zajefajny dyżur
2010-05-20 22:31:00
Wczoraj spotkała mnie kolejna "wielka medyczna przygoda". Z gatunku tych "wielkich", w trakcie których człowiek zastanawia się dlaczego wybrał właśnie ten zawód.
Środa generalnie obfituje w same przyjemności - oprócz codziennych obowiązków dodatkowo w ten właśnie dzień "załatwiam" swoją część poradnianą. Oczywiście bardzo mi miło, że pacjenci przychodzą właśnie do mnie, że chcą wrócić na kolejny umówiony termin, że wypowiadają sympatyczne teksty pod moim adresem w trakcie wizyt, że starają się stosować do mych zaleceń (nie wszyscy oczywiście, ale jednak)... Ale. No właśnie, ale. Muszę się przyznać że urzędowanie w poradni to jedna z najmniej lubianych przeze mnie czynności. Wolę pracę w oddziale, wolę już nawet SOR, choć czasami mam go serdecznie dosyć
A propos wczorajszej mej bytności w SOR. Niby nic specjalnego się nie działo, ale dyżur zapadł mi w pamięć. Gdzieś koło południa zostałem poproszony na pomoc do, niemalże przygniecionego przez stertę kart SOR-owskich, niejakiego brata Wacława który z szaleństwem w oczach starał się rozładować tłum oczekujących przed gabinetem "petentów" Na domiar złego pacjent aktualnie wymagający natychmiastowej koronarografii zdecydował, że się na nią nie zdecyduje. Wielokrotnie zastanawiałem się jak to jest - ci naprawdę wymagający hospitalizacji często się na nią nie godzą, odmawiają też wykonania różnych specjalistycznych procedur (w tym przypadku była to koronarografia), natomiast osoby bez wyraźnych wskazań do udzielenia jakiejkolwiek pomocy starają się wymusić na lekarzu wykonanie wszelkich badań i przyjęcie do szpitala. Niesamowite, ale tak jest. Jak dla mnie konieczność hospitalizacji określa ciężkość stanu pacjenta lub powaga choroby z którą mam do czynienia. Błahostki powinny być leczone ambulatoryjnie, ale niestety w naszym kraju tak się nie dzieje. Trochę odbiegłem od tematu, ale związek jest. Wracając zatem do pacjenta, który postanowił nie zawracać nam głowy swoją chorobą - po kilkunastominutowej rozmowie z dokładnym wyjaśnieniem na czym polega zabieg, co w trakcie niego można uzyskać a czym grozi jego niewykonanie - chory zgodził się na przejazd do pracowni hemodynamiki i podpisał zgodę na koronarografię. Uff! Ale to dopiero połowa sukcesu. Druga runda to kolejne rozmowy, tym razem prowadzone za pośrednictwem wynalazku niejakiego Alexandra Grahama Bella, z kardiologami i przewoźnikiem. Zwykle ten etap "udzielania pomocy" zabiera najwięcej czasu i energii. W tak zwanym międzyczasie wypisuje się tysiąc "niezbędnych formularzy" i przystawia się jeszcze większą ilość pieczątek na tychże "koniecznych drukach medycznych". Hurra! Pacjent może jechać. Oczywiście w chwili gdy zjawi się po niego zespół pogotowiarski. A to, pomimo rzekomo używanych przez nich sygnałów świetlnych i dźwiękowych, potrafi trwać wieczność. Jeden, wymagający różnych czynności i procedur, "ciekawy" przypadek może zatem zająć lekarza na długie godziny. A co z całą rzeszą oczekujących na pomoc pod drzwiami?
