sarenka
2009-09-28 19:14:02
Spotkałam dziś na spacerze moją sąsiadkę. Chyba mnie nie lubią we wsi, bo wiała, aż się kurzyło.

muzycznie
2009-09-27 20:13:18
Tak właśnie dziś będzie.
Zaczęło się od upojnej wyprawy do supermarkietu, gdy to mój J. (słuchający do tej pory określonego typu muzyki), zachwycił się tym, co zaproponowałam. Był to kawałek The Gossip "Heavy Cross". Może dlatego, że pochodzi z płyty "Music for men" 
Zachwycił się tak bardzo, że musiałam to puszczać over and over again. Trza kuć żelazo, póki gorące. Może jeszcze jest dla Niego nadzieja 
Potem były już tylko moje zachwyty. Dzięki Muminie (dzięki Mumino!) na nowo odkryłam grupę Marillion. Przy tym utworze zawsze mam ciarki, nie pytajcie dlaczego.
A to przywiozam dla Was z Turcji. Zakochałam się od pierwszego słyszenia, że tak powiem.
Enjoy.
czytaj resztę »(nie)spełnienie
2009-09-25 17:50:10
Zapier....ać cały tydzień do upadłego, użerać się z całym pojebanym światem, a w wolnym czasie, który coraz częściej jest rarytasem... sprzątać, prać, prasować - również do upadłego. I jeszcze dostawać opr za niewinność, być stymulowaną kopem w dupę oraz tekstami w stylu "radź se sama". To lubię.
Życie jest piękne 
PS. Wybaczcie, ale w związku z tym, że jestem masowo spamowana (patrzcie TU), musiałam zastosować pewne komentarzowe obostrzenia. Mam nadzieję, że tylko chwilowo.
PS2. A to po prostu muszę Wam pokazać (przepraszam, za kiepską jakość, aparat niestety komórkowy):

