piątek, wekendu początek...

2010-07-30 23:20:28

Weekend. Koniec tygodnia.

Weekend. Ulubione słowo prawie wszystkich pracujących.

Weekend. Dni wolne od pracy z reguły podlegające wypoczynkowi.

Weekend. Dni, w które można spotkać się z przyjaciółmi i pójść na imprezę.

 

Weekend. Czasem początek nowego (lepszego?).

Weekend. Nie z każdego da się cieszyć (bo nie każdy jest wesoły).

Weekend. Czasem dni wypełnione intensywną pracą (nie tylko zawodową).

Weekend. Jeśli praca (zawodowa), to nie impreza. Przyjaciele czasem tak (jeśli ma się takowych w pracy lub poza nią - moga przecież odwiedzić człowieka na posterunku!).

 

I choć nie pracuję w ten weekend (czytaj - nie mam dyżuru), to ślęczę właśnie nad komputerem zamiast pić kawę (lub cokolwiek innego) ze znajomymi. Bo jutro czeka mnie intensywny bieg po paru miejscach związanych z szeroko pojętym słowem remont. A jakoś nie mam na to ochoty. Ostatnio nie miałem "wolnych", w dosłownym tego słowa znaczeniu, weekendów. I jestem już zmęczony a przede mną wydaje się że jeszcze najgorsze. Prywatna wojna państwa Rose zbliża się coraz większymi krokami :))) 

 

Bo czasem nawet początek weekendu nie cieszy...

Bo czasem jest tak, że lepiej być w pracy...

Bo w pracy jest mniej pracy...

Bo czasem przyjaciele...

 

Ostatnio dziwnie dużo myślę o tym co było, co się zdarzyło, co mogłoby się zdarzyć gdyby... Może to muzyka lat tamtych tak na mnie wpływa? Muszę przestać słuchać staroci :)))

Zapuszczę jednak jeden z takich. Polski, choć grupa zowie się Sztywny Pal Azji...

 

 

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 0 , zobacz komentarze

lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku...

2010-07-30 00:06:10

W pokoju lekarskim króluje ostatnio muzyka lat siedemdziesiątych. Jakoś tak radio internetowe samo ustawia się na stronę RMF 70s. Nie wiem jak młodzi, choć obserwuję podrygujące kończyny i głowy w rytm muzyki, ale "stara gwardia" ma naprawdę niezłą radochę słuchając przebojów z tamtych (jakże pięknych) lat. Lat rozkwitu dzieci kwiatów, lat miłości, radości i pokoju, lat przede wszystkim świetnej muzyki. Tej granej w Stanach Zjednoczonych, ale nie tylko...

 

Dziś, bowiem nie działo się zbyt dużo w SOR i mogłem trochę pobyć w Klinice, nasłuchałem się kilku dobrych kawałków zapodanych przez RMF 70s...

The Doors i "Riders On The Storm", Thin Lizzy i "The Boys Are Back In Town", Joe Cocker" z "With A Little Help From My Friends", Bob Geldolf i "I Don’t Like Mondays", "Hotel California" The Eagles, "Bohemian Rhapsody" Queen, "Run Runaway" Slade, "Every Beat Of My Heart" Roda Stewarta, "Ain’t No Sunshine" Billa Watersa, "Debbie Harry i Blondie ze swoim "Heart Of Glass"! Same hiciory! Nawet te "lżejsze" w wymowie jak "YMCA" Village People, czy licznie zapodane kawałki ABBY, "Night Fever" Bee Gees, nawet Demis Rossos ze swym "Forever And Ever"...

Wszystkie ekstra! 

Wszystkie do posłuchania!!

Wszystkie ekstra!!!

Bądź tak mi się zdaje...

 

Na koniec utwór zespołu The Doobie Brothers. 

