kill grill
2010-02-17 12:55:59
Czasowo jestem odłączony od komputera. Tego domowego (coś się popsuło, a ja w tej dziedzinie mocny nie jestem), bo w pracy na "nie"szczęście muszę się nim posługiwać. Co prawda w większości przypadków służy jako maszyna do pisania (karty informacyjne, grupper itp), ale niestety zabiera mi to dość dużą część czasu spędzonego w szpitalu. Tym bardziej, że w ramach akcji "modernizacji" placówki w której pracuję od pewengo juz czasu mamy także za pośrednictwem sieci dostęp do badań laboratoryjnych pacjentów a i takowoż ich badań obrazowych - co znacznie ułatwia funkcjonowanie moje i moich kolegów. Zatem nie jestem zupełnie pozbawiony kontaktu z komputerem (co chociażby widać na przykładzie tego postu pisanego w wolnej chwili, czyli w tzw. "pomiędzy").
Dom bez komputera zrobił się jakiś taki pusty, ale... ileż przez jego brak zyskałem czasu!
Z braku "wieczorno-nocnych" przesiadywań przed komputerem zabrałem się za czytanie. Czytanie zaległości książkowych tworzacych przy łóżku coraz większą hałdę, przez którą codziennie (niemalże) przedzieram się do wyrka próbując nie zburzyć którymkolwiek z odnóży, utworzonej z kolejnych tomiszczy, piramidy.
Na wierzchu leżała książka o temetyce wydawać się by mogło kulinarnej. "Kill grill". Anthony Bourdain - dość nietypowy szef kuchni, kucharz z zamiłowania od dziecka, w młodości hulaka, narkoman i ochlaptus (to ostatnie chyba do tej pory) napisał w sposób typowy dla siebie książkę o świecie znajdujacym się za drzwiami restauracyjnej kuchni. Ciekawy to świat... Jeśli komuś wydawoło się, że gotowanie (zawodowe) to przyjemność - mylił się znacznie. Mam pewne ciągoty do kuchni, ale tej zupełnie amatorskiej! Przygotowanie potrawy zajmuje mi sporo czasu - wkładam w nią całe serce i umiejetności (notabene niezbyt wielkie) - więc spędzenie wiekszości swego życia w kuchni doprowadziłoby mnie chyba do szaleństwa. I całkowitego wyczerpania fizycznego i emocjonalnego. Zwłaszcza, że podanie jednorazowo różnych dań z menu jest czynnością strasznie niebezpieczną - noże i tasaki lataja w powietrzu, gorący olej kipi z garnków, rozgrzane do czerwoności patelnie parzą nie tylko ręce. Przy tym wszystkim jest to świat zdominowany przez płeć męską, a kobieta chcąca stać się jednym (tak - jednym, nie pomyliłem końcówki) z wielkich tego świata kulinarnych rozkoszy musi po prostu mieć "jaja". "Mięso" rzuca się nie tylko na patelnię. Fruwające w powietrzu niewybredne dowcipy i "uszczypliwości" to porządek dnia codziennego. I wszystko dookoła jednego tematu! I oczywiście nie chodzi o jedzenie... Trochę jak w gronie zabiegowców! Po prostu kobieta musi mieć w sobie dużo z mężczyzny.
Jest i parę ciekawych spostrzeżeń co do spożywania w określonych dniach niektórych potraw, ciekawostki co do ich przyrządzania, jakości mięsa, ryb i innych tego typu spraw.
I choć całość nie rzuca na kolana, to ostatni rozdział jest naprawdę dobry.
Facet ze swoim podejściem do pracy przypomina trochę mnie. A może ja jego?
P.S. Post zakończony w tzw pomiędzy, czyli o 21.30 :)))
