Nie mam zamiaru wychwalać swojego Potomka, choć jak każdy rodzic widzę w Nim wszystko co najlepsze, lecz w dniu dzisiejszym zadziwił mnie bardzo swą decyzją w kwestii zabawy.
Oczywiście nie przyszło łatwo wybranie jej formy, wszak samochody (konkretnie "Cars") przebijają wszystko co możliwe, ale nieustanna zabawa modelami resoraków nie bawi mnie już tak jak kiedyś (zwłaszcza gdy wspomnę czasy mego dzieciństwa i samochodziki firm Matchbox i Majorette). Po drodze były klocki, różnego typu gry planszowe, kolejka, karty (nie wiem czy to dobre dla młodego człowieka, ale te typu "Piotruś" chyba ujdą), rysowanie i wiele innych prób wybrania właściwej opcji. Nie, nie i nie! Właściwie normalka. Powinienem się przyzwyczaić do tego. Albo "Auta", albo nic. No, ewentualnie komputer - ten przebija wszystko inne, nawet rzeczone "Cars". Ale gra na komputerze już była (staram się wprowadzać limity, bo inaczej, zanim by uzyskał pełnoletniość, trzeba by pewno odwiedzić paru specjalistów z działów medycyny mi odległych).
W końcu mój zmęczony wzrok, jak to po dyżurze i przy braku współpracy z "pacjentem", padł na leżące na półce szachy. "Może szachy?" - zapytałem. "Tak. Zagrajmy!". Szczęka opadła mi z wrażenia na podłogę (całe szczęście dywan jest, więc słychać nie było) jak nagle zapadła decyzja. Graliśmy jakieś kilka, jeśli nie kilkanaście miesięcy temu w szachy, ale raczej jest to mocno przesadzone stwierdzenie - graliśmy. Potomek mój poznał zasady gry i ruchy poszczególnych bierek, ale szybko wprowadził swe modyfikacje, tak że za każdą rozgrywką łoił mi skórę. Trwało to dość krótko, a gra wydała mu się chyba niezbyt interesująca, bo szybko znudził się przesuwaniem pionów i figur po szachownicy. Jak wielkie było moje zdumienie tak jednoznacznego podjęcia decyzji o grze w tę jakże wyrafinowaną zabawę strategiczną! Zapytawszy tylko, czy pamięta ruchy bierek i te prawdziwe zasady gry, zasiedliśmy do pierwszej partii.
Myślałem, że przegrawszy pierwszą szybko odpadnie od szachownicy i zacznie jęczeć o zabawę samochodzikami, lecz tak się nie stało. Po kolejnych przegranych rozgrywkach z uporem maniaka od początku ustawiał bierki na określonych polach i stymulował mnie do kolejnych partii. I, o dziwo, nie wściekał się, jak to w zwyczaju dzieci bywa, o przegrane gry. To naprawdę niesamowite, bowiem do tej pory nawet niewielka porażka w "Grzybobraniu", "Chińczyku", planszowych "Wyścigach motocyklowych", dziecięcych "Monopoly", czy innych grach i zabawach kończyły się albo szybkim przerwaniem zabawy, próbami "wygrania inaczej" lub ogólnie wyrażanym głośnym niezadowoleniem. Tym razem było inaczej. Co prawda partie gry nie trwały godzinami i dość szybko na szachownicy zostawała większość moich figur, co w efekcie prowadziło do mej wygranej, lecz jakoś nie starał się kombinować z "nowymi regułami rozgrywki" i godził się z każdą kolejną porażką. Byłem co najmniej zdumiony. W końcu, bo turniej trwałby zapewne do północy, z pewną niewielką moją pomocą postawił mego króla w szachu, a i w końcowym rozrachunku dał mi mata!
Sam nie jestem orłem szachów. Owszem, znam zasady gry, a i zdarzało mi się wygrywać z lepszymi ode mnie w te bierki (choć raczej były to wypadki przy pracy tych lepszych niż mój geniusz strategiczny), ale jeśli mój Syn zechce grywać dalej (mam nadzieję, że nie jest to tylko słomiany zapał lub dzień dobroci dla ojca), to będę nawet z zapałkami pomiędzy powiekami mu w tym towarzyszył.
Bo szachy to bardzo interesująca gra. Rozwija niewątpliwie pamięć i logiczne myślenie oraz uczy strategii, a ta ostatnia, w obecnych czasach, jest przydatna nie tylko na placu boju.
Czy ktokolwiek pamięta faceta z ciekawie wymodelowaną fryzurą i ufarbowaną blond grzywką? Zapewne nie, bo i któż miałby go pamiętać?
