chcieliśmy się spotykać, a czasem wręcz ich unikaliśmy.

 

Śmierć nie jest dla mnie czymś obcym. Jest wpisana w zawód, który wykonuję. Nieuleczalnie chore osoby stanowią czasem 1/3 ogólnej liczby pacjentów oddziału, w którym pracuję - tak niestety wygląda większość oddziałów internistycznych w Polsce - więc zgon pacjenta, zwłaszcza z chorobą, która nie poddaje się leczeniu, nie jest czymś niespodziewanym. I my (jako lekarze) przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Z boku może się to wydawać "znieczulicą", ale inaczej się nie da. Gdybyśmy każdą śmierć pacjenta przeżywali tak jak zgon osoby bliskiej, nasz umysł chyba w krótkim czasie doprowadziłby nas do obłędu. Jest to poniekąd pewien rodzaj testu, sprawdzający czy ktoś się nadaje do zawodu, czy nie. Zwłaszcza do pracy w oddziale szpitalnym.

Ale nie o tym chciałem. Śmierć nie jest mi obca. Śmierć w wydaniu szpitalnym. Stare, często nieuleczalnie chore osoby - ich zgon jest często "wybawieniem" od ziemskich cierpień. Przynosi ulgę i samym chorym, często też ich rodzinom. Jest to śmierć niechciana, ale w jakiś sposób "oczekiwana".

Śmierć w wydaniu "nieoczekiwanym" jest ciosem, który niejednego już powalił - niedawny przykład bramkarza reprezentacji Niemiec Roberta Enke, który straciwszy córkę, będąc pomimo terapii w ciągłej depresji po jej śmierci, popełnił samobójstwo w trzy lata po zgonie tejże ukochanej córki, bo nie mógł się z tą "nieoczekiwaną" stratą pogodzić.

 

Stąd moje przemyślenia co do życia ziemskiego: CARPE DIEM, CARPE DIEM, CARPE DIEM. 

 

Po trzykroć, po jego wielokrotność i jeszcze więcej. Trzeba wyrwać z życia co tylko się da, bo każda minuta tak naprawdę jest nam darowana. I - to najbardziej sprawiedliwa strona życia - MEMENTO MORI, więc postępuj tak wobec Innych, jakbyś chciał żeby Inni postępowali wobec Ciebie. A może się wtedy okazać, że szacunek wobec Twojej osoby przełoży się na liczbę osób na Twym pogrzebie.

 

 

CARPE DIEM bo MEMENTO MORI. Właściwie staram się tak postępować od dawna. Ale wydarzenia takie jak wczorajsze jeszcze bardziej mnie do tego skłaniają :)

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

one dog and a funeral

2009-11-22 00:14:06

Pogrzeb. Jako forma pożegnania ze zmarłą osobą i poniekąd wyraz szacunku dla "ziemskiej cielesności" tegoż zmarłego nakłada na nas obowiązek stawienia się na obrządku pochówku. Obowiązek stawienia się... Chyba tak to trzeba nazwać, bo nie jest to przyjemna (zwłaszcza dla rodziny zmarłego) chwila. A i dla nie-rodziny chyba także (nie licząc wrogów). Nie spotkałem do tej pory osoby oficjalnie przyznającej się do czerpania przyjemności w chodzeniu na pogrzeby (choć zapewne psychiatrzy takowe przypadki mają opisane). Sam nie znoszę tego obrządku. Z kilku powodów...

 

Po pierwsze - zdarzało mi się bywać na pogrzebach osób z rodziny, a więc z założenia bliskich. Już sam fakt utraty bliskiej osoby nie jest przyjemny, a co dopiero ujrzenie w "realu" składania doczesnych szczątków bliźniego w jakiejś dziurze wykopanej w ziemi.

 

Po drugie - "spacer" za trumną (bądź urną) w kierunku ostatecznego miejsca złożenia ciała w towarzystwie żałobników w niczym nie przypomina spaceru (nawet w tym samym towarzystwie) odbytego po parku w celach rekreacyjnych, choć niektóre cmentarze mogą poszczycić się przepięknym drzewostanem.

