wyjazd
2009-05-04 21:53:33
Majowy tzw. "długi weekend" miałem wolny. Od pracy w szpitalu. Nie do końca jednak okazał się być wolnym od obowiązków. Byłem bowiem na Kociewiu, gdzie trzeba było być i tyle. Mimo, że wyjazd z racji towarzyskich jawił się w barwach kolorowych, to jednak wymuszona okolicznościami konieczność "niebycia" w domu już nie do końca. Zwłaszcza, że zostawiałem rodzinę nie całkiem zdrową. Mały doleczał właśnie jakąś pieruńską infekcję wirusową, a i moja "połowica" wyglądała nie najlepiej. Całe szczęście teściowie zadeklarowli się i przyjechali by pomóc w okiełznaniu coraz lepiej czującego się potomka. "Druga połowa jabłka" co prawda zgodziła się bym pojechał, ale wzrok który posłała mi na pożegnanie mógłby zmieść z powierzchni niejednego śmiertelnika. Z perspektywy czasu patrząc zastanawiam się jak to mordercze spojrzenie zniosłem. Może przez te parę lat w jakiś sposób się uodporniłem? Ciekawe!
W każdym razie pojechałem. A właściwie pojechaliśmy. Doborowe towarzystwo. Mumina, Siostra, brat Wacław z połowicą, panna M., niejaki "puka@ćwokno" i ja. Wszyscy w jednym wozie. W tamtą stronę zasiadłem za sterami transportowca. Mogłem sobie poprowadzić coś większego niż maluch, a że lubię od czasu do czasu wybrać sie wozem w dłuższą trasę, to przyjemność była większa. Właściwie nie spieszylismy się za bardzo, choć nie wiem co to znaczy jechać wolno, a że w tzw. międzyczasie okazało się, że nie jesteśmy az tak bardzo oczekiwani, to zrobiło sie jeszcze fajniej i po krótkim pobycie na autostradzie (tak coś takiego w Polsce istnieje!) wylądowaliśmy nad polskim morzem. Dokładnie w mieście z niemiecka Danzig zwanym. Chcieliśmy coś zjeść, bowiem żołądki z wolna dawały o sobie znać. Knajpka nazywała się "Miasto Aniołów". Nazwa adekwatna do tego co zastaliśmy. Poza tym, że dania były całkiem smaczne, to niestety iście anielską cierpliwością trzeba było się wykazać co do czasu oczekiwania na podanie zamówionych specjałów. Właściwie i do obsługi także. No i ten incydent z brudnymi kieliszkami. I koniec. "Miasto Aniołów" skreślam z listy knajp godnych polecenia.
Zapakowawszy się po posiłku w wóz transportowy musieliśmy niestety trochę przyspieszyć, bowiem otrzymaliśmy informację, że osoba duchowna czeka na nas by zapoznać nas z miejscem zakwaterowania. A zakwaterowanie w... Seminarium Duchownym. Zapowiadała się zatem noc spędzona w celach. Za co? Za zbyt szybką jazdę? Za niezawinione spóźnienie? Za grzechy?!!!!!
Ale nie było tak żle. Całe szczęście okazało się, że Seminarium dysponuje pokojami gościnnymi, które w niczym nie przypominają znanych z literatury pomieszczeń "braciszków". Czysto, schludnie, pościel na kant, osobne ręczniki, radio, łazieneczki (trochę małe, zwłaszcza kabiny prysznicowe, ale o 100% lepsze niż u nas w szpitalu). Słowem pełna kultura. Co prawda brak pewnych udogodnień zmuszał do kombinacji, ale nie było strasznie. Nie wiedzieć tylko czemu w pięć minut po naszym zakwaterowaniu wszystkie dostępne w budynku wyjścia okazały się być zamknięte. Zdawało się, że zostaliśmy sami, ale przecież pokoje nasze znajdowały się na parterze, a nad nami były jeszcze chyba ze dwa, czy trzy piętra, więc na pewno jakiś "braciszek", czy "siostrzyczka" tu pomieszkiwali. Po krótkim spotkaniu na "kawę" z czipsami rozeszliśmy się do swoich pomieszczeń, bowiem dzień następny obfitował w "atrakcje". A pobudka musiała być dość wczesna - o 7.45 było przewidziane dla nas śniadanie.