samotność kontrolowana
2009-09-19 23:29:47
Samotność wywiera czasem pozytywne skutki. Przynajmniej na mnie.
Przyjechałam wczoraj do Rodziców, którzy wciąż są w Egipcie. Pusty dom, cisza i spokój, którego po czwartkowym dyżurze potrzebuję jak powietrza. Korzystając z tej swobody, pospałam sobie bezkarnie do 10:00, nie posłałam łóżka, przełaziłam pół dnia w piżamie i nie zmyłam naczyń po śniadaniu. Po południu wyskoczyłam do fryzjera i na małe zakupy, później moczyłam się w wannie czytając kolorowe pisemka, a potem po raz setny obejrzałam "Lepiej późno niż później", wprawiając się w rewelacyjny nastrój. I nie przeszkadza mi fakt, że przez cały dzień nie miałam do kogo gęby otworzyć (poza moją ulubioną fryzjerką, którą gorąco pozdrawiam). Odpoczywam.
Rodzice wracają bladym świtem. Dobrze, że już będą w zasięgu (sieci PlusGSM przynajmniej) 
Śpijcie dobrze. Ja jeszcze sobie trochę posiedzę.
czytaj resztę »środowy ból istnienia
2009-09-16 20:35:14
Utyrana.
Po zakończonej pracy z "bieżącymi" pacjentami, zajęłam się nadrabianiem zaległości - wypełnianiem kart statystycznych, naliczaniem punktów do NFZ-tu, wykańczaniem historii chorób (uzupełnianie zaległych obserwacji, stawianie "Zorra" na każdej pustej stronie, pieczątkowanie, podpisywanie i inne super ważne rzeczy, do których zawód lekarza jest powołany). Nosz kuźwa, zajęło mi to 2,5 godziny! Wyszłam z pracy o 17:30 na czterech łapach. Potem przedzieranie się przez Warszawę i Konstancin, w których korki są zawsze i wszędzie. Nie wiem, jakim cudem dowiozłam się do domu, bo co chwilę musiałam się trzaskać po twarzy, żeby nie zasnąć, ale jak weszłam o 19:00 i padłam na kanapę, tak leżę do tej pory. Boli mnie dosłownie wszystko, a nogi mam jak z marmuru - takie ciężkie. Byłoby bosko, gdybym mogła się w jakiś sposób teleportować do wanny pełnej pachnących bąbelków... Jutro dyżur 
Dziękuję za wysłuchanie mojego marudzenia, już mi lepiej 
Dla tych, którzy są zainteresowani, a nie zauważyli (bo wpisy zjechały na drugą stronę) - jeszcze trochę Turcji :)
Update - godz. 23:00.
Nie mogę spać, czego efektem jest pożegnanie z Turcją.
czytaj resztę »sobotnie tete a tete
2009-09-12 22:28:55
Zakochałam się. Tak, wiem, kochliwa ze mnie baba, ale co ja mogę na to poradzić? Non stop mam do kogo wzdychać i za kim tęsknić. TU możecie obejrzeć mój obiekt pożądania. Niedługo będziemy razem 
Dzisiejszy dzień należał do tych przyjemniejszych. Obudziłam się bez bodźców zewnętrznych w postaci słodko, lecz o poranku dość irytująco, śpiewającej Nelly Furtado. Po porannym "rozruchu"
siedzieliśmy z J. w kuchni na naszych wypasionych stołkach barowych przy wypasionym blacie i montowaliśmy śniadanie. Po ognisku, oprócz kiełby, uchowała się też kaszanka, którą pochłanialiśmy ze smakiem dziś rano. Potem zaległam w wannie na dobrą godzinę. Jest to dla mnie jedna z większych przyjemności, zaraz po lodach waniliowych i innych takich. A propos - wybieram się na któryś weekend do SPA (konkretnie: Willa Raj w Nałęczowie), a że nie chcę jechać tam sama, to szukam towarzystwa. Szara Miecia wstępnie się zadeklarowała, Mumina też, ale ja potrzebuję konkretów. To z kim i kiedy?
Gdy już się odmoczyłam i wyszorowałam, pojechaliśmy na lotnicho, ponieważ moi Rodzice ruszyli dziś do Egiptu. Mam nadzieję, że solidnie wypoczną, zwiedzą jakieś fajne piramidki i wrócą szczęśliwie. Kurczę, martwię się jak Ich matka, a nie córka.
Dobra, kończę te dyrdymały.
Dla tych, którym nie chce się zjeżdżać na dół strony - od wczoraj wisi nowy wpis z Turcji.
Dobranoc Kochani 
Turcja – 01.09.2009 /pożegnanie/
2009-09-09 16:51:01
Smutek.
Wstałyśmy wcześnie, żeby nie przespać ostatniego dnia w raju. Po śniadaniu na poprawę humoru zaserwowałyśmy sobie masaż - bez efektu rozwesalającego. Kąpiel słoneczna również. Na obiad poszłyśmy do naszej ulubionej knajpy - kebab pyszny jak zwykle, nastroje minorowe. Ostatni spacer po plaży. Pakowanie. Ostatnia kolacja w hotelu. Ostatni prysznic. Wyjazd o północy. Strasznie smutno.
Nie będzie dziś reportażu. Tylko Turcja i jej różne oblicza - wszystkie wspaniałe.



























I ja tam byłam, zdjęć mnóstwo zrobiłam, którymi się z Wami podzieliłam 

Turcja – 31.08.2009
2009-09-09 16:50:28
Plaża.
Piasek nie tak aksamitny jak w Tunezji, ale kamyczki świetnie zdzierały zrogowaciały naskór piętowy, więc też było git.
Na plaży spędziłyśmy w sumie niewiele czasu, a to z racji na owsiki, które nie pozwalały nam usiedzieć na miejscu, a to słońce, które przemawiało do zdrowego rozsądku. W ciągu tych kilku godzin spędzonych na nadmorskim piachu, poczyniłyśmy kilka ciekawych obserwacji.
Dziewczyna w kasku (prawie jak dama z łasiczką).

Wieloryb w wodzie.