Dziwoląg jakiś, próbujący sobie pośpiewać i zagrać co nieco na bardzo modnych wówczas instrumentach klawiszowych. Oczywiście że lata osiemdziesiąte! Przynajmniej w Polsce był wtedy facet na topie. Jakoś tak dzisiejsze spotkanie z Rodzicielką (choć widuję się z nią ostatnio codziennie) naniosło mi wspomnienia z lat tamtych, jakże pięknych i jakże beztroskich. Jak spojrzę w przeszłość, to wydaje się, że grafomania trzymała się mnie od dawna - już wtedy (bodajże 84 czy 85 rok) zamieściłem tytuł jednej z piosenek Howarda Jonesa ("Like To Get You Know You Well") w, zadanym przez polonistkę do napisania w przerwie świąteczno-noworocznej, wypracowaniu na bardzo fascynujący z pogranicza ulubionej mojej science-fiction temat: "Twój jeden dzień w przyszłości...". Nie będę przytaczał fragmentów tekstu, bo sformułowania zamieszczone w nim cokolwiek śmieszne się wydają, myślę jednak że Howard Jones musiał mieć na mnie jakowyś wpływ (?!).
Poza wspomnianym wyżej utworze, nie pamiętam zbyt wielu jego piosenek, jednak "New Song" oraz kawałek, który zamieszczam poniżej jakoś się w mej pamięci utrwaliły. Po prostu lata osiemdziesiąte...
Choć stanowczo mniejsze od stolicy kraju, to posiadające swój osobliwy charakter. Była stolica Hiszpanii (obecnie Kastylii - La Manchy), miejsce narodzin El Greco, więc nadzieje na zwiedzanie duże...
Ale najpierw trzeba było się tam dostać. Jakieś 70 kilometrów od Madrytu, więc piesza wycieczka nie za bardzo wchodziła w rachubę.
Madrycki dworzec Atocha już opisywałem - ogromne przedsięwzięcie architektoniczne mogące się podobać zarówno z zewnątrz jak i od swego wnętrza. Tropikalny ogród z sadzawką i żółwiami także chyba wspominałem, ale poza tymi "atrakcjami" można spotkać ciekawe rzeźby - facet (chyba jakiś inżynier lub pracownik ichniejszej administracji odpowiedzialny za budowę?) stojący na jednym z tarasów, pomiędzy piętrami, gdzie można dostać się ruchomymi schodami to jedno, a rzeźba waliz, kufrów i parasola z lat dawnych - stojące (czekając na zabranie przez któregoś z pasażerów) to drugie.
Kasy dworcowe znajdują się w nowym budynku (przynajmniej jeśli chodzi o kolej szybką - m.in. tę do Toledo), gdzie jak na poczcie trzeba pobrać numerek, podejść do okienka gdy wyświetli się ów numer i zakupić bilet. W stronę powrotną (przy jednoczasowym zakupie) przysługuje zniżka - łącznie koszt podróży 18 €. Miłe. Dalej jak na lotnisku - prześwietlanie bagażu, kolejka do przejścia na peron i tak na prawdę 5-10 minut do zajęcia miejsca w pociągu (który okazał się być dość długi). Wszystkie te zabezpieczenia to efekt ataków terrorystycznych sprzed lat sześciu. To trochę dziwi, bowiem linie podmiejskie (chociażby do El Escorial), czy metro madryckie strzeżone już w ten sposób nie są. A są przecież w ten sposób dość łatwym kąskiem dla terrorystów...
Podróż do Toledo całkiem przyjemna - niecałe pół godziny podróży, więc znudzić się nie można, no chyba że widokiem za oknami pociągu - szarobrunatnobeżowa ziemia gdzieniegdzie przetykana zielonymi drzewami i sprawiającą wrażenie wyschłej trawą. Nie wiem jak rozkwita Kastylia wiosną, ale o tej porze roku wygląda to wszystko nieco przygnębiająco. Aż do Toledo...
... w którym sam dworzec kolejowy oszałamia swoim wyglądem z posadzkami i ścinami pokrytymi glazurą w stylu arabskim. Z zewnątrz także całkiem nieźle się prezentuje. Im dalej w miasto, tym lepiej. Już sama jazda autobusem dostarcza przyjemnych wrażeń - kręte i wąskie uliczki Toledo prowadzą cały czas pod górę, a widok z okien pojazdu przedstawia się czarująco - pnące się w górę mury obronne miasta i wystające ponad fasady budynków, iglice kościołów i różnych innych budowli. Ekstra! A w samym "turystycznym" mieście miejsca, które sprawiają że człowiek zastanawia się nad historią i potęgą dawnej Hiszpanii.
