bilans zysków i strat
2009-06-29 20:56:39
Dzisiejszy dzień w pracy był koszmarem. Biegałam jak w ukropie, załatwiałam ważne i bzdurne sprawy, co chwilę ocierałam pot z czoła, bo lord oczywiście oszczędza na czym się da i oprócz klimy, którą kupiliśmy sami, nie ma w naszym oddziale żadnego źródła chłodu. Wyszłam utyrana o 18:00, nie zrobiwszy wszystkiego. Godzinę temu padłam na kanapie i do tej pory nie jestem w stanie ruszyć dupska. Jestem na siebie zła, że 2 lata temu podjęłam taką a nie inną decyzję. Nie potrafię z tego wybrnąć z twarzą.
Niedawno minął weekend (jak zwykle w oka mgnieniu). Tym razem postanowiłam zwalczyć swoje strachy i wybrałam się samochodem do Rodziców. Podróż była dość długa, bo trasa między Wyszkowem a Ostrowią Mazowiecką była remontowana na odcinku pół metra, w związku z czym ruch odbywał się wahadłowo, generując mega korek. Gdy już dotarłam do celu, emocje opadły razem ze mną.
W sobotę Tata remontował moje 4 kółka, a ja buszowałam po sklepach, fryzjerach i działkach. Byłam spłukana, ale szczęśliwa :)
W niedzielę przytrafił mi się mały wypadek. W ramach programu upiększania swojej skromnej osóbki, ufarbowałam włosy. Mam deja vu. O zgrozo! Znów jestem czarna! Ryczałam jak bóbr przez cały dzień i zalana łzami wróciłam do Rajskiego Ogrodu.
czytaj resztę »śmiertelnie poważnie
2009-06-24 12:54:00
E tam, smutne to życie. Kostucha przeszła przez oddział, zabrała ze sobą w sumie 3 osoby. Rzadko przychodzi po jedną, zazwyczaj przy okazji zgarnia kogoś jeszcze. Jedna z tych osób umierała od kilku dni, ale rodzina wypierała to ze swojej świadomości. Wpatrywali się z nadzieją w monitor, który niestety zwiastował nadchodzący koniec. Gdy najgorsze stało się faktem, z żalu pękały im serca. Dziś podziękowali za wczorajszą rozmowę. I wiem, że szczerze.
Niestety bywa różnie. Syn jednej z moich pacjentek obarcza mnie winą za niedoskonałość całego systemu, ma zarzuty o wszystko, na co nie mam wpływu i przedstawia je w sposób, który z kulturą ma niewiele wspólnego. Dawno nie było mi tak cholernie przykro.
I tylko cieszy fakt, że takich panów nie spotykam zbyt wielu na swojej drodze.
A na koniec 2 foki z mojej nowej zabawki:


A, jeszcze chciałam Wam coś puścić:
czytaj resztę »
brać z życia pełnymi garściami
2009-06-19 18:59:57
Potraficie? Ja bardzo bym chciała się nauczyć. Przez cały mijający tydzień zastanawiam się nad tym hasłem, próbując wcielić je w życie.
Zaczęło się od rozmowy z pewnym 30-latkiem, który w dniu swoich urodzin stracił kogoś bliskiego (nie wiem, czy to przyjaciel, czy ktoś z rodziny, nieważne). Uświadomiło mi to, że życie jest bardzo kruche i wystarczy, że jutro spotkam na drodze pijanego kierowcę, a pojutrze może mnie już nie być. Wiem, że brzmi to dość patetycznie i dramatycznie zarazem, ale naprawdę postanowiłam coś zmienić w swoim podejściu do świata i ludzi. Częściej myślę o tym, jak sprawić przyjemność komuś i/lub sobie, nie kłócę się o pierdoły, nie wkurzam się na sprawy, na które nie mam wpływu, nie myślę przed snem o tym, co się jutro wydarzy, bo wolę w tym czasie przytulić się do mojej Cholery i delektować się chwilą. I powiem Wam, że to działa. Uspokoiłam się.
A może Wy macie jakiś sposób na życie pełną piersią?
czytaj resztę »pustka
2009-06-16 22:48:10
Może to dlatego, że coraz później wracam do domu i najzwyczajniej w świecie nie mam czasu. A może z powodu przewlekłego zmęczenia. Może przyczyniła się do tego choroba. Jedno jest pewne - brakuje mi weny do blogowania. Gdzieś tam w tle montuję wpisik o długim weekendzie, ale słabo mi idzie. Czekajcie cierpliwie.
czytaj resztę »długi weekend
2009-06-15 21:40:14
Tyle było czekania i już po wszystkim - długi weekend zakończył się nieodwołalnie, więc czas opisać, co się działo.
DZIEŃ PIERWSZY:
Wyjechaliśmy z Warszawy około 15:00. Pogoda dopisywała, humory też, więc było bosko. W połowie drogi (w okolicy Lublina) wstąpiliśmy do karczmy o wdzięcznej nazwie Bida. Ludzie, jakie tam mają pyszne żarcie! A ilość! Jedna porcja wykarmiłaby wielodzietną rodzinę i jeszcze zostałoby dla psa.
Raj na ziemi jest kawałek od Warszawy, więc na miejsce dotarliśmy około 22:00. Po drodze zorganizowaliśmy jeszcze ekspresowe zwiedzanie Zamościa, a że miasto nieduże, to wszystko trwało niecałe 15 minut. Po podróży wszyscy padliśmy jak muchy.
DZIEŃ DRUGI:
Nie wiem dlaczego, ale niewiele z niego pamiętam ;) Kojarzę, że sporo jeździliśmy po lokalnych wsiach i lasach. Aha, wiem już co ludzie widzą w tych jednośladach. Poszalałyśmy trochę z Ewcią na skuterze i powiem Wam, że było BOSKO! A potem już tylko piliśmy.
DZIEŃ TRZECI:
Pogoda się na nas obraziła i postanowiła zatrzymać nas w domu. Przez cały dzień lało i wiało, więc umierając z nudów gapiliśmy się na siebie nawzajem. Poza tym panowie dbali o utrzymanie kominkowego, a panie domowego ogniska. I też było fajnie :)
DZIEŃ CZWARTY:
Jak przystało na ostatnie chwile wakacjowania, pogoda była bajeczna. Od rana Ewcia zorganizowała przyspieszone zwiedzanie resztek Roztocza, więc jeździliśmy jak wariaty po okolicznych wiochach i rozdziawialiśmy buzie na widok tych wszystkich wspaniałości. Najbardziej zapadły mi w pamięć łąki pełne maków (a to podobno nielegalne) i leśna woda we wsi szumnie zwanej Szumami. Zastaliśmy tam dużo błota i ludzi zmęczonych życiem ;) Spenetrowaliśmy też kilka starych cerkwi, ale nie będę o tym przynudzać, bo może tylko mnie to rajcuje.
Podróż do domu upłynęła w minorowych nastrojach, bo żal opuszczać taką fajną miejscówkę. W domu byliśmy nieco przed północą.
A teraz mała dokumentacja fotograficzna.
- seria pt. "Makowe panienki"



- a w Szumach było tak:




- kota podobno można "wyciągnąć" na 3 cm; tak wyglądał przed zabiegiem:

- a tak po:

- lokalna zajezdnia autobusów ;)

- a to dowód na to, że panowie jak chcą, to potrafią:

- na tym Roztoczu jest pełno zboczeńców:

- ale przynajmniej są rozsądni ;)

- a to już droga do domu:

- i znowu te zboczone akcje:

No i to by było na tyle.
czytaj resztę »pokręcona smarkula bez lordozy szyjnej ;(
2009-06-09 17:58:26
Tytuł dzisiejszego wpisu w pełni określa mój stan zdrowia - zgubiłam gdzieś lordozę szyjną, za to do gila dołączył się kręcz szyi. Boli ;(((((((
czytaj resztę »areszt domowy
2009-06-08 17:51:13
Wbrew pozorom przymusowe siedzenie w domu nie jest sielanką, nawet jeśli się pracuje w piekle. Z niedrożnym nosem, płonącym gardłem i brakiem sił walczę od 7:00 rano, bo przecież jak jest okazja żeby pospać, to Marta zawsze wstaje pierwsza. W normalnych okolicznościach wolny czas wykorzystałabym na robienie czegoś konstruktywnego, a dziś byłam w stanie tylko przenieść się z łóżka na kanapę.
No właśnie.
Gdy byłam już na tej kanapie, włączyłam telewizor. Telewizję śniadaniową wspominam z sentymentem z okresu przygotowań do LEP-u, była pretekstem do odłożenia nauki na bliżej nieokreślone "potem" :)) Patrzę, słucham i oczom nie wierzę. Na szklanym ekranie zobaczyłam... MOJEGO SZEFA! Od razu poczułam się, jakbym była w pracy ;) A skoro o pracy mowa - tak całkiem nie dało się od niej odciąć. Przez dłuższy czas kleciłam wypisy dla ludzików, którzy jutro wychodzą do domu. Agata dzielnie dopieszcza moją "trzódkę". Mała, jeszcze raz wielkie dzięki! :*
Wracając do telewizji.
O godzinie 11:00 wymiękłam. Miałam do wyboru brazylijską telenowelę, telezakupy, powtórkowy odcinek "Plebanii" i gry audiotele. W związku z tym, że wybór był bardzo trudny, wyłączyłam grające pudło i postanowiłam się wygrzać w wannie. Nie przewidziałam, że spadnie mi ciśnienie i będę miała problem z wygramoleniem się stamtąd o własnych siłach, ale dałam radę.
Dostałam pyszny rosołek od Mamy J. Dziękuję :*
A na koniec kilka fotek, które położyły mnie dziś na łopatki :D


czytaj resztę »
złego licho nie bierze
2009-06-07 13:53:15
Guzik prawda. Rozłożyłam się dokumentnie. Mam obrzęknięte wszystkie możliwe śluzówki od szyi w górę - nie oddycham, nie łykam ;), prawie nie gadam; oczy mam jak u królika i zielony glut od zatok aż po pas. Niezłe ciacho, co? A wczoraj jeszcze hasałam na parapetówie u Madzi.
A propos.
Mieszkanko pierwsza klasa. Nieduże, ale gustownie urządzone, utrzymane w ciepłej kolorystyce, przytulne. Aż się nie chciało wychodzić :). A widok z okna - BAJKA! Mieszkanie mieści się na 11. piętrze, więc nie ma mowy o zaglądaniu w okno sąsiadowi. Panorama Warszawy zatykała dech w piersi, a podobno mam czym oddychać ;).
Jakież było moje zdziwienie, gdy po przekroczeniu progu owego mieszkania zobaczyłam... całe Szefostwo! Na początku nieco onieśmielona i zbita z tropu siedziałam usztywniona, jakby mi ktoś wsadził w tyłek kij od szczotki. Zupełnie niepotrzebnie, bo atmosfera była dość luźna i dzielące nas bariery nie były tak bardzo odczuwalne. Magda się postarała i przygotowała mnóstwo żarełka, którego nazwy nawet nie starałam się zapamiętać, tak było egzotycznie ;) Z uwagi na rozkręcającą się chorobę i zwiększoną częstotliwość kichnięć, postanowiłam ulotnić się do domu. Wracaliśmy w mega-deszczu, nie widząc praktycznie niczego oprócz strumieni wody zalewających przednią szybę samochodu, ale jakoś to poszło.
Noc była koszmarem - wstawałam co 2 godziny zmuszona koniecznością ewakuowania z nosa hektolitrów gluta. A w czwartek dyżur ;( Muszę się jakoś do tego czasu ogarnąć, więc pierwszy raz w życiu ośmieliłam się wziąć 3 dni zwolnienia. J. mi właśnie przywiózł krople do nosa, więc zaraz się odetkam i spróbuję się przekimać.
Ciao.
czytaj resztę »czas na zmiany
2009-06-04 20:33:43
Powiem Wam, że jestem tak przybita tym, co się dzieje w naszym szpitalu, że nie potrafię już optymistycznie patrzeć w przyszłość. Zżyłam się bardzo z (prawie) całym zespołem, miałam siłę do walki z durnymi przeciwnościami, ale w tej chwili ręce mi opadły i najzwyczajniej w świecie poddaję się. Każdego dnia docierają do moich uszu coraz to lepsze rewelacje. Zaczynam szukać nowej pracy, bo czuję przez skórę, że lada chwila, poprzez propozycje "nie do odrzucenia" składane przez Lorda F., będę zmuszona do ewakuowania się. I jest mi strasznie przykro, że tak źle traktuje się oddanych i skłonnych do wielu poświęceń pracowników (nie mówię o sobie).
Powiem Wam też, że nie potrafię zostawić pracy za drzwiami szpitala. Przyłazi ze mną do domu, je ze mną kolację, włazi do łazienki, śni mi się po nocach, oplata mnie jak bluszcz i dusi. Codziennie rano wychodzę z domu, zastanawiając się, co tym razem się wydarzy i z czym przyjdzie mi walczyć. Bo ta robota to niekończąca się wojna o wszystko. Zmęczona już jestem.
czytaj resztę »dziecko szczęścia
2009-06-04 02:34:15
No to cyk - od 21 godzin jestem na nogach i nie zanosi sie na to, żebym mogła się chociaż przez godzinę przekimać. Telefon dzwoni dosłownie co minutę, więc mam ochotę go wywalić przez okno. Ten dźwięk będzie mi się śnił w koszmarach. Wzrósł mi poziom agresji i już nawet nie próbuję być miła. Nie potrafię zrozumieć tych cholernych wrednych ludzi, którzy nie mogąc spać, zawracają dupę ujebanych po uszy pracowników IP. Kuźwa, jak ja nienawidzę dyżurów w tym pieprzonym szpitalu! I jeszcze mam to robić za darmo????????!!!!!!!!! PO MOIM TRUPIE LORDZIE F.!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
PS. I nie jest mi przykro za łacinę podwórkową!
czytaj resztę »post nienacechowany emocjonalnie
2009-06-02 17:45:32
Dziś ani słowa o pracy, szkoda nerwów.
Będzie za to o rozpoczętej przeze mnie akcji pozbywania się nadmiaru adipocytów. W naszym domu pojawiła się druga kobieta:

Jej zadaniem jest okiełznanie mojego wilczego apetytu, a co za tym idzie - redukcję fałdek tu i tam. Mam tylko nadzieję, że nie dobierze się do biuściora i nie nadgryzie zbyt dużo dupkensa, bo J. będzie zły ;-)
Fajnie by było, gdyby jeszcze zjadała wszystkie kalorie z czekolady i niwelowała skutki wożenia dupska samochodem. Rower na mój widok aż jęknął ;-)
No i znów jestem słomiana. Wdowa znaczy się. J. lansuje się w Poznaniu i przeprowadza trening hepatocytów, a my tu z kotem dostajemy małpiego rozumu. Nasz tygrys chyba jest chory, bo dziś nie przywitał mnie wesołym miauknięciem i nie wpychał nosa do kartonu z mlekiem. A może to tęsknota? Posmyram go za uchem, może się naprawi.
A na koniec mam dla Was taką oto wesołą piosnkę:
Dobranoc :-)
czytaj resztę »poniedziałkowkurw
2009-06-01 19:15:50
Czyli kryzysu ciąg dalszy.
Przyszłam do pracy w wisielczym nastroju, spodziewając się co najmniej pandemonium i się nie zawiodłam. Kolejka obracała w tak szaleńczym tempie (a bo ten musi wcześniej wyjść, tamten ma coś do załatwienia poza szpitalem), że w ciągu 2 godzin łyknęłam 2 nowych pacjentów. Biorąc pod uwagę fakt, że jeden pacjent to minimum godzina wytężonej pracy, nie muszę chyba mówić, jak strasznie rozpierdzieliło mi to dzień. Wyszłam jak zwykle z bólem głowy, który odpuścił po przekroczeniu progu domu. Wkurw jednak pozostał.
Poza tym jestem wściekła na siebie, bo zachorowałam na lustrzankę. To taka choroba, która objawia się ciągłym wyszukiwaniem w necie nowych ofert aparatów fotograficznych, molestowaniem znajomych fotografów i liczenie złotówek na koncie. A tak w ogóle to jestem w szoku, że obiektyw potrafi kosztować więcej niż cały aparat. A Lord jeszcze nam zabiera 500 zeta ;(
Ale przynajmniej J. odroczył swój wyjazd do jutra, więc mam się z czego cieszyć. I cieszę się, a co!
Z obserwacji korkowych - prowadząc, można też jeść zupkę chińską.
czytaj resztę »