Wiele się ostatnio zadziało w moim życiu, bardzo dużo się zmieniło, więc te zmiany nie mogą ominąć również bloga. Z kilku powodów nie mogę (i nie chcę) kontynuować swojej "twórczości" w tym miejscu, dlatego postanowiłam przenieść ją gdzieś indziej.
Wszystkim wiernym czytelnikom i komentatorom serdecznie dziękuję za aktywność. Osobom zainteresowanym dalszym ciągiem, drogą mailową podeślę namiary na nowego bloga (adresy proszę wpisywać w komentarzach).
Generalnie zasada jest taka, że każdy poniedziałek ma być do bani, ale ostatnimi czasy to wtorki, środy i czwartki mnie rozczarowują, a poniedziałki są cacy. Dzisiejszy był taki pół na pół. Najpierw wylała mi się na głowę struga wody z najbardziej gniewnej chmury, jaką w życiu widziałam. Potem dobre 5 minut próbowałam włączyć się do ruchu, którego natężenie jak na złość wzrasta z prędkością światła. Później przeżyłam chwile grozy, gdy jadąc do pracy zarejestrowałam w lusterku jadący za mną samochód bez kierowcy. Gdy parę razy dałam sobie po twarzy i przetarłam oczy, przebudzając się na chwilę, dostrzegłam człowieka po prawej stronie. Ale jazda Niespodzianka czekała na mnie w pracy - tylko jeden nowy pacjent! SZOK!
Kto był, ten wie. Kto się wykręcił, niech żałuje. Nawet pogoda była dla nas łaskawa i zrobiła przerwę w zatapianiu naszej dżungli. Wieczorny chłód udało się rozpędzić ciepłem ogniska, a i od środka można było skutecznie się rozgrzać Sezon ogniskowy uważam za otwarty.
TU możecie powspominać, jak to było w ubiegłym roku.
Jeszcze raz dziękuję wszystkim Gościom za przybycie
A na zakończenie budząca niepokój (przynajmniej we mnie) Grace Jones i jej "I’ve seen that face before".
Zdążyłam już zapomnieć o styczniowym urlopie, więc relacja leży odłogiem, ale chyba ją jednak zdam, zanim Alzheimer dojdzie do głosu.
Melaka - ot, urokliwa mieścina na pd-zach Półwyspu Malajskiego. Przyjechaliśmy około 15:00. Po wyładowaniu bagarków w cholernie drogim i zupełnie nie wartym swojej ceny hotelu, ruszyliśmy na spotkanie z lokalesami i w poszukiwaniu jadła. Ten widok zwalił nas z nóg:
A potem ten:
I ten:
Nosz kuźwa, ani żywej duszy! Wszystko zamknięte, ani jednej otwartej knajpy. Wszędzie całowaliśmy klamki. W załodze powstał ferment.
Jeden z niewielu spotkanych tubylców uświadomił nam, że do 20:00 trwa siesta i nie mamy najmniejszych szans na wrzucenie czegoś na ruszt. Szok! Próbował nas nakierować na jakiś fast-food, ale dzieliły nas od niego całe kilometry, więc na szybciora chapnęliśmy coś w piekarnio-cukierni i ruszyliśmy dalej.
Część brzydką od kolonialnej dzieli taka rzeczka.
A to chyba najsłynniejszy, pocztówkowy kościół katolicki.
No i oczywiście bazarek z misiami Jasia Fasoli.
A na tym bazarku nasze gwiazdy - Szara Miecia i Kargulena.
Ruiny jakiegoś tam kościoła.
Ze świąt została tylko mokra plama.
Po wieeeelu pustożołądkowych godzinach dorwaliśmy działającą knajpę z lokalnym żarciem. I nic innego już się nie liczyło Było ostro. Jedni pałeczkami, drudzy widelcami, reszta jednym i drugim. No i oczywiście stały punkt każdego posiłku - odkażacz do rąk. Dostawaliśmy sraczki na samą myśl o biegunce podróżnych, więc nacieraliśmy się tym od stóp do głów.
Po takim obżarstwie doczołgaliśmy się do brzegu morza i zalegliśmy na pomoście na dobrą godzinę.
Malezja to nie takie zadupie, jakby się mogło wydawać. No bo skoro mają Mango...
...no i na każdym kroku jest Bata...