Kościół San Tome (świętego Tomasza) z obrazem El Greco "Pogrzeb hrabiego Orgaza" (notabene namalował go dla swojego kościoła parafialnego), synagogi Santa Maria la Blanca (ciekawe, bo wewnątrz budynku siedziała siostra zakonna niezupełnie związana z diasporą) i El Transito z przepięknym drewnianym stropem i muzeum Żydów sefardyjskich (od których królowie hiszpańscy pożyczali pieniądze), muzeum Hospital Santa Cruz - zbudowane na bazie krzyża z ciekawym dziedzińcem i ekspozycją średniowiecznych gobelinów i arrasów, liczne wąskie uliczki z ciekawymi budynkami upstrzonymi balkonikami, doniczkami, roślinkami oraz z widokiem na pobliskie wzgórza, mnogość sklepików (większość z wyrobami z "damasceńskiej stali" - ilość mieczy, noży, włóczni, szpad, katan (jakaś pomyłka?) i szabel na metr kwadratowy miasta jest chyba największa w całej Hiszpanii), kafeterii i restauracyjek... Wszystko to zbliża do miasteczka, ale...
... na kolana rzuca Catedral Primada, czyli katedra w Toledo. Jej potęga przytłacza. Strzelisty gotyk jest naprawdę strzelisty. I ta epoka pod względem architektury podoba mi się najbardziej. Nie mam co opisywać, bo opisać się nie za bardzo da. Trzeba tam być, ujrzeć, dotknąć, usłyszeć akustykę... Inaczej się niestety nie da ogarnąć, bo nie wszystko da się opisać słowami. Przynajmniej ja nie potrafię (choć staram się bardzo). Całość jest monumentalna, ale największe wrażenie zrobiły na mnie drewniane stalle... Każda inaczej rzeźbiona, w każdej inny motyw (także na siedzisku), specjalnie chyba niezbyt dobrze oświetlone - wrażenie jak z filmu "Imię róży" Jeana Jacques’a Annauda... REWELACJA! KONIECZNIE ZOBACZYĆ!
Podróż powrotna była jakoś bardzo szybka. Też z prześwietleniem bagażu na dworcu, ale jakoś nie zwróciłem na to specjalnej uwagi, bo moje myśli były w katedrze...
Vine, vi y que tengo en mente! - co w wolnym tłumaczeniu znaczy - przybyłem, zobaczyłem i mam w pamięci!
Cóż za zbieg okoliczności - pierwszy dzień astronomicznej jesieni, Księżyc w pełni i Jowisz widoczny tuż obok Księżyca świecący najjaśniej w tym miesiącu! A wszystko to w dość ładnej przecież na tę porę roku aurze, do oglądnięcia na bezchmurnym niebie. Nic tylko wyć!
Ja tam sobie już trochę powyłem, choć od niedźwiedzia do wilka (lub odwrotnie) droga daleka. Dzień bowiem dziś był strasznie senny (pomimo Red Bulla i "mojej" kawy), z towarzyszącym bólem mózgowia pod czerepem i syndromem dnia następnego :))) Syndrom dnia następnego po dniu podyżurowym. Skomplikowane i trudne do zrozumienia, ale często niestety jest tak, że przeżycie doby po dyżurze okazuje się o wiele łatwiejsze niż przejście przez kolejny w szeregu dzionek. Tak było i dziś, pomimo zachęcającej aury pogodowej.
A wracając do nieba dzisiejszej nocy. Wszystko się chyba szykowało do tego zjawiska (znaczy się pełni z Jowiszem w tle). Zwłaszcza w przypadku chorych. Można było zaobserwować to już na wspomnianym wcześniej dyżurze... To, że w ciągu kilkunastu godzin przez SOR przewinęła się ogromna liczba pacjentów (można by nimi obdarować przynajmniej dwa, jak nie trzy dyżury), to właściwie okresowo norma dla tego przybytku i dziwić się nie należy. Ale w oddziale działy się rzeczy makabryczne. Awaria prądowa (znaczy się jakieś spięcie i wywalone korki) pobudziła znacząco chorych w dobrym stanie ogólnym, a tych z problemami zwłaszcza. Pobudziła tak bardzo, że hurtowe wyrywanie przez chorych wenflonów sprawiło, że obraz jednej z podłóg przypominał rzeźnię. Nie do opanowania i pacjenci, i krew na podłodze! Równocześnie jakiś obrzęk płuc i inne drobne powikłania... Podobnie w całym szpitalu - koledzy więcej czasu spędzili na konsultacjach w innych oddziałach, niż u siebie w fotelu! Dominowały głównie zaburzenia rytmu serca - od migotań (przedsionków na szczęście), przez częstoskurcze (nadkomorowe na szczęście także), po liczne inne problemy - nazwijmy to "internistyczne". Cała noc przechodzona. I uczciwie przepracowana.