 

Po trzecie - często nad mogiłą lub jeszcze w kościele (bo w przeważającej większości bywałem na pogrzebach odprawianych w obrządku katolickim) wygłaszane są wspominki o "ziemskich dokonaniach" nieboszczyka. Niejednokrotnie człowiek dopiero nad grobem dowiaduje się ile dobra, to znaczy dobrych uczynków (lub też niekoniecznie) uczynił zmarły. To wydaje się być całkiem mierzalne - liczbą osób na pogrzebie. 

 

Po czwarte - raczej staram się być twardy i nie wzruszać zanadto. Ale! Dźwięk pierwszych grud ziemi odbijających się od drewna złożonej w grobie trumny jest tak niesamowicie "kończący", że nagła świadomość tegoż końca na ziemskim łez padole przytłacza swą emocjonalnością i niestety powoduje nagłą wilgoć w oczach. Podobnie jest, przynajmniej w przypadku mojej osoby, z nagle słyszanym dźwiękiem trąbki (lub innego instrumentu, co stało się bardzo modnym zwyczajem w trakcie pochówku). Jako osoba, której słoń na ucho nie nadepnął, czuły jestem na dźwięki muzyki, a że utworem zwykle zapodanym na pogrzebie jest "Cisza", powoduje to zwykle u mnie dreszcz i gęsią skórkę na całym ciele.

 

Po piąte - stypa, konsolacja, czy też "uczta pogrzebowa". Przyjęcie podczas którego wszyscy (poza starymi ciotkami) omijają szerokim łukiem temat zmarłego, by nie sprawić przykrości jego najbliższym w ramach podziękowania za możliwość bycia na tejże konsolacji. Bowiem taka stypa, to jest z kolei wyraz szacunku rodziny dla osób związanych ze zmarłym (rodzina przede wszystkim, ale i znajomi, czasem sąsiedzi, kochanki i inne persony). Zwykle na takim przyjęciu bywają najbliżsi (choć raz jeden konsolacja mogłaby konkurować z niejednym weselem - specjalnie nie liczyłem, ale jakieś 100 - 150 osób było), zwykle są dania ciepłe (znaczy się obiad), zwykle kawa, herbata i ciasto (znaczy się deser), ale czasem jest i alkohol, który w niejednym przypadku leje się strumieniami (oczywiście dla pamięci zmarłego). Czasem brakuje tylko muzyki do tańca...

 

A powodem tego całego zamieszania w dniu dzisiejszym (cholera - już wczorajszym) był zabłąkany pies, który wybiegł na jezdnię. Reszta potoczyła się błyskawicznie. Próba ominięcia zwierzaka. Wjazd na przeciwległy pas ruchu. Czołowe zderzenie. Śmierć... No i niestety ostatnia droga na cmentarz...

 

Ale, jakby zapewne tragicznie zmarły, notabene kapitan miejscowego zespołu piłki nożnej, powiedział: The Show Must Go On!

Życie toczy się dalej, tylko czasem ciężko bez tych, którzy odeszli do Krainy Wiecznych Łowów.

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 2 , zobacz komentarze

telefony...

2009-11-19 23:54:16

Telefon komórkowy to urządzenie już tak bardzo przypisane do nas samych, że nie wyobrażamy sobie bez niego życia. Zupełnie jak życia bez zegarka. Jak i bez codziennych "luksusów" - elektryczności, bieżącej wody i gazu. Czujemy się bez popularnej "komóry" jak bez ręki. Zwłaszcza, że urządzonka te poza spełnieniem banalnej funkcji komunikacyjnej stały się nośnikami "pamięci zewnętrznej". I nie chodzi mi o zwykłe "zapamiętanie" setek numerów telefonów w jego pamięci (choć ich odtwarzanie w przypadku awarii telefonu jest małym koszmarkiem - znam to z autopsji), lecz różne inne możliwości jakie dała nam obecna wiedza techniczna. Nie dość, że możemy surfować po internecie (co od biedy można by podciągnąć pod szeroko pojętą komunikację), to jeszcze ustalimy poprzez GPS obecne nasze położenie i (jeśli oczywiście tylko tego zapragniemy) najprostszą drogę do, dajmy na to, Bandundu (miasto w Demokratycznej Republice Konga). Ustalimy także aktualną pogodę w miejscu obecnego bytowania i tymże Bandundu (gdybyśmy tylko chcieli). Nie mówiąc już o tak banalnych funkcjach jak radio, kamera fotograficzna, gry, czy dyktafon, które są właściwie "standardem" dla każdego telefonu komórkowego. Oczywiście są i funkcje bardziej codziennej użyteczności -  budzik, kalendarz, lista spraw do załatwienia, notatki i przypomnienia - bez których trudno jest właściwie funkcjonować. Takie małe, podręczne i przenośne centrum dowodzenia.

