Oj, zaniedbałam swojego bloga :( Jaka przyczyna? Czyżby brak czasu, pomysłów, ciekawej muzyki do podzielenia się?? a może złośliwości dwóch kolegów z pracy, mówiących, że chyba muszę być zdrowo walnięta, żeby pisać bloga i wywnętrzać się przed obcymi ludźmi? (gdybym się jakoś strasznie tu otwierała i zwierzała).
Nieważne. Znów jestem :)
Mimo pewnych drobnych przeszkód dziś udało mi się wyjść z pracy nieco wcześniej. Na oddziale trwa w najlepsze remont. Przed południem któryś z panów z ekipy remontowej szybkim ruchem przeciął przypadkowo kabelek i wszystkie drzwi na oddziale, a mamy je na karty magnetyczne, przestały działać. Łącznie z wejściowymi do pokoi lekarskich. Całe szczęście panowie znaleźli i naprawili ów kabelek i nie musiałam wracać do domu w fioletowych crocsach i fartuchu :)
Na ostatnim, sobotnim, najspokojniejszym jak dotąd moim dyżurze, udało mi się obejrzeć film. Nosi tytuł "Once". Widzieliście? Piękna historia o dwóch pokrewnych duszach. Oczywiście moją uwagę zwróciła również świetna muzyka, na czele z piosenką, za którą odtwórcy głównych ról i jednocześnie jej autorzy otrzymali Oscara.
Czasami skrzydła trochę opadają... Nieważne jak bardzo się starasz - zawsze można przecież więcej, szybciej, lepiej. Kiedyś często porównywałam się do innych, a kiedy już udało mi się od tego odwyknąć, niektórzy robią to za mnie...
Wybaczcie, chwilowa słabość, nie zamierzam zmieniać się w zrzędzącą i wiecznie narzekającą babę ;)
Na poprawę nastroju najpierw stary dobry przebój Toma Petty’ego and The Heartbreakers:
Choróbsko obrzydliwe dopadło mnie i trzyma. Sądząc z objawów nie jest to grypa ani zwykła ani "świńska", choć ta druga panoszy się już w moim szpitalu, ale czuję się paskudnie.
W dzieciństwie chorowanie kojarzyło mi się z przywilejami :) Oprócz możliwości nie pójścia do szkoły wiązało się bowiem ze zwiększoną ilością poświęcanego mi czasu ze strony Rodziców i Babci i podsuwanych smakołyków. I nieodłączne bańki, w których działanie święcie wierzyła Babcia :) A teraz? sama się zdiagnozowałam, zaordynowałam leki i...powoli przechodzi. Byleby się wykurować na wtorkowy dyżur... Taki (lekarski) life...
Taki stan nie sprzyja ani fizycznym ani umysłowym wysiłkom. Zrezygnowałam więc z żalem z pójścia na fitness, z nieco mniejszym z pracy naukowej i spędziłam niedzielę na spaniu, oglądaniu, czytaniu i oczywiście słuchaniu... Czego tym razem? Koleżanka zamieściła na moim ulubionym portalu społecznościowym piosenkę z nieznanej mi wcześniej płyty "Polish Funk 2". Z ciekawości włączyłam. Wysłuchałam raz, drugi. Odpadłam. Nie mam pytań :)
"Są miejsca gdzie dusza śpiewa" przeczytałam jadąc do domu na plakacie zachęcającym do odwiedzenia Maroko...
Czy macie czasem chęć rzucenia wszystkiego i wybrania się w podróż we wszystkie te miejsca, które chcieliście zobaczyć? Monotonna codzienność potrafi niekiedy przytłoczyć, choć przecież grzechem byłoby w moim przypadku narzekać.
Już za mną :) Szef dyżuru erkowego trafił mi się najlepszy i wyrozumiały, ale trochę stresu przyznaję było, i "mały Szczeklik" czyli kieszonkowe wydanie podręcznika do interny pod ręką, i parę razy google poszło w ruch... I chyba miałam fart, bo udało mi się przespać całe 5 godzin. Żadnych nocnych przyjęć (mimo wolnych miejsc na erce) ani interwencji (mimo 2 pacjentów w ciężkim, ale stabilnym stanie).