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka | Komentarze 4 , zobacz komentarze

good times, bad times

2010-07-27 22:00:04

Ostatnio mam nastrój nostalgiczny. Może jest to związane z nadchodzącym (już naprawdę wielkimi krokami) remontem mego mieszkania, może to jednak oddziałowy remont sprowokował wspominki (zacząłem nawet czytać niektóre swoje poprzednie posty!), może starość zasuwa tak szybko (wszak już za chwilę jesień), a może to obecna deszczowa aura tak mnie nastraja?

Słucham staroci z lat dawnych i dawniejszych (jak chociażby na niedawnym dyżurze). Na dodatek niezastąpiony w kwestiach muzycznych niejaki doktor Gajewski zapuścił ostatnio (notabene po swoim dyżurze!) płytkę "Ghost of the dog" Eddie Brickell&New Bohemians. Szerokoustna wokalistka (żona Paula Simona - tego od Simon and Garfunkel) z ciekawym głosem i repertuarem. Słuch mój, jeszcze nie stępiony upływem czasu, pozwolił mi rozpoznać ten głosik po latach...

Bardzo przyjemnie było tego słuchać. I nostalgicznie. Bo remont, bo deszcz, bo zmęczenie, bo starość...

 

Polecam zatem jeden z jej utworów z deszczem w tle na teledysku...

 

czytaj resztę »

Dodane w muzyka | Komentarze 4 , zobacz komentarze

czy leci z nami lekarz?

2010-07-24 23:00:47

Intensywna w ostatnim czasie przebieżka po salonach mebli różnorakich, sklepach z wykładzinami, dywanami, tapetami i farbami oraz obecność w instytucjach serwujących tzw. dodatki (w szerokim tego słowa zrozumieniu) nie mogła obyć się bez ikeowskich klimatów. Sklepy IKEA nie są moją ulubioną, w kwestii meblowej, dystrybutornią ale bardzo lubię tam zaglądać z racji gadżetów kuchennych i związanej bezpośrednio z kuchnią przekąską, którą właściciele IKEA serwują w swej strefie jedzeniowej. 

 

IKEA z racji dość dobrej funkcjonalności swych wyposażeń miała być jak gdyby weryfikacją spojrzenia na pokój mej latorośli. Nie dane mi było jednak tak od razu znaleźć się w miejscu nazwanym "Pokój dziecięcy". Co prawda kierowałem się ze swoją rodzinką w tamtym kierunku. lecz nagłe "ding dong" przerwało nasz marsz ku strefie dziecięcej. "Czy w sklepie znajduje się lekarz? Jeżeli tak proszony jest o przyjście do restauracji!" - padło z głośników. Niestety z racji rozległości sklepu (a i czasem konieczności poruszania się zgodnie z ustalonym kierunkiem zwiedzania) dotarłem do strefy kulinarnych smaków nie tak szybko jak sobie zaplanowałem. A tu - cóż za zdziwienie... Nie jestem jedynym lekarzem na pokładzie tego Concorda! Oprócz mnie stawiło się trzech innych medyków! Musi być, że stanowimy dość silną grupę w społeczeństwie (szacunki mówią, że jest nas około 100 tys.) i aż tylu znalazło się w jednym miejscu o tek samej porze Wink! Każdy co prawda innej specjalności, ale przez to mogliśmy stworzyć małe konsylium! Miło! Na szczęście "nieszczęśnik" do którego nas wezwano nie wymagał czynności resuscytacyjno-reanimacyjnych... Ale spotkanie skwitowaliśmy uśmiechem i "grabą". Na prawdę dobrze świadczy o zawodzie, że aż "tylu" lekarzy przyznało się do swego zawodu Wink!