Właściwie dużo mógłbym o dniu następnym opowiedzieć, ale wyszedłby z tego poemat jakiś albo co. Skupię się na rzeczach, które zrobiły na mnie wrażenie.
Sala, a właściwie sale jadalne. Brat Wacław trafnie określił je jako te z filmu "Krzyżacy" Forda. I tak było. Niesamowite wrażenie. Dobrze, że byliśmy od seminarzystów oddzieleni, bowiem panie będące z nami mogły niejednego z nich zawrócić z obranej drogi posługi duszpasterskiej...
Katedra. Obiekt robiący wrażenie jeszcze większe niż sale jadalne. I choć ołtarz, organy, gotyckie sklepienia, malowidła niewątpliwie były piękne, to szpalery siedzisk wzdłuż ścian naw bocznych jak i przed ołtarzem (nie do końca wiem jak się to nazywa) oraz przejście pomiędzy seminarium a katedrą przypominały swym charakterem nastrój z filmu "Imię róży". Brakowało tylko typowych dla tamtego okresu braci zakonnych (obecni duchowni są bardziej cywilizowani i trochę lepiej uczesani).
Kazanie biskupa. Choć podupadły na zdrowiu, to mówione z głowy, bez kartki (aczkolwiek nie jestem pewien bo świece przesłaniały mi widok), kazanie które zapowiadało zdarzenie, mające nastąpić bezpośrednio po mszy. Niesamowity jest też sam ceremoniał takiej mszy odprawianej przez oficjela kościelnego. Wszyscy w niej uczestniczący duchowni chodzą jak w układance. Każdy wie co ma robić, co w którym miejscu, w jakiej kolejności. A było ich tam wielu.
Widziałem też u pewnej osoby dwie pary fajnych okularów. Jedne przeciwsłoneczne. Chyba drogie, bo ta druga para na pewno.
Wzruszenie w trakcie występu niepełnosprawnych umysłowo dzieci.
Zadowolenie z krótkiego "koncertu" uzdolnionej muzycznie młodzieży (chyba specjalnie tak dla kontrastu jedno po drugim).
No i droga powrotna... Wybraliśmy trasę odmienną od tej którą przybyliśmy, bowiem napotkane wcześniej a spowodowane robotami drogowymi mijanki (było ich kilkanaście) napawały nas obawą przed korkami z trakcie powrotów z "dni wolnych" rzeszy wypoczywających. Miejscowy kierowca objaśnił nam jak jechać. Radośni, bo wyjechaliśmy wcześniej niz się zapowiadało ruszyliśmy z werwą w drogę do domu. I to by było na tyle dobrego. Kilkadziesiąt minut staliśmy w korku z powodu karambolu 7 (słownie siedmiu) samochodów. Całe szczęście bez ofiar śmiertelnych. Jak się później okazało to sarna była przyczyną całego zamieszania. Wyskoczyła sobie przed któryś z wozów i tyle. Później jakoś się tam jechało do momentu, gdy zaczęliśmy pokonywać 10 km w ciagu godziny. Na odcinku 20 czy 30 kilometrów. Przyspieszenie, hamulec, przyspieszenie, hamulec, przyspieszenie, hamulec. Jajo można znieść. Całe szczęście towarzystwo wesołe było, śmiechu co niemiara, zwłaszcza z przedstawianych dowcipów. I nie tylko :) W sumie 7 (słownie siedem - jakaś zbieżność liczb?) godzin powrotu w trasie liczącej coś kole 350 km. REWELACJA! O stanie dróg pisać nie będę bo i po co, choć na autostradzie było OK.
W domu byłem około 23.00. Chwilę pogadałem z "połowicą" i poszedłem spać. Nie wiem co mi się śniło, bo zadzwonił budzik. Czas wolny się skończył :)
