konkurs
2009-09-01 00:29:44
Patrząc na ilość zgłoszeń konkursowych, także i ja zrezygnowałem ze zgłoszenia swoich wspomnień. Po prostu nie chcę robić konkurencji :)
A tak poważnie. Wydaje mi się, że temat strasznie trudny jest. Po drugie nie dopełniłem formalności. Nie dość, że nie zmieściłem sie w terminie nadsyłania zgłoszeń, to jeszcze stanowczo przekroczyłem limit słowny. Jakiś spóźnialski się zrobiłem i gaduła. Niechybne oznaki starości człowieka do tej pory punktualnego i małomównego...
I choć konkurs wydaje sie być nierozstrzygnięty, bo chyba nikt nie zgłosił tekstu do konkursu, to zamieszczę poniżej tekst, który finałowo okazał się nie być najbardziej dramatycznym w mojej karierze lekarskiej. Zatytuowałem go:
„Cztery lata temu...”
Długo zastanawiałem się jakiż to najbardziej dramatyczny moment w mojej karierze lekarskiej opisać. Uzbierało się bowiem tego tyle, że trudno wybrać jedno konkretne zdarzenie. Mógłbym opisać pacjentkę z zatorowością płucną, która otrzymawszy streptokinazę dostała napadu kolki nerkowej i zaczęła krwawić z układu moczowego. Mógłbym opisać starszą kobietę ze zdekompensowaną cukrzycą (wyjściowy poziom glikemii 1100 mg/dl), której początkowa dobowa diureza wynosiła 8 litrów. Mógłbym opisać chorą po zabiegu usunięcia guza piersi lewej (okazał się być włókniakiem), która trafiła do oddziału z sepsą w przebiegu zakażenia loży po wyłuskanym guzie. Mógłbym opisać dziewiętnastolatka po zażyciu amfetaminy ze świeżym zawałem mięśnia sercowego. Mógłbym opisać młodą dziewczynę z gronkowcowym zapaleniem płuc, które pozostawiło na trwałe dziury w miąższu płucnym. Mógłbym opisać umierającego 25-latka ze zdekompensowaną (niestety poalkoholową) marskością wątroby. Mógłbym opisać kobietę z przełomem tyreotoksycznym, istotną tachykardią i czterdziestojednostopniową gorączką. Mógłbym opisać kilka pękających tętniaków, agresywnie przebiegające (jak zwykle) zespoły abstynencyjne, niespodziewane nagłe zgony sercowe, psychotycznych pacjentów z nożami w ręku, wiele tragicznych przypadków nowotworów. Mógłbym opisać szereg reanimacji zakończonych sukcesem i tych zakończonych zgonem. I wiele, wiele innych zdarzeń. I mógłbym opisać wszystkie swoje pierwsze doświadczenia medyczne – pierwsze podanie streptokinazy w zawale serca, pierwsze istotne zaburzenia rytmu, leczenie pierwszej kwasicy metabolicznej (pH 6,98), pierwszy stan astmatyczny, masywny udar krwotoczny, pierwsze cudowne uzdrowienie po podaniu roztworu stężonej glukozy w hipoglikemii, rozpoznanie pierwszego zatoru do tętnicy udowej, diagnoza pierwszej zatorowości płucnej. I morze innych. Oraz pierwszy stwierdzony samodzielnie zgon. Kilka razy chodziłem do zmarłego upewniając się, pomimo ewidentnych znamion śmierci, że nie żyje... Wszystkie momenty wydają się być obecnie mniej dramatyczne niż w chwili, gdy się działy. Stąd tak trudno zdecydować się na wybór tematu. Streszczę zatem pokrótce przebieg jednego dnia z mego życia, w trakcie którego dramatyzm przeplatał się z chwilami radości, a sprawy rodzinne przeplatały się z tymi zawodowymi, lub odwrotnie...
Działo się to na kilka dni przed pierwszą rocznicą urodzin mego syna. Przypomniałem sobie te chwile dość dokładnie z racji niewielkiej rodzinnej imprezki uświetniającej obecną (niestety już piątą – jak ten czas gna do przodu) rocznicę urodzin pierworodnego. Wiadomo - nieodzowne w takich chwilach wspominki jak huragan gwałtownie przywołują obrazy sprzed lat...