 

Obejrzawszy interesujące nas działy udaliśmy się (ja ponownie) w kierunku jadłodajni. Zasiadłszy przy stolikach restauracyjnych na krzesełkach URBAN (dość wygodne muszę przyznać) wsunęliśmy chłodnik (smaczny!), zupę krem z zielonego groszku (słona, ale smaczna) oraz nierozerwalnie jakoś związany z IKEA - filet z łososia z warzywami (dziś nieco gorszy niż pamiętam z przeszłości...). Moja latorośl oczywiście uparła się na frytki, więc i na tę pokusę przystaliśmy - rybę chętnie zjada, to i ta odrobina "niezdrowej żywności" mu nie zaszkodzi...

Ale właściciele sieci IKEA liczyć tak, czy siak potrafią! Może jestem niesprawiedliwy, może się czepiam, może były popsute podajniki, a może wynika to z ogólnoświatowego kryzysu, ale dotychczas napoje (po zapłaceniu bodajże 3,50 PLN za widoczną na tacy szklankę) można było spożywać w ilościach nieograniczonych, dziś niestety nie. Czy to z racji upału (zbyt duża ilość wypijanych płynów - a Polak wypić przecież potrafi!), czy też może z racji wcześniej wspomnianego kryzysu (jak Polak potrafi - to wypije, a w taki upał jak się na ambicje wejdzie - to tym bardziej!) opcja dowolnej ilości spożywanych napojów w dniu dzisiejszym nie istniała... Całe szczęście nie ograniczono napojów ciepłych, ale przecież w taką duchotę trudno wypić duszkiem litr gorącej kawy!!!  

 

Wyprawę na Targówek można uznać za udaną. Opcje wyglądu dziecięcego królestwa wybrane (bardzo ważny fakt dzisiejszej zawiślanej wycieczki), różne siedziska (te przybiurkowe głównie, ale i inne także) wypróbowane, brzuchy wypełnione (ale z umiarem!) oraz... tym razem udało sie opuścić budynek targówkowej IKEI bez zakupów. Trzeba zapisać to w annałach! 

A przede wszystkim kolejne życie ludzkie uratowane! I to w towarzystwie kilku kolegów po fachu!

Skończyło się zatem trochę inaczej niż w trakcie pewnego lotu, gdy na hasło czy jest na pokładzie lekarz nie wstał nikt choć lot był w kierunku miasta konferencji kardiologicznej, a pokład praktycznie po brzegi wypełniony był specjalistami... Może coś przekręciłem z tą anegdotą?! Może było inaczej?! Może trochę przesadzam?!

Już wiem - na pokładzie nie było Polaka!  

czytaj resztę »

Dodane w varia | Komentarze 10 , zobacz komentarze

projekty muzyczne :)))

2010-07-22 23:03:49

Ciągnąc problematykę remontową zahaczę o tak zwany projekt, czyli... najważniejszą rzecz w całej imprezie. Dobrze zrobiony jest niezaprzeczalnie podstawą tworzenia dobrej formy. Ten wykonany niedbale lub przez osobę nie mającą pojęcia o realiach związanych z użytkowaniem danej przestrzeni - fatalnie może się skończyć dla całości inwestycji. A gdy do tego dołączy się nieprzemyślane zmiany koncepcji wnętrz i przeróbki istniejących aranżacji - toż to kompletna klapa. I dla wyglądu i dla użytkowania pomieszczeń. Nagle bowiem, po dokonaniu tychże przeróbek okazuje się, że urządzenia, meble i inne sprzęty nie współgrają swymi wymiarami do wcześniejszych koncepcji lub, co gorsza - nie można ich w żaden sposób zainstalować w "zmienionej przestrzeni". Niekorzystny w wyglądzie kolor ścian można przemalować, ale już zmiana ich ustawienie nie jest takim łatwym zadaniem. Stąd dobry projekt to podstawa.

 

Widziałem ostatnio dwa projekty. Jeden przemilczę, bo czekam na efekt, a o drugim powiem tak - za mało pieniędzy na realizację, zbyt dużo dodanych kiepskich poprawek, zbyt wiele osób się wtrąca, zbyt wiele osób uważa że ma zdanie przewodnie... Też czekam na efekt. Ale łatwo można przewidzieć końcową formę...

