nocne wizyty
2009-07-20 23:50:31
No cóż. Moje przepowiednie z poprzedniego postu niestety się spełniły. Co prawda nie miałem do czynienia z cierpiącymi na infekcję wirusową, ale "jakość" schorzeń miała podobny charakter.
Młody mężczyzna (lat chyba 26), którego jakiś komar czy inna mendoweszka uchlała w kolano kilka dni temu, zgłosił się w nocy do Izby Przyjęć bowiem nie do końca może swą "chorą" kończynę wyprostować. Fakt - obrzęk, zaczerwienienie i bolesność (wszystkie składowe satnu zapalnego) nieco dokuczają w wyproście kolana, ale poza tym jakiegoś specjalnego zagrożenia życia nie stwierdziłem. Zwłaszcza powodu do nocnej wizyty w naszym medycznym przybytku.
Starsza kobieta (gdzieś kole 70-ki) wróciwszy z wywczasów z Nałęczowa postanowiła się chyba upewnić, czy rozpoznany przez tamtejszego doktora półpasiec rzeczywiście pólpaśćcem jest. Jak cholera! Objawy tak charakterystyczne, że i Goździkowa rozpoznałaby je bez problemu. A nuż w szpitalu, nad ranem, lekarz postawi inną diagnozę? NIE! TO PÓŁPASIEC. Jedynym wytłumaczeniem starszej pani, a i powodem do lekkiego uśmiechu na mej twarzy, było to że w nałęczowskim spa żadnej terapii (poza NLPZ) nie zaordynowano, co spowodowało intensywne dolegliwości bólowe w nadbrzuszu. Musi być, że żołądek. Tak mówi mi doświadczenie i literatura fachowa. Zadowolony z siebie, z pewną satysfakcją wypisałem zarówno PPI jak i leczenie celowane. Ze smutną jednak miną poinformowałem o możliwości utrzymywania sie bólów po półpaśćcu do końca życia, co upierdliwe może być i tyle.
Przebojową nocną wizytę zostawiam na koniec. Wydawać by się mogło, że biorę udział w jakimś horrorze. Wszak rzecz działa się kole drugiej w nocy, a wycia zza ściany nie należały do rzadkości (wszak koledzy ortopedzi walczyli na ostrym dyżurze), a stukająca do nich klientela (notabene czekająca po kilka godzin w kolejce) przypominająca ostatnich ocalałych z pogromu zombie uciekinierów, miała jedynie mord w oczach. Lecz to nie horror - komediodramat jakiś, czy tragifarsa. Oto bowiem 45-letnia kobieta zgłosiła się do Izby Przyjęć, bowiem... nie mogła zasnąć. Przyszła oczywiście ze współtowarzyszem niedoli (chyba nieszczęsnym mężem). Czuła się jakaś taka rozdygotana (co zwykle ustępowało jej po 1-2 godzinach), a tej nocy właśnie nie chciało (to już chyba 5-ta godzina meczarni!). Kiedyś już coś takiego się zdarzyło. Miałam wtedy straszne zaburzenia elektrolitowe! Kroplówka z potasem mnie uzdrowiła!
Nie! Pełnia jakaś dziś, czy co! Patrzę za okno - nie! Chyba jakieś wariatkowo?!
Co prawda w niepełnym oświetleniu cera kobiety wydawała sie jakaś szaro-żółta, ale przecież w ciemno jej potasu toczyć nie będę, bo w badaniu fizykalnym odchyleń od stanu prawidłowego nie stwierdzam. Nie. Nic jej nie przetoczę! Poczeka sobie zatem kilka godzin na badanka! Złapawszy zatem ze dwie godziny odpoczynku otwieram na dźwięk telefonu oczy. Za oknem już szarówka - pewno gdzieś koło czwartej nad ranem. Są wyniki badań. Trąc zaspane oczy wchodzę do gabinetu internistycznego. Rzeczona kobieta leży (a jakże - przecież ciężko chora) przykryta kocem na leżance. Przy niej wcześniej wspomniany towarzysz niedoli (oczywiście, że trzymający pacjentkę za rękę). Zza węgła widzę ironiczny uśmiech pielęgniarki - ta już wie, że wszystkie wyniki badań są prawidłowe. Zatem informuję, że jest jak jest, że w badaniu fizykalnym nic, że ciśnienie prawidłowe, że w Ekg nic, że w badaniach laboratoryjnych nic, że właściwie nie było powodu do wizyty w Izbie Przyjęć, że można pójść do domu, że prędzej pomoc psychiatry (niestety tego już nie mówię)...
Delikwentka (bo tak ją teraz nazwę) stwierdza, że teraz to ona pójdzie do domu się porządnie wyspać, a i tak wybierze się do SWOJEGO lekarza, skoro nic nie rozponałem. Kątem oka łąpię jedynie westchnienie i udręczony wzrok jej współtowarzysza. Dziwne, że facet nic się nie odezwał?! Musi być, że kocha. Przez duże K!
Właściwie nie pierwszyzna w takich przypadkach, ale zawsze irytują. Pracujemy w Izbie Przyjęć po to, by ratować ludzkie życie, by pomagać chorym. Nie złoszczę się, gdy pacjent w zagrożeniu zycia wjeżdża w najbardziej strasznym dla lekarza momencie. Nie jestem wściekły, gdy muszę (nawet pomimo braku chęci i zmęczenia) wykazać się wiedzą i zdobytymi przez lata umiejętnościmi. Nawet gdy jest to 30-ta lub więcej godzina dyżuru. Nawet gdy jest to głęboka noc lub już dzień. Po to tu jesteśmy!
Jednakże, gdy mam do czynienia z przypadkami błahymi, to irytacja narasta. Jeżeli te przypadki następują jeden po drugim - irytacja narasta jeszcze szybciej. I coraz mniej chce mi się funkcjonować w tym systemie. Zwłaszcza po dyżurze, na którym muszę zajmować się tygodniowym bólem stopy, ciężką według słów pacjenta gorączką (37,5 stopnia!), niewielkim obrzękiem po użądleniu przez owada błonkoskrzydłego, czy bólem gardła! Lub robię jako lekarz Izby Wytrzeźwień!