Dzień zdarzenia - 20 sierpnia 2005 roku. Sobota. Aż dziwne, bo dzień wolny od pracy, znaczy się bez dyżuru. Dzień, w którym przeprowadzaliśmy się do nowego mieszkania. I dzień, w którym znajoma żony stawała na ślubnym kobiercu. Z założenia wydawał się być trudny, bowiem i przeprowadzka, i urząd stanu cywilnego, i możliwe przyjęcie weselne - którego z racji obciążeń dnia chcieliśmy uniknąć...
Przeprowadzka. Nie znoszę się przeprowadzać! Doświadczyłem tej „przyjemności” kilka razy w życiu. Nie dość, że człowiek natyra się jak juczne zwierzę, to jeszcze bałagan niemiłosierny i zawsze coś się rozleci w trakcie. Tak było i tamtym razem. Ekipa przenosząca „graty” nieopatrznie wstawiając część segmentu zahaczyła o próg ciężarówki urywając cokół. Drobnostka, tym bardziej że jakoś poskładałem to do kupy, ale wkurzyłem się nieźle. I to na samym początku przenosin na nowe lokum! Na samym początku dnia! Całe szczęście później obyło się bez specjalnych strat. Co prawda coś się jeszcze stłukło, jakiś kwiatek doniczkowy nie dotarł w całości, ale „zasłona czasu” przymgliła już te drobne uszczerbki w naszym dobytku. Jedyny pozytyw z przeprowadzek, poza oczywistą nową jakością – a w tym przypadku także nową wielkością, to możliwość pozbycia się ”niezbędnych dupereli”. A wiele ich znalazło się na śmietniku tamtego dnia. I akurat tych strat nie żałuję. Potem ustawianie „staroci” po nowych kątach. Jednym słowem radość przeprowadzki :) Oczywiście zanim się obejrzeliśmy upłynęło tyle czasu, że do ślubu znajomej żony została raptem godzina...
Ślub. Godzina na kąpiel, ubranie się (łącznie z prasowaniem), zakup kwiatów i dojazd na miejsce zaślubin. Rzecz niewykonalna! Ale prawie udało się. Prawie, jak w reklamie, robi różnicę... Spod kwiaciarni wyjeżdżaliśmy o godzinie mającej rozpocząć się ceremonii w urzędzie stanu cywilnego. Już byliśmy „nie na czas”. Ale może zdążymy na życzenia? I zdążylibyśmy (łamiąc wszystkie przepisy ruchu drogowego - a jakże!) gdyby nie coroczne, wakacyjne remonty dróg stołecznych. A wtedy remontowany był między innymi most Śląsko-Dąbrowski – bezpośrednie połączenie z docelowym miejscem zaślubin znajomej. Pokluczywszy nieco musiałem wybrać trasę przez most Świętokrzyski. I wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt że jadąc Wybrzeżem Szczecińskim nie skręciłem w ulicę Okrzei, tylko przejechawszy dalej miałem nadzieję na prawoskręt w Kłopotowskiego (przy której to ulicy znajdowało się rzeczone miejsce przypieczętowania kolejnego związku małżeńskiego). Niestety, słuchając porad czytającej mapę żony (sic!), nie mogłem tegoż manewru wykonać bowiem skręt w prawo okazał się być niemożliwy do wykonania. Znaczy się teoretycznie możliwy, ale władowałbym się w ulicę jednokierunkową, co niechybnie skończyłoby się jakąś tragedią. Przykre było także to, iż po prawo widzieliśmy „młodą parę” zbierającą drobniaki z gruntu oraz gotowych do składania życzeń gości z naręczami kwiatów. Nieszczęsne nakazy jazdy w lewo (remonty przecie wtedy były!) doprowadziły nas powtórnie na most Świętokrzyski i trasę musieliśmy powtórzyć. Tym razem skręciłem odpowiednio wcześnie, ale i tak dojechawszy na miejsce zastaliśmy zamknięty na cztery spusty urząd stanu cywilnego. Zatem zdążyliśmy prawie na czas. Ale, powszechnie to wiadomo, prawie robi różnicę...