 

Od wczorajszej nocy (wszak spędzona w szpitalu na dyżurze) chodzi za mną Maanam. I nie jest to bynajmniej związane z wizytą Kory Jackowskiej w SOR, choć mogło by to być całkiem interesujące, lecz z ciekawym zderzeniem pokoleniowym mającym miejsce właśnie w trakcie pełnienia dyżuru. W wolnej od pacjentów chwili porozmawiałem sobie z jedną ze współdyżurnych osób (jakieś kilkanaście lat różnicy) na tematy muzyczne. Rzeczywiście bardzo różniły się nasze gusta muzyczne. Jak i wiedza o muzyce. Dwa światy. Dwa pokolenia. Ale między innymi dzięki dobrodziejstwu internetu dało się zapuszczać różną muzę. Ja oczywiście tę przyprószoną siwizną - Deep Purple, Thin Lizzy, Dire Straits, Marillion, Alphaville z tych spoza układu warszawskiego, ale i polskie także. Między innymi Maanam i głównie kawałki z "Nocnego patrolu". To tytułowa piosenka albumu miała się znaleźć w poście (wszak związek z dyżurem jasny jak słońce), ale wybrałem zupełnie inny utwór, który bardzo dobrze koreluje z obecną rzeczywistością szpitalną...

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka , varia | Komentarze 1 , zobacz komentarze

remont i...?

2010-07-21 00:17:58

No cóż. Remont. I to nie tylko w szpitalu...

Z racji braku czasu nawet sklonowany Misiek nie daje rady codziennie coś nabazgrać :)))

Ostatnie dni spędzam głównie na przebieżce po stołecznych sklepach z wnętrznościami i różnymi takimi...

 

Nie macie wrażenia, że remont, czy urządzanie mieszkania to jedna z najbardziej frustrujących czynności w życiu? I nie mówię tu wcale o koszmarnym bałaganie, który niestety spada na nas całą mocą tynku! Nagle okazuje się, że macie z połowicą zupełnie inną wizję pokoju (sypialni, kuchni, łazienki, czy gabinetu) nie do końca zgadzacie się co do "poprawek" proponowanych przez współmałżonka (-ę), a kolory farb (czy wzory tapet, faktura tkanin, gatunek płytek i inne) które chcielibyście zapodać na ścianach i czymkolwiek jeszcze w swoim mieszkaniu (apartamencie, domku, hacjendzie, czy innym budynku) stają się kością niezgody w dotychczasowym, wydawałoby się "sielskim" pożyciu... Nie mówiąc już o wszelkiego rodzaju tzw "dodatkach" związanych z planowanym (po remoncie) wyglądem wspólnego siedliska...

 

Mały koszmarek. Ale trzeba to przejść. Najlepiej przy okazji nie szlachtując się nawzajem...

Bo może się to skończyć totalną demolką a nie remontem...

I choć filmik nie dotyczy remontu, to niejeden związek rozpadł się podczas jego trwania!

 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 8 , zobacz komentarze

upór

2010-07-16 23:23:44

Upór nie zawsze jest dobrym doradcą. Nie znaczy to, że trzeba być uległym i zawsze nadstawiać drugi policzek. A tym bardziej być zgodnym we wszystkim co nam wmawiają! Życie pokazuje, że całkowita uległość także nie jest dobrym doradcą. Zwłaszcza w medycynie...

 

Od dawien dawna twierdzę, że w medycynie jak w kinie - najlepsze scenariusze nie mogą się równać z tym, co spotyka nas na drodze naszej kariery zawodowej.

Ileż to razy opinie tak zwanych "specjalistów"okazywały się być w końcowym efekcie błędne? Ileż to razy wyniki badań obrazowych nie ujawniały tego, co naprawdę dolegało pacjentom? Ileż to razy chory z prawidłowym panelem badań umierał z nieznanej przyczyny? Ileż to razy osoba praktycznie skazana na śmierć (sądząc po całokształcie badań i stanu klinicznego) wychodziła z tego cało? Ileż to można mnożyć tych ileż?