To była jedynie koleżeńska pomoc. Moja "medyczna przygoda" miała się dopiero zacząć. Oczywiście dominowały porady typu wzrostu ciśnienia tętniczego, gorączki, bólu gardła, bólu placów, czy osłabienia. Kilka osób wszak trafiło do oddziału - zaostrzenie niewydolności serca, uogólniona reakcja uczuleniowa, ostre zapalenie trzustki... Jeden "przypadek" wymagał więcej niż tylko porady, czy prostego przyjęcia do szpitala. Jedna z "ulubionych" lekarek pogotowia przywiozła do SOR (oczywiście niezgodnie z rejonizacją - złośliwi powiedzą, że nie ma rejonów) młodą, zakażoną wirusem HIV i HCV narkomankę, dodatkowo w 4 stadium przewlekłej niewydolności nerek, z padaczką skroniową, po przebytej niedawno infekcji Clostridium difficile i Pseudomonas aeruginosa. Chora, nie muszę chyba mówić, w stanie daleko odbiegającym od dobrego - nieprzytomna (GCS 4-5), z gorączką 40,5 stopnia Celsjusza, glikemią mierzoną przez pogotowie 40 mg/dl, prawdopodobnie po nadużyciu benzodwuazepin - przywieziona do tutejszego OIOM, który od samego rana zgłaszał w cały świat brak miejsc! Rozmowa z lekarką pogotowia nie należała do najprzyjemniejszych, jednakowoż mam wrażenie że takie rozmowy nie do końca trafiają do jej świadomości, bowiem nie pierwszy raz miałem "przyjemność" wymienić z nią poglądy na temat celowości i zasadności przywozu pacjenta do SOR-u w którym pracuję. Pacjenci ci bowiem najczęściej wymagają pomocy ze strony specjalistycznych oddziałów, które nie figurują w spisie jednostek mojego szpitala, bądź (według słów tej lekarki) "zostali przywiezieni do najbliższej placówki medycznej". Nie mam siły na komentarz do tych sytuacji, a zdarzają się niestety w wykonaniu pani doktor nagminne. Wracając jednak do pacjentki. Gotowość do przyjęcia jej przez zespół OIOM była wielka, jednak stan pacjentów tamże przebywających nie za bardzo pozwalał na przenosiny gdziekolwiek. Cóż zatem dalej? Poza brakiem świadomości stan pacjentki był stabilny - wydolna oddechowo, krążeniowo, gorączka po przetoczeniu płynów i podaniu perfalganu zmniejszyła się do 38 stopni, glikemia uległa normalizacji. Z niejakim Głosem zza Ściany ustaliliśmy, że próba telefonicznej konsultacji z lekarzem Szpitala Chorób Zakaźnych (gdzie chora przebywała w lutym bieżącego roku) nie powinna zaszkodzić. Zatem znów trzeba się posłużyć wynalazkiem Bella. Znając me poprzednie doświadczenia w podobnych przypadkach spodziewałem się z drugiej strony prób wykręcenia się od problemu. I... tym razem pomyliłem się. Bardzo konkretna, rzeczowa i w dodatku miła rozmowa z dyżurną lekarką została sfinalizowana przekazaniem chorej do tamtejszej placówki (za co dziękuję w tym miejscu serdecznie). Oczywiście nie od razu - parę rzeczy w międzyczasie trzeba było wykluczyć. CT głowy czyste, wiec zaburzenia świadomości nie wynikały z krwawienia do OUN, RTG klatki piersiowej - bez zagęszczeń miąższowych, glikemia - jak już pisałem - uległa szybkiej normalizacji, parametry wydolności nerek (jak u osoby w 4 stadium niewydolności nerek) całkiem zadowalające (kreatynina 1,9 a mocznik 57 mg/dl), niewielka niedokrwistość mikrocytarna, bez zaburzeń elektrolitowych, bez cech infekcji układu moczowego. Co prawda obecność benzodwuazepin w moczu została potwierdzona (niestety tylko jakościowo, nie ilościowo), ale uprzedzałem o tym lekarkę ze Szpitala Chorób Zakaźnych. Tak więc po jakichś 2 godzinach (około pierwszej w nocy) chora trafiła do placówki, w której mogłaby się znaleźć dużo, dużo wcześniej.
Później było już spokojnie, co nie znaczy że odpoczywałem :)))
I choć jest cholernie ciężko, głównie ze względu na kompletny brak współpracy ze strony kolegów po fachu (choć wyjątki od reguły zdarzają się) i niestety ogólnie spotykany brak szacunku dla drugiego człowieka (wszak jesteśmy wszyscy traktowania jak służba - mamy to w swej nazwie), to jednak po krótkim wypoczynku dochodzę do wniosku, że nie mógłbym robić w życiu nic innego.
Może jednak za krótko spałem :)))