Droga do domu weselnego. Wysztyftowani jak na niewiadomo jaką imprezę, wyglądaliśmy w tym, pustym już niestety, miejscu trochę dziwnie. Krótka analiza faktów. Kwiaty – mamy! Prezent – mamy! Transport – mamy! No to, mimo że chcieliśmy tego uniknąć, jedziemy w kierunku domu weselnego. Może tam złapiemy „młodych” jeszcze przed wejściem na salę. Ale to nie takie proste. Nie wiadomo dlaczego w sobotnie popołudnie Trakt Brzeski zakorkowany, mimo że nigdzie nie widać wakacyjnych remontów. Jedziemy w ślimaczym tempie – jak tak dalej pójdzie to dotrzemy dopiero na oczepiny! Po prawej mijamy jakiś rozbity samochód... Pewnie ten wypadek zablokował całą trasę. Ale nie – nadal rowerzyści bez wysiłku wyprzedzają samochody. Co się dzieje? Teraz tempo jazdy spadło już do prędkości pieszego. Pieszego obciążonego dwudziestokilogramowym plecakiem! Koło za kołem, zderzak w zderzak samochody toczą się do przodu. A czas nieubłaganie mija. I zasuwa trochę szybciej niż chciałoby się. A jednak wypadek! Na samym skrzyżowaniu z Szosą Lubelską trzy rozbite samochody. Trzeba się zatrzymać – to pierwsza myśl – i udzielić pomocy. Na szczęście policja i służby medyczne są już na miejscu. Rzut okiem, jakby powiedzieli funkcjonariusze władzy, na miejsce zdarzenia. Niezły karambol. Przód jednego z wozów nie istnieje. Drugi (zapewne ten uderzony przez poprzedniego) zawinięty na słupku bocznym jak rogal. Trzeci to chyba tylko przypadkowy rykoszet poprzednich, ale tez nieźle pognieciony. Ciekawe co z ludźmi? Ale nie mam czasu na spytki. Trzeba jechać dalej, bo „młodzi”, bo życzenia, bo prezent. Teraz droga już wolna. I mam nadzieję bez przeszkód...
Wesele. Wypadek musiał zatrzymać także całą ślubną kawalkadę pojazdów, bowiem przyjechaliśmy kilka chwil za nimi - świeżo zaślubiona para stoi jeszcze przed domem weselnym. Niemalże słychać łoskot spadającego głazu z serca mej połowicy! Najlepsze życzenia na nowej drodze, stadka dzieci, uśmiechy, całusy, kwiaty, krótkie tłumaczenie że przeprowadzka, że wypadek itd. I decyzja. Mimo, że zmęczeni i rozpakunek nas jeszcze czeka, to zostaniemy godzinkę. Przy okazji pogadamy, coś tam zjemy, pokręcimy się po parkiecie – przecież to wesele! Dookoła wszyscy z biegiem czasu coraz bardziej radośni (wszak ognistej wody nie brakowało), my niestety coraz bardziej zmęczeni (bo z godzinki zrobiła się nieco dłuższa chwila), zatem myśl o powrocie do mieszkania (nowego!) stała się coraz bardziej natarczywa.