A wniosek jest prosty. Medycyna nie jest tak łatwa i poukładana jak matematyka, która królową nauk jest i basta! W medycynie zwykle równanie ma więcej niż jedną niewiadomą, a proste wydawałoby się działania nie zawsze dają ten sam wynik końcowy!

I przede wszystkim - ta sama choroba może przybrać zupełne inne postacie u każdego ze spotkanych na swej drodze pacjentów. "Typowe objawy" są ważne - około 80, nawet 90% populacji je zaprezentuje. Ale, sądząc z autopsji, jakiś jeden na dziesięciu chorych "typowych objawów" miał nie będzie.

I odwrotnie "typowe" dla danej jednostki chorobowej objawy mogą okazać się tylko "maską" zakrywającą oblicze zupełnie inne schorzenie.

I bądź tu mądry i pisz wiersze... Medycyna jest jak detektywistyka - zwykle szukamy "przestępcy" zatruwającego życie ludzkie. Najtrudniejsze to wytropić "drania". Cala reszta zależy już od odporności organizmu i wdrożenia odpowiedniego leczenia.

 

A teraz o uporze. Wczorajszy dyżur to kolejna walka z najazdem przewoźników. Podobno były problemy w całym mieście, podobno kilka szpitali zamknęło swe podwoje dla pacjentów internistycznych, podobno gdzieś nie byłą prądu (to możliwe - sami niedawno to przeżyliśmy), podobno windy w którymś ze szpitali stanęły (to też możliwe), "podobno" w ustach dyspozytora pogotowia mnożyło się w tempie zastraszającym... To "podobno" wiązało się z przywozem do SOR pacjentów, którzy na moje niedoświadczone oko wymagali natychmiastowej hospitalizacji w oddziale internistycznym, czyli tam gdzie łóżek już nie było. Podwieszać na hamakach pod sufit? Koordynator pogotowia nie potrafił mi na to pytanie odpowiedzieć :))) Z jednego mogę się tylko cieszyć - liczba pacjentów na początek dzisiejszego dnia przekraczała tę założoną jako podstawa do utrzymania drugiego dyżurnego. Fajno, a że się napracowaliśmy (notabene w doborowym towarzystwie - niejaki Przenitek i doktor Mandżurski), to nic.

 

Właściwie mógłbym skończyć - upór w zapełnianiu oddziału chorymi wynikał jedynie z liczby tychże pojawiających się w SOR. Za sprawą skierowań od lekarzy POZ jak i tych przywożonych tzw. "transportem ratowniczym". Jedna z chorych - młoda kobieta (patrzę przez pryzmat swojego wieku) zgłosiła się ze skierowaniem z powodu uporczywych bólów brzucha. Prawy dolny kwadrant. Od jakiś 2 dni. Na poprzednim dyżurze badana - laboratorium, chirurg, USG jamy brzusznej - nie wydaje się, żeby był to ostry wyrostek - uwidoczniono torbiele prawego jajnika, więc odesłana na ginekologię do jednego ze stołecznych szpitali. Tam a jakże zbadana, nawet USG TV wykonane - i nic. To nie ich sprawa. Do domu.