Zatem jak tu nie wyć do Księżyca z Jowiszem w tle... Choć patrząc na to z drugiej strony, zjawiska astrologiczne mogą być przyczynkiem do czegoś nowego, lepszego (?), piękniejszego (?)...
Zapodam zatem kawałek z jednego z moich ulubionych filmów. Niejednokrotnie (czytaj: w poprzednim moim wcieleniu) cytowałem teksty piosenek.
Niby tylko siedem dni a długo się zeszło z niepisaniem. Co prawda już w niedzielę byłem w Polsce, ale jakoś tak zmęczenie (ktoś zapewne zapyta czym?), emocje, no i oczywiście wczorajszy dyżur przeszkodziły mi w napisaniu czegokolwiek o Hiszpanii...
Spodziewałem się bardzo wiele po Madrycie. I wiele zobaczyłem.
Chociażby takie muzeum Prado wypełnione dziełami wielkich mistrzów. Można zobaczyć malarstwo znanych, chociażby ze słyszenia, artystów -Tycjan, Tintoretto, czy Veronese, El Greco ze swoją charakterystyczną ziemistością cery malowanych postaci, świetny Velazquez, Goya, który poza kilkoma (a dokładnie dwoma) obrazami rozczarował mnie okrutnie, dobre malarstwo flamandzkie z Hieronimem Boschem na czele. Musiał być nieźle zakręcony jak na ówczesne czasy, ale jego obrazy fascynują. Mnie na pewno. "Leczenie głupoty" z usuwanym z głowy kamieniem szaleństwa, czy wystawiany w tymże muzeum a porażający detalami "Ogród ziemskich rozkoszy" to czysta maestria. Rubens ze swoimi obfitymi ciałami niestety nie rzucił mnie na kolana. "Trzy gracje" tym bardziej nie wzbudziły emocji.
Museo Nacional Centro de Arte Reino Sofia. Drugi punkt programu w Madrycie. Rewelacyjnie atrakcyjna współczesna architektura doczepiona do starych murów. Wewnątrz sztuka nowoczesna. Nie zawsze do odczytania przez zwiedzających. Odwiedziłem jednak to miejsce na Picassa. I "Guernicę". Ale przede wszystkim dla pana, który nazywa się Salvatore Dali... Umysł równie pokręcony jak Hieronim Bosch. Przynajmniej jeśli chodzi o twórczość. Rewelacja! Kilka jego płócien jest świetnych, ale "Wielki masturbator" robi naprawdę duże wrażenie :)))
Muzea w Madrycie są dość liczne - zapewne kilka z nich wartych jest odwiedzenia (Thyssen-Bornemisza, Narodowe Muzeum Archeologiczne, Muzeum Ameryki, Muzeum Nawigacji), lecz czasu niestety na wszystko zbrakło.
Kolejnym elementem turystycznej układanki był pałac królewski i katedra madrycka. Znajdują się w niedużej od siebie odległości, więc potraktuję razem w opisie. Nie zrobiły na mnie wrażenia. Poza jednym - w Palacio Real znajduje się zbrojownia królewska. Wypełniona chyba z setką zbroi. Dla mężczyzn (eksponowane są głównie królewskie), dla kobiet (także królewskie), dla dzieci (też z rodzin królewskich) i dla koni (oczywiście królewskich koni). Tysiące kilogramów metalu, w który trzeba było się wbić żeby móc się bić! A przy okazji niewiele widzieć i pocić się zapewne jak przepuszczająca olejarka, i czuć się jak sardynka w puszce! Wariactwo, ale polecam - zobaczyć, nie próbować założyć!
Parque del Buen Retiro - madryckie Łazienki. Bardzo ładny zielony obszar z różnorodną roślinnością, w którym można zrobić ciekawe fotki. Na przykład wiewiórki na palmie :))) Poza tym ogromna kolumnada z pomnikiem Alfonsa XII oraz Palacio de Cristal (kryształowy pałac) - oszklony budynek z plastikową rzeźbą nowoczesną z koszy i krzeseł wewnątrz, a sadzawką z fontanną, małym wodospadzikiem, czarnymi łabędziami, kaczkami i żółwiami wodnymi na jego zewnątrz. Fajne miejsce na spacer.