Nagle jedna ze znajomych żony podchodzi do mnie. Jesteś lekarzem?! Na drodze wypadek! Samochód potrącił pieszego! Ekstra! Co za dzień! Brakuje tylko trzęsienia ziemi! Biegniemy. Żona po drodze bierze z samochodu apteczkę. Cholera! Obiecywałem sobie kilka razy zapakować do niej rękawiczki jednorazowe. Ale na obietnicach się skończyło... Na miejscu wypadku tłum ludzi. Wszyscy skupieni dookoła leżącego na szosie mężczyzny. Miejsca nie ma na nic, bo gapie chcą wszystko widzieć by mieć później co opowiadać rodzinie i niemalże depczą poszkodowanego! Jestem lekarzem! Odsunąć się! Robi się tylko nieco bardziej swobodnie. Gapie przecież chcą wiedzieć, co będzie dalej! Krótka ocena sytuacji. Przytomny, oddycha swobodnie, ale kontakt nie do końca i woń alkoholu z ust. Prawa noga nienaturalnie ułożona (złamanie i to otwarte, bo spodnie nasiąknięte krwią). Ciśnienie trzyma, bo dość dobrze napięte na tętnicy promieniowej tetno, tylko cholera coś szybki jest. Jakieś 120/min. Ale to pestka, bo spod głowy wydobywa się strużka krwi... Rękawiczki przydałyby się jak cholera! Widok, pomimo panujących już na dworze ciemności dość dobry, bo kierowca samochodu który potrącił człowieka odjechał nieco do tyłu i nie wyłączył reflektorów. Nagle ktoś podaje mi rękawiczki – to stojący (chyba teraz już w kilometrowym korku) strażak miał je w swojej apteczce (pamiętać na przyszłość o zapakowaniu takowych do swojej!). Badam głowę starając się za bardzo nie wyginać kręgosłupa szyjnego. Poza drobnymi otarciami naskórka wydaje się być cała, ale z prawego ucha leje się krew. Złamanie podstawy czaszki. Fajno! Ktoś wezwał pogotowie? Tak! Już jadą! Zatem czekam. A właściwie czekamy wszyscy. I mam już pomoc. Na tym samym weselu znalazł się bowiem neurochirurg (kuzyn panny młodej) ze swoją żoną, notabene pielęgniarką. Raźniej się zrobiło na duszy. Tłumek dookoła komentuje sytuację. Że potrącony to bezdomny („mieszka w lesie, w szałasie”), że nadużywa („trzeźwego go nie widziałam”), że to na pewno ten bezdomny („poznaję go po butach”)... Szum i sensacja! A my czekamy. Stan mężczyzny wydaje się być stabilny. Po jakimś czasie (minęło trwających wieczność 15 minut) słychać „gwizdki” karetki. Dobra nasza. Są. Ale dojazd do miejsca wypadku przez zakorkowaną przez setki samochodów szosę nie jest wcale łatwy. Dźwięk syren urywa się tak nagle jak nagle się pojawił. Gdzie oni są? Może nie do nas jechali? Może to nie była karetka pogotowia? Człowiek na szosie zaczyna mieć zaburzenia oddychania. Cholera! Byle się nie zatrzymał! Trzeba go będzie reanimować, co w garniturze i na ulicy nie do końca jest przyjemne! Ale jak mus, to mus. Życie ratować trzeba. Neurochirurg złapał za język delikwenta przytrzymując go na brodzie – trochę lepiej. Ale gdzie jest pogotowie? Zza nas ponownie słychać syrenę. Musieli pewnie objechać korek. Dojeżdżają. Lekarz pogotowia otwiera drzwi. Rurkę intubacyjną! – wołamy jednocześnie z kolegą po fachu. Zaskoczony nieco sytuacją pogotowiarz, szykując zestaw intubacyjny, tłumaczy że wezwanie brzmiało: „zasłabł na ulicy...”. Sprawnie, bez ociągania biorą się do roboty. Aż miło popatrzeć. Szybko opanowali sytuację, założyli rurkę do tchawicy, przedtem kołnierz na szyję, sztywne nosze i na gwizdach odjechali do szpitala... Emocje jeszcze trzymają przez chwilę. Neurochirurg proponuje mi drinka – niestety muszę odmówić. Dziś jestem kierowcą. A szkoda, bo napiłbym się z przyjemnością. Zwłaszcza po tej śródweselnej akcji na szosie...
Dzień pełen zdarzeń. Może nie tych najbardziej dramatycznych (zwłaszcza zawodowo), ale pełen emocji. I tych pozytywnych i niekoniecznie. I tak naprawdę jeden z cięższych (głównie pod względem fizycznym) w moim dotychczasowym życiu...
