eponimy
2010-05-12 00:28:38
Zastanawiałem się wielokrotnie nad ogromnym trudem, do jakiego zmuszani są adepci sztuki medycznej. Ilość wiedzy, która muszą posiąść jest ogromna. I na nieszczęście (lub jak kto woli na szczęście) nie kończy się na jednorazowym jej przyswojeniu. Jako że jest to jedna z bardziej dynamicznie rozwijających się dziedzin nauki, więc i obserwowany postęp zmusza już wykształconych medyków do poszerzania swych horyzontów naukowych. Nie chciałem jednak wychwalać (?) swego zawodu w tym względzie. Praktycznie rzecz biorąc niemalże wszystkie zawody w jakiś tam sposób podążają za rozwojem nauki. I w każdym niemalże zawodzie dokształcanie jest "conditio sine qua non" dobrego jego wykonywania.
Nie wiem jak to w tych innych profesjach bywa, lecz medycy muszą w swym życiu zawodowym wykazać się przynajmniej niezłymi zdolnościami lingwistycznymi. Ilość eponimów powala wręcz na kolana. Tych anatomicznych, histologicznych, nazw objawów klinicznych jak i poszczególnych jednostek chorobowych są setki. Weźmy na tapetę chociażby literę "A". Z tych najbardziej znanych mamy więc ścięgno Achillesa, jabłko Adama, tętnicę Adamkiewicza, węzeł Aschoffa-Tawary, splot Auerbacha, skalę Apgar, szmer Austina Flinta, liczbę i triadę Addisa, guz Abrikosowa, chorobę d’Acosty, chorobę Addisona, zespół Albrighta, zespól Alporta, chorobę Alzheimera, czy zespół Aspergera. To tylko wierzchołek góry lodowej. Świadczy to oczywiście o szacunku dla "przeszłych odkrywców", ale język można połamać na niektórych. A co tu mówić o ich zapamiętaniu.
Przytoczę tu, jako komentarz, treść jednego z sms-ów Muminy znad książki podczas nauki do egzaminu: "Co ja, k... , na japonistykę się dostałam, czy medycynę? Właśnie czytam o chorobie Takayasu. Ma cztery typy, z czego trzy to: Shimizu-Sano, Kimoto i Inada".
Tyle na dziś. No, może jeszcze jedno. List twórców "Paracetamoxyfrosebendroneomycin", czyli Amateur Transplants. Krótka informacja do lekarza POZ. Bez eponimów!