Jak już wspomniałem trafiła ponownie. Na mój dyżur. Wiecie - z wyrostkiem to czasem śmierdząca sprawa. Jest to najczęściej nierozpoznawalna choroba z zakresu chirurgii, ale także często pacjenci zupełnie niepotrzebnie zostają z tegoż powodu zoperowani... Powtarzam więc drogę - badania, USG, chirurg - to samo - torbiele w prawym jajniku, poza tym nic. Dla pewności kieruję jeszcze do ortopedy - może jakieś uszkodzenie lub zwyrodnienie stawu biodrowego? Prześwietlenie, konsultacja - nic. Zdrowa na badania, zdrowa na konsultacje, jedynie torbiele jajnika. Namawiam na pozostanie w oddziale (znaczy się pod sufitem na hamaku), choć nie do końca mam przekonanie, a i sama pacjentka nie napiera. Ale stało się. Jest w szpitalu. Rano CT jamy brzusznej i miednicy małej (wybłagany termin na 12.00) - jedynie to pozostało do zrobienia, ewentualnie neurolog... Wynik badania (ustna informacja - choć osobliwie zaszedłem do radiologów, bo przecież już po pracy jestem - jak powiedziała mi jedna z pań opisujących...) neguje zapalenie wyrostka robaczkowego, jedynie te torbiele jajnika. Badań laboratoryjnych jeszcze nie ma, choć minęło parę godzin od pobrania (cóż za szybkość pracy laboratorium!). Nic - podejmuję decyzję - pomimo jednej już wizyty u ginekologa namawiam na kolejną w ośrodku, który wydaje się być dla nas (czytaj Kliniki) z różnych powodów zaufanym. Szybka akcja ze zgodą dyrekcji na badanie i chora jedzie na ginekologię. I co? Zostaje tam właśnie, choć przed kilkunastoma godzinami ginekolog dyżurujący w jednym ze stołecznych szpitali powiedział - NIE! Co jest grane? Nie za bardzo mam ochotę się w to zagłębiać.

Wiem jedno. Powinienem po dyżurze wyjść bezpośrednio po odprawie do domu - znaczy się w warunkach wakacyjnych około 8.30. Opuściłem Klinikę o godz. 14.30. Ale warto było. Tak jak i te parę innych razy spędzonych ponadwymiarowo w szpitalu (czytaj - rzadko kiedy po dyżurze wychodzę przed 12.00).

A upór czasami jest ważny. Przecież chora już była konsultowana przez ginekologa...

czytaj resztę »

Dodane w praca | Komentarze 15 , zobacz komentarze

przeminęło z wiatrem...

2010-07-14 23:13:21

Obiecałem parę fotek z tegorocznych wakacji. Nie wiem tylko, czy będą się podobały, bo wydają mi się bardzo ograniczone w formie. Nie za bardzo też rozumiem kiedy i jak powstały niektóre. Albo to wina aparatu (wszak trzepie zdjęcia bez wielkiego wysiłku stającego za obiektywem) lub kiepski ze mnie fotograf (bo przecież aparat niemalże sam strzela fotki)...

 

Zacznijmy zatem od plaży, której nienagrzany jeszcze promieniami czerwcowego słońca piasek nie przybierał zapamiętanej z przeszłości barwy złotej...

 

piasek.JPG

 

Hmm... Podobnie rzecz miała się z wodą morską. Co prawda zamoczenie stóp i kostek nie doprowadzało do odmrożenia uszu, ale i tak było niezłym wyzwaniem dla chcącego przejść morskim brzegiem delikwenta. Próbowałem i ja. Ta kipiel u mych stóp to zamarzające na wietrze fale morskie :)))

 

morze.JPG

 

A morze tego roku niezbyt przyjazne było. Czy to powóź tegoroczna zbierająca wodami rzek do Bałtyku resztki różniste, czy też prostota ludzi turystycznie bytujących nad nim, wszak dało się znaleźć podczas spacerów przedmioty nie do końca będące wytworem morskiej otchłani...

 

brokuł.JPG

 

butelka.JPG

 

Zupełnie inna rzecz się miała z plażą, której piasek choć zimny w dotyku okazywał się być bardziej zdrowy dla ciała (wszak mistrzostwa świata w piłce nożnej stymulowały do gry w jej odmianę plażową). Można także było od czasu do czasu okazać wszem i wobec blade ciało okryte niewielkim kawałkiem tkaniny zwanej kąpielówkami (choć wiejący wiatr fryz wichrzył, a temperatura ciała nienasłonecznionego wykazywała przynajmniej 20-stopniową różnicę do tych części wystawionych na promienie słoneczne)...

