makiawelizm
2009-08-12 23:35:50
Im bardziej analizuję swoje dotychczasowe postępowanie, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu o mym egoizmie. Posunę się dalej - w całej mojej dotychczasowej pracy kierowałem się doktryną makiawelizmu. Na dodatek jestem uczestnikiem spisku mającego na celu zamęczenie na śmierć młodszych kolegów, co zgadza się w 100% z prezentowanym przeze mnie typem osobowości. Pełen hipokryzji, bez skrupułów i po trupach dążę do celu. Tym razem po trupach młodszych kolegów z pracy...
Dlaczego tak sądzę i tak publicznie przyznaję się do mego socjologiczno-psychopatycznego defektu?
Bowiem dotychczasowe me postępowanie strasznie mnie wykańcza. Będę musiał je zmienić o 180 stopni i zacząć postępować inaczej. Ciekawe komu to wyjdzie na dobre? Myślę, że mnie na pewno!
Jako starszy już lekarz (i wiekiem, i stażem pracy, i co by tu nie mówić doświadczeniem) pracuję coraz ciężej. Dziwne. co? A jednak. Nie jestem z gatunku osób narzekających, ale niestety tak jest. Trochę burzy to mój światopogląd, bowiem wydawało mi się, że im więcej będę umiał, tym mniej będę musiał harować. Nic bardziej błędnego! Bowiem do zakresu moich obowiązków należą:
1. Praca w oddziale - wiadomo. Dla niewtajemniczonych - obchód, badanie pacjentów, wydanie zleceń i to co tygrysy lubią najbardziej - robota papierkowa (znaczy się niezbędne wpisy w historii choroby, zbieranie podpisów od pacjentów na "tysiącu" niezbędnych kwitków - a jakże!, w końcu tworzenie karty informacyjnej). Średnio kilka godzin. Całe szczęście obecnie "wywalczyłem" sobie do pomocy stażystkę Kasię, dzięki której w dużej mierze mam pracę z dokumentami załatwioną. Mówię "wywalczyłem", bowiem poprzednio, pomimo dość dużej ilości osób stażujących, mnie pominięto w przydziale pomocnika. Młodsi koledzy jednak taką pomoc zyskali. Chyba jestem za mało przebojowy. A może przez chwilę zapomniałem patrzeć tylko na swój koniec nosa? Muszę to zmienić i nie tracić już go ani na chwilę z pola widzenia!
2. Badania i zabiegi diagnostyczne - znaczy się pobieranie gazometrii, nakłucia jam ciała, nakłucia szpiku... Jakoś nikt tego szpiku nie chce kłuć! Proszeni są do tego starsi...
3. Gastroskopie - obecnie jestem jedynym lekarzem wykonującym to badanie zarówno dla pacjentów szpitalnych jak i tych hospitalizowanych w ramach "jednego dnia", znaczy się przyjętych tylko celem wykonania gastroskopii. Całe szczęśćie, że są tylko dwa gastroskopy i jedna myjnia, bowiem inaczej spędzałbym zapewne w pracowni endoskopowej nie 2 godziny jak teraz, ale dwa lub trzy razy więcej. Obserwuję bowiem ogromne zapotrzebowanie na wziernikowanie żołądka. Słyszę też często tekst - przecież Misiek zrobi! Może najwyższy czas przestać robić? Słyszałem od młodszych kolegów deklaracje o nauce w tymże kierunku, także odczytu holterów, wykonania badania spirometrycznego i innych takich "dodatków". I co? Z tego co wiem jak na razie wszystko "obsługiwane" jest przez starszych...
4. Poradnia - wyrwana w środku dnia cała jedna godzina (całe szczęście tylko jeden raz w tygodniiu). To jest nagroda za posiadaną specjalizację! Choć o ile sobie dobrze przypomnę, to i przedtem także w poradniach różnych robiłem za specjalistę...
5. Konsultacje - znienawidzony kawałek chleba, bowiem odmiennych specjalności "koledzy" (znaczy się nie interniści) wzywają człowieka do wszystkich problemów opatrując skierowanie etykietką "pilne". Oczywiście konsultacje są nagrodą za zdobytą specjalizację. Młodsi koledzy borykają się z tym problemem tylko w trakcie dyżurów. No chyba, że jednocześnie na dyżurze jest któraś z bardziej doświadczonych "starszych" osób...
6. No i na sam koniec Izba Przyjęć. Zapalnik, który wywołał między innymi tę polemikę. Nie chodzi oczywiście o dyżur. Chodzi o godziny w ciągu których trzeba zastąpić wychodzącego po dyżurze brata Wacława. 8.00 - 15.30. Do Izby Przyjęć maszerują ci, którzy posiadają spoecjalizację (znaczy się także ja). Często 2-3 godziny, w trakcie których inni (czytaj młodsi) wyrabiają się (lub nie) z pracą oddziałową...
7. Aha. Jeszcze dyżury. Tu powiem tylko jedno. Jakoś tak się układa, że najmłodsi koledzy mają najmniej dyżurów. Ja zwykle 6-7, młodzi 4-5. Pięć dyżurów miałem w miesiącu, w którym byłem dwa tygodnie na urlopie. A po powrocie z tegoż urlopu w ciągu dziewięciu dni więcej nocy spędziłem w szpitalu niż w domu. Egoizm jak cholera! Z czyjej strony?
Reasumując - obowiązki pełnione przeze mnie (i innych "starszych" kolegów także) nijak się mają do tego, czym obciążeni sa koledzy młodsi! A z której strony słyszę największe jęki o ciężkości pracy? To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. Przytoczyłbym parę anegdot z własnego życia, gdy to ja byłem "młodszym", ale po co się powtarzać? Przecież czasy się zmieniły odpowiedzą zapewne "najbardziej zapracowani". Tak zapracowani, że w dniu dzisiejszym z całego zespołu dyżurującego jako jedyny wyszedłem z pracy po 15-tej. Reszta ulotniła się gdzieś przed południem...
Oczywiście zrzucam to na karb mojego niedołęstwa, braku w organizacji pracy i starości.
I egoizmu. Oraz makiawelicznego spisku wobec młodych.
