parę słów o urlopie
2009-10-14 23:43:24
Pomimo wielu przeciwieństw i kłód kładzionych pod nogi ze strony szeroko pojętej biur(w)okracji, udało się nam w końcu dopiąć wszystkie niezbędne formalności, by móc po spakowaniu miliona "niezbędnych w podróży i na obczyźnie" rzeczy, udać się w kierunku stołecznego aeroportu...
Wątek o samolotach
Nie lubię podróżować samolotami z racji kolejnych (niestety) związanych z tym środkiem podróży formalności. Przede wszystkim trzeba być co najmniej dwie godziny przed odlotem, by dokumenty mogły zostać przynajmniej dwa razy sprawdzone, a bagaż kilka razy prześwietlony przez odpowiednie urządzenia w rekach kolejnych urzędników. Sam podróżny także poddawany jest różnorakim czynnościom prowadzącym głównie do zdejmowania z siebie kolejnych rzeczy. Opróżnić kieszenie, zdjąć zegarek, zdjąć pasek, jak masz pecha to i rozebrać się do rosołu na tzw. rewizji osobistej. "Panie" celniczki o twarzach bynajmniej nie życzliwych nie ułatwiają zadania.
Tym razem szczęśliwie obeszło się bez incydentów i mieliśmy przed sobą 120 minut oczekiwania na odlot. Oczywiście jakiekolwiek płyny w butelkach zostały zarekwirowane, wypite, itd., więc trzeba było się w strefie wolnocłowej zaopatrzyć w jakikolwiek napój. A napojów dostatek jak nigdzie indziej. Głównie alkoholowych! I od groma słodyczy w opakowaniach przynajmniej na rodzinę z pięciorgiem dzieci :) Do tego ogromne przestrzenie zapełnione wszelkiej maści kosmetykami (trzeba przyznać, że tutaj ceny całkiem przyzwoite), więc tłum oczekujących podróżnych rozpełzł się do ulubionych przez siebie dystryktów, kupując (czasem zupełnie niepotrzebnie) co każdy lubi najbardziej. Przyznam, że i moja małżonka skuszona "dobrą ofertą cenową" zakupiła jakieś mazidła i malowidła.
Czas jakoś zleciał, dostaliśmy się w końcu na pokład czarterowego samolotu (Boeing 737) agencji Travel Service. Jak się okazało z czeską załogą na pokładzie! Jakże miło było usłyszeć ten dość wesoło brzmiący język w powietrzu. Ale pilot OK. Start i lądowanie prawidłowe. Zwłaszcza lądowanie - bez popisów w australijskim stylu "kangurka". A grecka ziemia - dokładnie wyspa Kos, do której lecieliśmy w powietrzu przez dwie i pół godziny, przywitała nas całkiem znośną temperaturą - o godzinie 9.00 ichniejszego czasu (+ 1 godzina w stosunku do Polski) było już 23 stopnie Celsjusza. I na dodatek bagaże w całości :)
Nie na darmo ględzę tyle o samolotach, bowiem przewijały się, lub lepiej powinno brzmieć - dość często przelatywały nad naszymi głowami, bowiem hotel w Kardamenie znajduje się jakieś 3 kilometry od lotniska dokładnie na linii pasa startowego. Nie, żeby specjalnie mi to przeszkadzało, ale udało się z całkiem bliska kilka podwozi samolotów zobaczyć.
W nocy widok był jeszcze ciekawszy:

Wątek o socjalu
Hotel Atlantica Portobello Royal w Kardamenie osiągnęliśmy po około dziesięciominutowej podróży autobusem. Choć główne wejście nie poraziło mnie niczym specjalnym...

...to reszta obiektu zachwyciła nas na tyle, że nie ruszaliśmy się z hotelu przez całe 7 dni. Z jednej strony szkoda utracić z tak niedługiego pobytu choć chwili słońca, z drugiej strony obecność potomka tym bardziej zniechęcała do jakichkolwiek proponowanych alternatywnych wycieczek. Zwłaszcza że przewidywane były na cały dzień, co przy temperamencie mojego syna mogłoby okazać się dla nas niekoniecznie miłym przeżyciem. A że oferta biura podróży zawierała opcję "all inclusive", więc nie wydawało się nam być koniecznym szukanie jakichkolwiek przygód poza murami miejsca naszego tygodniowego pobytu. Tym bardziej, że z założenia przylecieliśmy całkowicie zrelaksować się i odpocząć na tyle, ile nam się uda to zrobić po ciężko przepracowanych miesiącach letnich. Tak więc, jak już wspomniałem obiekt (z szesnastoma basenami na swym terenie) nie zachęcał do jakichkolwiek czynności krajopoznawczych.




Dzienne obrazki zostały przyćmione przez wieczorny widok rezydencji, w której się znaleźliśmy. A że i aura pogodowa sprzyjała, więc i nastroje nasze, dodam że rozweselone kilkoma drinkami, były równie rewelacyjne.





A to widoczek na bezpośrednie miejsce naszego pobytu. Wyjście z łóżka prosto do basenu... Hm, to tygrysy lubią najbardziej. Całość hotelu właśnie tak skonstruowana, by pokoje w najniższych kondygnacjach miały bezpośredni dostęp do basenu...

Równie interesująco wyglądało wnętrze, jak się okazało, apartamentu. Na oko wielkość jakieś 40-50 metrów kwadratowych, złożone z dwóch pokoików i łazienki. Nie muszę dodawać, że klimatyzacja, lodóweczki z zimnymi napojami, telewizory, kablowy dostęp do internetu zapewniony był w każdym z pokojów. W trakcie całego pobytu tak naprawdę jedynie urządzenia chłodzące były w użytku. Telewizora nie włączyliśmy ani razu. Nawet mój syn się tego nie domagał zmęczony codziennymi zmaganiami ze słońcem, plażą, morzem i brodzikiem.


Wątek o spożywaniu
Powiem krótko. Przytyłem dwa kilogramy. Ma "połowica" także. Lubię jeść. Uważam, że jedzenie jest jedną z większych przyjemności, a gdy można posmakować potraw do tej pory nieznanych, to tym bardziej należy się tym zadowalać i rokoszować. Różnorodne jedzenie w rozmaitych zestawach. Do wyboru, do koloru, dla jaroszy, dla mięsożerców, dla obżarciuchów i dla niejadków. Wieczory zwykle tematyczne (kuchnia grecka, kuchnia włoska, kuchnia orientalna). Po prostu raj dla smakoszy. Do posiłków możliwość wypicia miejscowego wina, piwa lub wina musującego. I podane w miłej atmosferze, przy miłej obsłudze.
Notabene jakieś 60-80% ludzi z obsługi to Polacy. Zwłaszcza w sezonie, więc nawet dla "niejęzykowych" osób problem z komunikacją wydaje się być żaden. Wszyscy uśmiechnięci z pozytywnym nastawieniem do dzieci (chyba mają jakiś punkt w umowach?!), więc wypoczynek na całego.
Na dziś koniec. Pora spać. A i przyjemności należy dozować. Kolejne zdjęcia (których niewiele już będzie) w następnym poście. Kalinichta - to znaczy dobranoc, jakby zapewne powiedzieli Grecy :)