 

Nie chcę rozwodzić się nad możliwościami obecnych telefonów komórkowych. Za niedługo będziemy mieli prawdopodobnie powszczepiane pod skórę "chipy", które podłączone do wszystkich nerwów umożliwią nam odbiór wiadomości przez mrugnięcie powieką a "rozmowę telefoniczną" przez nastroszenie uszu. Właściwie nie będą to zwykłe rozmowy telefoniczne, co połączenia wizualne z wyświetlaniem twarzy osoby rozmawiającej na siatkówce naszego oka. Do wyboru będziemy mieć tylko - lewe, czy prawe.

 

Jakoś jestem rozkojarzony. Miałem napisać o zwykłych rozmowach telefonicznych, a jeszcze się do tego nie zabrałem. Chyba to efekt zbyt dużej liczby godzin spędzonych w szpitalu i narażenia na grasujące w powietrzu infekcje. Grypa, inna (świńska) grypa, infekcje grypopodobne i infekcje zupełnie do grypy niepodobne. Tłum osób w Izbie Przyjęć z różnie wyrażona infekcją wirusową zaczyna być uciążliwy nie tylko dla dyżurujących lekarzy. Bowiem na dwóch "zainfekowanych" przypadała raptem jedna osoba z dolegliwością stanowiąca bardziej istotny problem zdrowotny. Ale temat jest - media mają na czym poużywać, wielu dziennikarzy jest zaangażowanych, przejętych i szukających (czytaj - tropiących) sensacji.

Cholera! Znowu jakaś dygresja! Może na sali jest lekarz?! Czy to nie aby jeden z objawów grypy A/H1N1?!

 

Teraz o telefonach. A właściwie samych rozmowach telefonicznych. Zwykle jest tak, że nikt nie dzwoni przez długi czas. Ale zdarzają się dni takie, że niemalże nie zdąży człowiek zakończyć jednej rozmowy, a już zaczyna następną. A dźwięk dzwonka telefonu staje się nieznośny. Tak miałem przedwczoraj. Dzień, który tylko z nazwy był dla nie wolnym (bo opieka nad chorym dzieckiem nie należy do przyjemności). Dzwonili nie tylko koledzy z pracy (Pani Beata - sekretarka naszego oddziału też), ale także Mumina (będąca w takiej samej sytuacji dziecięco-zdrowotnej jak ja), przypomniały sobie tego dnia o mnie aż dwa banki (jeden z nich znam), dwie redakcje czasopism medycznych, oczywiście sama Era (z kolejną "wspaniałą" według ich mniemania ofertą dodatkowego miliona minut połączeń, czy innym jakimś wynalazkiem), dzwonił dawno niesłyszany kumpel, moja Rodzicielka, żona kilkanaście lub kilkadziesiąt razy (!), a pod wieczór nawet szef. Nagadałem się (i nasłuchałem) jak nigdy w życiu. Po prostu dzień rozmów telefonicznych! A syn, rzadko uszczęśliwiany przez całodniową obecność ojca w domu, w ramach tego szczęścia uwiesił się u nogi i, uniemożliwiając swobodną rozmowę, ciągnął do zabawy, czytania, grania, przytulania i tysiąca innych rzeczy wartych do nadrobienia w tym dniu! 

 

Nie potrafię zbyt długo gadać przez telefon. Służy mi do przekazywania krótkich, konkretnych i zwięzłych informacji. Wolę jednak widzieć człowieka z którym rozmawiam. Niektórych się jednak nie zobaczy.

Wczoraj otrzymałem informację o śmierci kuzyna. Telefonicznie. Była zwięzła i krótka...  

