midnight oil czyli z(a)jazd lekarski
2009-12-13 22:01:44
Praktycznie niemalże przez przypadek znalazłem się na Sprawozdawczo-Wyborczym Zjeździe Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie. Jako jeden z delegatów, wybrany w okręgu wyborczym o jakże wymownym numerze 1, miałem okazję naocznie i "nacielnie" doświadczyć mąk bycia uczestnikiem tegoż zgromadzenia. Domyślam się, a wręcz jestem pewien, że cierpiętników takich jak ja było tam wielu. Lecz nie wszyscy. Część delegatów bowiem ochoczo wręcz i aktywnie brała udział w obradach zjazdu, skutecznie przedłużając nadejście kulminacyjnego i najważniejszego dla całego spotkania momentu wyborów.
Zdumiony faktem rewelacyjnego przygotowania kandydatów do objęcia "stołka" przewodniczącego Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie (prezentacja programu także w formie multimedialnej), nie mniej zdumiony byłem podjazdową wojną toczoną w tzw. kuluarach. Dwa obozy (nazwijmy je "szlachtą" od nazwiska głównego kandydata i "włodarzami" od nazwiska jednego z głównych opozycjonistów) rywalizowały ze sobą w próbach przekabacenia kolejnych ludzi na swoją stronę. Zwłaszcza, że było o kogo walczyć. Wielu podobnych mnie ludzi znalazło się w tyglu regularnej wojny, w centrum wydarzeń o których nie mieli wcześniej zielonego pojęcia. Ludzi, którzy często nie za bardzo wiedzieli na kogo głosować. Obóz "szlachecki" promując swego znanego powszechnie z mediów kandydata (notabene przykładnego chyba katolika, bo ojca aż ośmiorga dzieci) składał na prawo i lewo różnego rodzaju obietnice. Obóz drugi, mając kandydata z piekielnie brzmiącym nazwiskiem i niewielkie nadzieje na wygrane, nie poddawał się kombinując jakby tu może zerwać obrady...
Wybory odbyły się późnym wieczorem po dogrywce, którą wygrał (chyba przy udziale mocy nieczystych) kandydat ugrupowania drugiego, zaznaczając w swym krótkim przemówieniu chęć zerwania z dotychczasowym "ładem" panującym dotychczas w OIL (obecnie Okręgowej Radzie Lekarskiej) w Warszawie. Później były jeszcze kolejne wybory (na Okręgowego Orzecznika Odpowiedzialności Lekarskiej, jego zastępców, na członków ORL, członków Okręgowego Sądu Lekarskiego, członków Okręgowej Komisji Rewizyjnej, członków Okręgowej Komisji Wyborczej i delegatów na Krajowy Zjazd Lekarzy). Wszystko to poprzedzone prezentacją kandydatów, pytaniami, odpowiedziami, zarzutami, ich odpieraniami, sporami, kłótniami i innymi "przedłużaczami". Dzień pierwszy zjazdu skończył się tuż przed północą! Nieżywy, po 16 godzinach "pracy", mogłem wrócić do domu!
Smaczku całej tej opowieści dodaje fakt, że obrady odbywały się w dniach 12-13 grudnia (sobota i niedziela) w Centrum Konferencyjnym Wojska Polskiego - w miejscu, z którego w 1981 roku (w nocy z soboty na niedzielę) został ogłoszony stan wojenny w Polsce. Jadąc już grubo po północy samochodem w kierunku domu (notabene według załączników zjazdowych zawierających między innymi dane adresowe uczestników powinienem udać się chyba do gabinetu prezydenta RP!) zastanawiałem się czy ta zbieżność dat będzie dobrą, czy złą monetą dla nowopowstałych władz samorządu lekarskiego, a tym samym nas lekarzy. Martwi mnie to jako delegata (niestety) na mający się odbyć w styczniu zjazd krajowy...
Stąd odpowiedni będzie na dobranoc kawałek Midnight Oil :)))