A oto miasto nocą:
Jak zobaczyliśmy tę karuzelę, nie mogliśmy się powstrzymać. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że tylko tak fajnie wygląda, ale nie jest w stanie się zbytnio rozbujać. Przy czwartym okrążeniu błagaliśmy, żeby nas wypuścili
Podjarani faktem, że miasto ożyło, postanowiliśmy użyć życia nocnego. Wcześniej jednak chcieliśmy zmyć z siebie brud i pot w naszym fantastycznym hotelu. Wyfiokowani ruszyliśmy na podbój miasta (godz. 23:00), ale znowu przeżyliśmy szok - w czasie, gdy zażywaliśmy kąpieli, lokalesi rozeszli się do domów, zwijając swoje mniejsze i większe interesy. Nosz kuźwa, i jak tu się z takimi integrować? Trafiliśmy jednak do baaaaardzo fajnej knajpy, w której klientami byli głównie niewyżyci turyści i malezyjczycy cierpiący na bezsenność. Wystrój wnętrza był następujący.
Obsługiwała nas i dotrzymywała nam towarzystwa przemiła kelnerka, która za dnia pracowała jako pielęgniarka w jednym z największych malezyjskich szpitali. To ona i jej boss.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o Melakę. Z naszej szóstki to miasteczko najbardziej urzekło Kargulenę. A mnie już zawsze będzie się kojarzyło z zakazem wnoszenia do windy garnków z pokrywką.
Na zakończenie mam dla Was całkiem przyjemny filmik a propos podróżowania:
To tak a propos dorocznego obowiązku - rozliczeni? Ja mam 3 zł nadpłaty. Trza to oblać
Dziś pan listonosz doręczył mi dwie książki - o takie:
Do kupna tej drugiej zainspirował mnie nasz Profesor. Zanosi się na to, że niebawem, natchniona do życia, dostrzegę przed sobą nowe możliwości i być może wreszcie nabiorę odwagi, żeby coś w tym życiu zmienić.
Opony wymieniłam wreszcie. I przespałam całe popołudnie. I uprałam fartuchy. Jak na "po dyżurze", to całkiem upojny dzień Dla relaksu mam dla Was muzykę ze Skandynawii (chociaż wg mnie ma w sobie coś z country):
A tak w ogóle to szukam sponsora. Nie nie, nie na torebkę Louis Vuitton i nie na szpilki Manolo Blahnika. Marzy my się brand niu teleobiektyw do mojej lustrzanki. Ech, drogie to hobby...
Jako że oprócz bycia lekarzem, kurą domową, kierowcą i leniem patentowanym, jestem jeszcze kobietą (fajnie to zabrzmiało, zupełnie jakbym planowała zmianę płci ), nabyłam dziś drogą kupna brytyjskiego Vogue’a. I jako że pasjonuję się fotografią, zwłaszcza portretową (mimo braku talentu i chętnych obiektów), zachwyciły mnie trzy ujęcia bardzo znanych kobiet. Ciekawe, czy je rozpoznacie.
1).
2).
3).
Prościzna.
Słabą mamy dziś wiosnę we wsi. Humor też pod psem. Nawet z wernisażu zrezygnowałam, i zdjęć z Peru nie obejrzę
Sezon weselny teraz mamy, tak? Wszyscy się kochają, przysięgają sobie różne dziwne rzeczy i są dla siebie podejrzanie mili. Nie wszyscy? Jeśli ktoś z Was planuje rozwód, nie martwcie się, na tej imprezie też jest tort!
Zmęczona wszechobecną żałobą (i w ramach propagowania zachowań prozdrowotnych), wybrałam się dziś z moim Księciem w plener. Początkowo pojechaliśmy ło tam:
Było tam pełno fallicznych kształtów i innych suchotników:
Dzika zwierzyna też była, ale nie wszyscy chcieli pozować do zdjęć:
Gdy już spenetrowaliśmy wszystkie krzaczory, trza było się przemieścić. Czekaliśmy na pociąg, ale kazali stać na baczność, więc szybko przestaliśmy czekać.
Wisła też jest ładna.
A bladzioch nad Wisłą w ostrym słońcu wygląda tak:
Taki se nadwiślany kamyczek:
Potem pojechaliśmy do skansenu w Wildze. Były tam kamulce dziękczynne z orzełkami niekonsekwentnymi w kwestii korony:
I drogi, po których chodzi się tylko w betonowych butach:
I plan mostu był:
I to, co z tego mostu zostało:
Gdy zobaczyliśmy armaty, poczuliśmy się trochę nieswojo i wróciliśmy do pałacu.