Estacion de Atocha - jeden z dworców kolejowych w stolicy Hiszpanii. Miejsce, z którego można (powiem nawet więcej - należy) wyruszyć na pozamadryckie zwiedzanie. Z racji braku czasu odwiedziłem tylko Toledo i El Escorial, o których postaram się cokolwiek bazgrnąć w kolejnych postach. Opiszę też jak wygląda podróż szybką koleją. A sam dworzec Atocha bardzo ciekawy. Ogromny budynek (jak opisują w przewodnikach - arcydzieło XIX-wiecznej architektury kolejowej), w środku którego znaleźć można tropikalny ogród z sadzawką. A w niej żółwie wodne. A wewnątrz budynku cholernie dużo podróżnych. Jak to na dworcu kolejowym...
Ponadto w Madrycie jest wiele miejsc wartych uwagi, do których dotarłem (wraz z erazmusowymi współwyjazdowiczami) właściwie bez większych problemów, bowiem zamieszkiwany przez nas hotel znajdował się praktycznie tuż, tuż. Puerta del Sol z posągiem niedźwiedzia (sic!) zjadającego owoce z drzewa poziomkowego (jakieś wariactwo, ale nawiązuje do herbu stolicy) i wmurowanym w chodnik kilometrem "zero" (nie znalazłem, ale szczerze mówiąc nie szukałem za bardzo) oraz niezliczoną ilością turystów, tubylców, policjantów, grajków, performancerów i innych dziwolągów. Wszyscy mówiący jednocześnie. Wydaje się że tak, by słyszani byli w drugim końcu placu! Szum straszny! Od placu odchodzi szereg ulic ze sklepami, kawiarenkami, kafeteriami, jamoneriami, paeleteriami i czymkolwiek jeszcze tylko można sobie wyobrazić. Jest też Plac Hiszpański (Plaza Espana) z pomnikiem Cervantesa i reprezentacyjna ulica Madrytu - Gran Via, na którą niemalże wychodziły schody naszego hotelu... Palacio del Senado, El Rastro, kilka kościołów i setki innych miejsc, które zobaczyłem i których nie ujrzałem.
Opisuję tak moje doznania i opisuję, ale... powiem szczerze - Madryt mi się nie podoba! I wiem chyba dlaczego. Jest tam niestety strasznie brudno. Wydaje się, że Hiszpanie nie traktują czystości na poważnie. Ilość brudu jaki znajduje się na ulicach, w kawiarniach, sklepikach, piwiarniach, jamoneriach (jamon - szynka - ulubione chyba żarcie) jest przerażająca. A w sobotę z rana, po piątkowej całonocnej imprezie, wręcz porażająca! Dodam jeszcze jedno ciekawe spostrzeżenie - w lokalach wyglądających na schludne i czyste nie było prawie nikogo. Natomiast miejsca, z których brud wylewał się na ulicę przepełnione były po brzegi klientami...
Vine, vi y me fui! No se arrepiente! - co w wolnym tłumaczeniu znaczy - przybyłem, zobaczyłem i wyjechałem! Bez żalu!
Trafiło mi się jak ślepej kurze ziarno. I powinienem być zadowolony i skakać pod niebiosa - przecież wyjazd do Hiszpanii nie zdarza się ot tak co dzień. Dodam, że wyjazd za który praktycznie nie ponoszę żadnych kosztów. W związku z programem Erasmus udaję się do Madrytu by poznać tamtejszą medycynę (przy okazji samemu także się zaprodukować), więc Uniwersytet Warszawski przejął obowiązki finansowe tej podroży...
Niestety jakoś nie potrafię. Może związane jest to z cholerną infekcją, która się mnie czepiła tuż przed odlotem? Gardło już nie boli, ale me struny głosowe wydają dźwięki przypominające warkot piły łańcuchowej. Nos na dodatek zapchany, słyszę także gorzej, więc coś czuję że z wyrównywaniem ciśnień w samolocie będzie niejaki problem. Dolecę na miejsce półgłuchy, usmarkany i skrzeczący. I jak tu się dobrze zaprezentować?
Nic to. Mam nadzieję szybko się wykurować i skorzystać cokolwiek z wyjazdu. Może uda się zobaczyć coś więcej niż tylko Madryt? Mam nadzieję także usłyszeć muzyką hiszpańską w oryginale. I może zobaczyć flamenco na żywo...
A to klasyczny kawałek, który zawsze mnie rozleniwia i wprowadza w dobry nastrój. Zwłaszcza, gdy wykonuje go nie kto inny jak geniusz gitary klasycznej - Paco de Lucia.