 

piłka.JPG

 

Poza tym jak to na urlopie były różnego rodzaju przyjemności dla ciała...

 

rybka.JPG

 

kawa z jackiem.JPG

 

... i ducha...

 

zachód pomiędzy słupkami.JPG

 

I gdyby nie dość niska temperatura otoczenia i wiatr niemiłosierny o każdej porze dnia, to wywczasy były by udane na wskroś. A tak - wróciłem z niezłą chrypą i gilem do pasa...

Ale tym, którzy wyjeżdżają właśnie na wakacje życzę o wiele cieplejszej aury. I śródziemnomorskiej temperatury wody. I lekkiej bryzy znad morza. I równie pięknych zachodów słońca...

 

zachĂłd6 

czytaj resztę »

Dodane w urlop | Komentarze 19 , zobacz komentarze

carpe diem po raz nie wiem który...

2010-07-12 23:52:23

Wczorajszy dzień zmusił mnie do refleksji. Niby nic nowego - dla większości dzień wolny, dla lekarza szpitalnego często dzień pracy. Niby fajnie od rana, bo i korków w mieście nie było (niedziela i wakacje przecież...), zgłaszalność do SOR też jakby mniejsza w porównaniu z innymi dniami (myślę, że z tych samych powodów co brak korków na ulicach, no i remont przecież...). W oddziale te same problemy - głównie kręciło się dookoła posiłków, wypróżnień i odpoczynku (takie 3S - spożywanie, spanie i sra...) - czyli nic nowego. Jedynie upał niemiłosierny, z którym nawet "Sinobrody", znaczy się oddziałowy klimatyzator (notabene zakupiony ze wspólnej składki) nie za bardzo sobie radził, a i chorzy w związku z tym bardziej poddenerwowani, gorzej znoszący swą chorobę. Nic nowego - kolejna doba w pracy. No może jeszcze jedno odbiegało od normy - finał mistrzostw świata w piłce nożnej i mecz o złoto. Choć wynik był z góry wiadomy (przecież ośmiorniczka Paul przepowiedziała zjadając małże z koszyka opatrzonego hiszpańską flagą), to i tak miałem nadzieję, że uda się jakoś ten mecz obejrzeć, co niestety okazało się być płonną nadzieją - ilość interesantów w SOR nasiliła się właśnie podczas finałowego spotkania. Mogłem obejrzeć w spokoju jedynie ostatnie 20 minut piłkarskich zmagań, co i tak okazało się być najlepszym kawałkiem gry - wszak Hiszpanie strzelili wtedy bramkę na miarę mistrzostwa świata!

 

Ale, jak zwykle nie o tym miałem pisać. Refleksje. Nad życiem, jego wartością, kruchością i ulotnością. Co takiego mogło mnie do tego skłonić w tak senny i upalny dzień? Otóż czasem wystarczy jedno zdarzenie, informacja, uśmiech nieznanej osoby lub jej płacz. Wczoraj było wszystko wymieszane ze sobą na jednym talerzu:

Informacja - tragicznie zginął syn jednej z naszych rejestratorek w SOR. Młody facet - jakieś 35 lat, porażony prądem podczas użytkowania lub naprawy kompresora. Na domiar nieszczęścia stało się to w dniu jego urodzin...

Uśmiech - było całkiem sporo, zwłaszcza osób które nie musiały w szpitalu pozostawać...

Zdarzenie - reanimacja 21-letniego studenta medycyny. Do tej pory zdrowy, bez specjalnych nałogów. Przywieziony z pubu po utracie przytomności... Radość (przynajmniej moja ogromna) bo udało się go wyrwać ze szponów Kostuchy, ale co dalej... Widziałem dziś jego rodziców... Musiałem z nimi zamienić parę słów... Matka stwierdziła, że od urodzenia musiała o niego walczyć...