A dziś dowód na to, że nigdy nie jest za późno na naukę EKG ;)) :
Senność mnie już ogarnia mimo, że godzina niezbyt późna... Dzień był męczący. Najpierw żmudne oznaczenia wykonywane w ramach prowadzonego w Klinice badania leku. Potem papiery związane ze studiami doktoranckimi. Pani w kadrach oznajmiła mi dziś, że jako doktorantowi przysługuje mi 1/8 etatu (wow !!!!), więc jeszcze podanie do pani dyrektor... A potem zajrzałam jeszcze na erkę, korzystając z możliwości dokształcenia się, bo już tuż tuż mój pierwszy prawdziwy dyżur...
Wczoraj wróciłam z dwudniowego pobytu w Paryżu :) Pierwszy raz miałam okazję być w tym mieście i muszę przyznać, że zrobiło ono na mnie niesamowite wrażenie...
Sama podróż byłą dla mnie wyzwaniem. Nie wspominałam jeszcze o tym, ale boję się latać. A właściwie bałam. Chęć zobaczenia Paryża okazała się silniejsza niż lęk przed samolotami i przezwyciężyłam uprzedzenia. Do tego lot minął szybko, po 2,5 h wysiadłam na lotnisku De Gaulle’a :) (tak, tak, to tu U2 kręcili teledysk do "Beautiful day":)) )
Ze względu na czasowe ograniczenia i gigantyczne kolejki turystów odpuściliśmy wjazd na wieżę Eiffla i wejście do Luwru, udało się natomiast zobaczyć sporą część miasta: Łuk Triumfalny, Notre Dame, bazylikę Sacre Coeur, pospacerować po wąskich uliczkach Montmartre i odnaleźć grób Słowackiego na tamtejszym cmentarzu, przejść po Polach Elizejskich... A każde miejsce wydawało się piękniejsze od tego, które chwilę wcześniej widziałam - bajka :))
Na dzień dobry, do porannej kawy, chciałam Was poczęstować piosenką, od której nie mogę się ostatnio uwolnić. Towarzyszy jej niesamowity teledysk - zobaczcie sami:
Weekend w telegraficznym skrócie: w piątek byłam na imprezie urodzinowej organizowanej przez parę moich dobrych znajomych. Sobota natomiast upłynęła na zakupach i niezbyt udanych poszukiwaniach odpowiednich kozaków na płaskim obcasie (wolę nie dodawać sobie cm do moich własnych 181...). Wieczorem zaś razem z moimi przyjaciółkami postanowiłyśmy wspiąć się na kulinarne wyżyny i wykonałyśmy popisowe naleśniki ze szpinakiem i fetą oraz sosem pomidorowo - bazyliowo - czosnkowym (mniammmm....). I jeszcze popisowy tort (Mart, wyrazy uznania :D), gdyż głównym powodem naszego spotkania były urodziny jednej z nas. W planach miałyśmy jeszcze babski film, "Facet z ogłoszenia" ale okazał się on kompletną klapą i po 20 minutach nie wytrzymałyśmy...
Poniedziałek. Po leniwym, aczkolwiek towarzysko spędzonym weekendzie ciężko pogodzić się z tym, że dźwięk budzika (skądinąd w moim przypadku delikatna piosenka Cherry Blossom Girl zespołu Air) zrywa o 6.00... Całe szczęście powrót do szpitalnej rzeczywistości okazał się dziś łagodny, a przyzwoita pogoda dodatkowo poprawiła mi humor :) Jeden wypisik, potem seminarium dla studentów 5 roku (nota bene grupa tej wspomnianej przeze mnie pary, u których byłam w piątek. Dziwnie tak trochę z drugiej strony biurka ;)))) i wyszłam ze szpitala o rekordowej porze bo o 13.20... Nie chcę zapeszać, ale początek tygodnia niezły ;P
Zainspirowana zdjęciem, które zamieściła Kaeri rozmarzyłam się nieco, stąd dziś klip z filmu "The Beach":