powtórka z rozrywki

2010-03-15 22:31:24

Tym razem nie o kolejnej superprodukcji telewizyjnej, choć praca w Izbie Przyjęć (bo do SOR-u jej daleko) jest nigdy niekończącym się reality show. Nabierającym niestety coraz większej prędkości.

 

Był sobie kiedyś dzień powolności. Wczorajszy dyżur bardzo go przypominał, choć tym razem główny szturm odbywał się w świetle dziennym. Co prawda noc także przechodzona była, ale skłamałbym gdybym twierdził że była tak intensywna jak ta sprzed parunastu dni. Zadziwiające jest jak duża ilość osób wykorzystuje dni wolne od pracy (czytaj sobotę, niedzielę, czy święta) do odwiedzenia najbliższej swemu miejscu zamieszkania placówki leczniczej (czytaj szpitalnej Izby Przyjęć), bo o całodobowo czynnych poradniach, tzw. NPL-ach nikt przecież nie słyszał. Stąd tak wielka rzesza potrzebujących natychmiastowej (sic!) pomocy i porady lekarskiej. I to bardzo często w sprawach zupełnie nie mających związku z zagrożeniem zdrowia i życia.

Został pobity chyba kolejny rekord weekendowych przyjęć do oddziału (36 osób wymagających hospitalizacji, z czego 11 z mego "poręczenia" jako lekarza izbowego). Znów szerokie spektrum problemów internistycznych. Pacjentka ze zdekompensowaną cukrzycą tylko nieznacznie wyprzedziła osobę z neuroglikopenią. Ciężka hiponatremia (sód - 105 mmol/l), napadowe migotanie przedsionków z szybką czynnością zespołów komorowych, zaostrzenie przewlekłej obturacyjnej choroby płuc, zapalenie płuc, zatorowość płucna (klasyczny wywiad), ostre zapalenie trzustki (a jakże - poalkoholowe) i uogólniona choroba nowotworowa. Nie wiedzieć czemu były także przyjęcia planowe, które przemknęły przez Izbę niczym Latający Holender. A poza tym cała rzeka przypadków nadciśnienia tętniczego, uczucia kłucia w boku, swędzenia palców, bólu gardła, zawrotów głowy czy złego samopoczucia.

 

Na okrasę reanimacja. Niestety, tym razem bez powodzenia...

I ludzie za drzwiami gabinetu poirytowani, że nikt się nimi nie zajmuje...

Następnym razem zaproszę ich chyba wszystkich do gabinetu. Niech pooglądają sobie - przecież w sumie wybrali wolny dzień na wizytę u lekarza. Siedzą za drzwiami a czas mija bezproduktywnie. I nuda. Dostarczmy im zatem rozrywki. Będą mieli o czym rozmawiać przy kolacji. Lepiej niż w telewizji!

 