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 2 , zobacz komentarze

matrix

2009-11-14 23:37:40

Jakiż inny tytuł mógłby przyjść mi do głowy jako temat kolejnego postu?! Jedynie "Dzień świstaka" :)))))

 

Będąc po jakże emocjonującym dyżurze w dniu wczorajszym szykuję się już na następny, który ma być jutro. Taki długi (bo aż dwuodcinkowy) film pod nazwą wielka medyczna przygoda. Lub kolejny, niestety podobny do innych, dzień z życia lekarza szpitalnego. 

Niby nie było tak strasznie jak być potrafi i nawet mogłem spokojnie przyłożyć głowę do poduszki na całe 4 (słownie cztery) godziny, ale oczywiście całość musiała zostać zakłócona "drobnymi" incydentami, które niestety pozostawiły niesmak, przy całkiem miłym wspomnieniu reszty dyżuru.

Wiem, lub mam przynajmniej taką nadzieję (bo przysłowia przecież mówią coś innego), że wszyscy mamy na uwadze dobro swojej rodziny, zwłaszcza tej najbliższej. Wiem, że czasem trudno spojrzeć na innych (czytaj cały personel medyczny) miłym okiem, zwłaszcza gdy stan bliskiej osoby nie ulega poprawie. Wiem i rozumiem, że wszystko to wynika z emocji, które trudne są czasem do opanowania. Wiem, dlatego staram się zrozumieć irracjonalne czasem wręcz zachowania rodzin pacjentów przebywających w oddziale.

Ale wszystkiego nie jestem w stanie zrozumieć, zwłaszcza ewidentnego chamstwa i pieniactwa. Otóż około godziny 21.30 pojawiła się w dniu wczorajszym córka jednej z pacjentek oddziału (notabene przebywająca w nim raptem kilka godzin), żądając od lekarza dyżurnego pełnego wglądu w dokumentację medyczną swej matki. Na odpowiedź, że wglądu do tejże dokumentacji mieć nie może (chyba, że napisze podanie do dyrekcji w tejże kwestii) i jedyne co, to może uzyskać informację o stanie zdrowia matki, "córeczka" powołując się na paragrafy Karty Praw Pacjenta próbowała lekarza zastraszyć. Całe szczęście, że był to doświadczony doktor, który nie lubi gdy się na niego krzyczy:) Podekscytowana "córeczka" zahaczywszy o Izbę Przyjęć i próbując wywrzeć podobny nacisk na moją osobę, usłyszała argumentacje identyczne jak lekarza oddziałowego, a nie znalazłszy u mnie zrozumienia, poszła do najwyższej władzy pełniącej tego dnia dyżur - znaczy się tak zwanego "szefa dyżuru". Z tego co wiem, to chyba także nic nie wskórała, słysząc powtarzaną przez kolejnego w tym dniu lekarza prośbę, o wystąpienie do dyrekcji z pismem o umożliwienie uzyskania pełnej dokumentacji medycznej. Oczywiście informacji na temat stanu zdrowia swej matki nie za bardzo chciała słyszeć. Zacietrzewiła się na dobre. Mam nadzieję, że pojawi się w poniedziałek u szefa! W sumie to jej współczuję :)

Druga sytuacja dotyczyła samej pacjentki (petentki, klientki, chorej?), która podała się za lekarza weterynarii. Otóż osoba ta (nie chcąc rozmawiać z nikim prócz lekarza!) stwierdziła, że ma 37,2 stopnie gorączki (?!) i jest w tak fatalnej formie, że nie ruszy się spod gabinetu ani na krok. W trakcie zbierania wywiadu podała wszystkie dane pasujące jak ulał do infekcji wirusowej. Możliwe, że i początek grypy, możliwe że i początek grypy "nowej" (A/H1N1, czyli innej, czyli "świńskiej")! W badaniu bez istotnych odchyleń, no może nieco zaczerwienione gardło. Kolejne pytanie zabiło mnie swą "przenikliwością" - jaką mam pewność, że to nie jest infekcja bakteryjna! CHOLERA! Jako weterynarz powinna przecież wiedzieć, że na wizus i badanie nikt nie jest w stanie tego rozpoznać! Ciekawe jak różnicuje takie detale u swoich "pacjentów" i co mówi ich opiekunom. Ale spokój całkowity (choć wewnątrz już się lekko zagotowałem). Chce pani czekać na badania, to proszę! Dwie godziny spędzić trzeba będzie pod drzwiami gabinetu. Minimum dwie godziny! Morfologia i CRP. Tyle powinno wystarczyć. I wystarczyło. Mnie na 100%, ale nie wiem jak pani "weterynarz", bo przecież odchyleń nie było żadnych. Tłumaczę, że leczenie objawowe, że leczona wirusowa infekcja trwa 7 dni, nieleczona tydzień, że chyba antybiotyk nie będzie potrzebny, a jam nie zwykły przepisywać antybiotyków profilaktycznie, i że nie dam jej odpowiedzi na pytanie jak będzie się czuła jutro i w poniedziałek. Nie jestem jasnowidzem, ale powinno być lepiej. No i terapia do domu: łóżeczko, odpoczynek, ciepła herbatka, malinki, witamina C, paracetamol, disophrol retard. Jak zna jakieś inne domowe sposoby na przeziębienie, to niech je zastosuje.