Czekajcie zatem mnie wkrótce. To tylko jeden tydzień. Może w następnym poście zapodam jakieś fotki z podróży? O ile spakowałem aparat fotograficzny :)))
VIII Zjazd Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej został w dniu wczorajszym oficjalnie zamknięty. I całe szczęście, bo z racji przynależenia do tegoż towarzystwa oraz będąc jednym z członków komitetu organizacyjnego, musiałem być tamże przez czas trwania zjazdu. Praktycznie rzecz biorąc przez cały czas. Ogrom godzin spędzonych na wykładach, w kuluarach, nieoficjalnych spotkaniach i imprezach towarzyszących. Niby fajno, ale przez konieczność (bo ochoty wybitnej nie było) czasu poświęconego zjazdowi, profesorowi, katedrze nikt nie zliczy. Na dodatek w sobotnie popołudnie (tuż po zakończeniu zjazdu) ilość taksówek wypuszczonych w miasto stanowczo odbiegała od wymaganego zapotrzebowania. Czekałem na takową, choć wykładowcy mogli sobie pozwolić na darmowe wożenie przez jedną z korporacji, całe 45 minut! Horror! Wydreptałem (bo ustać w miejscu nie mogę) ładnych parę kilometrów. Ponadto kwestia wyjazdu spod hotelu Gromada jawi się jako morderstwo na samochodzie i jego pasażerach! Może motor krosowy poradziłby sobie z tym problemem rewelacyjnie, jednak amortyzatory i zawieszenie przeciętnej taksówki miało poważne kłopoty z bezpiecznym (bezczepliwym podłoża) przejechaniem napotkanej trasy objazdowej. Może dlatego tak długo czekałem na taryfę???
Tak, czy siak ósmy zjazd już odjechał.
Niestety na widoku już kolejny zjazd, notabene także organizowany przez zespół w którym pracuję, a najważniejsze - pod kierownictwem przez szefa szefów!
Kolejne kilka dni wyjętych z życiorysu - na dodatek w miejscu odległym od zamieszkania...
Ten temat zapadnie już za dziewięć miesięcy... Ciekawe co się z tego urodzi... I w jakich bólach...
Już tylko dziewięć miesięcy do rozwiązania... A czas szybko płynie...
Dire Straits - w slangu oznacza wielkie kłopoty. To właściwie tak jak mój sobotni dyżur :)))
Ale nie o tym dziś. Było Depeche Mode, będzie i Dire Straits, bo słuchałem tego wiele, wiele lat temu gdy byłem jeszcze młodym i nieofutrzonym miśkiem. Lata osiemdziesiąte to też kawał dobrej muzyki. Warto od czasu do czasu pożeglować z nostalgią do tamtego czasu. Bez większych trosk i zmartwień, bez problemów... Do czasów absolutnie młodzieńczych, gdy robiło się rzeczy różne :)))
Mark Knopfler - choć leworęczny gra na gitarze ręką prawą! Na dodatek bez kostki, choć zwykle czyni to na instrumencie "elektrycznym", co nadaje naprawdę całkiem ciekawe brzmienie...
Kolejny dyżur, który jest z gatunku tych zajefajnych!!!
Dyżur w miejscu nazwanym przez zarządzających tych szpitalem SOR. Szpitalny Oddział Ratunkowy. Dumna nazwa, ale ten nasz jest tylko z nazwy ratunkowym, bowiem realia odbiegają znacząco od wymagań sprzętowych i ludzkich tego z prawdziwego zdarzenia. Wydaje się, że jedynie ludzie pracujący tamże od czasu do czasu (na ten przykład - ja) zauważają zaistniałe tam braki i niedociągnięcia. Pomimo wielokrotnych rozmów z władnymi zmian nic się do tej pory nie zmieniło, a niesie to ze sobą (niestety!) ogromne ryzyko popełnienia błędu przez zespół dyżurujący. Błędu wynikającego nie z zaniechania, czy niewiedzy lekarzy, lecz błędu wynikającego z braku wiarygodnych danych głównie diagnostyki obrazowej. Jak można postawić trafną diagnozę przy braku podstawowych, często wręcz decydujących o dalszym postępowaniu leczniczym, informacji na temat schorzenia? Ale, jak w odpowiedzi dyrekcji na zredagowane przez zespół internistów pismo w tej sprawie można przeczytać, wszystko wydaje się być w jak największym porządku i problemy przez nas zgłaszane są jedynie nie mającym potwierdzenia w rzeczywistości wymysłem i są traktowane jak wkładanie kija w mrowisko. Na piśmie jest wszystko OK, nic się złego nie dzieje, wszystko jest pod absolutną kontrolą, wszelkie problemy są rozwikłane, więc dlaczego nam się to nie podoba?