Wieloryb na brzegu 

A na to miałyśmy chrapkę od samego początku, ale zabrakło nam czasu (czyt. strach nas obleciał).

A to nasze sekjurity (ten środkowy leciał na Szarą Miecię, niestety bez wzajemności).

Wysmażone, wykąpane i wygłodniałe przyatakowałyśmy naszą ulubioną knajpę kebabową. Tym razem żarcie było lepsze niż kiedykolwiek wcześniej. Może to za sprawą orgazmu, który mi tam zaserwowano
Ech, te tureckie przysmaki.
A to Szara Miecia w owej knajpie.

W prawym górnym rogu widać kawałek Bahriego - cudownego człowieka, który był szefem całego tego przybytku.

Za każdym razem dostawałyśmy od niego coś ekstra - a to kawę po turecku, a to półmisek ze świeżymi melonami, a to serwetkowe róże.


Syte i upojone ruszyłyśmy do Mariolki - naszej skarbnicy wiedzy o Alanii.
Tu Szara Miecia z pierworodnym Mariolki.

Mariolka wskazała nam drogę do hurtowni, w której dość tanio można było się zaopatrzyć w pamiątki wszelkiej maści. Nietrudno sobie wyobrazić, ile czasu tam spędziłyśmy (zwłaszcza że sprzedawca nie mówił po angielsku, a my ni w ząb po turecku). Rany boskie, myślałam, że tego ładunku nie doniesiemy do hotelu - faja wodna, marmurowe szachy i zastawa stołowa hand made trochę ważą.
Gdyby nie te ciężkie siaty, pewnie zdecydowałybyśmy się na zakup koszulek Lacoste - taka okazja!

Po powrocie do hotelu i ponownym doprowadzeniu się do stanu używalności, ruszyłyśmy w miacho z lokalesami. I gdyby nie to, że o 2:00 w nocy zaczął mnie napastować na ulicy jakiś zbok (spokojna głowa, zwiałam), to wspomnienia byłyby jeszcze lepsze 
Turcja – 30.08.2009 /Kapadocja/
2009-09-09 16:50:07
Nie wiem, jak po poprzednim dniu udało nam się wstać, ale o 6:00 rano już wyjeżdżaliśmy z hotelu. Niewiele pamiętam, co się tego dnia działo (i myślę, że pozostali wycieczkowicze również średnio kumali gdzie są), więc ten wpis zdominują zdjęcia okraszone niewielką ilością komentarzy.
Bladym świtem oglądaliśmy jakiegoś skalnego wielbłąda.

...i lukaliśmy na szeroko pojętą panoramę Kapadocji, którą niektórzy mogli podziwiać z lotu ptaka (ta przyjemność kosztowała niestety 120 erło, dlatego tym razem nie skorzystałam).


Łaziliśmy w nieskończoność po tamtejszych chałupach...



...i nogi czasem odmawiały posłuszeństwa.

Jedynie słońce nie dawało za wygraną...

...ale to dzięki niemu widoki były tak zachwycające.


A to widok z okna w naszym hotelu 

W dawnych czasach ludziki zamieszkujące teren Turcji podróżowały wielbłądami. Wielbłąd to niby taki zwierzęcy sukulent, ale co jakiś czas musi się napić i zrobić kupę, więc co 40 km Turki stawiały takie duże coś dla karawan:

Wielbłądzi przystanek był niestety zamknięty, więc nie pokażę Wam, co było w środku.
Kolejnym punktem programu był pokaz mody. Turcy próbowali nam wcisnąć swoje skórzane wyroby, które były rzeczywiście piękne i w atrakcyjnych cenach, ale przeciętny turysta nastawia się raczej na innego typu wydatki, niż skórzany płaszczyk.
Pozostałą część dnia wypełniła głównie podróż. I dobrze, bo na żadną inną aktywność nie mieliśmy siły ani ochoty.
W hotelu byłyśmy w porze kolacji. Jadłyśmy ją chyba ze 2 godziny, niespiesznie przeżuwając tureckie przysmaki. Potem, nie wiem skąd, wstąpiły w nas nowe siły i pogrzałyśmy do Mariolki z relacją na gorąco 
Podsumowując: Kapadocja to niesamowite, bajkowe miejsce. Przez te 2 dni zwiedziłyśmy zaledwie jego skrawek, ale wróciłyśmy oczarowane (mimo ogromnego zmęczenia). Tych kilka zdjęć, które zamieściłam, to tylko promil ogromnej kolekcji przywiezionej z wyprawy, którą będę pamiętać do końca życia.
czytaj resztę »Turcja – 29.08.2009 /Kapadocja/
2009-09-09 16:49:43
Wstałyśmy o 3:00 nad ranem, po 2 godzinach snu (patrz poprzedni wpis). Miły pan z recepcji odpalił nam po lanczpakiecie (że tak po naszemu napiszę). Ledwo żywe, ale w pełni wyposażone wtoczyłyśmy się do autokaru, który na szczęście przyjechał pod nasz hotel. Nie wiem, co się działo przez następne 3 godziny, bo odpłynęłam. O 7:15 obudził mnie głos naszego przewodnika (Turek doskonale mówiący po Polsku, śmieszny jak cholera), zwiastujący pierwszy postój.
Oto tasz przewodnik Oktayl (czy jak to tam się pisze) - człowiek znający odpowiedzi na wszystkie pytania:

Na owym postoju wszyscy mieliśmy niepowtarzalną szansę dobrania się do naszych lanczpakietów. To, co zobaczyłam w środku, zasługiwało na uwiecznienie, lecz niestety nie miałam przy sobie aparatu. W zgrabnym pudełeczku znajdowała się następująca zawartość:
- jeden plasterek mortadeli o średnicy ok. 4 cm
- jeden plasterek żółtego sera
- jeden zielony ogórek (ze skórką), do którego dołączony był plastikowy nożyk
- pomidor, nie wiadomo czy umyty, a jeśli umyty, to nie wiadomo w czym
- jajko (chyba ugotowane)
- pajda chleba o grubości zbliżonej do średnicy plastra mortadeli
- miodzik miniaturka
Hmmm... Nie wiedziałam, jak się do tego zabrać, więc pożarłam pajdę z miodkiem, a resztę wyrzuciłam. Po minach współuczestników podróży widziałam, że inne hotele też zadbały o swoich mieszkańców 
Dalsza część podróży upłynęła pod hasłem próby wykrzesania czegokolwiek z ledwie zipiącej autokarowej klimatyzacji.
500 km później buszowaliśmy już w jednym z podziemnych miast. A wyglądało ono tak:

Nie wiem, po jaką cholerę tamte ludziki chowały się pod ziemią, ale całkiem zadbane mieli obejścia. Największe wrażenie zrobiła na mnie przepastna studnia, do której schodzili wkładając stopy do dziur wydrążonych w studziennej ścianie. Od samego patrzenia w dół robiło się słabo, a co dopiero zejść po tych dziurskach, a potem wtargać na górę kubeł z wodą.

Fajnie było wyjść na powierzchnię.
A tam czekała już na nas Hasanka 

Kapadocja to kraina powstała z tufu wulkanicznego, który tworzy niesamowite formy, zwane krajobrazem księżycowym. Dolina Gołębi to jedno z takich miejsc. Początkowo w tych dziwnych domkach mieszkali ludzie, ale w późniejszych latach wynieśli się, ustępując miejsca gołębiom pocztowym, które namiętnie uprawiali - stąd nazwa tej bajkowej krainy.




W Dolinie Gołębi znajduje się rewelacyjna knajpa, w której pochłonęliśmy obiad. Moje odkrycie - arbuz z białym serem. Pycha!
Co było potem? Chyba Göreme, czyli dolina z wykutymi w skałach kościołami. Wszystko to podobnie wygląda, ale za każdym razem zachwyca na nowo.



Gdy buszowałam między tymi śmiesznymi domkami, moje łydki były notorycznie atakowane przez takie coś:

Słońce prażyło niemiłosiernie...

