egzamin z chirurgii

2010-01-09 22:56:20

Nie! Nie przekwalifikowuję się jak na razie, choć kto wie? Mówią, że jestem sprawny manualnie (cokolwiek ma to znaczyć), więc radę bym sobie chyba dał. Bo rozpoznanie przypadków wymagających pilnej interwencji chirurgicznej jak na razie nie nastręcza mi zbyt wielkich problemów.

 

Niestety muszę zwykle to udowodnić tzw "miękkim zabiegowcom", że to ja mam rację. Zatem wykonuję serię badań laboratoryjnych a i obrazowych także, by móc podać na tacy "przypadek wymagający wjazdu na salę operacyjną". Bo nie wiedzieć czemu chirurdzy z którymi mam do czynienia nie garną się za bardzo do chwytania za skalpel. Po części może to i racja, ale z drugiej strony zbyt często (zwykle po wielodniowej batalii o przeniesienie na chirurgię) pacjent już się nie nadaje do zabiegu, bo jego stan pogorszył się w sposób tak drastyczny że nie jest w stanie przeżyć znieczulenia, nie mówiąc o samej operacji. Tak... Odwieczny spór. Pracowałem już w kilku szpitalach i niestety problem jest wszędzie taki sam.

 

Wczorajszy dyżur, poza tym że był piekielnie ciężki, obfitował w "przypadki" chirurgiczne. I, o dziwo, przy niechęci ze strony "starszego chirurga" wylądowały w oddziale zabiegowym. Nie jestem do końca pewien, czy zostały zoperowane, bowiem dość często ujawnia się wśród dyżurnych chirurgów tendencja do przybrania tzw. pozycji wyczekującej - to znaczy do "przeciągnięcia" chorego do rana, do kolejnej zmiany dyżurowej...

 

Pierwsza osoba - jak zwykle bez skierowania (choć nie wściekam się, gdy ktoś jest poważnie chory) - trafiła do mnie (bo chirurg przecież osoby bez skierowania nie przyjmie) z bólem brzucha i objawami niedrożności. Istotna przeszłość chirurgiczno-onkologiczna. Na "macanego" i "słuchawkę" objawy klasyczne. Wystarczyło wykonać tylko przeglądowy radiogram jamy brzusznej, by tę niedrożność potwierdzić. I zapewne osoba ta, z rozdętym do około 10 cm jelitem, wylądowałaby na internie (cytuję: co to za niedrożność? nie ma istotnego problemu, tylko pojedyncze poziomy płynu...) gdybym nie podsunął pod nos przezornie wykonanego zdjęcia klatki piersiowej, które to ujawniło problem trochę poważniejszy - wolny gaz pod przeponą. Perforacja! No tego się na szczęście na internie nie leczy!

 

Osoba druga - blady jak ściana młody mężczyzna, rzygający żółcią jak kot, z bólami jamy brzusznej od tygodnia, obecnie z gorączką do 39 stopni. Błąd dietetyczny a jakże - przecież sylwester, wcześniej święta (w wywiadzie przyznał się, że już w drugi dzień świąt było niedobrze). Brzuch "prawie" zdrowy w badaniu przedmiotowym. Prawie - do prawego podżebrza, gdzie nie za chętnie dawał się zbadać. Zafundowawszy mu skok pod sufit w trakcie wyzwalania objawu Chełmońskiego utwierdziłem się w przekonaniu, że to kolejny "przypadek" z domeny chirurgii. Nauczony jednak wieloletnim doświadczeniem (po podaniu biedakowi w pośladek leków przeciwbólowych i rozkurczowych) pokusiłem się o pobranie krwi do badań laboratoryjnych. Leukocytoza prawie 23 tysiące, CRP ponad 20, niewielka hiperbilirubinemia, cechy odwodnienia (nieznaczny wzrost stężenia mocznika i kreatyniny, dość wysoki hematokryt, liczba krwinek czerwonych i hemoglobiny). Godzina grubo po północy, ale cóż - trzeba wezwać chirurga. Młodszy (znaczy się ten schodzący do Izby Przyjęć) nie miał wątpliwości, ale niestety to do "starszego" chirurga należała decyzja, co mogło niestety oznaczać komplikacje co do pobytu chorego w oddziale zabiegowym. I, o dziwo, człowiek został przyjęty na chirurgię. Zapewne do leczenia zachowawczego do rana...

 

Egzamin z chirurgii zdany po raz kolejny :)))



Dodane w praca

Komentarze: 1

misiek 14.01.2010 r., 22:47
Sądząc po liczbie komentarzy, to egzamin jednak oblany...

Dodawanie komentarza