Atmosfera panująca w szpitalu nie należy do najlepszych. I nie ma się co dziwić. Szczegółów podawał nie będę, bo i tak wszystko jest jasne. Wyżej wymienione braki sprzętowo-ludzkie tym bardziej nie poprawiają humoru osobom w nim zatrudnionym. Toczący się od lipca remont ograniczył liczbę łóżek internistycznych na tyle, że niemalże codziennie musimy oblecieć cały szpital w poszukiwaniu położonych w innych oddziałach pacjentów spod znaku "chorób wewnętrznych". Ponadto podpisane rzekome umowy z innymi placówkami służby zdrowia nie obowiązują. Nie obowiązują zwłaszcza drużyn pogotowiarskich. Na nic zdaje się codzienne wydzwanianie do dyspozytorów, informowanie o ustawicznym braku miejsc, znacznym przekroczeniu umówionej liczby założonych przez pacjentów łóżek. Nie dociera. Bo jakże ma dotrzeć, skoro w szpitalu jest SOR? Szpitalny Oddział Ratunkowy, który dla tychże dyspozytorów, ratowników medycznych i lekarzy pogotowia wydaje się być workiem bez dna, do którego można wrzucić wszystko. Proste - odpowiedzialność za pacjenta w takiej sytuacji przejmuje lekarz SOR, dalej lekarze oddziałów szpitalnych i pozostały personel tamże zatrudniony. Problem z głowy - byle podrzucić do szpitala i najchętniej jak najszybciej z niego zwiać - tak szybko by lekarz SOR się nie zjawił, bo nuż się przyczepi że pacjent nie z rejonu, bo nuż się okaże że w szpital nie posiada specjalistycznego oddziału dla rozpoznanej na wstępie choroby pacjenta, bo nuż się okaże że pacjent nie był przez lekarza pogotowia badany?! To wszystko nie polepsza niestety i tak już kiepskiej sytuacji lekarza dyżurnego...
Ale skoro się już człowiek zdecydował dyżurować, to ma za swoje. Nie jestem z natury narzekający. I z wieloma problemami radzę sobie całkiem nieźle. Nie poradzę sobie jednak z głupotą otaczającej mnie rzeczywistości medycznej. Głównie w wykonaniu decydentów a i niestety coraz częściej "kolegów po fachu" także.
Zatem dyżur.
Początek nawet całkiem niezły - jak to w niedzielę - jakieś omdlenie w kościele, jakiś "wczorajszy" źle się czujący, jakieś bóle brzucha, bóle w klatce piersiowej, nadciśnienie tętnicze. Stopniowo dyżur nabierał rumieńców - jak w filmach Hitchcocka. Jakaś utrata masy ciała, zaburzenia elektrolitowe, choroba nowotworowa, gorączka, duszność, zatrucie z próbą samobójczą - ot takie, proste w swojej złożoności przypadki. Potem niestety pojawiły się problemy łóżkowe - niektórzy wszakże z pacjentów wymagali jednak pozostania w oddziale. Szybka decyzja - przemieszczenie chorych już hospitalizowanych i udało się tak wszystko zorganizować, że jakoś te osoby umieszczono w oddziale. Niestety każda następna osoba zjawiająca się w gabinecie jawiła się jako kolejny potencjalny pacjent do przyjęcia. A zgłaszalność do SOR tego dnia była duża. Oczywiście, pomimo mej interwencji u dyspozytora, pogotowie nie oszczędzało...
Przywieziony do SOR, a znaleziony na podłodze obok leżących na kanapie zwłok swego syna pacjent także wymagał hospitalizacji. Na dodatek wizyta Policji w jego sprawie nie poprawiła mego i tak już wisielczego nastroju - wiadomo, pytania co i jak, czy można będzie przesłuchać, jakie rokowanie, jak długo pozostanie w szpitalu... Potem spisanie mych danych do raportu. Ekstra, miło.
Kolejna pacjentka - po upadku przed tygodniem z urazem wielomiejscowym, krwiakiem okularowym, podejrzeniem złamania szyjki kości udowej lewej i stłuczeniem kolana po stronie przeciwnej, a przede wszystkim z szybkim migotaniem przedsionków i zaawansowaną niewydolnością serca. Konieczna wstępna szeroka diagnostyka (poza rutynowymi badaniami laboratoryjnymi konieczne CT głowy, radiogramy klatki piersiowej, miednicy stawów biodrowych, kolan, konsultacje neurologa i ortopedy) co niestety stresujące, bo stan chorej niezbyt dobry. A i koneksje rodzinne wysokie. Całe szczęście przez chwilę był w szpitalu radiolog, więc uzyskałem opisy do badań. Hurra! Niestety skończyło się to wszystko kolejnym przyjęciem do szpitala - na miejsce łóżkowe w oddziale zupełnie nie mającym styczności z "chorymi internistycznymi". W międzyczasie kilka odmów przyjęcia u osób z "drobnymi problemami".