Do tej pory zastanawiam się czy lekarka, czy nie. Lecz bijąca po oczach bezczelność, opryskliwość i "pewność siebie" (w tym przypadku w złym tego słowa znaczeniu) może jedynie świadczyć o kiepskiej komunikacji i stosunkach z ludźmi. Może jednak weterynarz? 

 

No dobra. Na dziś koniec zrzędzenia. Jutro kolejny "Dzień Świstaka". A może jednak jutrzejszy dzień okaże się milszy niż wczorajszy? Tylko którą tabletkę dziś wybrać - czerwoną czy niebieską?

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 12 , zobacz komentarze

matrix: reaktywacja

2009-11-12 00:31:55

Jakoś tak się składa, że u mnie kolejność filmowej trylogii staje się odwrotna.

Tak jakoś się także składa, że dość rzadko bywam w rodzinnym mieście - jak policzę to w tym roku może ze cztery razy (choć ostatnie dwa w ciągu półtora miesiąca można by uznać za niezły wyczyn). Nie będę tłumaczył dlaczego, bo powodów dla których mógłbym tam bywać częściej jest tak dużo, że w końcu powinienem z któregoś skorzystać. A tak - wpadam jak wicher do Rodzicielki, narobię zamieszania, i już wracam do stolicy. Bo staram się Jej (znaczy się Rodzicielce) poświęcić jak najwięcej czasu, gdy już tylko dotrę do rodzinnego domu. Poza tym zwykle jest tyle spraw wymagających mej obecności do załatwienia, że czasu na nic więcej nie starcza. A szkoda, bo przez to wszystko niektórych znajomych nie widziałem dobre kilka lat. Dobrze, że choć słyszeć ich czasem w słuchawce telefonu się zdarzało. Ale rozmowa przez telefon, to nie to samo co zaparzenie gorącego napoju (głównie kawy fusiastej), siądnięcie wespół przy ławie i spożycie tegoż przygotowanego napoju (inne mile widziane także) w atmosferze rozmowy na jakże dawno nie poruszane wspólnie tematy...

 

Tym razem powód wizyty w rodzinnych pieleszach do miłych nie należał. Choroba u bliskich nie nastraja dobrze, mimo że jestem z tym problemem obyty (przecież mam z nią do czynienia na co dzień). Zbyt emocjonalnie podchodzimy do tego, gdy tyczy się to rodziny. Całe szczęście okazało się to być nic tak poważnego, jak się zdawało, choć w nocy podobno wizytę w domu złożyli koledzy z łódzkiego pogotowia.

Zbadałem, pogadałem, wypisałem, kupiłem i zaordynowałem. Chyba odbyło się to w innej kolejności. Grunt, że skutecznie i z dobrym efektem!

 

Spokojny mogłem ruszyć w drogę powrotną do stolicy (bo obowiązków parę w ten dzień wolny od pracy się zdarzyło). Postanowiłem jednak choć na krótką chwilę wstąpić do dawno niewidzianego znajomego. Ot tak. Impuls jakiś. Tak po prostu. Bez wcześniejszego powiadomienia, choć to podobno niegrzeczne? Do Kumpla, któremu kiedyś przecież takie powiadomienie nie było potrzebne :) I... nic się nie zmieniło. Oczywiście miałem szczęście zastać Go z całą jego rodzinką i psem (to nowy nabytek). Było bardzo, bardzo miło. Nie tylko On się ucieszył na mój widok, choć sądząc po hałasie wytwarzanym prze psisko to jemu (jej?) należałaby się palma pierwszeństwa w okazywaniu radości! Było jak dawniej. I kawę też wypiliśmy (niestety tylko kawę, bo przecież prowadziłem samochód). I porozmawialiśmy. I nie było drętwo. I... ustaliliśmy już termin spotkania nie tylko przy kawie! 