...więc bez bursztynowego schłodzonego nigdzie się nie ruszałyśmy 

Jeszcze jeden widoczek.

A tu mały punkt odniesienia 

Tu trochę większy.

A tu już całkiem spory:

Szara Miecia, napalony Turek i ja na wielkim kamulcu.

I jeszcze taka mała kompozycja.

Potem pojechaliśmy w miejsce, które nazwałam wioską Smerfów. Domki, zwane potocznie grzybkami, są z tufu wulkanicznego, a te śmieszne czapy z lawy.


Do dziś nie mogę pojąć, jak oni tam wysoko włazili.
W Wiosce Smerfów znajdował się również kościółek z freskiem.

Właziło się tam na czterech po strasznie stromych schodkach. O ile w górę wszystkim szło gładko, z zejściem było mnóstwo problemów. Ludzie tworzyli przedziwne figury, których niestety nie zdołałam uwiecznić, bo sama stałam ta górze i odmawiałam zdrowaśki.

Po tylu atrakcjach zdawać by się mogło, że dzień już dawno powinien się skończyć, ale przed nami było jeszcze parę punktów do odhaczenia.
Najpierw hotel, szybki prysznic i kolacja, a następnie - wieczór turecki. Gdzie? W jaskini. Zimno było jak w psiarni, więc uśmiałyśmy się z Miecią jak norki, gdy nasze wycieczkowe gwiazdeczki postroiły się w jedwabne suknie, a finalnie i tak siedziały w tureckich kufajach 
Zaczęło się od tańca derwiszy. Wbrew pozorom nie było to przedstawienie przygotowane pod turystów, ale prawdziwa modlitwa (bo taniec derwiszy tym właśnie jest), podczas której nie można było rozmawiać, cykać fotek, jeść ani pić. TU możecie sobie trochę o nich poczytać.
Derwisz ze straganu wygląda tak:

A prawdziwego Wam nie pokażę, bo jeszcze nie umiem robić zajebistych fotek wirującym obiektom w ciemnej jaskini.
Turcy pokazali nam też, jak wygląda ich tradycyjne wesele, zapodali taniec brzucha wciągając w to gości i porzępolili trochę na ichnich fujarkach. Żeby to jakoś zdzierżyć, chciałam się znieczulić przy pomocy Raki (wódka anyżkowa), ale tego wieczoru miałam wyjątkowo mocną głowę.
Około północy nie wiedziałam już jak się nazywam i zaczęłam błagać o litość.
W hotelu padłam tak jak stałam.
czytaj resztę »Turcja – 28.08.2009
2009-09-09 16:49:22
Widzicie zamek na szczycie skały?

Poszłyśmy tam z Szarą Miecią trzeciego dnia. Wcześniej oczywiście smażyłyśmy dupska na plaży, ale nie będę zamieszczać dokumentacji fotograficznej :)
A propos zamku:
Nie znam jego historii i szczerze mówiąc guzik mnie ona obchodzi, ale warto było wleźć na tą kupę kamieni, bo z wysokości 250 m n.p.m. Alanya wygląda zupełnie inaczej.
Wleźć to może za dużo powiedziane, bo do zamku wiedzie 5 km baaaardzo kręta droga, której nie chciałyśmy przemierzać w klapeczkach w tym upale, więc wwiozłyśmy nasze szanowne dupkensy na górę autobusem komunikacji publicznej. I nie zrobiłyśmy tego ze skąpstwa, jak podejrzewał narzucający się nam taksówkarz, ale z czystej ciekawości i chęci integracji z tubylcami 
O zamku nie ma co gadać, trzeba oglądać:

Kto zgadnie, który to nasz hotel?
Szara Miecia pięknie prezentowała się na tle kamulców i bezkresnego morza.

A cykała fotkę tego cypelka.

I ja też tam byłam.

Z zamku zeszłyśmy już na nóżkach, przemierzając kilometry urokliwych uliczek, które nie wiedzieć czemu kojarzyły mi się z Toskanią (choć w Toskanii nigdy nie byłam).