Kuriozum niejakim było przywiezienie do "szpitala rejonowego" przez pogotowie duszącej się chorej z czerwienicą (erytrocytów prawie 8 milionów, Hgb prawie 19 g/dl, hematokryt także spory...). Niby dobrze, bo przyjąłem ją bez gadania do szpitala. Ale chora wieziona była do wspomnianego "szpitala rejonowego" aż z Garwolina!!! Istne szaleństwo! I całkowity brak rozsądku i pomyślunku! W ten sposób dobiłem do północy. Zrobiło się cicho i spokojnie - nikogo przed gabinetem, u kolegów z ortopedii i chirurgii także. Godzina duchów? Nie - cisza przed kolejnym nawałem.
Gdzieś koło 2.00 przywieziony do SOR znaleziony przez Policję na ulicy pacjent. Rozpoznanie wstępne - "zaburzenia pamięci"!!! Czyżby przewoźnik się pomylił? Czy ja nie za bardzo umiem czytać? Oczywiście to były najmniej istotne dolegliwości chorego. Pomiędzy wygłaszanym ustawicznie "Mam całkowity zanik pamięci" a natręctwami ze strony pacjenta co do konieczności poznania dokładnego miejsca i czasu, udało się zebrać jako taki wywiad, co przyniosło konieczność równie szerokiej diagnostyki jak u wspomnianej wyżej chorej. Bo chyba utrata przytomności, bo uraz lewej nogi (która notabene obrzęknięta i bolesna jak bania - zakrzepica?), bo brzuch boli także. Zatem znów absorbuję współcierpiętników dyżurowych - konieczny neurolog, chirurg i ortopeda, a co za tym idzie CT głowy, Rtg miednicy i stawów biodrowych, d-dimery... Robi się piąta. Całe szczęście w badaniach laboratoryjnych norma (poza alkoholem 1,80 promila), zakrzepicy niet, złamania jakiegokolwiek niet, głowa w CT czysta! Udaje się ustalić telefon do rodziny - potwierdzają zaburzenia pamięci (dopiero co opuścił Instytut Psychiatrii i Neurologii) i nie do końca rozumieją moje zdziwienie na fakt, że jakoś specjalnie się nie przejęli jego nieobecnością w domu... Dziwny jest ten świat. A może to tylko moje zmęczenie? Tak czy siak wsadziłem człowieka do karetki, która udała się w kierunku "domu rodzinnego"... Udałem się do kanciapy lekarza dyżurnego mając nadzieję na choć chwilę wytchnienia po dniu pełnym pracy.
15 minut. Tyle trwał mój odpoczynek. Dwie karetki pogotowia z trzema chorymi na raz. Na oko wszyscy chorzy do przyjęcia! Nie będę opisywał moich oraz towarzyszącej mi tego dnia na dyżurze pielęgniarki, akrobacji diagnostyczno-leczniczych pomiędzy pacjentami. Choć jak na tę porę dnia (gdy wszyscy normalni ludzie śpią) i po dwudziestu jakże intensywnych godzinach spędzonych na nogach, to poszło jak z płatka. Mogłem współczuć co jedynie kolegom w oddziale, których musiałem drastycznie wyrwać z wypoczynku. Mam nadzieję, że kiedyś mi to wybaczą :))) Aha, oczywiście pacjenci musieli zostać ulokowani poza "docelowym" oddziałem chorób wewnętrznych. Nie chcę myśleć co sądzą o mnie pielęgniarki tam dyżurujące :))) Do ósmej trzydzieści był spokój. Jakieś półtorej godziny wytchnienia...
Na sam koniec kolejne kuriozum! Rozpoznanie wstępne - "nieprzytomna". Dodam od siebie - niebadana!!! Zabrana po prostu do karetki i przywieziona do najbliższego szpitala. Gdyby osobnik kierujący zespołem "R" pokusił się o zbadanie chorej, mogłaby się znaleźć szybko w ośrodku dysponującym odpowiednim zapleczem. Na dodatek stał na środku gabinetu przeszkadzając mi w postępowaniu. Wyprosiłem go z SOR! Wynocha! Poza pieczątką z nazwą specjalizacji która wymaga dużej wiedzy, wiedzy przy tym człowieku nie stwierdza się. Głupota i ignorancja. Rzut oka i wiadomo że problem tkwi w głowie. Tomografia wyjaśnia sprawę - krwotok śródmózgowy... Potrzeba pewnie neurochirurga... A u nas takowego nie stwierdza się... Przyjęta do oddziału neurologii...
W domu padłem jak kłoda. Po kolejnej wielkiej medycznej przygodzie.
Jutro, jak się porządnie wyśpię, będę zapewne w lepszym humorze :)))