 

Mam nadzieję, że to tylko wierzchołek góry lodowej. Trzeba zmienić podejście do życia, przesterować preferencje. Za bardzo jesteśmy nastawieni na zdobywanie dóbr doczesnych i codzienny porządek (zwany szarzyzną) życia i nie doceniamy tego, co ucieka nam bezpowrotnie - wielu znajomości, koleżeństwa i przyjaźni. I oczywiście uciekających nam bezpowrotnie mile spędzonych w ich towarzystwie chwil.

Trzeba się zatem od czasu do czasu wypiąć z tej monotonnej codzienności i zreaktywować to co mamy jeszcze w pamięci. Bo niestety pamięć ludzka jest zawodna. A jak zacznie naprawdę szwankować, to człowiek przechodzi w matrix zupełnie bezbronny.

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 9 , zobacz komentarze

matrix: rewolucje

2009-11-11 00:39:51

Patrzcie, patrzcie. Człowiek raptem kilka dni nie wpinał się do blogowiska, a tu wyrosły posty i zdarzyły się rzeczy godne porównania z rewolucją jaką przyniosło Niemcom (a i Europie z Polską także) obalenie muru berlińskiego! Nota bene było to 20 lat temu... A 91 lat temu, kraj w którym żyjemy wyrwał się spod okupacji zaborców. Jak historia mówi na niezbyt długo, bo targany wichrami wojny wpadł ponownie w łapy jednego z nich, tym razem już przesiąkniętego przez komunizm. A wydarzenia w Stoczni Gdańskiej, powstanie Solidarności było miedzy innymi zaczynkiem do złączenia na stałe "dwóch" Berlinów.

 

Ale przecie, że nie o tym. Wszyscy znają te dzieje (mam nadzieję). Zatem wpiąłem się na blog i co czytam... I intruza jakiegoś siłą usuwano (jak to Trolla - beze mnie, miłośnika s-f?!), i pierwszy samodzielny dyżur się odbył (już nie pamiętam kiedy to było...), i wystartował projekt podróży w okolice równika (o tym wiem co nieco), i jakiś Zenek ma ochotę się do tego przypiąć (lub przypiąć się do kogoś), i przypomniano zapomniane już chyba obecnie metody leczenia psychiatrycznego (i chyba dobrze, że zapomniane i zaniechane).

 

I... dokonano wspomnień o ludziach, których już nie ma. Mocno napisane. Krótko i treściwie. Ale tak czasem trzeba. Dla siebie i dla innych. Taki matrix myślę. Tylko czemu często boli jak w realu? 

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 7 , zobacz komentarze

przemarsz wojsk, czyli Izba Przyjęć

2009-11-02 23:58:03

Lubię Brata Wacława. Fajny gość, choć dziś po weekendowej dyżurowej mordędze wyjechał ze szpitala dość wcześnie, stąd konieczność obsadzenia Izby Przyjęć. Niby nic nowego, ale z różnych powodów dziś niewiele osób mogło się w tym kierunku wykazać. Tak czy siak podzieliwszy w miarę sprawiedliwie godziny pracy jako pierwszy udałem się do tego jakże przez wszystkich ulubionego miejsca pracy. Dziś można by nazwać go najbardziej wysuniętym przyczółkiem wojennym. Bowiem najazd jaki sprawiło pogotowie, a i sami pacjenci także, przypominało trochę szpital polowy na pierwszej linii frontu.

