status quo
2010-01-30 23:56:39
Ktokolwiek spodziewałby się zmiany obecnej sytuacji panującej w Izbach Lekarskich, myliłby się znacząco. Było, jest i będzie! Ta dewiza będzie niestety jeszcze długo panowała. I nie dotyczy to tylko władz Naczelnej Rady Lekarskiej, ale i całego systemu dotyczącego medycyny w Polsce. Co prawda niebywały kult jednostki w postaci męża jakże "szlacheckiego" z nazwiska chyba minął bezpowrotnie, ale wpływ tejże do tej pory sprawującej "władzę" osoby jeszcze nie przeminął. Obecnie wybrany prezes NRL jest mocno uzależniony od potomka książęcego rodu, więc sterowanie z tak zwanego tylnego siedzenia może być bardzo prawdopodobnym scenariuszem, jednakże dr Hamankiewicz (doktor nauk medycznych, specjalista chorób wewnętrznych, Śląsk) sprawiał wrażenie osoby mocno wierzącej w swoje racje, a wygrana w wyborach mocno umocniła jego "samoświadomość". Zatem może być różnie. Niestety niejaki Krajewski Romuald (neurochirurg), który również kandydował na przewodniczącego (prezesa) NRL oddawszy swe głosy na dr Hamankiewicza zapewnił sobie (bądź co bądź po kuluarowych rozmowach z wybranym prezesem Hamankiewiczem) stanowisko wice-prezesa NRL. Niestety, bo w trakcie zjazdu widać było "sznurki" przywiązane do ramion marionetki doktora (o przepraszam - doktora habilitowanego, znaczy się docenta) Krajewskiego. Sznurki przymocowane przez Konstantego Mikołaja Melchiora Marii książęcego nazwiska! Jak nie w ten, to w inny sposób trzeba postarać się o wpływy. Nieprawdaż?!
Chcąc nie chcąc (bardziej nie chcąc niż chcąc), zostałem (teraz już mogę powiedzieć niestety) delegatem na Krajowy Zjazd Izb Lekarskich. Dziesiąty - z liczby można by sądzić że jubileuszowy, ale chyba pomiędzy tymi zwoływanymi co cztery lata były jakieś nadzwyczajne (nawet trzy), więc fety nie było. Sprawozdawczo-wyborczy z nazwy (jak odbywający się w grudniu dla Mazowieckiej Izby Lekarskiej, którego także miałem nieszczęście być delegatem). Bagienno-manipulacyjny z przebiegu. Mam nadzieję, że już nigdy nie będę musiał w czymś takim uczestniczyć, bo mierzi mnie to znacznie. Praktycznie dwa dni wyjęte z życia. Dwa dni, w trakcie których mógłbym spokojnie "dopatrzyć" swoich oddziałowych pacjentów (przecież nie ma to jak lekarz prowadzący!), dni w trakcie których spędziłbym radosne (tak mi się wydaje!) chwile z rodzinką, dni podczas których nie oglądałbym wojny podjazdowo-zaczepnej pomiędzy głównymi "rycerzami" zjazdu. Średniowiecze było chyba lepsze - wyjść na "ubitą ziemię", pobić przeciwnika w otwartej walce i w ten sposób udowodnić swoje "umiejętności" do zdobycia "wymarzonej" przez siebie posady! Niestety przyłbice (zwłaszcza te otwarte) zostały już dawno przekazane do muzeum (lepiej to brzmi niż do lamusa), więc i "uczciwe" starcie dawno stało się synonimem "naiwniactwa" niż odwagi.
Jeszcze jedno spostrzeżenie - tak na prawdę cała kołomyja jest o "nieokreśloną" w sumie "władzę", bowiem patrząc na to jak środowisko lekarskie spostrzega Izby Lekarskie, to ich żywot zmierza jedynie ku łowiskom Wielkiego Manitou, bowiem niejeden bizon rozniesie tę organizację na swych rogach!
A na koniec powiem tylko tyle - walka była zaciekła, a zjazd pod względem wyborów mocno ekscytujący, lecz całokształt pokazał jedno - lekarzom dobrze jest w zupie uwarzonej przez poprzedników.
Byłem jednym z "młodszych" uczestników zjazdu - jak okiem sięgnąć widać było osoby wiekowo przynajmniej o 15 lat starsze ode mnie, choć już tak młody nie jestem. Najstarsza osoba na sali miała 87 lat, a osoba o trzy lata tylko młodsza została zgłoszona została jako kandydat na członka Naczelnej Rady Lekarskiej (oby żyła jak najdłużej, ale statystyczne biorąc jej szanse na preżycie nie są już optymistyczne, a i sprawność intelektualna sądząc po wypowiedziach też niestety nie). Środowisko emerytalno-rentowe (bardzo energiczne skąd inąd, a i okazuje się stanowiące około 15 procent wszystkich członków Izb Lekarskich) domaga się jakichś specjalnych przywilejów, ktoś jeszcze woła o jakieś pieniądze, zabierają w "debatach" i "dyskusjach" głos osoby, które wydaje mi się chciały w jakiś sposób zaistnieć, w głosowaniach nagle pojawiały się głosy sprzeciwu w sprawach, które wydawały się być priorytetowe i dobrze przeanalizowane - jednym słowem CYRK.
A jako że syn mój jest jeszcze w okresie bajkowo-wierszykowym, to całość tegorocznego zjazdu można by określić tytułem wiersza Jana Brzechwy:
"Na straganie"
Na straganie w dzień targowy, Takie słyszy się rozmowy:
- Może pan się o mnie oprze, Pan tak więdnie, panie Koprze.
- Cóż się dziwić, mój Szczypiorku, Leżę tutaj już od wtorku!
Rzecze na to Kalarepka: -Spójrz na Rzepę - ta jest krzepka!
Groch po brzuszku Rzepę klepie: - Jak tam, Rzepo? Coraz lepiej?
- Dzięki, dzięki, panie Grochu, Jako żyje się po trochu,
Lecz Pietruszka - z tą jest gorzej: Blada, chuda, spać nie może.
- A to feler - Westchnął Seler.
Burak stroni od Cebuli, A Cebula doń się czuli:
- Mój Buraku, mój czerwony, Czyby nie chciał takiej żony?
Burak tylko nos zatyka: - Niech no pani prędzej zmyka,
Ja chcę żonę mieć buraczą, Bo przy pani wszyscy płaczą.
- A to feler - Westchnął Seler.
Naraz słychać głos Fasoli: - Gdzie się pani tu gramoli?!
- Nie bądź dla mnie taka wielka! - Odpowiada jej Brukselka.
Widzielicie, jaka krewka! - Zaperzyła się Marchewka.
Niech rozsądzi nas Kapusta! - Co, Kapusta?! Głowa pusta?!
A Kapusta rzecze smutnie: - Moi drodzy, po co kłótnie,
Po co wasze swary głupie, Wnet i tak zginiemy w zupie!
- A to feler - Westchnął Seler.
Pytanie tylko brzmi jaka to zupa?
Bo jeżeli z przewagą roślin strączkowych, to ja mam tak zwane "wiatry".
I chyba podziekuję za konsumpcję :)))
