carpe diem po raz nie wiem który...
2010-07-12 23:52:23
Wczorajszy dzień zmusił mnie do refleksji. Niby nic nowego - dla większości dzień wolny, dla lekarza szpitalnego często dzień pracy. Niby fajnie od rana, bo i korków w mieście nie było (niedziela i wakacje przecież...), zgłaszalność do SOR też jakby mniejsza w porównaniu z innymi dniami (myślę, że z tych samych powodów co brak korków na ulicach, no i remont przecież...). W oddziale te same problemy - głównie kręciło się dookoła posiłków, wypróżnień i odpoczynku (takie 3S - spożywanie, spanie i sra...) - czyli nic nowego. Jedynie upał niemiłosierny, z którym nawet "Sinobrody", znaczy się oddziałowy klimatyzator (notabene zakupiony ze wspólnej składki) nie za bardzo sobie radził, a i chorzy w związku z tym bardziej poddenerwowani, gorzej znoszący swą chorobę. Nic nowego - kolejna doba w pracy. No może jeszcze jedno odbiegało od normy - finał mistrzostw świata w piłce nożnej i mecz o złoto. Choć wynik był z góry wiadomy (przecież ośmiorniczka Paul przepowiedziała zjadając małże z koszyka opatrzonego hiszpańską flagą), to i tak miałem nadzieję, że uda się jakoś ten mecz obejrzeć, co niestety okazało się być płonną nadzieją - ilość interesantów w SOR nasiliła się właśnie podczas finałowego spotkania. Mogłem obejrzeć w spokoju jedynie ostatnie 20 minut piłkarskich zmagań, co i tak okazało się być najlepszym kawałkiem gry - wszak Hiszpanie strzelili wtedy bramkę na miarę mistrzostwa świata!
Ale, jak zwykle nie o tym miałem pisać. Refleksje. Nad życiem, jego wartością, kruchością i ulotnością. Co takiego mogło mnie do tego skłonić w tak senny i upalny dzień? Otóż czasem wystarczy jedno zdarzenie, informacja, uśmiech nieznanej osoby lub jej płacz. Wczoraj było wszystko wymieszane ze sobą na jednym talerzu:
Informacja - tragicznie zginął syn jednej z naszych rejestratorek w SOR. Młody facet - jakieś 35 lat, porażony prądem podczas użytkowania lub naprawy kompresora. Na domiar nieszczęścia stało się to w dniu jego urodzin...
Uśmiech - było całkiem sporo, zwłaszcza osób które nie musiały w szpitalu pozostawać...
Zdarzenie - reanimacja 21-letniego studenta medycyny. Do tej pory zdrowy, bez specjalnych nałogów. Przywieziony z pubu po utracie przytomności... Radość (przynajmniej moja ogromna) bo udało się go wyrwać ze szponów Kostuchy, ale co dalej... Widziałem dziś jego rodziców... Musiałem z nimi zamienić parę słów... Matka stwierdziła, że od urodzenia musiała o niego walczyć...
Płacz - łzy nie lały się strumieniami, ale widoczne były w oczach znajomych chłopaka, a przede wszystkim jego matki... No i wyobraziłem sobie łzy matki nieszczęśnika porażonego prądem...
Roztkliwiam się za bardzo. Starość nadchodzi, czy co? Chyba najwyższy czas zmienić zawód skoro takie rzeczy mnie ruszają. Powinienem być już uodporniony na tego typu zdarzenia, ale młody wiek obu ludzi naprawdę daje dużo do refleksji nad tym jak żyjemy...
I choć powtórzę się po raz nie wiem który, to dochodzę do jednego tylko wniosku - cieszmy się dniem, chwytajmy wydawać by się mogło ulotną chwilę, czerpmy z życia garściami ile się tylko da, bo nie wiadomo co nam przyniesie najbliższa przyszłość, nie wiadomo co nas czeka za rogiem...
Zatem zapuszczę teraz kawałek, który według mnie jest niezaprzeczalną pochwałą życia!