Oczywiście turystów jak psów, więc i kramików nie zabrakło.

Dalej było już tylko piękniej:

...i piękniej...

...i piękniej...

Po drodze poczyniłyśmy kilka interesujących znalezisk. Jednym z nich była urokliwa knajpka, zlokalizowana na dachu jednego z domów, a ów dach znajdował sie poniżej poziomu uliczki, którą majestatycznie kroczyłyśmy 

Na innym dachu z kolei widniał przykład tureckiej zaradności - zbiornik na grzaną słońcem wodę (coś na kształt bojlera).

Był też Turek na kamieniu 

Z góry zeszłyśmy późną nocą i jak można się było spodziewać, włączył nam się trzeci jajnik i zabłądziłyśmy.
Poza tym tego dnia nic szczególnego się nie działo. Położyłyśmy się około 1:00, żeby po 2 godzinach wstać i wyruszyć w niezwykłą podróż do Kapadocji. Ale o tym już w następnym programie.
czytaj resztę »Turcja – 27.08.2009
2009-09-09 16:48:53
Pierwszy turecki poranek przywitał nas pięknym słońcem. Budziłyśmy się chłonąc morską bryzę. Idąc do łazienki potknęłam się o tajemniczą kartkę wsuniętą pod drzwi. Liścik był od rezydentki naszego biura podróży, która zapraszała na spotkanie organizacyjne. Gdy owa rezydentka na owym spotkaniu zapytała: „Czy wszyscy państwo otrzymali informację o dzisiejszym spotkaniu?”, obie z Szarą Miecią parsknęłyśmy śmiechem. Nosz kuźwa, my nie otrzymałyśmy 
Po śniadaniu i spotkaniu informacyjnym, o którym nie miałyśmy pojęcia, postanowiłyśmy zrobić coś dla ciała. Udałyśmy się do łaźni tureckiej, żeby zedrzeć cały zrogowaciały naskór i resztki polskiego brudu.

Najpierw siedziałyśmy w wilgotnej saunie, której wpływ na moje zakrztuścowane drogi oddechowe okazał się zbawienny. Potem śniady przystojniak ubrany wyłącznie w ręcznik szorował nasze ciała szorstką rękawicą, a później otulił nas pianą, która pachniała jak płyn do prania ubranek dla niemowląt. Następnym punktem programu był masaż połączony z aromaterapią. Doznania porównywalne z orgazmem, będę się regularnie oddawać tego typu praktykom
Na koniec maseczka z zielonego paskudztwa i masaż twarzy wykonany rękami przystojniaka od rękawicy i ręcznika. Wyszłyśmy rozanielone po 3 godzinach, a idąc unosiłyśmy się nad ziemią.
Uśmiechnięte od ucha do ucha ległyśmy na plaży, zrzucając góry od bikini. Że co? Że nie wypada? Ale za to jak teraz wyglądamy 
Na naszej plaży zamiast ratowników bezpieczeństwa strzegli ochroniarze. Różnica polega na tym, że nie ograniczali się tylko do wody. Jeden z nich powalił nas swoją urodą i uśmiechem. Kobitki, same powiedzcie, czyż nie ciacho?
![IMG_1540 [resized].jpg](http://blogilekarzy.pl/files/70/c4c66827d48d139eaeb37b131a532363.jpg)
Poza tym Turcy są niscy i niezbyt urodziwi, ale wszyscy bez wyjątku są podrywaczami. Wiadomo, południowcy
Nie było takiej sytuacji, żebyśmy przeszły ulicą niezauważone. Wszyscy (i nie przesadzam używając tego słowa) nas adorowali, mile łechtając nasze ego.




