blok III stopnia
2009-09-20 22:50:45
Jak mówi przysłowie - nieszczęścia chodzą parami. Powiedziałbym, że czasami trójkami albo i jeszcze większą liczbą.
Coś w tym jest, bowiem obserwuję różnorodne okresy w swojej pracy. Jest okres zatorowościowy - spora część pacjentów z dusznością okazuje się mieć zmiany zatorowe w płucach, jest okres trzustkowy - duża liczba pacjentów ze wstępnym rozpoznaniem ból brzucha ma zmienioną zapalnie (ostro) trzustkę, jest okres zawałowy - bóle w klatce piersiowej okazują się być martwicą mięśnia sercowego, jest okres pękajacych tętniaków aorty, jest okres neuroglikopenii i okres kwasic ketonowych w przebiegu zdekompensowanej cukrzycy, w końcu jest także okres nowotworowy - niemalże każdy diagnozowany pacjent finalnie okazuje się mieć jakiś nowotwór (aż strach dotykać się kogokolwiek). I najlepiej widać to na tzw. wysuniętym przyczółku szpitala, czyli w Izbie Przyjęć.
Z racji urlopowania brata Wacława ponownie byłem rzucony w jego zastępstwie do Izby Przyjęć. Codziennie od rana praca izbowa jest strasznie męcząca. Lubię spędzić dyżur od czasu do czasu tamże, ale przebywanie non stop w tejże Izbie Przyjęć znacznie ogranicza człowieka. I strasznie niestety frustruje z racji niedoskonałości systemu opieki medycznej okolicznych poradni, braku sprzętu i możliwości diagnostycznych szpitala, ciagłego braku miejsc w szpitalu, braku kompetencji "kolegów po fachu" różnych firm tzw Ratownictwa Medycznego, ciągłej walki z napastliwymi rodzinami pacjentów, nieustającej zabawy w lekarza Izby Wytrzeźwień, czy w końcu napotykanych niemalże na każdym kroku agresji, bezczelności i chamstwa ze strony samych potencjalnych hospitalizowanych jak i osób im towarzyszących. I żadnego wsparcia ze strony dyrekcji - lekarz przecież musi być uśmiechnięty i zadowolony przez cały czas. I musi być grzeczny i miły dla wszystkich, nawet jeżeli sam został potraktowany niekulturalnie.
Ale dziś nie o tym. Zatem nieszczęścia chodzą parami. Tym razem był to blok przedsionkowo-komorowy III-go stopnia. Nie, nie u mnie. U osób przywiezionych w trakcie pełnionych przeze mnie dyżurów. Oczywiście hasło bradykardia, a jakże - osoby wiezione są do szpitala najbliższego (najczęściej mam wrażenie naszego), które nie ma zaplecza kardiologicznego, a i z możliwością założenia elektrody endokawitarnej czasem (czytaj zwykle) mogą być problemy. Nie do końca rozumiem wspomnianych już wyżej "kolegów po fachu", skoro posiadając wykonane przez siebie zapisy elektrokardiograficzne nie rozpoznają zaawansowanego bloku, nie podają atropiny (bo i właściwie po co?) i nie wiozą pacjentów do oddziałów i klinik kardiologicznych (których w stolicy jest przecież sporo). Przestraszeni chyba samym faktem wolnej czynności serca starają się pozbyć problemu (bo tak trzeba to nazwać) i "podrzucają" chorego do najbliższej Izby Przyjęć. Nie będę opisywał detali, w każdym razie zarówno piątkowy jak i sobotni przypadek zawansowanego bloku okazał się absolutnie nie reagować na podawaną przeze mnie atropinę, więc zmuszony byłem znaleźć pacjentom miejsce w ośrodkach mogących realnie im pomóc (znaczy sie posiadających i elektrody endokawitarne, i możliwość wszczepienia kardiostymulatora). O ile w piątek było to dość proste, o tyle w sobotnią noc już niekoniecznie - spędziłem na telefonie około 40 minut rozmawiając chyba ze wszystkimi dyżurnymi stołecznych oddziałów kardiologicznych. Koniec końców pacjentów udało się dowieść gdzie trzeba, choć jak zwykle współpraca z tzw. przewoźnikami układała się conajmniej fatalnie. W sobotnią noc, a było to około północy czekałem 60 minut (znaczy się godzinę!) na przyjazd zespołu "R"!!!
Za trzy dni kolejny dyżur, a i oddziałowa kolejka pacjentów niewątpliwie dotknie mnie. Ciekawe kiedy napotkam kolejny blok III-go stopnia, bo jak przysłowie mówi - nieszczęścia chodzą parami...
