nieświąteczny lany poniedziałek
2010-04-07 21:54:23
Pozwolę sobie na reminiscencje przeszłych już niestety Świąt Wielkanocnych. Choć jak zwykle przygotowań było co niemiara - znaczy się i sprzątanie, i zakupy, i szykowanie jedzenia - to jak zwykle przeleciały tak szybko, że obecnie jedynie resztki wiktuałów w lodówce przypominają o tym że było świątecznie.
Ale nie o tym, choć trochę i także o tym. Była nie do końca palmowa niedziela, był i nie do końca lany poniedziałek. No chyba, że o lanie deszczu z nieba chodzi - tu okazał się być pierwszorzędny. Jak to się w życiu lekarza szpitalnego zdarza, w święta wypada czasem dyżur. W te święta przypadł na poniedziałek. Życie już mnie nauczyło, że święta wcale nie są okresem wolnym od chorób. Wydaje się, że wręcz przeciwnie. Zadziwiająco wiele osób w te dni pojawia się w przybytkach medycznych, także w szpitalnych Izbach Przyjęć czy SOR-ach. Dominują oczywiście dolegliwości żołądkowo-jelitowe, wszak trudno oprzeć się przecież od spożywania tak pieczołowicie przygotowanych dobroci kulinarnych. Nawet jeżeli rozum, a i często towarzyszące choroby, mówią nie kolejnej porcji sałatki, dziesiątemu z rzędu jaju z majonezem, potężnemu plastrowi pasztetu czy szynki, nie mówiąc o białej kiełbasie, żurze, babie, serniku i mazurkach. A jakże - najeść się po kokardy tak, że ruszyć się zza stołu nie można. To jest to. A potem do szpitala, bo brzuch boli. Boli także od nadmiaru rozkoszy w płynie, przecież nie obejdzie się w święta bez okowity. Owszem, spożyta jako aperitif przed posiłkiem dla pobudzenia apetytu, czy digestif po obfitym posiłku dla pobudzenia trawienia nikomu jeszcze za bardzo nie zaszkodziła. Ale chlana na umór przed, w trakcie, i po posiłku, a często i bez jakiejkolwiek "zagrychy" to typowy rytuał świąt polskich. I tych wiosennych, i tych zimowych, i tych wszystkich które obchodzimy. Upojenia alkoholowe zatem także w ten Lany Poniedziałek były. I cała masa innych, jakże dręczących społeczeństwo problemów zdrowotnych. Nie chcę się powtarzać, bo już nie raz o tym pisałem, ale większość "przypadków" niestety nie wymagała "specjalnych" interwencji z mojej strony...
Ot, świąteczny dzień w pracy. A zapowiadało się tak miło - jadąc na dyżur minąłem po drodze raptem kilka innych pojazdów czterokołowych. Pomyślałem, że ludzi wywiało ze stolicy i dyżur będzie spokojny. Niestety wywiało wielu, lecz okolice mej pracy okazały się być wybitnie zaludnione tego dnia. I wszyscy po drodze zahaczali o SOR. Jakoś tylko nie z życzeniami świątecznymi... Ot, zwykły dzień w pracy.
