out of order

2009-07-19 12:27:58

Mimo, że ostatni mój dyżur (piątek 17 lipca) nie należał do najtragiczniejszych, to chyba zdarzyło mi się złapać jakieś cholerstwo. Musi być wirus, bo objawy pasują. Nieprzyjemne wibracje w żołądku, sraczka, głowaból i rozbicie. Totalne. Z rańca po dyżurze rzęsisty pot na czole, twarz szaro-żółta, sińce pod oczami, wszystkie mięśnie bolesne. Resztką sił dokonałem zakupów na pobliskim ryneczku (bazarku, czy targowisku jak kto woli) i wróciwszy do domu walnąłem się do wyra. Musi być, że spociłem się okrutnie, bo cała pościel (a ja w niej) pływała od potu. Trochę dopomogła temu aura (o której dużo w poprzednich postach - bo duszno i parówa), więc właściwie czemu się dziwić? Ale to chyba nie to. W tak zwanym międzyczasie kilka wizyt w przybytku zwanym toaletą. Nie będę opisywał dokładnie szczegółów z tym związanych... Całe szczęście bez gorączki, choć przecież jako medyk nie pokwapiłem nawet się jej mierzyć :) Wiadomo - szewc bez butów chodzi. Pokręciwszy się trochę po chałupie ległem po raz drugi w wyro. Kolejne kilka godzin w objęciach Morfeusza, pływającego w jeziorze potu. Wieczorem trochę lepiej. Obudziłem się nawet głodny, ale z rozsądku nie pokusiłem się o spożycie posiłku. Jedynie płyny w dowolnej ilości, bo na szczęście żołądek nie odmawiał współpracy w ich przyjęciu. Trza dziadostwo zwalczyć, bo przecież jutro (tzn dziś - 19 lipca) ponownie przygoda w Izbie Przyjęć. Więc powrót do łóżka. Zaspać cholerstwo na amen! To jest metoda! Chyba skuteczna, bo każde zamknięcie oczu sprawia, że obudziwszy się czuję się lepiej. Łącznie przespałem chyba z 15 godzin...

Dziś jest lepiej, ale nie do końca. Co prawda wyglądam już jak człowiek (nie jakieś zombie), ale ogólne samopoczucie niespecjalne. I dyżur. Oby było spokojnie, bo cały tydzień pracy przede mną. I na pewno delikwenci z podobnymi objawami jak nic będą się pojawiali na Izbie Przyjęć. Znając życie w środku nocy...

Cóż! Upadek autorytetu! Nie ma szacunku dla nikogo, zwłaszcza dla lekarza!

A ja się czuję zmęczony i bez sił:

 



Dodane w praca , muzyka

Komentarze: 10

przenitek 20.07.2009 r., 19:55
No i tak trzymaj .
misiek 19.07.2009 r., 17:08
Nie no, jest już lepiej. Azjatyckie potrawy dziś mi nie grożą, a i fasolki jakoś nie widać. Sucha buła i coca-cola. Odgazowana!
przenitek 19.07.2009 r., 16:43
Jednym słowem zdrówka : )))) życzę.
przenitek 19.07.2009 r., 16:42
Bądż dzielny Michu i dziesiaj teżnie ulegaj namowom na żadne wschodnioazjatyckie dania, a tym bardziej na wspomnianą już fasolkę, która jak wiadomo stanowi główny punkt menu wielu przydrożnych barów, i punktów tzw szybiej obsługi. Bo obsługa może i szybka, ale skutki mogą być długotrwałe ; )))))
19.07.2009 r., 16:38
Widzę że niektórych wydęłło, zatem już tradycyjnie będzie można pobączyć razem ; )))
misiek 19.07.2009 r., 15:25
Jakoś tych wydęć nie zauważyłem ostatnio :) No chyba, że te w miejscach odpowiednich. I nie nazwałbym ich wydęciami :)
mumina 19.07.2009 r., 15:08
mnie nie wydęło... już wydęta byłam...
misiek 19.07.2009 r., 13:25
Chińczyka w końcu nie było. Przynajmniej ja nie jadłem. A z fasolką to rzeczywiście szczęście. Dodatkowo wydęłoby mnie jak balon :)
mumina 19.07.2009 r., 13:21
może to po chińczyku z P. Pszemkiem? dobrze, że się nie dałeś namówić na fasolkę po berońsku...
kaeri 19.07.2009 r., 12:59
Oby było spokojnie, jak w piątek na oddziale (głównie dzięki Dyżurnemu z IP :)) Pogoda na chwilę odpuściła, więc odpadł przynajmniej jeden pracoutrudniacz. Trzymaj się dzielnie.

Dodawanie komentarza