dzień dla ojca z dzieckiem
2009-08-15 00:32:04
Nie wszyscy mieli to szczęście mieć dziś dzień wolny. Władze ukochanej placówki w której obecnie haruję postanowiły że za jutrzejsze, ustawowo wolne od pracy a niestety wypadające w tym roku w sobotę, podwójne święto kościelno-państwowe (Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i Wojska Polskiego) ustanowią dzień wolny dla pracowników.
Mnie każdy dzień wolny od pracy coraz bardziej cieszy. Co myślę osobiście na temat tzw. długich weekendów w szpitalach - przemilczę, bo nie mam wpływu na ich powstawanie. Często w zależności od potrzeb władz danej placówki.
Tak czy siak, jak wspomniałem nie wszyscy mieli szczęście już dziś na wolność w świętowaniu. Moja żona nie, więc dzień ten stał się dniem męskim w naszej rodzinie. Mogłem go bowiem w dużej mierze spędzić z mą latoroślą. Płci męskiej. Bardzo dobrze robią takie dni na kontakty ojcowsko-synowskie i synowsko-ojcowskie.
Rano wspólne śniadanie (tak rzadkie niestety) z napominaniem do patrzenia w talerz, a nie robieniu wszystkiego innego, poza jedzeniem oczywiście. Potem wspólne zakupy na pobliskim ryneczku (targowisku, czy bazarku jak kto woli) - przecież jutro święto, więc sklepy nieczynne będą, a jeść trzeba. Zakupy podczas których oczy dookoła głowy mieć trzeba, bo mały coraz sprytniejszy, więc i ulica niebezpieczna, i niecierpliwość ze strony syna w kolejkach, i niespodziewane sprawunki w koszyku czy torbie. Potem powrót do domu. Nawet widoczne w oczach zrozumienie, że najpierwej trzeba sprawunki porozkładać do lodówki i po kątach temu przeznaczonych. Zrozumienie przez 5 minut. Później uporczywie wyrażana konieczność zabawy przeważyła nad sprawunkami. Ale do lodówki trafiło wszystko co konieczne! Zabawa ekstra. Układanie puzzli i klocków, czytanie książeczek, grzybobranie. Komputer także, a jakże! I w czasie nieco dłuższym niż zwykle... W końcu dzień ojca z dzieckiem :) Obiad niestety podobny do śniadania - kombinacje alpejskie nad jedzeniem. Szkoda, że nie nakarmiłem go przy komputerze - zapatrzony w ekran połknąłby wszystko!
Potem niestety wizyta u stomatologa. Mama nie odpuściła (wyrywając się na godzinkę z pracy) i u pani doktor od zębów byliśmy całą rodzinką. Całe szczęście obeszło sie bez wiertła, jedynie ozon. I za ten bezbolesny zabieg dostał jeszcze w gabinecie od pani stomatolog zabawkę! Szczęście zupełne widoczne jak u psiaka (tylko bez machającego ogona). I duma z samego siebie jaki był dzielny :))) Pokręciliśmy się potem jeszcze po jednym sklepie, zaliczyliśmy McDonald’s (frytki koniecznie i McNuggets - bez zestawu HappyMeal, bo zabawki coś nie tego i nie przypasowały) i zabierając po drodze z pracy mą połowicę, koniec końców (przejeżdżając jeszcze przez Cepelię i zakład wytwarzający wkładki ortopedyczne do butów - niestety dla Miłka) wylądowaliśmy w Batidzie przy Placu Konstytucji na lodach (dla małego) i kawie (dla nas).
Fajny dzień. Na koniec zabawa samochodami. Mimo zabawki od stomatologa dostał też od nas samochodziki. Z ulubionego animowanego filmu "Auta". I choć większości tekstów chyba nie rozumie (uważam, że filmy te robione są z myślą o dorosłych), to fanem Zygzaka McQueena jest oddanym.
Na dobranoc zatem fragmenty filmu z podkładem muzycznym:
Patrzę, która to godzina i okazuje się, że mamy już dziś święto. Niestety tak jak wczorajszy (znaczy się czternastego) dzień wolny był dla niektórych, tak i dzisiejsze święto nie dla wszystkich bedzie dniem wolnym. Ja na ten przykład spędzę je w pracy. A z racji ogólnopolskiego zamieszania wokół dzisiejszego koncertu Madonny, choć nie jest moją ulubioną artystką (ale płyta Ray of Light jest dobra), to dla jej wkładu w rozwój muzyki rozrywkowej zamieszczę jeden z jej najbardziej, według niektórych, obrazoburczych teledysków.
