powrót
2010-06-26 22:27:45
Powrót z urlopu...
Powroty nie zawsze są łatwe...
Zwłaszcza powroty do lat przeszłych...
Powrót do przeszłości, którą pamięć ma w szufladce - miłe...
Powrót do wspomnień które wydawały się być miłe, a w chwili obecnej zdezaktualizowały się zupełnie...
Mój powrót z urlopu przebiegał przez Bydgoszcz, Kutno i Łódź. Miasta jak każde inne w Polsce. Ale miasta, z którymi łączy mnie sentyment. Bydgoszcz, a właściwie Koronowo - miejsce, gdzie wiele godzin spędziłem na łajbie z kumplem obecnie mieszkającym w Bydgoszczy. Z kolegą, z którym wiele mnie łączy. I dobrego, i nie do końca dobrego. Miasto, w którym jestem witany jak przyjaciel. Kutno - miejsce, w którym ów znajomy mieszkał przez wiele lat, gdzie spotkałem się z przyjęciem jak dawno nie widziany "przyjaciel". Łódź - miasto rodzinne, które niestety okazało się najmniej przyjemną częścią podróży znad morza...
W związku ze zdrowiem rodzicielki zawitałem do instytucji, w której zdarzyło mi się pracować lat wiele. Instytucji, która wydawała się być najmilszą memu sercu. Instytucji, w której ludzie wydawali się być jak najbardziej życzliwi, mili i pomocni... Niestety życie i nieubłaganie mijający czas weryfikuje nasze wspomnienia...
Oddział w którym pracowałem jest nie o poznania. I nie tylko ze względu na trwający remont. Wśród pracujących lekarzy ostała się tylko jedna osoba (notabene myślałem że jest już na emeryturze), poza tym przybyło kilka postaci, z których jedną znam jeszcze ze studiów - w związku z czym nie ośmieliłem się wejść do pokoju lekarskiego - facet nie do końca normalny w moim odczuciu, wiec i spotkanie byłoby nie na miejscu...
Ale konieczność była spotkać się z ortopedami, których skład (o dziwo!) nie zmienił się zanadto. I choć lat minęło wiele, nie wydaje mi się by zmieniło się ich podejście do człowieka w jakikolwiek sposób - ot, taka przypadłość zabiegowców! Całe szczęście okazało się, że problemy rodzicielki nie mają nic wspólnego z chirurgią ortopedyczno-urazową! Ale wypisanie skierowania na rehabilitację już tak - żaden z moich dawnych "współpracowników" niestety nie pokwapił się, by wspomóc "kolegę" przystawieniem swej pieczątki na druku skierowania. Bo trzeba oficjalnie..., bo coś tam..., bo niestety..., bo ordynator... Bez komentarza!
Okazało się, że tak zwany "personel średni" o wiele więcej jest w stanie okazać sympatii, co "koledzy po fachu". Koniec końców udało mi się ustalić terminy rehabilitacji i paru innych rzeczy przy współpracy nieocenionych Pań - Wioli i Danusi, niż panów - krzysztofa, pawła, czy andrzeja. I tyle na temat wspomnień. Ci, których szanowałem, dawno się z tego szpitala wynieśli. I chyba dobrze, bo niestety ta instytucja schodzi na psy...
Tyle wspomnień z podróży znad morza. Reszta ze zdjęciami pewno za tydzień...
Ale w tzw. międzyczasie pewno coś napiszę - przecież reanimacja ze średnią półtora oddechu na dobę nie może być skuteczna :)))
