aura urlopowa (lub jej brak)
2009-06-22 19:52:49
Dziś trochę więcej. Nie będę opisywał pierwszego po urlopie dnia w pracy. Bo i po co. Prawda jest taka, że ciężko wraca się do szarej rzeczywistości (czytaj pracy) i potrzeba przynajmniej tygodnia, by na powrót wkręcić się w tryby maszyny zwanej szpitalem. Nie będę też narzekał że jest ciężko, bo od jakiegoś czasu stało się to normą. Tylko (jak powiedział Przenitek) struny nie można zbyt silnie naciągnąć - w końcu nie wytrzyma i pęknie, a mam wrażenie że naciągnięta jest ona do granic wytrzymałości. Trochę czasu i zerwie się z hukiem robiąc wiele hałasu i szkody nam wszystkim.
Ale dziś nie o tym. Żyję jeszcze urlopem, a z racji braku możliwości opisywania zdarzeń na bieżąco zamierzam kilka postów poświęcić właśnie ostatnim dwóm tygodniom.
Dziś będzie o pogodzie, znaczy się tytułowej aurze. Która była i nie. Dowcipni powiedzą, że pogoda jest zawsze, ale chodzi mi oczywiście o jej ładniejszą stronę, zwłaszcza że wypadło spędzić mi mój urlop nad morzem. Polskim morzem. Moja latorośl jest jeszcze w takim wieku, że najbardziej odpowiada mi okres "przed sezonem". Z dwóch powodów: jest taniej - co istotnie umila pobyt, ale ważniejszą wydaje się swoboda ruchów - można śmiało ruszyć po deptaku, promenadzie i plaży nie obawiając się o nadepnięcie kogoś, bądź bycie przez tego kogoś nadepniętym.
Zatem czerwiec przed końcem roku szkolnego. Czego tu się spodziewać pięknej pogody? Wiadomo przecież że takiej może nie być. Ale zawsze człowiek ma nadzieję, tym bardziej że poprzednie czerwce były piękne. Niestety nie tym razem. Pogoda na podróż była OK. Nie za ciepło, nie za zimno, właściwie nie zawiele popadało (dopiero od Człuchowa). Gdy przyjechaliśmy na miejsce okazało się, że właśnie przestało lać. Dobry znak - przywieźliśmy dobrą pogodę :) Morze przywitało nas takim oto widoczkiem:

Miło i sympatycznie. Trochę chmurek, wiaterek nawet nie nazbyt duży, ale poza tym dość ciepło. Musi być, że od jutra pogoda będzie git! I prawie tak było. Ale jak wszystkim wiadomo "prawie" robi różnicę. Co prawda dwa następne dni nie były taki straszne...

...ale kolejne do najprzyjemniejszych już nie należały. Nie chodzi o temperaturę, bo było znośnie (zwłaszcza w zaciszu), ale o wiatrzysko które gnało i fale na morzu, i chmury na niebie.



Niektórym to nie przeszkadzało, wręcz zadowoleni byli z takiego obrotu sprawy, wykorzystując wiatr i fale do igraszek sportowych, lub jak kto woli do uprawiania sportów ekstremalnych :)

I choć (jak widać na fotkach) niebo okresowo było całkiem klarowne, to co jakiś czas zdarzało się niesamowite wręcz zjawisko, które udało mi się uwiecznić na kolejnym zdjęciu:

Okresowo (czytaj zbyt często) takie chmury pojawiały się na niebie dając z siebie wszystko co mogą - najczęściej obfitą ulewę, czasem burzę z piorunami. Taka przeplatanka niezbyt dobrze robi na nastrój. Piętnaście minut na plaży, godzina w knajpie, pół godziny słońca, dwie godziny deszczu. Można nieźle ześwirować. I rozchorować się. Człowiek taszczy ze sobą cały plecak ubrań, bo gdy słońce świeci (a czerwcowe potrafi już nieźle grzać) to ukrop jest niemiłosierny, gdy zaś leje - zimno sie robi jak za Uralem. Dobrze, że knajpki są co kilka metrów. Jest się gdzie schować i co wypić. Bez tego ani rusz.
Ale i tak nieoczekiwane chmurzyska jak powyższe potrafiły wydobyć z Bałtyku piękno, jakiego by szukać gdzieś w ciepłych krajach. Oczywiście bez odrobiny słońca ze strony przeciwnej, takiego widoku by nie było.


Co Wy na to? Bałtyk, czy może inne morze? Nawet roślinność jakoś tak tropikalnie wplotła się w całość obrazu.
Cale szczęscie pod wieczór zwykle wiatr nieco słabł i niebo także robiło się całkiem przyjazne, więc okazja do pospacerowania po plaży i promenadzie oraz zrobienia paru "ujęć zachodów słońca"







Widoczki takie robiły nadzieję na wspaniałą aurę w dniu następnym, który niestety zwykle okazywał się kolejnym pogodowym koglem-moglem. Misz-masz kompletny.
Na koniec jeszcze kilka fotek obiektów pływających...


Eh. Pożeglowałbym sobie. Nie wiedzieć czemu przychodzi mi na myśl i brzmi w uchu (poza szantami oczywiście) Jean Michel Jarre - Oxygene part IV.
Łapać życie pełną piersią.
Carpe diem.
Czerpać radość ze wszystkiego.
Z każdego oddechu.
Oddychać, oddychać, oddychać...
