urlopowe smaki
2009-06-24 18:29:54
Pierwszy po urlopie dyżur minął, lecz następny tuż tuż. Było niestety śmiertelnie poważnie, ale taka nasza praca. Kostucha puka do drzwi zbyt często. I zbyt często odchodzi z pełnymi rękami...
Ale dziś nie o tym. Smutki odrzucam na bok, żyję bowiem jeszcze minionym urlopem, więc pora na kolejną porcję wspomnień. Dziś będzie kulinarnie - wszak jedzenie to jedna z większych przyjemności w naszym życiu. Niepogodowa raczej aura często zmuszała do szukania schronienia w okolicznych knajpkach, w które obfituje miejsce mego nadmorskiego urlopu. Ponieważ bywam tam praktycznie co roku, więc kroki me zwykle kieruję w "sprawdzone miejsca kulinarnych rozkoszy"...
Zanim jednak o tych smakach, muszę koniecznie wspomnieć o pewnym miejscu, w którym zatrzymuję się zwykle w drodze nad morze. Dzięki którejś z wypraw w okolice Wdzydz Kiszewskich i Starogardu Gdańskiego, szosa zaprowadziła nas do Człuchowa, a właściwie 2 kilometry za Człuchów drogą w kierunku Wałcza. Znajduje się tam stacja benzynowa, salon samochodowy oraz... zajazd Canpol - miejsce odpoczynku chyba wszystkich przejeżdżających tamtędy. Oczywiście powodów może być kilka - trzeba przecież zatankowac paliwo do samochodu, rozprostować trochę kości w pobliskim mini-ZOO, zabawić się z dzieciakami na leśnym placu zabaw... Głównym jednak powodem jest knajpa. Obliczona na 200, a może i więcej osób. Częściowo samoobsługowa (trzeba przy kontuarze zamówić wybrane dania, czy samemu nałożyć dodatki w barze sałatkowym), ale warto tam zjeść. Wiktuały spożywane tam przeze mnie do tej pory (czytaj spożywane przez całą moją rodzinkę) były pyszne. Żołądki lub kołduny w rosole, barszczyk czerwony z pasztecikami, żeberka z kopytkami i kapustą, indyk w sosie cherry, kurczak szefa kuchni, zwykły schabowy, golonka, czy też sakiewki Pasibrzucha (naleśniki z farszem mięsnym i sosem grzybowym) oraz parę innych dań, których nazw już nie pamiętam - wszystko to ma swój oryginalny aromat drażniący receptory węchowe od samego wejścia, powodując ucieczkę języka do żołądka na samą myśl jedzeniu. A żarło smaczne jest i tyle. Wracając z urlopu zboczyliśmy z trasy o te dwa kilometry dokładając, do już rozepchniętych nadmorskimi pysznościami żołądków, kolejną porcję jedzenia! Warto było!
Po drodze jest jeszcze Koszalin, który postanowiliśmy odwiedzić później. Zdarzyło się to wkrótce, bowiem w któryś z nieprzyjaznych dni wybraliśmy się tamże odwiedzając między innymi restaurację "Marco Polo". Eh, kolejne rozkosze podniebienia - warkocz z polędwiczki wieprzowej w sosie słodko-kwaśnym, rosół z makaronem, przysmak uczniów Hogwartu... No bo co tu robić, gdy na dworze pada?
Z racji niepogody odwiedziliśmy także w Darłówko. Tam jedliśmy pizzę, której wymiary okazały się być spore (przecie, że zamówiliśmy rozmiar rodzinny), spotęgowane formą podania jej na ogromnej paterze :)