Mój krótki (raptem około dwuipółgodzinny) pobyt w Izbie Przyjęć rozpoczął się od otrzymania do ręki wyników pacjentki przywiezionej do neurologa. Niby że przyjmują ją do oddziału bo krwawienie śródmózgowe, tylko skonsultować. Włosy mi się na głowie zjeżyły! Potas 6,7 mmol/l, kreatynina 10,8 mg/dl, mocznik 214 mg/dl. Niedokrwistość rzędu 8,4 g/dl hemoglobiny nie stanowiła tu jakiegoś istotnego problemu. STOP! chora wymaga zapewne pilnej dializy a i neurochirurg mógłby się co nieco wypowiedzieć w kwestii krwotoku. Wywozimy do najbliższego szpitala dysponującego oddziałem neurochirurgii i zapleczem dializacyjnym. Oczywiście że nie tak łatwo poszło, ale udało się (pomimo pewnych oporów - największych jak zwykle ze strony przewoźników).

Drugim pacjentem był znany powszechnie w naszym oddziale i ulubiony przez wszystkich osobnik ze zdekompensowaną cukrzycą, wtórną poalkoholową niedoczynnością przysadki i nadnerczy. Krótki rzut oka na stan, pomiar glikemii z palca (powyżej 400 mg/dl) i już wiadomo, że zostaje w szpitalu. Po raz n-ty. Zawsze z tym samym, zwykle nieprzestrzegający zalecanych zasad (także tych ograniczających spożycie).

Kobieta po zasłabnięciu w pracy. Wywiad: uraz głowy przed kilkoma dniami, narastające zawroty głowy i wymioty. Extra - jak zwykle do internisty. Na badania oczywiście zdrowa, Ekg prawidłowe, całe szczęście także bez zmian pourazowych głowy, ale kręgosłup szyjny prosty jakby połknęła kij od szczotki. Tak się też poruszała, bo ruchy głowy przyprawiały ją o nudności z wymiotami. Neurolog - czysto. Laryngolog - podejrzenie uszkodzenia błędnika w przebiegu urazu. Leki do domu, jak się nie poprawi to hospitalizacja (na laryngologii jak mniemam, ale kto wie?).

Kolejna pacjentka wwieziona do Izby Przyjęć - nieprzytomna. Rzekomo zabrana z domu pod hasłem stany gorączkowe. Ale w Izbie co prawda bez gorączki, ale odwodniona na wiór. Pewno gorączka była, ale żyjącą jeszcze babcią nikt w okres "święta zmarłych" nie miał czasu się zająć. Zatem pewnie niedojadła i niedopiła. W Ekg nic specjalnego. Zleciłem pobrać badania, podłączyłem płyny. Niestety, a może na moje szczęście wyniki badań przyszły już w okresie, gdy pracę w Izbie przejęła koleżanka. Włosy dęba po raz drugi. Co prawda kreatynina 4,6 mg/dl, ale mocznik 324 mg/dl a stężenie potasu 8,3 mmol/l. Kolejna (zapewne ostra) niewydolność nerek. Jak zwykle najwięcej czasu spędzono na telefonie i uzgadnianiu miejsca przyjęcia do stacji dializ. Znów udało się.   

Ja "załatwiłem" jeszcze parę drobnostek (oczywiście jakieś niespecyficzne bóle w klatce piersiowej, nadciśnienie tętnicze, ból brzucha), które okazały się być niczym poważnym i petenci poszli z kwitkami (obecnie już mamy druki samokopiujące!) do domu.

A na ostatek już tylko przez chwilę widziana przeze mnie młoda dziewczyna, w zaawansowanej dość ciąży, skarżąca się na bóle łydek i pogorszenie tolerancji wysiłku. Krótki rzut oka - także obrzęki tychże kończyn, choć w ciąży może przecież tak być. Zleciłem pobranie badań, które również pojawiły się jakiś czas później. Z relacji koleżanki wiem, że po uzyskaniu wyników badań padło istotne podejrzenie zatorowości płucnej. Młoda dziewczyna pojechała do tzw ośrodka referencyjnego celem dalszej diagnostyki i leczenia.

Jak na kilka godzin okołopołudniowych to niezły ruch i "ciekawe przypadki". Nie ma co. Fajny dalszy dyżur się zapowiada. Całe szczęście nie ja dziś bronię szpitala przed przemarszem wojsk.

Radość chwilowa, bowiem na nieszczęście jutro już ja będę tym głównym na straży. A bierze mnie jakaś infekcja, więc może być kiepsko pod względem fizycznym. Mam nadzieję, że nie umysłowym! Ale jak mówi przysłowie: co nas nie zabije, to nas wzmocni!   

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 4 , zobacz komentarze