Płacz - łzy nie lały się strumieniami, ale widoczne były w oczach znajomych chłopaka, a przede wszystkim jego matki... No i wyobraziłem sobie łzy matki nieszczęśnika porażonego prądem...

 

Roztkliwiam się za bardzo. Starość nadchodzi, czy co? Chyba najwyższy czas zmienić zawód skoro takie rzeczy mnie ruszają. Powinienem być już uodporniony na tego typu zdarzenia, ale młody wiek obu ludzi naprawdę daje dużo do refleksji nad tym jak żyjemy...

I choć powtórzę się po raz nie wiem który, to dochodzę do jednego tylko wniosku - cieszmy się dniem, chwytajmy wydawać by się mogło ulotną chwilę, czerpmy z życia garściami ile się tylko da, bo nie wiadomo co nam przyniesie najbliższa przyszłość, nie wiadomo co nas czeka za rogiem...

 

Zatem zapuszczę teraz kawałek, który według mnie jest niezaprzeczalną pochwałą życia!

 

 

czytaj resztę »

Dodane w praca , muzyka | Komentarze 9 , zobacz komentarze

piknik pod tężniami

2010-07-11 00:07:20

Piknik w dniu dzisiejszym? Przy ponad trzydziestostopniowym upale? Gdy sama myśl o wyjściu na zewnątrz powoduje zdwojone pocenie a każdy ruch wywołuje reakcję organizmu symulującą wyjście spod prysznica? 

 

Czemu nie! Choć tytuł postu może brzmieć złowieszczo (wszak niejaki "Piknik pod Wiszącą Skałą" skończył się tragicznie), to było zupełnie inaczej. Muminowa rodzinka (szkoda, że niepełna) i moje rodzinne towarzystwo bawiło się znakomicie. Co prawda wstępnie wybrane w konstancińskim Parku Zdrojowym miejsce okazało się po krótkim pobycie grillem, lecz szybkie przenosiny w cień wyrównały w krótkim czasie termodynamikę naszych organizmów. Czytaj tych dorosłych, bowiem dziatwie zupełnie nie przeszkadzały warunki plenerowe. Zadziwiające jest skąd mają tyle energii w sobie? My, zadowoleni z dziecięcych inicjatyw w spędzaniu wolnego czasu, od czasu do czasu zerkaliśmy tylko w kierunkach skąd dobiegały nas ich głosy. O dziwo nie było żadnej poważniejszej kontuzji, o dziwo nie słyszalny był płacz żadnej z latorośli, o dziwo właściwie byli bardzo grzeczni, o dziwo świetnie się ze sobą (i inną rebiatą także) dogadywali, o dziwo zakłócali nasz spokój jedynie wpadając zdyszani potrzebą uzupełnienia płynów. Piękne! 

 

Nam - trochę starszym wiekiem, błogie lenistwo było potrzebne w tej gorączce jak łyk zimnego piwa (którego niestety łyknąć nie mogliśmy z racji "kierownikowania"). Przy okazji zjedliśmy pyszne Muminowe kanapki (co prawda naszykowane na więcej osób, ale towarzycho przestraszyło się upału), posililiśmy się letnimi warzywkami oraz z "wielką niechęcią" zajadaliśmy chipsy, orzeszki i paluszki :))) 

Trochę pogadano, pstryknięto parę fotek, nakarmiono ptactwo wodne, zostało się pokąsanym przez komary i mrówki. Ot - zwykły piknik pod tężniami. 

Częściej proszę o taką zwykłość :))) Bo jutro niestety znów dyżur. A upał ma być nie mniejszy...

 

I choć może to nie był TEN ogród, to miło mi się kojarzy taka oto piosnka, której rytm odzwierciedla uprawiane tego dnia błogie lenistwo... 

 

czytaj resztę »

Dodane w varia , muzyka | Komentarze 5 , zobacz komentarze