No i nadmorski "kurort" Mielno. Jak już powiedziałem pierwsze kroki skierowałem w miejsca znane z dobrego żarła w przeszłości.
Choć restauracja w hotelu "Meduza" ubiegłorocznie nieco rozczarowała, to wtym roku zapodana pierwszego dnia sałatka z brzoskwinią i awokado powaliła na kolana moją małżonkę. Ja zadowoliłem się pyszną sałatką "Madras" z grillowanym indykiem i smażonym boczkiem. Pozostałe składniki w menu też początkowo smaczne, niestety im dalej w sezon tym jakość i wielkość dań w "Meduzie" spadała. Jedynie ceny były stałe, choć kto wie co będzie dalej...
Dobrze zapamiętana z lat ubiegłych knajpka Arni@Pablo zawiodła na całej linii. W tym roku nie smakowało nic. No może poza piwem, którego całe szczęście nie warzono na miejscu. W przeszłości spaghetti ze szpinakiem, pierogi z mięsem, naleśniki różnodziane, shoarma z kurczaka, czy różnorakie sałatki chciało sie jeść jak najczęściej. W tym roku kiepa totalna. Chyba zmienili szefa kuchni (choć mówią, że sami gotują?!).
"Wróbłówka" - smażalnie ryb (choć zjeść można nieco więcej niż ryby) przy jednym z zejść z deptaku z miłą, ładną i zwykle uśmiechniętą właścicielką. Dobre smażone dorsze i flaczki z kalmara. Pomidorówka też. Często tam byliśmy, zwłaszcza że mały ciągnął tamże na rybkę :)
Smażalnia o nieokreślonej nazwie wyglądająca jak żółty namiot. Przy głównej ulicy Mielna. Jedliśmy tam w tym roku niestety tylko jeden jedyny raz, bowiem otworzyli swe podwoje na koniec roku szkolnego. Posiłkiem głównym okazał się być pyszny mięsisty turbot (bądź torbut jak kto woli). A że było to w przeddzień wyjazdu - na podniebieniu prawie do tej pory czuję niezapomniany smak tej flądropodobnej rybki...
Odkryta w tym roku (i chyba dopiero co otwarta) Cafe Aghata z wystającym ze ściany starym Chevroletem.

Knajpka utrzymana w stylu kubańskim z fotografiami Kuby i jej mieszkańców, z sączącą się gdzieś z głośniczków kubańską muzyką. W toalecie zdjęcie Fidela - wodza rewolucji :) Poza drinkami, piwem i kawą można też pysznie zjeść. Naleśniki z camambertem i żurawiną, pierogi z mięsem, no i oczywiście spaghetti którym zajadała się moja latorośl...

...umawiając się wcześniej z kucharzem, by makaron nie był wymieszany z sosem tylko podany osobno!
Na koniec zostawiam rarytas. Restauracja w hotelu "Dworek Morski". Właściwie nie wiem co powiedzieć. Wszystko co jedliśmy było niewiarygodnie smaczne. Menu niezbyt wyszukane, bez skomplikowanych nazw potraw i jakichś tam ekstrawagancji. Rosół, zupa krem z brokułów, zupa gulaszowa, grzybowa, ogórkowa... Sałatki - grecka, z kurczakiem, z tuńczykiem... Pierogi, naleśniki z czekoladą i lodami... Niesamowicie delikatne spaghetti bolognese... Polędwiczki w zielonym pieprzu, grillowane mięso, nawet "chińszczyzna" (znaczy się kurczak w sosie słodko-kwaśnym) smakowały dobrze. Nawet bardzo dobrze. A porcje powalają na kolana nawet największych obżartuchów :) No i najlepszy chyba na wybrzeżu sernik własnego wypieku! Pycha!
Dzisiejszy post wygląda jak przewodnik kulinarny, ale rzeczywiście tegoroczny urlop w większości spędziłem w knajpach. Z tego też powodu sadełko trochę urosło. A zakładałem, że nieco schudnę w te wakacje...
Na koniec dla wszystkich łakomczuchów porcja lodowej przyjemności. Zdaje się, że deser nazywał się truskawkowy tajfun, huragan truskawek, czy jakoś tak podobnie :)

