manufaktura
2009-09-27 23:03:16
W bardzo wolnym tłumaczeniu - faktura człowieka. Groźnie brzmi, ale będzie o rzeczach lekkich, łatwych i czasem przyjemnych.
Nie mam pojęcia jak u innych przebiega początek urlopu, ale mnie zwykle dopada wtedy jakaś chorobowa przypadłość. Tak jak i w wolne od pracy święta. Tym razem jakiś cholerny (nie mylić z cholerą!) drobnoustrój zawiesił się na mych strunach głosowych sprawiając, że przypomniałem sobie czasy "pokwitaniowe", gdy głos mój na przemian przybierał ton basu lub falsetu. Dodatkowo ochrypła faktura sprawiła, że ludziska spoglądali na mnie jak na niezłego menela, bowiem bas dominował w wydawanych przeze mnie dźwiękach. Nie muszę dodawać, że wszystkie inne objawy także mnie nawiedziły. Ból gardła z początku dnia był nie do zniesienia - zajrzałem w lustro szeroko otwierając paszczę - łuki podniebienne barwy bordowej, całe szczęście bez nalotów na migdałkach. Z nosa leje się wydzielina (początkowo przezroczysta jak woda, obecnie koloru żółto-zielonego), która spływając także po tylnej ścianie gardła powoduje napady kaszlu z odkrztuszaniem tejże jakże ohydnej wydzieliny. Ból głowy, mięśni, i złe samopoczucie. Straszne.
A to wszystko nałożone na wyjazd do "rodzinnego" miasta. Do Łodzi. W sobotę zwykle około dwugodzinna jazda zajęła mi ponad trzy godziny. Senność, z którą walczyłem od rogatek stolicy, w połowie drogi zwyciężyła. Zatrzymaliśmy się na krótki "popas" (prawie 50 minut) w jakiejś przydrożnej zagrodzie by zregenerować, między innymi kawą, nadwątlone siły. Trochę pomogło, ale dalsza droga i tak była trudna. Dojechaliśmy, babcia zajęła się wnuczkiem (lub wnuczek babcią) i tyle było z soboty. Jakaś tam kolacyjka, ale niewiele pamiętam, bo padłem wykończony i niezdrowy. Ale sen był chyba niezły, bo w nieco lepszej formie po rodzinnej krótkiej debacie postanowiliśmy w niedzielę odwiedzić łódzką Manufakturę. Coś tam trzeba było zakupić, coś obiecane było, więc wybraliśmy się razem z moja Rodzicielką. Wstyd się przyznać, ale choć rodowitym Łodziakiem jestem, to jeszcze nigdy tam nie byłem. Teraz już się nie wstydzę. Byłem, zobaczyłem, i... chyba długo tam nie zawitam. Pięknie to wygląda tylko spoza murów (odrestaurowanych, a jakże) dawnej fabryki Poznańskiego. Z zewnątrz jak dawna fabryka, a wewnątrz... Duże to to jest. Z ryneczkiem, fontannami, melexami w formie tramwajów, niezliczoną ilością kawiarenek, restauracyjek i fastfoodów. No i oczywiście ogromna galeria, która niczym się nie różni od wszystkich innych przeze mnie widzianych. Sklepy, sklepy, sklepy... I morze kupujących. Lub "zwiedzających". Całe szczęście skupienie pozwoliło nam na szybkie wyłowienie wśród rzeszy ofert to, na czym najbardziej nam zależało. Stąd tak naprawdę dość krótki pobyt tamże (znaczy się w galerii sklepowej), bo całość pobytu w Manufakturze zamknęła się jedynie w 4 godzinach.
Fakt, że postanowiliśmy spożyć małe co nieco na miejscu, by nie mitygować mej Rodzicielki staniem przy garach w niedzielę, był głównym sprawcą tak długiego pobytu w tym miejscu. Mały wybrał pizzę, więc zatrzymaliśmy się w Pizza Hut. A że miło rozmawiało się nam, to i czasu nie liczyliśmy, domawiając od czasu do czasu coś z karty. Bar sałatkowy niczego sobie - brokuł i fasolka szparagowa podawane z sosem czosnkowym, rzodkiewka, ogórek i pomidor z jakimś sosem jogurtowym, sałatka z kukurydzy, grzanek i sałaty oraz wszystkim smakujące blanszowane pieczarki także w sosie o posmaku czosnku. Pizza, jak to pizza. Zjadliwa, ale mnie bardziej smakuje z innej firmy. Duo gusto - potrawa mająca udawać meksykańskie danie. Do skonsumowania, ale bez zachwytów. Sosy (musztardowy i barbecue) chyba w tym wszystkim najlepsze. Spinaci Al Forno - najsmaczniejsze danie przez nas zamówione (właściwie przez moją połowicę - skąd wiedziała, że najlepsze?), naprawdę pycha. Na koniec jeszcze desery - trzy w jednym - Krem a la Brulle, Chocolate Flan i Panna Cotta, znaczy się waniliowy, czekoladowy i śmietankowy - wszystkie przykryte "łamiącymi" smak wisienkami... Dobre!
Niestety! Moja forma fizyczna spadała z minuty na minutę. Miło zaczęta niedziela stawała się złem koniecznym. Dodatkowa myśl o powrocie do domu za kółkiem niezbyt mnie pozytywnie do życia nastrajała. A że i pogoda ładna była, więc gorąc, pot na czole (podwójny) i generalna niechęć. Stąd może niezbyt pozytywna ocena Manufaktury. Poznański Stary Browar, w którym niedawno byłem, wydaje się być jednak pod względem architektonicznym o wiele ciekawszy. Bo sklepy identyczne. I towar ten sam.
Ale wróciłem do domu w całości. Pomimo ogarniającego mnie coraz większego zmęczenia z sennością włącznie. A że do stolicy w niedzielę wieczór wraca się źle, to i tym razem podróż zajęła prawie trzy godziny (w tę stronę bez przystanków!). I dobrze, że zmusiłem się resztką sił bazgrnąć ten post, bo już nie za bardzo pamiętam Manufaktury... Jutro nie byłoby o czym pisać. Tak, to chociaż jutro zerknę na gryzmoły. Może to wzbudzi jakieś pozytywne emocje?