Dodane w praca

Komentarze: 8

misiek 07.04.2010 r., 12:10
Tak niestety wygląda praca dziennikarzy. Ale przeanalizowawszy tematy reportaży - na plan pierwszy wysuwa się: brak kultury, nieuctwo, masa popełnionych błędów, pijaństwo i inne. Jakoś ciężko dopatrzyć się jakiejkolwiek pochwały tego zawodu. A szkoda - wszak uratowanych żyć ludzkich tak naprawdę jest więcej niż "porażek zgonowych". I nie tylko u mnie (nie chwaląc się), ale także u znanych przeze mnie kolegów. Dlaczego więc na światło dzienne wysuwa się te drugie? I dlaczego z każdego takiego zdarzenia robi się aferę? To pytanie do dziennikarzy... Choć tak naprawdę odpowiedź znam . "Życie i zdrowie" w sensie życia i zdrowia nie są chwytliwym tematem, natomiast w sensie umierania i choroby (zwłaszcza nieuleczonej prze lekarza) - to już inna kwestia. Jest pokrzywdzony (pacjent lub nieboszczyk), jest sprawca (zawsze jest obarczany winą lekarz!), jest zatem i sensacja, którą trzeba rozdmuchać!
zielonka 06.04.2010 r., 19:38
no tak.. wszystko Ci dziennikarze.. akurat w tej kwestii (dziennikarzy, tvn, poruszania przez nich tematów zw.z lekarzami, itp) jestem baaaardzo nieobiektywna, więc się nie wypowiadam... :)
misiek 21.03.2010 r., 23:10
Można odmówić. A jakże! "Ciężko chorzy ludzie" nauczeni przez innych "baaardzo rozpuszczonych" a i przez same media, niechybnie naślą zaraz TVN z redaktorem Cebulą na czele w kwestii nieudzielenia porady i pomocy! Nie jestem fotogeniczny, więc nie pragnę znaleźć się na pierwszej stronie gazet, czy być głównym bohaterem programu "Uwaga".
zielonka 17.03.2010 r., 00:51
no i nie miałam na myśli bólu gardła, stanu podgorączkowego, itp.. w takich przypadkach uważam że są lepsze i przyjemniejsze miejsca gdzie można się znaleźć niż SOR :)) a można odmówić udzielenia porady lekarskiej/wypisywania recepty wtedy gdy zdecydowanie nie wymaga to wizyty na IP? bo to pewnie znaczy ze wszyscy zrobili się baardzo rozpuszczeni... choć może nie bez powodu. no nie wiem. staram sie patrzeć zawsze od każdej strony.
zielonka 16.03.2010 r., 23:48
nie, wypadek miał miejsce w polskich górach, ale że na chwilę przed planowanym powrotem do warszawy, to stwierdziłam ze wole wrócić do domu i udać sie do lekarza na miejscu. moja determinacja powrotu była większa...
misiek 16.03.2010 r., 23:18
Pacjenci są bardzo ważni. Po to zostałem lekarzem, by móc im pomagać. Ale... W obecnej dobie szerokiego dostępu do wiedzy i medykamentów pojawienie się osoby w Izbie Przyjęć z bólem gardła, stanem podgorączkowym czy ogólnym złym samopoczuciem zakrawa trochę na... wtórny analfabetyzm. Pracuję już w zawodzie nieco dłużej niż kwadrans i drzewiej, pomimo braku internetu i jednej otwartej całodobowej aptece w mieście, problem z zaśnięciem, kłuciem w boku, czy niestrawności nie istniały dla dyżurnego Izby Przyjęć! Poważne problemy zdrowotne są poważnie traktowane o każdej porze dnia i nocy. A jak sama nazwa wskazuje Izba Przyjęć powinna częściej pacjentów przyjmować do szpitala niż służyć jako kolejna poradnia lekarska. Podobnie rzecz ma się z SOR-em. Oddział Ratunkowy ma ratować życie ludzkie, a nie być kolejnym miejscem porad lekarskich i wypisywania leków!!
misiek 16.03.2010 r., 23:06
Wypadek narciarski miał miejsce w Warszawie? Jeśli tak, to rozumiem dlaczego wybrałaś szpital warszawski. Jeśli nie, to nasuwa mi się od razu pytanie - dlaczego dopiero w Warszawie szukałaś pomocy? Może najbliższa zdarzeniu szpitalna Izba Przyjęć okazałaby się być bardziej przyjazna niż ta warszawska...
zielonka 16.03.2010 r., 00:23
niestety, nie wiem czy to lenistwo, postępująca starość, czy zarażenie tą zarazą..ale jeśli już coś.. a nuż.. nie daj Boże.. to ja też bym wybrała pójście na IP niż przychodnię.. biję się w pierś.. co gorsze (z perspektywy lekarza dyżurującego), zdarzyło mi się tak poradzić paru znajomym, których coś dręczyło.. Ale swego czasu też swoje pod gabinetami wysiedziałam w kolejkach, i swojego wysłuchałam: jacy Ci lekarze bee, fee, a kolejka taka, a to nie pomaga, a to badanie jeszcze bym chciała.. itd. A z izbą mam złe doświadczenia.. w pewnym duuużym szpitalu w W-wie, gdy po wypadku na nartach tam dotarłam. Wypadek jakby niemały, biorąc pod uwagę to że dostaje się lecącą w powietrzu, rozpędzoną nartą w głowę, własną, która się odpięła po dość szybkiej jeździe,wiec ma w sobie sporo energii. i leci sie samemu parę metrów w powietrzu... ciągle ciarki po plecach przechodzą jak sobie to przypominam. to jak boli wtedy głowa to jest nie do opisania, potem mdłości, ..dotarłam od razu następnego dnia do w-wy, a pan chirurg mnie na tej izbie wyśmiał... że przyszłam tylko dlatego ze jestem studentką AM, bo normalnie to nikt by nie przyszedł, dla formalności zrobił rtg, z obejrzeniem źrenic miał kłopot bo stwierdził że mam za ciemne oczy, i tłumaczył mi jak to jest nabić sobie guza.. nie spytałam go czy wie jak to jest dostać z ogromną siła nartą w głowę... ? Rozumiem, ze wg niego nic groźnego się nie stało, ale jednak niesmak (lub absmak) pozostał.. I w zasadzie to byłam gotowa mu uwierzyć i spuścić ze wstydu głowę, że odważyłam się marnotrawić jego cenny czas. Ale potem zrelacjonowanie tego innej osobie sprawiło, że dość szybko wytłumaczono mi że to nie tędy droga i skierowano do innego szpitala.. I chociaz tyle mi zostało, ze zanim się zgłoszę na tę IP ponownie to 10 razy się zastanowię czy na pewno tego chce, by nie być tak ponownie trochę upokorzoną ... Czasem dobrze jest stanąć po drugiej stronie i zmienić choć na chwilę perspektywę patrzenia... Choć rozumiem, że trzeba wyznaczać granice, także w taki sposób, by nie dać sobie wejść na głowę .. :) złoty środek gdzieś na pewno jest :)

Dodawanie komentarza