Gdy spacerowałyśmy wieczorem ulicami Alanii, naszą uwagę przykuła wielka polska flaga. Podeszłyśmy bliżej i zobaczyłyśmy to:

Mariolka okazała się być cudowną, kochaną, przemiłą właścicielką biura podróży, w którym od razu poczułyśmy się jak w domu i do którego regularnie wpadałyśmy na herbatkę i po porcję cennych rad. Dzięki Niej dowiedziałyśmy się, gdzie najlepiej kupić fajkę wodną, która herbata jabłkowa jest prawdziwa i jak rezydenci dorabiają się na naiwnych emerytach. U Mariolki za naprawdę śmieszne pieniądze wykupiłyśmy 2-dniową wycieczkę po Kapadocji, a jechały z nami tym samym autokarem, spały w tym samym hotelu i wchodziły na te same obiekty osoby, które u swoich rezydentów zapłaciły trzykrotnie więcej. Zgroza!
Kurde, trochę przydługi ten wpis mi wychodzi, co? Ale jeszcze jedną historię chciałam Wam opowiedzieć.
W drodze powrotnej do hotelu natknęłyśmy się na cudowne miejsce – sklepik z akcesoriami do masażu, aromaterapii i innymi bzdetami.

Myślałam, że stamtąd nie wyjdziemy. Wąchałyśmy, dotykałyśmy i dostawałyśmy oczopląsu. Starym tureckim zwyczajem postanowiłyśmy się potargować. Pan sprzedawca (uroczy notabene) nie mógł niestety dać nam upustu, ale tak strasznie chciał nam coś ofiarować, że odpalił nam po… pumeksie. Ależ się wszyscy z tych podarunków uśmialiśmy 
Dobra, będzie tego.
Turcja – 26.08.2009
2009-09-09 16:48:25
Zaczęło się o 5:00 rano - dźwięk budzika oznajmił początek tureckiej przygody. Obawiając się o zbyt twardy sen Szarej Mieci, zadzwoniłam do Niej z tzw. budzeniem, ale jak się okazało, nie było ono konieczne – Szara Miecia w ogóle nie kładła się spać.
Lot był bardzo przyjemny – zero turbulencji, miłe towarzystwo, cudne widoki z okna.

W samolocie poznałyśmy Asię, która dzień wcześniej zdecydowała się na 2-tygodniową wyprawę do Turcji (tygodniowa objazdówka + tydzień leżenia bykiem). To się nazywa spontan 
Hotel w idealnej lokalizacji – z jednej strony piękna plaża, z drugiej centrum miasta. Pokój nieduży, ale schludny, dobrze wyposażony, z widokiem na morze; dodatkowo wielki taras.
Porzuciłyśmy bagaże i biegiem ruszyłyśmy w poszukiwaniu koryta, bo głód bezlitośnie zaglądał nam w oczy. W pobliżu hotelu odkryłyśmy niepozorny bar, w którym serwowano obłędny kebap (tak tak, kebap – pisownia przez „b” jest błędem wygenerowanym przez turystów) i niczego sobie piwko Efes (zdaje się, że to tamtejszy monopolista).

Siedziałyśmy sobie przy barze niespiesznie sącząc bursztynowy płynik i rozmawiając z barmanem.

Nieco senne, ale syte, ruszyłyśmy na plażę. Widoki zapierały dech, zresztą zobaczcie sami.



W drodze powrotnej zwiedziłyśmy kawałek miasta i ponownie zahaczyłyśmy o odkryty wcześniej bar – tym razem delektowałyśmy się przepyszną herbatą jabłkową. Turcy piją herbatę zawsze i wszędzie. I nieważne, czy jest upał, herbata leje się u nich litrami. Piją ją w takich oto śmiesznych szklaneczkach.

Po powrocie do hotelu wpadłyśmy w objęcia Morfeusza, żeby naładować akumulatory na następny dzień w raju.

powrót z raju
2009-09-03 07:29:48
Ciężko.
Mam problemy z aklimatyzacją. Wróciłam wczoraj rano, a walizki dalej leżą nierozpakowane. Od 36h nic nie jadłam, wypiłam 2 szklanki wody, a większość czasu przespałam. Układa się to Wam w obraz jakiejś choroby?
Wynoszę się z Polski.

